1418

11 stycznia minął 1418. dzień rosyjskiej „specjalnej operacji wojskowej” przeciwko Ukrainie. Dokładnie tyle samo trwała wielka wojna ojczyźniana – mit założycielski współczesnej rosyjskiej tożsamości politycznej, fundament narracji o wyjątkowej roli rosji w historii XX wieku i główne źródło legitymacji imperialnych ambicji Kremla. rosyjska propaganda od lat buduje analogię między oboma konfliktami. Ich porównanie ma wzmocnić przekaz o dziejowej misji, o walce dobra ze złem i o konieczności poświęceń. Ale dziś stało się pułapką, bolesnym ciosem w prestiż federacji.

No bo co zrobiła armia rosyjska w czasie, w którym armia czerwona podbiła pół Europy? Ano nie zdołała zrealizować żadnego z deklarowanych celów strategicznych. Nie zniszczyła ukraińskiej państwowości, nie złamała oporu społeczeństwa, rosja nie narzuciła Kijowowi swojej woli politycznej. Co więcej, nawet na poziomie czysto militarnym rosyjskie postępy okazały się ograniczone i nietrwałe.

W pierwszych tygodniach inwazji rosja zajęła znaczne obszary Ukrainy, jednak kolejne miesiące przyniosły serię odwrotów i kontruderzeń sił ukraińskich. Dziś kontrola terytorium, którą Moskwa przedstawia jako „historyczne zdobycze”, w istocie sprowadza się do części Donbasu oraz pasa ziem na południu kraju. W dodatku linia frontu od dawna nie przypomina dynamicznego teatru działań znanego z II wojny światowej, lecz raczej wyczerpującą wojnę pozycyjną, w której każdy kilometr zdobywa się kosztem setek ludzi i ogromnych zasobów. Także tu analogia do wielkiej wojny ojczyźnianej zaczyna obracać się przeciwko swoim autorom. Wielkie straty armii czerwonej dało się usprawiedliwić ogromnymi zdobyczami, „przemiału” rosyjskiej armii już nie sposób.

—–

Jednym z kluczowych elementów tej porażki jest struktura ludzka armii. Pisałem o tym szczegółowiej w tekście sprzed kilku dni, dziś tylko wspomnę ów wątek dla klarowności wywodu. Związek Radziecki prowadził wojnę totalną, opartą na potencjale całego imperium. Armia czerwona była formacją wielonarodową, w której rosjanie stanowili rdzeń, ale ogromną rolę odgrywali przedstawiciele innych republik. Wśród nich szczególne miejsce zajmowali Ukraińcy. Historyczne dane wskazują, że w latach 1941–1945 zmobilizowano ich 6-7 milionów, co czyniło z nich jedną z największych grup narodowych w sowieckich siłach zbrojnych. W świadomości wojskowej funkcjonowali jako żołnierze solidni, odporni psychicznie i dobrze przystosowani do realiów frontowych. Ukraińcy stanowili znaczną część kadry liniowej, technicznej i podoficerskiej. Współczesna rosja została tego zasobu całkowicie pozbawiona. Co więcej, dawni „najlepsi żołnierze imperium” – uchodzący za takich jeszcze w czasach carskich – walczą dziś po drugiej stronie frontu.

Drugim systemowym problemem jest sposób dowodzenia. W czasie II wojny światowej armia czerwona była strukturą skrajnie scentralizowaną i brutalną, lecz mimo to zdolną do uczenia się w warunkach wojny. Katastrofalne błędy z 1941 roku kosztowały ją miliony ofiar, ale w kolejnych latach doprowadziły do realnych korekt w planowaniu, organizacji i prowadzeniu działań bojowych. Współczesna armia rosyjska funkcjonuje w odmiennym, znacznie mniej elastycznym modelu. Strach przed odpowiedzialnością paraliżuje inicjatywę dowódców na wszystkich szczeblach, a przekazywanie w górę informacji o problemach bywa traktowane jako przejaw nielojalności wobec przełożonych i władzy politycznej. W efekcie propaganda zastępuje rzetelną analizę sytuacji, a kryterium politycznej lojalności wypiera kompetencje wojskowe. System, który nie dopuszcza krytycznej oceny własnych działań, traci zdolność do adaptacji – a w warunkach długotrwałej wojny oznacza to narastanie tych samych błędów zamiast ich korygowanie.

