1418

11 stycznia minął 1418. dzień rosyjskiej „specjalnej operacji wojskowej” przeciwko Ukrainie. Dokładnie tyle samo trwała wielka wojna ojczyźniana – mit założycielski współczesnej rosyjskiej tożsamości politycznej, fundament narracji o wyjątkowej roli rosji w historii XX wieku i główne źródło legitymacji imperialnych ambicji Kremla. rosyjska propaganda od lat buduje analogię między oboma konfliktami. Ich porównanie ma wzmocnić przekaz o dziejowej misji, o walce dobra ze złem i o konieczności poświęceń. Ale dziś stało się pułapką, bolesnym ciosem w prestiż federacji.

No bo co zrobiła armia rosyjska w czasie, w którym armia czerwona podbiła pół Europy? Ano nie zdołała zrealizować żadnego z deklarowanych celów strategicznych. Nie zniszczyła ukraińskiej państwowości, nie złamała oporu społeczeństwa, rosja nie narzuciła Kijowowi swojej woli politycznej. Co więcej, nawet na poziomie czysto militarnym rosyjskie postępy okazały się ograniczone i nietrwałe.

W pierwszych tygodniach inwazji rosja zajęła znaczne obszary Ukrainy, jednak kolejne miesiące przyniosły serię odwrotów i kontruderzeń sił ukraińskich. Dziś kontrola terytorium, którą Moskwa przedstawia jako „historyczne zdobycze”, w istocie sprowadza się do części Donbasu oraz pasa ziem na południu kraju. W dodatku linia frontu od dawna nie przypomina dynamicznego teatru działań znanego z II wojny światowej, lecz raczej wyczerpującą wojnę pozycyjną, w której każdy kilometr zdobywa się kosztem setek ludzi i ogromnych zasobów. Także tu analogia do wielkiej wojny ojczyźnianej zaczyna obracać się przeciwko swoim autorom. Wielkie straty armii czerwonej dało się usprawiedliwić ogromnymi zdobyczami, „przemiału” rosyjskiej armii już nie sposób.

—–

Jednym z kluczowych elementów tej porażki jest struktura ludzka armii. Pisałem o tym szczegółowiej w tekście sprzed kilku dni, dziś tylko wspomnę ów wątek dla klarowności wywodu. Związek Radziecki prowadził wojnę totalną, opartą na potencjale całego imperium. Armia czerwona była formacją wielonarodową, w której rosjanie stanowili rdzeń, ale ogromną rolę odgrywali przedstawiciele innych republik. Wśród nich szczególne miejsce zajmowali Ukraińcy. Historyczne dane wskazują, że w latach 1941–1945 zmobilizowano ich 6-7 milionów, co czyniło z nich jedną z największych grup narodowych w sowieckich siłach zbrojnych. W świadomości wojskowej funkcjonowali jako żołnierze solidni, odporni psychicznie i dobrze przystosowani do realiów frontowych. Ukraińcy stanowili znaczną część kadry liniowej, technicznej i podoficerskiej. Współczesna rosja została tego zasobu całkowicie pozbawiona. Co więcej, dawni „najlepsi żołnierze imperium” – uchodzący za takich jeszcze w czasach carskich – walczą dziś po drugiej stronie frontu.

Drugim systemowym problemem jest sposób dowodzenia. W czasie II wojny światowej armia czerwona była strukturą skrajnie scentralizowaną i brutalną, lecz mimo to zdolną do uczenia się w warunkach wojny. Katastrofalne błędy z 1941 roku kosztowały ją miliony ofiar, ale w kolejnych latach doprowadziły do realnych korekt w planowaniu, organizacji i prowadzeniu działań bojowych. Współczesna armia rosyjska funkcjonuje w odmiennym, znacznie mniej elastycznym modelu. Strach przed odpowiedzialnością paraliżuje inicjatywę dowódców na wszystkich szczeblach, a przekazywanie w górę informacji o problemach bywa traktowane jako przejaw nielojalności wobec przełożonych i władzy politycznej. W efekcie propaganda zastępuje rzetelną analizę sytuacji, a kryterium politycznej lojalności wypiera kompetencje wojskowe. System, który nie dopuszcza krytycznej oceny własnych działań, traci zdolność do adaptacji – a w warunkach długotrwałej wojny oznacza to narastanie tych samych błędów zamiast ich korygowanie.

