Bicz

Ćwiczenia „Zapad 2025” powoli dobiegają końca. Propaganda Moskwy i Mińska usiłuje nadać im poważny wymiar, użyć ich do zastraszania Europy, zwłaszcza wschodniej flanki, ale fakty są takie, że mamy do czynienia z niemrawym „show of force”. Tegoroczny „Zapad” jest cieniem wcześniejszych edycji manewrów i potwierdza poważne problemy rosyjskich sił zbrojnych oraz to, jak gigantycznym wyzwaniem dla rosji jest toczona przez nią wojna w Ukrainie.

Pisałem o tym przedwczoraj, więc nie będę rozwijał wątku (zainteresowanych odsyłam do sobotniego wpisu). Chciałbym jednak odnieść się do zdarzeń, które wydarzyły się już po publikacji mojego postu. W miniony weekend burzą przez nasze media – głównie społecznościowe – przetoczył się krótki film zarejestrowany w obwodzie królewieckim. Była to klasyczna „wrzutka” rosyjskiej propagandy – materiał prezentujący okazały sprzęt wojskowy, w tym przypadku wyrzutnię Iskander ze spionizowanym (bliższym momentowi wystrzelania) pociskiem. Co istotne, pojazd pojawił się w pobliżu granicy z Polską, a rosyjskie źródła przekonywały, że ta dyslokacja jest elementem „Zapadu”.

W ramach manewrów zrealizowano również w zamyśle bardziej spektakularny epizod. Jako podało ministerstwo obrony rosji, fregata floty północnej „Admirał Gołowko” wystrzeliła pocisk hipersoniczny Cyrkon. Oczywiście cel znajdujący się na Morzu Barentsa „został zniszczony bezpośrednim trafieniem”. Działaniom na odległym akwenie towarzyszyła operacja lotnicza, w trakcie której użyto czterech samolotów bombowych Tu-22M3. Wykonały one czterogodzinny patrol oraz symulację uderzenia rakietowego na cele naziemne. Brzmi to wszystko poważnie? Na pierwszy rzut oka i ucha owszem.

A na drugi? Cóż, skoro nie można grać spektakularnymi obrazkami wielkich manewrów na Białorusi – bo ich nie ma (przypomnę, w tegorocznym „Zapadzie” udział wzięło 10 tys. żołnierzy) – można (a patrząc z rosyjskiej perspektywy trzeba) potrząsać szabelką w inny sposób. Z czym jednak realnie mamy do czynienia? Loty patrolowe samolotów bombowych to nic nadzwyczajnego, a miotane przez nie pociski nie są wielkim wyzwaniem dla natowskich systemów przeciwlotniczych. Wizerunek cudownej broni, jaki usiłuje budować rosyjska propaganda w odniesieniu do Cyrkona, ma z kolei niewiele wspólnego z rzeczywistością. To  ulepszona wersja pocisku Oniks, opracowanego jeszcze w czasach Związku Sowieckiego. Diabelnie szybkiego, to prawda, ale niespecjalnie celnego i już z pewnością nie „niestrącalnego”. Ukraińcy potrafią sobie z nim radzić, używając w tym celu amerykańskich Patriotów. A warto podkreślić, że nie dostali najnowszych wytworów zbrojeniówki zza oceanu (przekazane im systemy prezentują poziom z przełomu wieków).

Skądinąd to znamienne, że epizod „Zapadu” ćwiczyła flota północna, a nie bałtycka. Ta druga, trzymana w szachu na „wewnętrznym morzu NATO”, niespecjalnie miałaby się czym pochwalić (czym nam pogrozić). Takie są fakty.

Co zaś się tyczy nieszczęsnego Iskandera blisko granicy – w gruncie rzeczy była to żałosna próba zwrócenia uwagi polskiej opinii publicznej. Wyrzutnia nie musi wyjeżdżać niemal pod przejście, by mogła być użyta – te rakiety mają zasięg kilkuset kilometrów. To niebezpieczna broń, w Ukrainie siejąca niemałe spustoszenia w miastach na północy kraju. Lecz miejmy świadomość kontekstu – w obwodzie królewieckim jest raptem kilka wyrzutni, które już w pierwszych minutach wojny nie przetrwałyby konfrontacji z naszym lotnictwem (i siłami specjalnymi). A uzupełnić tych strat rosjanie nie mieliby czym i jak. Generalnie, cała królewiecka eksklawa jest – z ich perspektywy – nie do obrony przy wykorzystaniu dostępnych, konwencjonalnych środków. Niegdyś potężnie uzbrojony obwód – na skutek działań wojennych w Ukrainie – został ogołocony z niemal wszystkiego, co miało jakąkolwiek militarną wartość. Mówiąc wprost i dosadnie, dziś to rosjanie winni się bardziej obawiać naszego „wjazdu” niż my ich.