—–

Trzecim czynnikiem jest korupcja, która z patologicznym uporem przeniknęła wszystkie szczeble rosyjskich sił zbrojnych. Wojna obnażyła skalę fikcyjnych kontraktów, niedoborów sprzętu i zapasów istniejących jedynie w dokumentach. W wielu jednostkach stan etatowy, ilość uzbrojenia czy poziom zaopatrzenia funkcjonowały poprawnie wyłącznie na papierze, podczas gdy na froncie brakowało podstawowych środków walki i ochrony. Zjawisko to ma charakter systemowy, ponieważ korupcja nie jest w rosji patologią wymagającą usunięcia, lecz elementem mechanizmu lojalności i kontroli, tolerowanym tak długo, jak długo nie zagraża bezpośrednio władzy politycznej.

Dla porównania, armia czerwona funkcjonowała w realiach skrajnie represyjnego państwa, w którym nadużycia i niekompetencja w warunkach wojennych często kończyły się odpowiedzialnością karną, a nawet fizyczną eliminacją. System stalinowski był brutalny i bezwzględny, ale działał i wymuszał realne dostarczanie sprzętu, amunicji i zapasów na front. Dziś jest inaczej, a korupcja nie tylko osłabia zdolności logistyczne i techniczne armii, ale także podkopuje morale żołnierzy, którzy na froncie konfrontują propagandowy obraz potęgi z rzeczywistością niedoboru i improwizacji.

—–

I na koniec jeszcze jeden element: skala i jakość zewnętrznego wsparcia. Związek Radziecki, mimo że w propagandzie przedstawiał zwycięstwo jako wyłącznie własny triumf, korzystał z ogromnej pomocy sojuszników. Program Lend-Lease dostarczył ZSRR setki tysięcy pojazdów, lokomotyw, wagony kolejowe, samoloty, środki łączności, paliwo lotnicze, a nawet żywność, bez której armia czerwona nie byłaby w stanie prowadzić operacji na taką skalę. Była to pomoc systemowa, długofalowa i oparta na potędze przemysłowej Stanów Zjednoczonych, działających w ramach szerokiej koalicji antyhitlerowskiej.

Dzisiejsza rosja znajduje się w sytuacji diametralnie odmiennej. Jej zaplecze międzynarodowe ogranicza się do relacji z państwami takimi jak Chiny, Iran czy Korea Północna. Owszem, Moskwa otrzymuje od nich drony, amunicję czy komponenty podwójnego zastosowania, lecz jest to wsparcie fragmentaryczne, obciążone politycznymi warunkami i dalece niewystarczające, by zrównoważyć presję sankcyjną i skalę zużycia sprzętu na froncie. Chiny unikają otwartego zaangażowania militarnego, Iran działa w granicach własnych ograniczeń produkcyjnych, a Korea Północna dysponuje zasobami, które bardziej pasują do wojny XX niż XXI wieku. W przeciwieństwie do ZSRR, rosja nie ma dziś za sobą koalicji zdolnej zasilać ją przemysłowo w sposób ciągły i masowy. Jest słaba także sojuszami, co unaocznia, jak daleko współczesna federacja rosyjska odeszła od realnej potęgi, którą próbuje symbolicznie dziedziczyć. W 1945 roku Związek Radziecki wychodził z wojny jako jedno z dwóch globalnych supermocarstw. W 2026 roku rosja, po identycznym czasie walk, pozostaje państwem uwikłanym w konflikt, którego nie potrafi zakończyć ani wygrać, a którego sens coraz trudniej wytłumaczyć własnemu społeczeństwu.

PS. Nie, żebym wierzył w jakąś rosyjską zdolność do samorefleksji, spodziewał się społecznego głośno wyartykułowanego „sprawdzam!”; zapewne putin nie ma się czego obawiać, przynajmniej na razie. Bardziej prawdopodobne, że rosjanie przełkną kolejne symboliczne upokorzenie, a propaganda im „wyjaśni” umowność tych 1418 dni. Bez bicia się w pierś i szukania rzeczywistych powodów rosyjskich niepowodzeń…

