Posłowie

W czasie świąt, i już po nich, dostałem sporo zdjęć, jak to zamieszczone poniżej. „Międzyrzecze” okazało się popularnym prezentem pod choinkę. Super!

Ale ja nie o tym.

Botoksowy car usiłuje sprowokować nas do słownej bitki, redefiniując sens historycznych wydarzeń związanych z wybuchem II wojny światowej. Putin pragnie zszargać opinię Polski i Polaków, co jest jednym z wielu kroków mających doprowadzić do stopniowej izolacji Rzeczpospolitej na arenie międzynarodowej. Od (nie)mądrości polskich władz zależy, czy i na jakich warunkach damy się wciągnąć w tę awanturę.

Jej ostateczny cel, patrząc z perspektywy Moskwy, jest jasny – powrót Polski do rosyjskiej strefy wpływów.

Oczywiście, aby tego uniknąć, trzeba nam czegoś więcej niż sprawnej polityki zagranicznej. Istotne są też kwestie obronności. Piszę o tym w „Posłowiu” do „Międzyrzecza” – czas ujawnić jego obszerny fragment.

Ps. Skróty wynikają z konieczności zachowania w tajemnicy istotnych elementów fabuły.

*         *          *

„My, Polacy, słusznie zarzucamy sobie tkwienie w złudnych nadziejach, w przekonaniu, że „jakoś to będzie”. A zarazem trawi nas czarnowidztwo, sprowadzające się do stwierdzenia, że „nie warto nic robić, bo i tak się nie uda”. Targamy się w tej sprzeczności, umacniając ją fantazmatami, tkanymi z wyobrażeń o własnej wyjątkowości, oraz nieprzemyślanymi działaniami, które stwarzają pozory dbania o narodowy interes.

I tylko czasem coś nam wychodzi, samo z siebie, przypadkiem.

Stawiamy na nieistotne geopolitycznie Węgry, odwołując się do wydumanej przyjaźni. Redukujemy sojusze do współpracy ze Stanami Zjednoczonymi, ignorując emocjonalną niestabilność przywódcy tego kraju. Zbroimy się „po łebkach”, tworząc w armii wyspy nowoczesności, tak od siebie oddalone, że nie sposób sensownie wykorzystać ich potencjału. Oddajemy wojsko w ręce człowieka, który funduje mu koszmarne czystki.

W tym samym czasie, na paradach i w posłusznych władzy mediach, tworzymy złudzenie silnych, zwartych i gotowych, pielęgnując przy tym mit wspaniałej husarii, sarmackiej przeszłości, państwowej potęgi, która zawojowała przed wiekami znaczną część Europy.

I jednocześnie machamy ręką, gdy pytają nas o zachodnie gwarancje bezpieczeństwa. „Będzie, jak było” – mówimy, z masochistyczną lubością wypowiadając frazę, że „oni znów nas zdradzą”. Choć w głębi ducha wierzymy, że jednak nie, bo przecież NATO i Unia Europejska – do których niegdyś przystąpiliśmy – to najsilniejszy militarny sojusz i najmocniejsza gospodarcza wspólnota na świecie.

W tej kompulsywnej autoszarpaninie walimy na odlew we własnych żołnierzy, traktując ich jak darmozjadów, „chłopców napalonych na duże zabawki”. Nieprzydatne zabawki – twierdzimy – bo przecież nie zapewnią nam bezpieczeństwa. Bo największy wróg i tak „nakryje nas czapkami” – tyle ma ludzi i sprzętu. Lepiej więc przeznaczmy publiczne pieniądze na coś bardziej sensownego – na przykład na pięćset plus.

A na Kremlu zacierają ręce…

Nie, nie wierzę, by w najbliższej przyszłości Rosja napadła na Polskę. Lecz przez lata tkwiąc jedną nogą w świecie wojskowych, przyjąłem po części ich punkt widzenia. Jest więc dla mnie jasne, że armia musi sposobić się na rozmaite zagrożenia, także te najgorsze. Rosyjskie, choć relatywnie nieduże, jest jednym z nich.

I trzeba to robić z głową, w oparciu o racjonalne przesłanki – od razu zakładając, że da się zwyciężyć.

„Nadzieja jest w zwycięstwie” – brzmi motto serii Warbook. Nie wspominam o nim przypadkiem, uważam bowiem, że idealnie oddaje istotę rzeczy. Z Rosją można zwyciężyć, można mieć nadzieję na taki sukces. Oczywiście, szyty na miarę – nie chodzi mi o bombastyczne wizje polskiej flagi powiewającej nad Kremlem. „To se ne vrati” – jak mawiają nasi południowi sąsiedzi. Nasze zwycięstwo z Rosją to kraj ocalony przed okupacją. Tylko i aż tyle.

Nie wszystko rzecz jasna da się przewidzieć i nie każde zagrożenie jesteśmy w stanie zniwelować. Federacja to mocarstwo atomowe – o tym zawsze trzeba pamiętać. Stąd nadzieja, nie pewność.