—–

Trzecim czynnikiem jest korupcja, która z patologicznym uporem przeniknęła wszystkie szczeble rosyjskich sił zbrojnych. Wojna obnażyła skalę fikcyjnych kontraktów, niedoborów sprzętu i zapasów istniejących jedynie w dokumentach. W wielu jednostkach stan etatowy, ilość uzbrojenia czy poziom zaopatrzenia funkcjonowały poprawnie wyłącznie na papierze, podczas gdy na froncie brakowało podstawowych środków walki i ochrony. Zjawisko to ma charakter systemowy, ponieważ korupcja nie jest w rosji patologią wymagającą usunięcia, lecz elementem mechanizmu lojalności i kontroli, tolerowanym tak długo, jak długo nie zagraża bezpośrednio władzy politycznej.

Dla porównania, armia czerwona funkcjonowała w realiach skrajnie represyjnego państwa, w którym nadużycia i niekompetencja w warunkach wojennych często kończyły się odpowiedzialnością karną, a nawet fizyczną eliminacją. System stalinowski był brutalny i bezwzględny, ale działał i wymuszał realne dostarczanie sprzętu, amunicji i zapasów na front. Dziś jest inaczej, a korupcja nie tylko osłabia zdolności logistyczne i techniczne armii, ale także podkopuje morale żołnierzy, którzy na froncie konfrontują propagandowy obraz potęgi z rzeczywistością niedoboru i improwizacji.

—–

I na koniec jeszcze jeden element: skala i jakość zewnętrznego wsparcia. Związek Radziecki, mimo że w propagandzie przedstawiał zwycięstwo jako wyłącznie własny triumf, korzystał z ogromnej pomocy sojuszników. Program Lend-Lease dostarczył ZSRR setki tysięcy pojazdów, lokomotyw, wagony kolejowe, samoloty, środki łączności, paliwo lotnicze, a nawet żywność, bez której armia czerwona nie byłaby w stanie prowadzić operacji na taką skalę. Była to pomoc systemowa, długofalowa i oparta na potędze przemysłowej Stanów Zjednoczonych, działających w ramach szerokiej koalicji antyhitlerowskiej.

Dzisiejsza rosja znajduje się w sytuacji diametralnie odmiennej. Jej zaplecze międzynarodowe ogranicza się do relacji z państwami takimi jak Chiny, Iran czy Korea Północna. Owszem, Moskwa otrzymuje od nich drony, amunicję czy komponenty podwójnego zastosowania, lecz jest to wsparcie fragmentaryczne, obciążone politycznymi warunkami i dalece niewystarczające, by zrównoważyć presję sankcyjną i skalę zużycia sprzętu na froncie. Chiny unikają otwartego zaangażowania militarnego, Iran działa w granicach własnych ograniczeń produkcyjnych, a Korea Północna dysponuje zasobami, które bardziej pasują do wojny XX niż XXI wieku. W przeciwieństwie do ZSRR, rosja nie ma dziś za sobą koalicji zdolnej zasilać ją przemysłowo w sposób ciągły i masowy. Jest słaba także sojuszami, co unaocznia, jak daleko współczesna federacja rosyjska odeszła od realnej potęgi, którą próbuje symbolicznie dziedziczyć. W 1945 roku Związek Radziecki wychodził z wojny jako jedno z dwóch globalnych supermocarstw. W 2026 roku rosja, po identycznym czasie walk, pozostaje państwem uwikłanym w konflikt, którego nie potrafi zakończyć ani wygrać, a którego sens coraz trudniej wytłumaczyć własnemu społeczeństwu.