Co warto podkreślić, by odbić piłeczkę rosyjskiej narracji. Nie dla satysfakcji i potrzeby poprawienia sobie nastroju. Jest rzeczą niepokojącą, jak łatwo „obrabia nas” kremlowska propaganda. „Zapad”, gdzie z „niczego” kręci się przysłowiowy bicz – a my to kupujemy (część mediów i opinii publicznej) – jest kolejnym na to dowodem. Dojrzyjmy owo „nic”, i generalnie dostrzeżmy realne możliwości rosyjskiej armii, brutalnie weryfikowane w Ukrainie. I przestańmy u licha panicznie się bać. Ten diabeł wcale nie jest taki straszny…

—–

Całość swoich rozważań na temat „Zapadu” zawarłem w tekście dla portalu TVP.Info – oto link do tego materiału.

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, moje książki powstają także dzięki Wam! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Kadr ze wspomnianego w tekście filmu.

(De)eskalacja?

Z najświeższych ogólnodostępnych danych wynika, że Ukraińcom udało się 1 czerwca definitywnie zniszczyć 12 samolotów. Sztab Generalny Sił Zbrojnych Ukrainy utrzymuje, że w niedzielnym ataku na rosyjskie lotniska trafiono łącznie 41 maszyn.

W przypadku doszczętnie spalonych bombowców sprawa jest prosta – ich wraki są wyraźnie widoczne na zdjęciach satelitarnych. Co do pozostałych 29 samolotów nie trzeba wierzyć Ukraińcom na słowo, ci bowiem publikują coraz to nowe materiały filmowe, realizowane podczas uderzenia. Da się na ich podstawie oszacować skalę ataku, większą niżby to wynikało z potwierdzonych strat.

Ale i rosjanie nie siedzą z założonymi rękoma i poukrywali uszkodzone maszyny. Nie przesądzając o tym, czy było ich 29 czy mniej, wyjaśniam, że chodzi o takie samoloty, których nie udało się spalić. Drony FPV przenoszą małe ładunki, a te, jeśli nie trafią w „czuły punkt” – zbiornik z paliwem lub podwieszoną rakietę – nie muszą wywołać rozległego pożaru. Lecz nawet „drobne” uszkodzenia płatowców będą wymagały napraw, co oznacza, że uszkodzone samoloty zostały wyeliminowane na najbliższe miesiące. Zaś ich remont dodatkowo obciąży zakłady naprawcze, pracujące na pełnych obrotach przy obsłudze mocno eksploatowanej w warunkach wojennych floty samolotów.

Tak czy inaczej mówimy o wielkim ukraińskim sukcesie, zwłaszcza gdy przyjrzymy się rosyjskim stratom. W bazie Ołenja pod Murmańskiem całkowitemu spaleniu uległy cztery bombowce dalekiego zasięgu Tu-95MS oraz samolot transportowy An-12. W bazie Biełyj pod Irkuckiem spopielono trzy Tu-95MS i jeden bombowiec Tu-22M3, ponadto zniszczono prawdopodobnie trzy kolejne Tu-23M3 i uszkodzono jednego Tu-95MS. Z kolei na lotnisku Iwanowo-Siewiernyj w Iwanowie uszkodzeniu ulec miały dwa wyjątkowo cenne samoloty wczesnego ostrzegania A-50. Ukraińcy szacują, że wartość zniszczonego lub uszkodzonego sprzętu przekroczyła 7 mld dolarów. Gdyby tak było, mielibyśmy do czynienia z najkosztowniejszą jednostkową stratą tej wojny, co warto odnotować dla porządku, ale z istotnym zastrzeżeniem. Takim mianowicie, że realnie rosyjskie starty są w zasadzie niepoliczalne.