Ten tekst – bez nawiązań do poprzedniego materiału i w wersji bardziej rozbudowanej – opublikowałem w portalu TVP.Info. Oto link do tego materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Popłuczyna

rosyjska propaganda uwielbia budowanie analogii między specjalną operacją wojskową a wielką wojną ojczyźnianą. Prawdę powiedziawszy, robiła to już wcześniej, na etapie donbaskiej rebelii. Pamiętam przekazy radiowe i telewizyjne, których słuchałem i które oglądałem podczas wyjazdu do tzw. donieckiej republiki ludowej. Był przełom kwietnia i maja 2015 roku, zbliżała się rocznica wielkiej pobiedy – w kontrolowanych przez rosjan mediach dominował przekaz, zgodnie z którym współcześni rosjanie i prorosyjscy Ukraińcy, niczym ich dziadkowie w latach 1941-45, walczyli z faszyzmem. Tamten był niemiecki, ten ukraiński, ale jeden czort, przekonywano.

Wojenno-ojczyźniana narracja przybrała na sile wraz z przedłużaniem się obecnej wojny. Należało ją zsakralizować, zwłaszcza po upokarzających klęskach armii rosyjskiej w 2022 roku. „Popełniliśmy błędy, ale się otrząsnęliśmy – i teraz już tylko na Zachód”, przekonują propagandyści Kremla. By rzecz się spinała z faktami, do rangi wielkich sukcesów wywyższane są walki o nieznane nikomu przed wojną miejscowości. Zresztą fakty i tak przegrywają w tej konfrontacji, bo rosjanie zwyczajnie kłamią na temat swoich sukcesów. Kłamią świat, okłamują samych siebie – i jakoś się to kręci.

Tyle że nieuchronnie zbliża się 1418. dzień „specjalnej operacji wojskowej” putina. A dokładnie tyle trwała wielka wojna ojczyźniana. To moment, w którym symbol może rosjanom zaciążyć. Dlaczego? Wystarczy spojrzeć na mapę. Armia czerwona w ciągu 1418 dni przeszła drogę od katastrofy 1941 roku do Berlina. Armia rosyjska po ponad 1400 dniach wojny z Ukrainą wciąż walczy o kolejne wsie i miasteczka, płacąc za nie tysiącami ludzi. Dynamika? Skala? Efekt strategiczny? To są zupełnie różne światy. Propaganda może rysować strzałki, ale rzeczywistości nie da się domalować.

I dlatego w rosji czuć dziś napięcie. Bo rocznica sprowokuje – po prawdzie to już prowokuje – niewygodne pytania. Skoro wtedy się udało, a dziś nie, to gdzie tkwi problem? W dowództwie? W państwie? W samej armii? Władza bardzo nie lubi takich pytań.

Bo a nuż ktoś wreszcie zwróci uwagę, że skuteczność armii czerwonej nie była wyłącznie „rosyjska”. Walczyli w niej Ukraińcy – dziś stojący po drugiej stronie frontu. Walczyli Białorusini – obecnie formalnie neutralni, a ich ochotnicy biją się po stronie Ukrainy. Walczyły narody Azji Centralnej – Uzbekowie, Kirgizi, Kazachowie – które dziś mają własne państwa i własne interesy, niekoniecznie zbieżne z interesami Moskwy. Imperium wygrywało, bo było imperium: demograficznym, etnicznym, mobilizacyjnym i kulturowym.

Dziś ten zasób już nie istnieje. Owszem, w szeregach armii rosyjskiej wciąż walczą mniejsze etnosy z Syberii i Kaukazu. Ale to nie one decydują. Są rekrutowane, wysyłane na front i giną pod dowództwem rosjan, w ramach struktury, która pozostała rosyjskocentryczna do bólu.

I tu dochodzimy do sedna problemu. Niska efektywność rosyjskiej armii w Ukrainie uderza w jeden z fundamentów rosyjskiej państwowości: mit o cywilizacyjnej wyższości rosjan. Mit, który głosił, że rusyfikacja to nie przemoc, lecz „ulepszanie”; że rosyjskie państwo, rosyjska kultura i rosyjska armia są narzędziami porządku, rozwoju i sensu. Od czasów carskich wojsko było kluczowym instrumentem tej narracji – kuźnią lojalności i fabryką „lepszych poddanych”.