PS. Nie, żebym wierzył w jakąś rosyjską zdolność do samorefleksji, spodziewał się społecznego głośno wyartykułowanego „sprawdzam!”; zapewne putin nie ma się czego obawiać, przynajmniej na razie. Bardziej prawdopodobne, że rosjanie przełkną kolejne symboliczne upokorzenie, a propaganda im „wyjaśni” umowność tych 1418 dni. Bez bicia się w pierś i szukania rzeczywistych powodów rosyjskich niepowodzeń…

Ten tekst – bez nawiązań do poprzedniego materiału i w wersji bardziej rozbudowanej – opublikowałem w portalu TVP.Info. Oto link do tego materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

„Zastrzyk”

Wiosną 2022 roku amerykański sprzęt i amunicja zaczęły płynąć na Wschód znacznie szerszym strumieniem. Na front w Ukrainie trafiły m.in. himarsy, które w ciągu kilkunastu następnych tygodni przetrąciły kręgosłup rosyjskiej logistyce.

Oczywiście, broń dostarczały też inne państwa, w tym Polska, dzięki której znacząco powiększył się park maszynowy ukraińskich wojsk pancernych. Decydujące znaczenie miały jednak precyzyjna artyleria (rakietowa i lufowa) oraz ogromne dostawy broni przeciwpancernej i podręcznych systemów przeciwlotniczych. Te ostatnie pozwalały trzymać rosyjskie lotnictwo z dala od frontu, javeliny i pochodne masakrowały czołgi, a armaty „mięsne szturmy” oraz bliskie zaplecze frontu, w tym pozycje rosyjskiej artylerii. W połączeniu z tym, co zrobiły dalekonośne Himarsy, patrząc z rosyjskiej perspektywy mieliśmy do czynienia z potężnym kryzysem. Wojsko federacji wytraciło najwartościowszy wówczas element ludzki i masę najnowocześniejszego i najlepszego sprzętu. „Walec” – jakim najeźdźcy chcieli zmiażdżyć obrońców – zatrzymał się, a potem ugiął pod ukraińskim kontruderzeniem. Jesienią 2022 roku armia inwazyjna była rozbita, zdemoralizowana, najsłabsza w całej dotychczasowej historii konfliktu.

Patrząc wstecz, był to najlepszy moment dla kolejnego ukraińskiego uderzenia – na Zaporożu. Linia surowikina nie istniała, rosyjska logistyka nadal nie otrząsnęła się po wiosenno-letnim „himarsowaniu”. W szeregach armii ukraińskiej panowało za to doskonałe morale, ludzie palili się do walki. Zabrakło jednak woli przywódców i dowództwa, być może warunkowanej krytyczną oceną możliwości ZSU, a może nieuzasadnioną niewiarą – tego dowiemy się zapewne długo po wojnie. Na dziś owo zaniechanie umieściłbym w kategorii „stracone szanse”.

Była też jesień 2022 roku dobrym momentem dla negocjacji, które Ukraińcy mogliby poprowadzić z pozycji siły. Co piszę bez wiedzy, czy jakiekolwiek działania w tym zakresie zostały wtedy podjęte – po prostu, szacuję „wagę” potencjalnych ukraińskich argumentów wobec rosyjskiej (bez)siły. Dostrzegając zarazem – po obu stronach – poważne przeszkody dla układania się. Dla rosji koniec wojny w tamtym momencie byłby porażką, trudną do „sprzedania” swoim, a więc niebezpieczną dla reżimu. W Ukrainie mało kto wówczas myślał o zawieszeniu broni – w armii i społeczeństwie panował wielki entuzjazm i optymizm co do dalszej przyszłości. Decyzja władz o układaniu się z wrogiem nie zyskałaby zrozumienia i akceptacji (co również zagrażałoby rządzącym).

Dlaczego więc o tym wspominam? Ano mam wrażenie, że historia się powtarza. Znów – jak wiosną 2022 roku – Ukraina jest w przededniu „amerykańskiego zastrzyku”. Znów jego zapowiedź przeraża Moskwę i skłania ją do wzmożonej presji na froncie. Znów zaczyna się wyścig między amerykańską logistyką a rosyjskim „walcem” (tym razem bardziej ludzkim niż artyleryjskim, wszak w odróżnieniu od sytuacji z 2022 roku rosjanom bardziej brakuje armat niż ludzi). Znów Ukraińcy muszą rosyjską furię przetrwać – gen. Kyryło Budanow ocenia, że krytyczne będzie najbliższe półtora miesiąca. I wreszcie znów ilość i jakość nowej broni – nie tylko amerykańskiej, ale też europejskiej – daje nadzieję na…

No właśnie, na co?