—–

Dlaczego? Do końca maja br. rosjanie dysponowali nie więcej niż 40 bombowcami Tu-95, z czego tylko połowa była w pełni operacyjna. Reszta robiła za głęboki zapas i rezerwuar części zamiennych. Utrata co najmniej siedmiu „operacyjnych” Tu-95 oznacza poważną redukcję potencjału – o ponad jedną trzecią. Tym dotkliwszą, że rosja od 30 lat nie produkuje tych samolotów, nie ma więc mowy o zastąpieniu utraconych Tupolewów nowymi egzemplarzami. Podobnie rzecz się ma z Tu-22M3, których wytwarzania zaprzestano w połowie lat 90. Gwoli rzetelności trzeba jednak podkreślić, że utrata „dwudziestek dwójek” boli rosjan mniej niż pogrom „Niedźwiedzi” (jak w nomenklaturze NATO nazywa się Tu-95). Tu-22M3 to bombowce średniego zasięgu, techniczne zdolne do przenoszenia broni atomowej, ale zasadniczo niebędące częścią jądrowej triady, w skład której wchodzą maszyny dalekiego zasięgu.

Idźmy dalej. Uszkodzenie dwóch samolotów wczesnego ostrzegania to cios w oczy i uszy rosyjskiego lotnictwa. W 2022 roku w aktywnej służbie rosja miała sześć A-50. W zeszłym roku do tej flotylli dołączył kolejny egzemplarz (powstały na bazie starego samolotu poddanego przebudowie i modernizacji). Jednak na skutek działań wojennych w Ukrainie dwa A-50 zostały zestrzelone, dwa uszkodzone. Czasowa eliminacja kolejnych dwóch maszyn oznacza, że rosyjska armia nie jest w stanie zapewnić sobie dozoru lotniczego na właściwym poziomie. Jeśli prawdziwe są informacje, że jeden z poturbowanych wcześniej „rosyjskich AWACS-ów” został naprawiony, w służbie są obecnie dwa „Trzmiele” (nazwa własna A-50), jeśli nie, tylko jeden. A trzeba minimum trzech. Wdrożenie ostatniego A-50 zajęło rosjanom lata, czyli po niedzielnym ataku czeka ich najpewniej długotrwała lotnicza ślepoto-głuchota.

—–

Na razie jest zgryzota. Lotnictwo strategiczne było najsłabszym ogniwem rosyjskiej jądrowej triady, w skład której wchodzą także atomowe okręty podwodne oraz podziemne i naziemne wyrzutnie rakiet dalekiego zasięgu. Po ukraińskim ataku jest ono jeszcze słabsze – obecnie, obok ocalałych z pogromu Tu-95, w jego skład wchodzi nie więcej niż 20 w pełni spawanych Tu-160 (kolejnych dziesięć bombowców tego typu można by stosunkowo szybko przywrócić do służby operacyjnej).

Co to oznacza w praktyce? Że rosja nadal zachowuje dużą zdolność odstraszania, ale w relacji ze swoim głównym przeciwnikiem z „atomowej ligi” – Stanami Zjednoczonymi – weszła w fazę pogłębionej asymetrii, jeśli idzie o możliwości przenoszenia głowic jądrowych. Najogólniej rzecz ujmując, nie dość, że „od zawsze” dysponuje gorszymi samolotami (mierzy się ze skutkami technologicznego zapóźnienia), to teraz fizycznie ma ich mniej niż kilka dni temu (i znacznie mniej niż USA). Tymczasem skuteczność polityki nuklearnego odstraszania opiera się na możliwości wielokrotnego zdublowania atomowej riposty, o co prościej przy zróżnicowanym arsenale. Można to wyrazić tak: „gdy wróg zniszczy nam okręty, wciąż będziemy mieli naziemne wyrzutnie, kiedy i tych zabraknie, zostaną nam samoloty”. Oczywiście ten ciąg można układać w dowolnej konfiguracji, istotą jest konieczność dywersyfikacji uzbrojenia. No więc rosjanie mają teraz mniej opcji – a ugodowa polityka donalda trumpa wcale nie gasi ich nieufności wobec USA.