No i co? I gówno. Emanacja rosyjskiej wyższości kręci się niczym smród po gaciach, od czterech lat próbując pokonać sąsiada – mniejszego, słabszego, pozornie skazanego na klęskę. Trudno nie wywieść z tego wniosku, że rosja bez wartościowych mniejszości to popłuczyna po imperium. 12 stycznia 2026 roku będzie 1418. dowodem tej tezy…

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. parada w Moskwie z okazji 9 maja. 1418. dzień spec-operacji raczej takich fajerwerków nie przyniesie…/fot. kremlin.ru

Odtrutka

Rosyjska propaganda zachwyca się nad bizantyjskim rozmachem, z jakim Koreańczycy z północy przyjęli putina. Dostrzegam w tym typową praktykę kompensacyjną. Kremlowski zbrodniarz niespecjalnie dużo podróżuje, bo w cywilizowanym świecie grozi mu zatrzymanie. Z kolei pośród „wiernych sojuszników” – w Chinach i Iranie – nie jest już „samcem alfa”, a co najwyżej ważnym petentem. Nie ma zatem zbyt wielu okazji, by doświadczyć pompy, a tu proszę – są ogromne portrety, epickie pokazy, wielotysięczny rozentuzjazmowany tłum. W kulturze, w której przywódca uosabia państwo, takie uznanie stanowi powód do dumy.

Dla wielu rosjan jest też dowodem, że putin kroczy właściwą ścieżką – w końcu będąc „luzerem” (a rosja wraz z nim) nie byłby tak hołubiony. Co gorsza, podobnie widzi sprawy wiele osób w naszej części świata. W tej wizji – kreowanej przez rosyjską propagandę – federacja „dobrze się trzyma”, Kreml „montuje własną koalicję”, a kwestie związane z nowym porządkiem świata powoli, ale konsekwentnie idą zgodnie z putinowskim planem.

—–

Czyżby? Moim zdaniem, putin to największy „przegryw” w historii rosji, licząc od rodziny Romanowów, która położyła głowy przed brutalną siłą bolszewików (a wcześniej zrobiła wszystko, by rosję w tę czerwoną otchłań wepchnąć). Gdy obejmował urząd, federacja miała u południowych, europejskich granic, przychylnie nastawiony kraj i społeczeństwo połączone – jak się wówczas wydawało – nierozerwalną więzią kulturową z narodem rosyjskim. Dziś rosja toczy z Ukrainą krwawą wojnę, a Ukraińcy na pokolenia pozostaną wrogo nastawieni wobec sąsiada. Oczywiście, gdzieś tam po drodze był Krym i donbaskie republiki, są też kolejne zdobycze, ale to mikroskopijne zyski, żałosne, gdy zestawimy je z nadętą, imperialną narracją Kremla.

Jakieś inne niekwestionowane sukcesy? Wysryw użytecznych idiotów atakujących i podważających sensowność zachodnich instytucji i stylu życia – sporo tego w Polsce i naszej Europie (pośród zwykłych ludzi i elit), o czym macherzy od wojny informacyjnej mogą meldować Kremlowi z dumą. Ale i tak nie udało się rozsadzić od wewnątrz zachodniej jedności, więc to jednak sukces o ograniczonej skali.

Podobnie jak fakt, że rosja trwa jako organizm państwowy – bo trwa dzięki skuteczności putinowskiej ekipy, tyle że dzieje się to za cenę niemodernizowania gospodarki, utrzymywania złodziejsko-mafijnych form sprawowania rządów oraz postępującego zamordyzmu, w którym obywatel może trafić do więzienia na jedną czwartą swojego życia za skrytykowanie władzy i armii. Doprawdy jest to „sukces”…

Sukcesem miała się zakończyć „operacja specjalna w Ukrainie”. W wymiarze geopolitycznym chodziło o danie w pysk NATO i Zachodowi. „Nie wtrącajcie się w naszą strefę wpływów”, wprost ostrzegał Kreml. „Tak, jak zgnieciemy Ukrainę, tak możemy postąpić z krajami nadbałtyckimi czy Polską; i co nam zrobicie?”, brzmiało przesłanie do „starego” Zachodu. Ten odesłał Moskwę w diabły – putin chciał NATO spacyfikować, a dziś jego bojcy umierają od natowskiej broni, zręcznie wykorzystywanej przez ukraińskich żołnierzy. I umierać będzie ich więcej, bo dostawy sprzętu znów się rozkręcają. Jeśli uznać, że w 2014 roku putin tchnął życie w niemrawe NATO, to w 2022 zafundował mu potężny zastrzyk sił witalnych. „Staruszek” Sojusz miał się schować w mysiej dziurze, tymczasem nie tylko wspiera Ukrainę, ale rozrósł się i zbliżył do granic rosji. Wejście w struktury Szwecji i Finlandii – dotąd neutralnych – zmieniło na mocną niekorzyść sytuację strategiczną federacji u jej północnych granic i w basenie Morza Bałtyckiego. „Miałem chamie złoty róg…”, chciałoby się rzec.