Odpowiedź w dużej mierze zależy od tego, czy amerykańska pomoc jest jednorazowa (jednoroczna) czy nie. Czy mówimy o procesie trwałej odbudowy zdolności armii ukraińskiej, co w kolejnym roku mogłoby poskutkować poważniejszymi operacjami zaczepnymi? Czy raczej o zapewnieniu Ukraińcom lepszej pozycji negocjacyjnej za kilka miesięcy, po uprzednim ponownym sprowadzeniu rosyjskiej armii do poziomu XX wieku (zniszczeniu jej najwartościowszych systemów)?

Ukraina ma otrzymać naprawdę groźne „zabawki”, w tym setki pocisków ATACMS. Dotąd dostała około 30 sztuk, z których kilka użyto w październiku zeszłego roku do ataku na lotniska w Ługańsku i Berdiańsku. W obu uderzeniach zniszczono i uszkodzono kilkanaście niezwykle cennych dla rosjan śmigłowców Ka-52. Z kolei w zeszłym tygodniu raptem sześć ATACMS-ów zadało potężne straty rosyjskiej OPL na Krymie – mówimy zatem o broni cechującej się niezwykłą efektywnością.

Ale właśnie – będzie jej (i innych systemów) na tyle, by trwale obezwładnić armię inwazyjną i odzyskać przynajmniej część utraconych terenów czy „tylko” tyle, by znów czasowo pogruchotać rosyjskie wojsko, a moskiewskim decydentom odebrać pewność siebie i skłonić do rozmów o pokoju?

Nie znam odpowiedzi na to pytanie.

—–

Dziękuję za lekturę! A gdybyście chcieli wesprzeć mnie w dalszym pisaniu, polecam się na dwa sposoby. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

A gdybyście chcieli nabyć moją najnowszą książkę pt. „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji” z autografem, wystarczy kliknąć w ten link.

Nz. Ukraińska artyleria, zdjęcie ilustracyjne/fot. ZSU

Domykanie

– Mrugniemy powieką i Kijów będzie nasz! – deklarował w jednym ze swoich programów Władimir Sołowiow, rzekomy dziennikarz, a faktycznie naczelny kremlowski propagandysta. Działo się to w lutym, kilkanaście dni później armia rosyjska wkroczyła do Ukrainy. Nie wiem, z jaką prędkością mruga powiekami Sołowiow i jego szajka – u reszty ludzi owa czynność zajmuje jedną trzecią sekundy. W ciągu minuty mrugamy zwykle 15-20 razy, co daje ponad milion sześćset tysięcy powtórzeń w okresie 100 dni. Tyle razy ruskie powinny mieć już Kijów, a mają…

Oczywiście, nawet Sołowiow nie traktował literalnie wypowiadanych przez siebie słów. Szło mu o efektowną frazę, jakby określenie „błyskawicznie” brzmiało niedostatecznie dosadnie. Nie zmienia to faktu, że jakby się chłop nie nadął i po jakie słowne gierki nie sięgnął, dziś i tak wyszedłby na durnia. Jak jego kremlowski pryncypał, wybornie podsumowany w komentarzu satyrycznym Tygodnika NIE. „No geniuszu, dziś setny dzień twojej trzydniowej operacji wojskowej”, drwi sobie admin profilu, ilustrując post zdjęciem zafrasowanego Putina. Karma, gamonie…

Żart, żadna karma, a gigantyczny wysiłek ukraińskiej armii i społeczeństwa, wsparty zachodnimi sankcjami, dostawami broni i danych wywiadowczych. To najważniejsze czynniki, które decydują o tym, że rosyjskie wojsko – miast chełpić się szybkim i całkowitym pokonaniem Ukrainy – wykrwawia się dziś w walce o średniej wielkości miasto powiatowe, po uprzedniej kilkukrotnej redukcji celów strategicznych operacji. Bo najpierw kazano mu zająć cały kraj, potem cały wschód i południe, następnie tylko Donbas, a na koniec jedynie dwa z pięciu donbaskich regionów.