—–

Jest więc zgryzota, jest chęć rewanżu, ale są też związane ręce. Jak już pisałem, atak na kluczowe elementy potencjału odstraszania rosji to ukraińska próba przejęcia inicjatywy negocjacyjnej. Komunikat o treści: „zadaliśmy wam dotkliwy cios, możemy zadać kolejny”. Operacja „Pajęczyna” udowadnia, że ukraińskie służby działają w rosji bardzo aktywnie i potrafią sprostać najtrudniejszym wyzwaniom. Ta ukraińska dyspozycja musi szczególnie niepokoić putina, zwłaszcza po koszmarnej wpadce, jaką zaliczyły rosyjskie spec-służby. Mam na myśli wyciek danych na temat jednego z najpilniej strzeżonych obiektów w rosji – bazy w okolicach miasta Jasnyj, gdzie przechowywane są m.in. pociski hipersoniczne Awangard. Pisałem o tym kilka dni temu, przypomnę więc tylko, że na skutek nieroztropności rosyjskich przedsiębiorców przyjmujących zlecenia od ministerstwa obrony, w publicznym obiegu pojawiło się niemal dwa miliony dokumentów, do których dotarli dziennikarze duńskiego portalu „Danwatch” i niemieckiego magazynu „Der Spiegel”.

Kosmodrom w pobliżu Jasnyj jest jedną z jedenastu rosyjskich instalacji, z których można odpalać rakiety międzykontynentalne. Obiekt przeszedł w ostatnich latach gruntowną modernizację, co wiązało się z całą serią przetargów. I właśnie dokumentacja przetargowa, nieodpowiednio zabezpieczona, wpadła w ręce dziennikarzy. Dzięki niej możliwe było odtworzenie planu bazy w najdrobniejszych szczegółach. Jeśli do takiej kopalni wiedzy dostali się dziennikarze, naiwnością byłoby zakładać, że ukraińskie agencje wywiadowcze mają gorsze wyniki. Lepiej przyjąć, że Kijów jest w posiadaniu bardzo szczegółowych informacji o zabezpieczeniach innych kluczowych rosyjskich obiektów jądrowych i nie tylko.

—–

Owo założenie nie jest jedynie logicznym i retorycznym zabiegiem. Dwa dni po uderzeniach na lotniska, Służba Bezpieczeństwa Ukrainy dokonała sabotażu na moście krymskim – mimo iż ta instalacja to oczko w głowie putina i ma ponadstandardową ochronę. W tym ataku nie chodziło o powalenie konstrukcji, a o nadanie kolejnego sygnału. „Możemy was uderzyć w najczulsze punkty, nie znacie dnia i godziny; naprawdę chcecie dalej walczyć?”, mówią Ukraińcy. Nawet jeśli grają va banque, rosyjski dyktator musi poważnie zastanowić się, co dalej. Czy opłaca się kontynuować „spec-operację”. Na szali jest realne zagrożenie utraty resztek lotnictwa strategicznego, być może innych elementów triady oraz definitywne pogrzebanie wizerunku „drugiej armii świata”, ze wszystkimi tego międzynarodowymi konsekwencjami.

Tymczasem z badania przeprowadzonego w maju przez niezależne Centrum Lewady wynika, że 64 proc. rosjan opowiada się za dialogiem pokojowym, co oznacza wzrost o sześć punktów procentowych od marca br. Tylko 28 proc. mieszkańców federacji popiera kontynuację działań wojennych, co z kolei jest najniższym wynikiem od początku konfliktu. Dla porównania, w maju 2023 roku 48 proc. respondentów uważało, że wojna powinna trwać, a w maju 2024 roku było to 43 proc. Spadki (i wzrosty) są więc wyraźne; na razie trudno ocenić, czy odzwierciedlają trwałą tendencję czy są chwilowe, ale z pewnością mogłyby być pretekstem co najmniej do zamrożenia konfliktu. Czy putin z niego skorzysta czy wybierze opcję dalszej eskalacji, licząc, że to Ukraińcy pierwsi „zmiękną”? Wkrótce się przekonamy.

—–

Szanowni, zachęcam Was do wsparcia mojego ukraińskiego raportu.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

To dzięki Wam powstają także moje książki!

A skoro o nich mowa, w sklepie Patronite możecie nabyć moje tytuły w wersji z autografem i pozdrowieniami. Pełną ofertę znajdziecie pod tym linkiem.

Ten tekst – w obszerniejszej wersji – opublikowałem w portalu TVP.Info – znajdziecie go pod tym linkiem.