A przecież to niejedyne skutki. Państwa NATO, które przez ostatnie dekady zmniejszały arsenały i cięły koszty na utrzymanie wojska, dziś nie mają już złudzeń, że była to zła polityka. Wtórnym skutkiem putinowskiej agresji będzie – już jest – remilitaryzacja Zachodu. Dynamika tego procesu może rozczarowywać, co nie zmienia faktu, że przeprowadzamy go w oparciu o środki – finansowe i technologiczne – o których Moskwa może pomarzyć. ZSRR wykończyły „gwiezdne wojny”, federację rosyjską ma szansę rozwalić wojna ukraińska.

Już rozwala. Nowe porządki, które chciała światu narzucić Moskwa – a których początkiem miała być aneksja Ukrainy – zakładały utrwalenie surowcowego uzależnienia Zachodu. „Handlujcie z nami. Zapewnimy wam tanie paliwa, jeśli dacie sobie spokój z eksportem demokracji do naszej strefy wpływów”, tak pokrótce brzmiała rosyjska oferta. Początkowo wydawało się, że zostanie przyjęta. Że realne finansowe zyski w połączeniu ze „świętym spokojem” („a niech tam robią sobie na wschodzie, co chcą, grunt, że u nas dobrobyt i spokój”), przytłumią wyrzuty sumienia przywódców Francji, Niemiec, ale i Polski, która przecież – mimo hałaśliwej antyrosyjskiej retoryki – ani myślała o zerwaniu gospodarczych relacji z rosją. Na szczęście pryncypialność wzięła górę nad interesami (nie wszędzie, nie zawsze, nie po całości – ale co do zasady wzięła). Zainicjowane przez USA sankcje przeniosły wojnę także w obszar ekonomii (tak, Moskwa ma rację, nazywając je krokami wojennymi). Szkodzą one rosji dziś, zaszkodzą w przyszłości, bowiem Zachód podjął decyzję o definitywnej rezygnacji z rosyjskich kopalin. A rosja bez zysków z eksportu węgla, gazu i ropy nie istnieje jako samofinansujący się podmiot państwowy. Kopalin jeść się nie da, Chiny nie kupią wszystkich nadwyżek, bo energochłonność ich gospodarki przestaje rosnąć. Na przyśpieszoną reorganizację własnej Moskwa nie ma ani pieniędzy, ani know how (pamiętajmy, że mówimy o kraju, który nie potrafi zbudować przyzwoitego auta czy choćby pralki).

A tych pieniędzy nadal ubywa – idą bowiem na prowadzenie wojny, która w założeniu miała być trzydniową operacją (kilkutygodniową, jeśli uwzględnić działania policyjne), a okazuje się materiałochłonnym konfliktem, z niewiadomym terminem zakończenia. „Genialny” putin przegrał już bitwę o zajęcie całej Ukrainy, nadal nie wygrał – i nie wygra – bitwy toczonej w oparciu o zredukowane założenia, gdzie celem jest zajęcie wschodu i południa zaatakowanego kraju.

Nie wygra także dlatego, że konflikt na Wschodzie dramatycznie unaocznia, jak wielka różnica dzieli zachodnie uzbrojenie, technologię, filozofię prowadzenia wojny i taktyczne rozwiązania, od ich rosyjskich odpowiedników. Oczywiście, słabość rosji jest relatywna – bo na froncie inicjatywa wciąż należy do agresorów – ale i wyraźna, skoro skutkiem tej inicjatywy są niewielkie zdobycze terytorialne przy koszmarnych stratach.