No i utrzymać to, co już zdobyte, bo armia przeciwnika ani myśli się poddawać, a na niektórych odcinkach frontu wręcz kontratakuje. Patrząc na sytuację z boku, trudno dziwić się naciskom Kremla na rosyjskie media – by „nie zauważyły” dzisiejszej symbolicznej daty. Skala kompromitacji rosyjskiej armii, wywiadu i władz politycznych jest bowiem porażająca. I wcale nie jest zjawiskiem historycznym, diagnozą dotyczącą początków inwazji. To proces, który trwa – półtora miesiąca bitwy o Donbas pozwoliło Rosjanom przesunąć front w głąb Ukrainy najdalej o 32 km.

Za jaką cenę? Ogromną. O ile w pierwszych tygodniach inwazji podawane przez Ukraińców rosyjskie straty wydawały się być zawyżone, dziś można tym raportom zarzucić… powściągliwość. Nie chodzi mi o dane dotyczące sprzętu (choć należy zauważyć, że dwie trzecie raportowanych przez Ukraińców zniszczeń znajduje potwierdzenie w niezależnych źródłach, oceniających skalę strat na podstawie materiałów zdjęciowych i filmowych). Mówię o statystykach dotyczących ludzi. Wedle dowództwa ukraińskiej armii, do tej pory poległo, zostało rannych, zaginęło i dostało się do niewoli 31 tys. Rosjan. Tymczasem amerykański wywiad szacuje liczbę poległych agresorów na co najmniej 15 tys. (nie licząc najemników), a rannych na ponad 40 tys. Dla przypomnienia – siły inwazyjne 24 lutego liczyły między 170 a 190 tys. ludzi.

Oczywiście, giną też Ukraińcy, przede wszystkim cywile. Oficjalne dane ONZ mówią o niespełna pięciu tysiącach zabitych, ale to tylko absolutnie bezsporne przypadki. Szacuje się, że starty cywilne są 10 razy wyższe; w samym Mariupolu na skutek działań wojennych śmierć poniosło 20 tys. osób. Okupanci jak mogą utrudniają zbieranie danych na zajętych terytoriach, ale masowe groby widać z kosmosu, zaś działalność zespołów wyposażonych w mobilne krematoria rejestrują ukraińscy patrioci – i informacje na ten temat co rusz trafiają na „naszą” stronę. Co zaś się tyczy strat militarnych – w połowie kwietnia Ukraińcy raportowali, że mają trzy tysiące zabitych i 10 tys. rannych żołnierzy. Potem nastała bitwa o Donbas, w efekcie której dzienne ukraińskie straty wzrosły do 60-100 żołnierzy zabitych i nawet pół tysiąca rannych. Daje nam to, licząc średnią, kolejne trzy tysiące sześćset zabitych i ponad 22 tys. rannych. W sumie zatem mówimy o niemal 7 tys. poległych i ponad 30 tys. zranionych i wyeliminowanych z walki ukraińskich wojskowych. Źródła, do których mam dostęp, wskazują, że rannych może być o kilka tysięcy więcej, zaś liczba zabitych dochodzić do 10 tys.