Nz. ilustracyjnym ukraiński Tu-160 z muzeum w Połtawie. Na terenie tej placówki znajdują się również płatowce Tu-95 i Tu-22M. SBU wykorzystała je do szkolenia operatorów, którzy następnie zaatakowali samoloty tego typu w rosji/fot. własne

Argument!

A teraz obiecany post poświęcony wczorajszemu atakowi na elementy rosyjskiej jądrowej triady. Zapraszam Was do lektury i do wsparcia mojego raportu, który powstaje także dzięki Wam.

—–

Jak na razie z ogólnodostępnych danych satelitarnych wynika, że Ukraińcom udało się definitywnie spalić sześć bombowców Tu-95MS, cztery Tu-22M3 oraz jeden samolot rozpoznania radio-elektronicznego A-50 i transportowiec An-12. Zniszczeniu uległa też jedna niezidentyfikowana maszyna, a co najmniej jeden Tu-95 został poważnie uszkodzony.

Te wyliczenia mogą ulec zmianie, gdy napłyną kolejne zdjęcia wykonane nad porażonymi bazami. Już teraz jednak możemy mówić o pogromie rosyjskiego lotnictwa strategicznego. Media za Oceanem – komentując ukraiński atak – piszą wręcz o „rosyjskim Pearl Harbor”, podkreślając skalę zaskoczenia i nieodwracalnych strat. Przypomnijmy, do końca maja br. rosjanie dysponowali nie więcej niż 40 bombowcami Tu-95, z czego tylko połowa była w pełni operacyjna. I maszyny z tej właśnie puli dopadli Ukraińcy. Utrata co najmniej siedmiu Tu-95 oznacza poważną redukcję potencjału. Tym dotkliwszą, że rosja od lat nie produkuje tych samolotów, nie ma więc mowy o zastąpieniu utraconych Tupolewów nowymi egzemplarzami.

O szczegółach operacji „Pajęczyna” pisał już nie będę – media młócą temat od wczoraj. Ale jeśli ktoś nie miał okazji o tym czytać, oto link do omówienia, jakie przygotowałem dla „Polski Zbrojnej”.

Na potrzeby tego wpisu dość zauważyć, że atak nie przypadkiem miał miejsce w Międzynarodowym Dniu Dziecka. „To zemsta za wszystkie nasze dzieci zabite i okaleczone w wyniku rosyjskich nalotów na ukraińskie miasta”, tej treści przesłanie szefa SBU, gen. Wasyla Maluka, udostępniły media nad Dnieprem. W wymiarze symbolicznym to istotna deklaracja, co nie zmienia faktu, że nadrzędne motywy miały charakter operacyjny i strategiczny.

Dwa dni przed atakiem eksperci alarmowali, że rosjanie przygotowują się do potężnego uderzenia z użyciem bombowców i rakiet. Miałoby do niego dojść, gdyby zaplanowane na 2 czerwca rozmowy pokojowe w Stambule nie poszły po myśli Moskwy. putin zamierzał wówczas „zmiękczyć” Ukraińców zmasowanym nalotem. W tym celu rosja zebrała „dziesiątki bombowców” m.in. na lotniskach Belaja i Olenja. Wspomniane samoloty stały się celem ukraińskich dronów – w tym ujęciu „Pajęczyna” była działaniem wyprzedzającym o skali operacyjnej.

Istotne jednak są także inne aspekty. Moskwa nie kryła, że zamierza prowadzić dalsze rozmowy z Kijowem z pozycji siły. I stawiać Ukraińcom skrajnie niekorzystne warunki. Ukraina potrzebowała więc asa w rękawie i właśnie nim zagrała. Z premedytacją w przededniu kolejnego spotkania w Stambule (które właśnie się odbywa). Atak na kluczowe elementy potencjału odstraszania rosji to ukraińska próba przejęcia inicjatywy negocjacyjnej. Komunikat o treści: „zadaliśmy wam dotkliwy cios, możemy zadać kolejny”. Warto przy tym podkreślić samoograniczający się charakter „Pajęczyny”. Mimo iż na lotnisku Belaja stały też inne rosyjskie bombowce strategiczne – Tu-160 – żaden z nich nie został zaatakowany. Być może to przypadek, ale z większym prawdopodobieństwem efekt premedytacji. Dzięki nietkniętym Tu-160 rosjanie wciąż zachowują sprawność lotniczej części triady, w stopniu, który umożliwia nuklearne odstraszanie. Nie mają zatem powodów, by w ramach riposty sięgać po „ostateczne argumenty”, a zarazem wciąż mają wiele do stracenia…

No więc zachęcam Was do wsparcia mojego ukraińskiego raportu.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w e-sklepie Patronite możecie nabyć moje książki w wersji z autografem i pozdrowieniami. Pełną ofertę znajdziecie pod tym linkiem.