—–

Będzie lepiej z rosyjskim wojskiem? Hmm… Zerknijmy może wstecz. ZSRR a później rosja robiły wszystko, by mit „wielkiej wojny ojczyźnianej” (WWO) zakorzenił się nie tylko w głowach zwykłych ludzi w Europie, ale też, by stał się naukowym paradygmatem. Jedynie słuszną narracją historyczną, w której bohaterscy czerwonoarmiści stanęli naprzeciw faszystowskiej hordy. I choć najpierw, zaskoczeni siłą i gwałtownością ataku, ulegli, to później niezłomni w swym uporze, pognali hitlerowców aż do Berlina. W tej opowieści nie ma miejsca na odcienie szarości; „Iwan” od początku do końca jest bohaterski. Co więcej, stoi za nim murem całe społeczeństwo, gotowe do wielu wyrzeczeń w obronie radzieckiej ojczyzny. Ta wojna jeszcze w 1941 roku została przez sowiecką propagandę usakralizowana – deklaratywnie ateistyczne państwo nazwało ją „świętą”, odwołując się do pobożności ludu i wykorzystując rozległe (nigdy niewykorzenione przez bolszewię) wpływy cerkwi prawosławnej. Stało się tak, gdyż próba zmotywowania obywateli do walki w oparciu o ideologię państwową (komunizm) okazała się nieskuteczna. Wehrmacht pruł przez sowiety niczym kolejowy ekspres. Bardzo długo najpoważniejszym wyzwaniem dla niemieckich dowódców polowych nie był radziecki opór, a milionowe rzesze jeńców, poddających się bez walki, co w „uświęconej” wersji WWO jest niemal całkiem przemilczane.

Sowiecki żołnierz nie był „defaultowo” zdolny do skutecznej obrony ojczyzny. Na przeszkodzie stały niedostatki wyszkolenia, fatalne kompetencje kadry, podłej jakości uzbrojenie, ale przede wszystkim niskie morale i motywacja. Przeciętnemu czerwonoarmiście ojczyzna kojarzyła się z terrorem, wyzyskiem, biedą i powszechną nieufnością. Za coś takiego nie warto było ryzykować zdrowia i życia. Wybierał więc „Iwan” niewolę, wychodzili więc sowieccy cywile na drogę, by chlebem i solą powitać niemieckich wyzwolicieli. III Rzesza przegrała na wschodzie z dwóch zasadniczych powodów. Pierwszy wiązał się z gigantyczną pomocą sprzętową, jaką ZSRR otrzymał w ramach Lend-Lease. Wysokiej klasy amerykańskie uzbrojenie (i ciężarówki!) znacząco polepszyło wartość armii czerwonej. Drugim i ważniejszym czynnikiem było niemieckie ludobójstwo i jego skutki. Gdy hitlerowcy okazali się bardziej bezwzględni niż stalinowski reżim, obywatele sojuza nie mieli wyboru. Ich wola walki była w istocie skanalizowaną przez państwo masą indywidualnych zemst. Nawet wtedy, gdy armię czerwoną przetrzebiono z europejskiego rekruta, ten z Dalekiego Wschodu jechał na front przez poniemieckie zgliszcza. Tak nabywało się motywacji i determinacji. Ale czy kunsztu? Status zwycięzców zamykał temat, ale fachowcy dobrze wiedzieli, że sowieci walczyli wyjątkowo nieudolnie. Że ich sukcesy były efektem mobilności i, nade wszystko, masy.

Oczywiście z faktu, że rosja jest kulturowym i prawnym spadkobiercą ZSRR – a więc współczesny rosyjski żołnierz następcą „Iwana” – nie musi wynikać udolność czy nieudolność armii. 80 lat to szmat czasu, wiele mogło się zmienić. Ale czy się zmieniło? Po 2,5 roku od rozpoczęcia pełnoskalowej inwazji rosyjska armia nadal jest źle dowodzona – zarówno na szczeblu strategicznym, jak i taktycznym. Wiemy, że jakość jej sprzętu jest „taka se” (i że istotna część tego, co najlepsze, została przez Ukraińców przemieniona w złom). Wiemy wreszcie, że rosyjski żołnierz ma niską motywacje do walki – dziś nade wszystko finansową. Miażdżąca większość bojców putina rekrutuje się z koszmarnie zabiedzonej prowincji, głubinki. Dla tych ludzi wojna to sposobność na poprawę losu, jakkolwiek paradoksalnie i dramatycznie to brzmi.