Na 10 tys. – tym razem sztuk pocisków największych kalibrów – szacuje dzienne zapotrzebowanie własnej artylerii najlepiej poinformowane z moich ukraińskich źródeł. Rosjanie strzelają kilkukrotnie „gęściej”, załóżmy, że pięć razy (a to naprawdę ostrożne założenie…) – co daje nam 60 tys. wystrzelonych pocisków armatnich na dobę. Licząc od początku bitwy o Donbas wychodzi 2,7 mln sztuk zużytej amunicji. Nie może zatem dziwić drastyczny wzrost rannych ukraińskich żołnierzy, bo jakkolwiek Rosjanie specjalnie nie celują, to część z tej ogniowej masy i tak spada na pozycje obrońców. W tym kontekście zupełnie naturalną jest zmiana w relacji strat obu stron. Trend zmierzający do zrównania się jest silny nie tylko dlatego, że Rosjanie stosują zasadę artyleryjskiego walca (zgodnie z którą ruszają do natarcia dopiero po solidnym, wielokrotnym pokryciu ogniem linii obronnych nieprzyjaciela). Lokalne ukraińskie kontrataki także potęgują straty – na niekorzyść Ukraińców działa nie tylko samo odkrywanie się (bo nie sposób szturmować skrycie), ale też brak wystarczającej osłony z powietrza. Część kontrataków na południu została przez Rosjan zatrzymana na etapie wyjściowym, gdy ich lotnictwo zauważyło, a następnie przetrzebiło koncentrujące się oddziały ukraińskie.

Przywodzi nas to do wniosku, że nie będzie mowy o jakiejkolwiek większej operacji zaczepnej armii ukraińskiej bez uporządkowania kwestii przewagi w powietrzu. Ukraińskie lotnictwo jest na to zbyt skromne, a rozbudowa jego możliwości… Zdradzę Wam pewien sekret – otóż głęboko wierzę, że Ukraińcy będą latać na efach szesnastych, a może i piętnastych. Ale nie nastąpi to ani dziś, ani jutro, ani nawet pojutrze; to kwestia wielu miesięcy, wspomnicie moje słowa. Lecz obrońcy nie mogą sobie pozwolić na tak długi pat na froncie, więc sposobem na wzmiankowany problem będą zapewne kolejne dostawy posowieckich samolotów „niewiadomego pochodzenia” (patrz bułgarskie „ale to nie nasze samoloty, takie samoloty można kupić w każdym sklepie z samolotami” – w odpowiedzi na doniesienia prasowe o przekazaniu Ukrainie czternastu Su-25) oraz dalsza rozbudowa możliwości obrony przeciwlotniczej, także w oparciu o zachodnie systemy. Już dziś rosyjskie lotnictwo działa zdecydowanie poniżej swoich teoretycznych możliwości, asekurancko i ze słabnącym natężeniem (chyba komuś kończą się resursy i zasoby odpowiednio wyszkolonych pilotów).

Kolejnym wymogiem (dla zwiększenia potencjału ofensywnego armii ukraińskiej) pozostaje rozbudowa artylerii. W tej kwestii sporo się ostatnio wydarzyło, a spośród pozytywnych informacji najważniejsza dotyczy amerykańskiego systemu HIMARS. To wieloprowadnicowe wyrzutnie rakietowe, zdolne razić cele na głębokich tyłach (nawet do 300 km). Mobilne, precyzyjne, o dużej sile rażenia, stanowią śmiertelne zagrożenie nie tylko dla pozycji artylerii wroga, ale też jego lotnisk, baz logistycznych i przede wszystkim centrów dowodzenia. Na ukraińskim froncie, przy odpowiednim nasyceniu – na poziomie 150-200 wyrzutni – zniknie przewaga Rosjan wynikająca z większej liczby artyleryjskich luf (jakość przebije ilość). I choć na razie USA przekazały Ukrainie zaledwie cztery wyrzutnie – na których Ukraińcy już się szkolą – wkrótce nastąpią kolejne dostawy.