Nz. „Mózg” wczorajszej operacji, szef SBU, gen. Wasyl Maluk/fot. SBU

Młot

Wczoraj nad ranem, we wsi Suponiewo pod Briańskiem, odnaleziono ciało dmitrija gołenkowa, szefa sztabu 52. Ciężkiego Pułku Bombowego. Oficer sił powietrznych federacji zginął od kilku uderzeń ciężkim narzędziem, najprawdopodobniej młotem.

Informacje na temat jego śmierci – wraz z załączonym filmem, na którym widać ciało gołenkowa – podał Główny Zarząd Wywiadu Ministerstwa Obrony Ukrainy (HUR). Do komunikatu dołączając frazę: „Za każdą zbrodnię wojenną nastąpi sprawiedliwa odpłata”. Tym samym HUR wziął na siebie odpowiedzialność przynajmniej za zlecenie zabójstwa. Potwierdza to również nagłówek oficjalnego komunikatu, brzmiący następująco: „Młot sprawiedliwości – zbrodniarz wojenny dmitrij gołenkow został wyeliminowany w rosji”.

Gwoli rzetelności trzeba odnotować, że od czasu rozpoczęcia pełnoskalowej wojny, w rosji obserwowany jest drastyczny wzrost najbrutalniejszych przestępstw. Idzie to w setki procent (jeśli za punkt odniesienia weźmiemy 2021 rok), sprawcami są głównie „weterani spec-operacji”, najczęściej dawni przestępcy amnestionowani w zamian za chęć pójścia na front. By może więc śmierci gołenkowa to „zwykłe” przestępstwo wpisujące się w to zjawisko, bez związku z działaniami ukraińskich służb. W tym scenariuszu HUR jedynie „korzysta z okazji” i przypisuje sobie sprawstwo.

Opcja zlecenia/wykonania zamachu wydaje mi się jednak bardziej prawdopodobna. Przemawiają za tym kolejne dwie przesłanki.

Po pierwsze, gołenkow (wraz z innymi wojskowymi) został oficjalnie zidentyfikowany jako osoba odpowiedzialna za ataki rakietowe na ukraińskie obiekty cywilne. Chodziło o centrum handlowe „Amstor” w Krzemieńczuku, gdzie 27 czerwca 2022 roku zginęły 22 osoby, oraz o budynek mieszkalny w Dnieprze – 14 stycznia 2023 roku rosyjski pocisk manewrujący zabił tam 46 cywili, pośród nich sześcioro dzieci. Szczególnie ten drugi atak wywołał w Ukrainie falę wściekłości. „Oko za oko, ząb za ząb”, zapowiedział wówczas Gienadij Korban, szef sztabu obrony miasta Dniepr i wyznaczył nagrodę za ustalenie personaliów sprawców. Po dwóch dniach znane były dane całej załogi samolotu Tu-22M, która wystrzeliła rakietę w wieżowiec, oraz dowódców planujących atak. Pośród nich znalazło się nazwisko gołenkowa. Zegar zaczął tykać…

Druga przesłanka to sposób, w jaki uśmiercono wojskowego. Gdy w listopadzie 2022 roku wagnerowcy rozłupali młotem głowę jednemu ze swoich, dezerterowi, w rosyjskim internecie trudno było znaleźć wyrazy oburzenia z powodu takiego bestialstwa. Przeciwnie, naszywki Wagnera i cyfrowe grafiki odwołujące się do „akcji z młotem” biły wówczas rekordy popularności. A kopia narzędzia stała się cennym podarkiem, jaki wręczali sobie nie tylko ludzie prigożyna, ale też zwykli rosjanie, niezaangażowani bezpośrednio w działania wojenne. Młot stał się symbolem rosyjskiej determinacji i specyficznej pryncypialności, w tym „sprawiedliwego” rozrachunku ze zdrajcami.