—–

Pozostając przy kwestii motywacji, i szerzej, morale – pozwólcie najpierw na krótką dygresję. Wojna w Donbasie zostanie w mojej pamięci jako doświadczenie, w którym alkohol odgrywał niebagatelną rolę. Dobrą (integrującą), ale i złą, jak wtedy, gdy pijany ukraiński żołnierz wygarnął w moją stronę serią, bo wziął mnie za skradającego się rosjanina. Przytomności umysłu zawdzięczam, że nie zostałem skoszony, ale znam przynajmniej jeden przypadek (później przerobiony w epicką historię, z której zniknęły i wóda, i głupota), w którym na strachu się nie skończyło. Mniejsza o to – zmagania we wschodniej Ukrainie już po drugim wyjeździe uznałem za „pijaną wojnę”. A pili jedni i drudzy, żeby nie było wątpliwości.

Po 2016 roku nie miałem już okazji przebywać u separatystów, ale po ukraińskiej stronie alkoholowe realia zaczęły się zmieniać. Wódkę wciąż traktowano jako wentyl bezpieczeństwa – sposób na odreagowanie stresu – troszcząc się przy tym, by pijane wojsko nie pchało się na pierwszą linię. Znałem to dobrze z czasów polskiej misji wojskowej w Afganistanie, gdzie „tankowanie” było na porządku dziennym mimo formalnej prohibicji. Gdzie jednak dbano o to, by napruty czy skacowany żołnierz nie miał okazji wyruszyć w pole. Rzecz jasna zdarzały się kompromitujące armię wpadki, ale co do zasady tolerancji dla „pijanych patroli” nie było.

Ukraińcy poszli tym tropem i o ile wiem – a piszę to w oparciu o wiele źródeł – nadal udaje im się utrzymać „alkoholową dyscyplinę” (co nie zmienia faktu, że żołnierze przyswajają rozmaite używki). A rosjanom? Alkohol – wedle relacji ocaleńców (mieszkańców wyzwolonych rejonów Ukrainy oraz osób, którym udało się uciec z okupowanych terenów) – jest jednym z najważniejszych powodów rosyjskiego bestialstwa wobec cywilów. Wielu gwałcicieli i zabójców dokonywało przestępstw właśnie „pod wpływem”. Mając w pamięci szokujące relacje moich przodków na temat sowieckich żołnierzy, którzy szli przez Polskę do Niemiec między 1944 a 1945 rokiem, mógłbym napisać: „na wschodzie bez zmian”.

Kilka dni temu obraz uzupełniły doniesienia niezależnych rosyjskich mediów – „Nowej Gazety” (NG) i Wiorstki. Według obliczeń dziennikarzy NG, tylko między styczniem a październikiem 2023 roku do sądów trafiło co najmniej 135 spraw dotyczących zabójstw popełnionych przez rosyjskiej wojsko na terytoriach okupowanych. A mowa o zdarzeniach, w których żołnierz zabił żołnierza. Wojsko często próbuje zatuszować takie incydenty i uznać zamordowanych za ofiary walk. Nie wiadomo, jak często się to udaje.

W 83 proc. opublikowanych wyroków skazujących za morderstwo pojawiła się wzmianka dotycząca alkoholu – wylicza z kolei Wiorstka. Sami oskarżeni byli pijani w 76 proc. przypadków. Odsetek ten jest wyższy niż średnia rosyjska w 2023 roku 67 proc. morderstw w rosji zostało popełnionych przez osoby pod wpływem alkoholu. Zdaniem dziennikarzy Wiorstki, to efekt tego, że na froncie żołnierze i oficerowie masowo piją alkohol, za co prawie nigdy nie są karani.

Takie są realia „drugiej armii świata”. Taka hard power stoi za putinem. Więc nawet gdyby był genialnym geo-strategiem, miałby problem z realizacją swoich wizji. Wszak „z gówna bicza nie ukręcisz”. No ale nie jest genialny, a jego kraj nie trzyma się dobrze. I nic nie idzie mu zgodnie z planem. Wiem, że trochę się powtarzam, ale opowieść o wojnie w Ukrainie znów potrzebuje takiej odtrutki.

—–

Dziękuję za lekturę! A gdybyście chcieli wesprzeć mnie w dalszym pisaniu, polecam się na dwa sposoby. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają moje materiały, także ostatnia książka.

A skoro o niej mowa – gdybyście chcieli nabyć „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji” z autografem, wystarczy kliknąć w ten link.

Nz. Screen jednego z propagandowych przekazów. W sposób niezamierzony ciekawie wyszło, bo obaj zbrodniarze jadą niemieckim mercedesem. Zachód „be!”, ale zachodnie samochody to chętnie „przytulimy”. Żałosne typki…