Bo i owszem, nie spodziewam się ustania amerykańskiej pomocy. „Zatroskani” (celowo w cudzysłowie) wieszczą zwycięstwo republikanów w wyborach na jesieni tego roku, po których „skończy się Bidenowe rumakowanie, bo Joe nie będzie miał większości”. Pozbawiona jankeskiej kroplówki Ukraina upadnie, Putin dopnie swego – zacierają ręce nie tylko prawackie „kuce”, ale i spora część postkomunistycznej, „genetycznie” rusofilskiej lewicy (nad czym jako lewicowiec pochylę się przy którymś z kolejnych wpisów, bodzie mnie to bowiem strasznie). Na czym opieram przekonanie, że nawet niekorzystne dla demokratów wyniki wyborów uzupełniających nie wpłyną na determinację Waszyngtonu? Administracja Bidena jasno zdefiniowała swoje cele w kontekście wojny Rosji z Ukrainą – idzie w nich o takie wykrwawienie agresora, by nie był w stanie przez najbliższe dziesięciolecia nikomu już zagrozić. Jak na razie istnieje co do tego konsensus między oboma amerykańskimi partiami, a ustawa Lend Lease to swoisty bezpiecznik na okoliczność braku takiej zgody. LL daje prezydentowi ogromną władzę w kwestii decydowania o skali pomocy wojskowej, normalni republikanie poparli nadanie Bidenowi ekstraordynaryjnych uprawnień także z obawy przed ewentualnymi ekscesami trumpistów. Demokraci pomocy dla Ukrainy nie zablokują, a prezydent… a prezydent, człowiek uformowany w czasach zimnej wojny, ma poczucie misji. Biden chce domknąć historię, rozstrzygnąć amerykańsko-sowiecką rywalizację, bo choć w 1991 roku ZSRR upadł, a USA zapewniły sobie dwie dekady supremacji, to jednak putinowska Rosja wróciła na ścieżkę imperialnych ambicji. Ponowne sprowadzenie jej do roli podrzędnego mocarstwa (bo mocarstwem pozostanie z uwagi na broń jądrową) ma być „dziedzictwem Bidena”, jego osobistym wkładem w historię przez wielkie H.

Himarsy będą niezwykle pomocnym narzędziem w pisaniu tej historii. Zwróćcie proszę uwagę na sposób, w jaki „pojawiają się na scenie”. Najpierw Biden mówi, że Ukraina nie dostanie systemów rakietowych zdolnych razić cele w Rosji. Potem Pentagon ogłasza, że jednak Kijów otrzyma takie uzbrojenie, ale bez rakiet przeznaczonych do najdłuższego lotu. Na końcu zaś amerykańska ambasador twierdzi, że decyzje o sposobie użycia Himarsów należą wyłącznie do Ukraińców. Tak gotuje się rosyjską żabę – stopniowe budowanie świadomości, w jak głębokiej dupie znajdą się Rosjanie, ma im dać czas na otrząśnięcie się, na zaakceptowanie trudno akceptowalnych faktów. Tym sposobem ogranicza się ryzyko gwałtownych reakcji, a zarazem wysyła czytelny komunikat głównemu lokatorowi Kremla: „Wycofaj się, nim Ukraińcy jeszcze bardziej upokorzą twoją armię, a przy okazji i ciebie”. Moim zdaniem, jest to jedyna akceptowalna metoda stwarzania Putinowi możliwości wyjścia z twarzą. Wszystko inne to niepotrzebne i nieadekwatne kapitulanctwo.

—–

Nz. Wyrzutnia Himars w akcji/fot. Departament Obrony USA

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Wyścig

Lend-Lease klepnięty – Joe Biden podpisał dziś dokument, który znacząco ułatwi proces dostaw uzbrojenia dla Ukrainy. W dużym uproszczeniu to reanimowana ustawa z czasów II wojny światowej, a więc prezydencki podpis złożony w sowieckie święto pabiedy ma dodatkowy symboliczny wymiar.

Ale nie symbole są tu najważniejsze, a realne działania. Nie martwi mnie czas potrzebny na implementację zachodniego uzbrojenia – Ukraińcy udowadniają, że szybko się uczą. Nie boję się też scenariusza, w którym gwałtownie ustanie amerykańska pomoc – Waszyngton ma jasny cel – pokonanie Rosji i ocalenie Ukrainy – co do którego za oceanem panuje pełen konsensusu.

Martwię się o wyniki wyścigu, w którym konkurować będzie amerykańska logistyka z rosyjskim pancerno-artyleryjskim walcem. Fakt, że ten drugi ledwie się toczy, nie musi oznaczać, że na końcu okaże się wolniejszy. Zatem – go America, go! Pokaż wolnemu światu, że zasługujesz na miano lidera.

Fot. Ukrainian Memes Forces

Postaw mi kawę na buycoffee.to