Rozbijając łeb gołenkowowi (czy „tylko” zlecając jego rozbicie) Ukraińcy przewłaszczyli ów symbol, nadali mu nowe, własne znaczenie (w rosyjsko-ukraińskim kontekście, wszak „młot sprawiedliwości” to figura o ugruntowanej tradycji i znacznie szerszym zasięgu kulturowym).

Brzmi to wszystko okrutnie? Zgadza się. Warto jednak pamiętać, że nie mielibyśmy do czynienia z takimi aktami, gdyby rosjanie trzymali się z dala od Ukrainy. I nie popełniali na jej ludności koszmarnych zbrodni wojennych; TO jest źródło problemu.

—–

Dziękuję za lekturę! I polecam uwadze przyciski poniżej – potrzebuję bowiem czytelniczego wsparcia, by móc kontynuować pisanie ukraińskiego raportu.

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

To dzięki Wam powstają także moje książki!

A skoro o nich mowa – gdybyście chcieli nabyć egzemplarze z autografem i pozdrowieniami, wystarczy kliknąć w ten link.

Nz. dmitrij gołenkow/fot. screen z materiału rosyjskiej wojskowej telewizji propagandowej

Święto

Jutro specyficzny dzień – minie półtora roku od rozpoczęcia pełnoskalowej rosyjskiej inwazji („trzydniowej, specjalnej operacji wojskowej”), przede wszystkim jednak będzie to święto niepodległości Ukrainy. Wielu obserwatorów konfliktu przewiduje, że owa symboliczna kumulacja zaowocuje intensyfikacją działań zbrojnych – i to w wykonaniu obu stron.

Sądząc po wyprzedzających ruchach Ukraińców, coś na rzeczy jest. W ostatnich dniach ukraińskie drony zaatakowały dwie rosyjskie bazy lotnicze, w których stacjonują bombowce strategiczne Tu-22M. Pierwszy incydent Moskwa próbowała umniejszyć, przyznając się do niewielkich uszkodzeń jednej z maszyn, w przypadku drugiego moskale nabrali wody w usta. Tymczasem okazało się, że owe „lekkie uszkodzenia” to kompletnie spalony samolot. Źródła z ukraińskiego wywiadu twierdzą, że w obu akcjach zniszczono i uszkodzono łącznie pięć bombowców. Byłby to wielki sukces, rosja bowiem ma zaledwie 40, najwyżej 50 sprawnych „tutek” (choć wedle oficjalnych danych jest to setka samolotów). Sukces także w wymiarze symbolicznym, bo Tu-22M odpowiadają za najbardziej barbarzyńskie operacje rosyjskiego lotnictwa. Wiosną zeszłego roku to one bombardowały Mariupol (przy użyciu potężnych trzytonowych bomb), maszyny te biorą też udział w atakach rakietowych, śląc na ukraińskie miasta przestarzałe i koszmarnie niecelne pociski Ch-22, które zabiły dotąd co najmniej kilkaset cywilnych osób. Wyeliminowane bombowce oraz ich personel (a wiemy o co najmniej jednym zabitym pilocie i kilkunastu rannych lotnikach i mechanikach), nikomu 24 sierpnia krzywdy nie wyrządzą.

Warto przy okazji wspomnieć, że Tu-22M podzieliły los innych rosyjskich bombowców – Tu-95 i T-160 – które po wcześniejszych atakach na ich bazy zostały przeniesione za koło podbiegunowe (w pobliże Murmańska). To skądinąd znamienne, że rosja nie potrafi upilnować swoich strategicznych aktywów, ba, traci je na własnym terytorium. Pomijając kwestię łatwości, z jaką operują nad federacją ukraińskie drony, to również efekt braku odpowiednich zabezpieczeń – w tym przypadku schrono-hangarów. Takie konstrukcje budowano niegdyś masowo w „demoludach” i w Ukrainie – co tłumaczy, przynajmniej w pewnym zakresie, wysoką przeżywalność tamtejszych sił powietrznych. Z jakichś powodów strategiczne lotnictwo rosji stało sobie dotąd „pod chmurką”; teraz zresztą też stoi, tyle że w bezpiecznej – jak zakładają rosjanie – odległości. Niestety dla nich, owo założenie również może okazać się błędne, wiele bowiem wskazuje na to, że ostatnich ataków na Tu-22M dokonano dronami, które wcale nie startowały z Ukrainy i nie operowały na odległym zasięgu. Szkód narobili rosjanom sabotażyści „zza miedzy” – a skoro działali w obwodzie nowogrodzkim, zapewne będą też mogli i na Półwyspie Kolskim (co ciekawe, 100-150 km od granic natowskiej Norwegii i Finlandii…).

Wróćmy jednak do kwestii wyprzedzających działań Ukraińców. Przez kilka ostatnich tygodni Odesa była głównym celem rosyjskich ataków rakietowych. Na portową infrastrukturę – a przy okazji i na zabytkowe centrum miasta – leciały m.in. wystrzeliwane z pokładów jednostek floty czarnomorskiej rakiety Kalibr, którym często towarzyszyły używane w trybie ziemia-ziemia pociski przeciwokrętowe Oniks. Te ostatnie przylatywały z Krymu, gdzie rosjanie rozmieścili przenoszące oniksy mobilne zestawy rakietowe Bastion. Tymczasem dziś nad ranem Krym stał się areną potężnego ukraińskiego uderzenia, przeprowadzonego z wykorzystaniem lotniczych pocisków manewrujących Storm Shadow oraz najprawdopodobniej dronów. Zanotowano co najmniej siedem poważnych eksplozji, w wyniku których rosjanie utracili m.in. radar obrony powietrznej oraz elementy systemu Bastion (nie wiem, czy była to jedna czy kilka wyrzutni). Najdotkliwsze jednak – także w wymiarze prestiżowym – jest dla nich skuteczne porażenie zestawu S-400 Triumf (efektowny filmik z tej akcji udostępnił w południe ukraiński wywiad wojskowy). Zniszczeniu uległa co najmniej jedna wyrzutnia najnowocześniejszego obecnie (spośród będących w służbie) rosyjskiego systemu OPL. Jak wynika z moich informacji, S-400 z krymskiej Oleniwki wcześniej służył do obrony Moskwy – przeniesiono go na półwysep w miejsce utraconego/wysłanego na front zestawu, gdy okazało się, że w oparciu o miejscowe zasoby nie sposób zabezpieczyć infrastruktury przed atakami z powietrza. No to teraz rosjanom będzie jeszcze trudniej…

A skoro jesteśmy przy Moskwie – wczesnym rankiem znów spadły na nią drony. Ataki na rosyjską stolicę stały się „chlebem powszednim” tej wojny – media już nie odnotowują ich w kategoriach sensacji, niektóre redakcje zupełnie je pomijają. Ukraińcy nie ukrywają, że ich celem jest przede wszystkim oddziaływanie psychologiczne – moskwianie mają się czuć tak, jak mieszkańcy ukraińskich miast. Nie będzie to łatwe z uwagi na odległość, używany sprzęt (drony to nie rakiety…), ale i powściągliwość Ukraińców, którzy nie walą z premedytacją po celach cywilnych. Tym niemniej już dziś nasuwa mi się skojarzenie z wojną iracko-irańską (1980-88). Front – mimo angażowania ogromnych sił i toczonych tam niezwykle krwawych walk – nie przyniósł rozstrzygnięcia, obie strony zaczęły się więc ostrzeliwać rakietami. Spadały one przede wszystkim na stolice, o czym regularnie donosiły ówczesne media, także w Polsce (telewizyjne przebitki z „wojny miast” to jedno z moich wspomnień z lat 80.). I ta kampania nie przyniosła oczekiwanych rezultatów, w wyniku czego zastosowano formułę status quo ante bellum (łac.) – obie strony zgodziły się na zakończenie konfliktu przez powrót do stanu posiadania sprzed wybuchu wojny. Czy tak skończy się rosyjsko-ukraińska wojna? Nie wiem. Wiem za to, że jutrzejsze święto to odpowiedni (jakkolwiek cynicznie to brzmi…) pretekst do ataków na obie stolice.

A może do czegoś bardziej spektakularnego?

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Zdjęcie ilustracyjne – Ukraińcy obchodzą dziś bowiem dzień flagi. Wykonałem je zimą 2015 roku w okolicach Debalcewa/fot. własne