Ta nadzieja winna się zasadzać na mocnych podstawach – najważniejszą z nich jest relatywna siła armii. Nasze wojsko musi być zdolne zadać Rosjanom takie straty, których wizja uczyni wojnę nieopłacalną.

Czy współczesne Wojsko Polskie ma taką moc? Już nie – i winą za to należy obciążyć polityków. Nie tylko tych, którzy rządzą nami w ostatnich latach.

Dziś, bez książkowej „Polisy”, nie dalibyśmy rady. Lecz scenariusz, w którym nie musielibyśmy sięgać po tak drastyczne środki, jest na wyciągnięcie ręki. Polska dysponuje potencjałem ekonomicznym, gospodarczym i intelektualnym na tyle dużym, by w nieodległej przyszłości zapewnić sobie poczucie bezpieczeństwa. (…). Trzeba nam tylko mądrych polityków. I dowódców, którzy nie będą nosić parasoli nad urzędnikami z politycznego nadania, a asertywnie wyartykułują potrzeby armii. I dopilnują ich realizacji.

Czas płynie i nie działa na naszą korzyść. (…)”.

romek

—–
Nz. głównym, ilustracyjnym, zniszczony ukraiński czołg. Okolice wioski Piski, wiosna 2015/fot. własne
Zdjęcie nr 2 – „Międzyrzecze” jako choinkowy prezent/fot. Roman Szaga

Postaw mi kawę na buycoffee.to

„Międzyrzecze”

Dziś jest ten dzień! Na rynku ukazała się moja nowa książka, powieść pt.: „Międzyrzecze”. O czym traktuje? Pozwolę sobie wykorzystać notkę wydawniczą.

Wojny miało nie być. Rosja boryka się z poważnymi problemami, a Polski strzegą sojusze i silna armia. Znamy te argumenty, prawda? A jednak konflikt wybucha. Pancerne zagony wroga przelewają się przez granicę niepowstrzymaną, zdawać by się mogło, falą. NATO nie śpieszy się ze zbrojną interwencją – musi nam wystarczyć wysłany wcześniej sprzęt i szczupły amerykański kontyngent. Czy dodatkowe bataliony Leopardów, kolejne F-16 i pokaźna liczba baterii Patriot pozwolą wygrać tę wojnę? Przetrwać starcie z gigantem? Naczelne dowództwo Wojska Polskiego decyduje się na wdrożenie kontrowersyjnego planu Międzyrzecze…

„Międzyrzecze” to dla mnie swoisty debiut, po raz pierwszy bowiem napisałem o wojnie od początku do końca wymyślonej. Nie zmienia to faktu, że powieść jest mocno zakotwiczona w rzeczywistości…

(i tu znów oddaję głos wydawcy):

…a Ogdowski – z wykształcenia socjolog – pozostał wierny swojemu stylowi narracji. Oglądamy więc wydarzenia z różnych jednostkowych perspektyw, które złożone w całość dają obraz wojny jako doświadczenia granicznego. W ramach którego nie sposób jednoznacznie osądzić poczynań uwikłanych w dramatyczne wydarzenia ludzi.

Wojna wywleka z nas najlepsze i najgorsze cechy, często obie jednocześnie. I tacy są moi bohaterowi – ani dobrzy, ani źli; po prostu, próbujący przetrwać. Jak osoby, które spotkałem na swojej reporterskiej drodze, włócząc się po różnych wojnach i kryzysach.

Szukajcie w dobrych księgarniach, czytajcie i dawajcie znać, co o „Międzyrzeczu” sądzicie.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Pan…

Podczas niedzielnych wyborów aż 60 tys. osób zagłosowało na Marka Kuchcińskiego – mając za nic fakt, że marszałek „sprywatyzował” sobie flotyllę samolotów VIP. Rodzina i znajomi królika? Chyba nie – dziesiątki tysięcy osób to za dużo, by mówić o takich powiązaniach.

A zatem skąd ów wynik? Czyżby do wyborców z Podkarpacia nie dotarły informacje o nadużyciach drugiej osoby w państwie? Mają je za nic? A może chodzi o słynny już mechanizm, zawarty w potocznym powiedzeniu: „ta władza też kradnie, ale przynajmniej się dzieli”? Pewnie na każde z tych pytań można by odpowiedzieć „tak”, lecz moim zdaniem, należałoby szukać głębiej.

Część moich znajomych apeluje, by nie przywoływać argumentów o pochodzeniu, wykształceniu czy wieku pisowskiego elektoratu. Bo ta, z gruntu elitarystyczna narracja, tylko utrwala wewnątrzpolskie podziały. Czyli co – nie pisać, że kot miauczy, bo jest kotem, i przypominanie mu kociego pochodzenia to faux pas? No sorry…

Do rzeczy. Setki lat pańszczyzny ukształtowały przedmiotowe wzorce zachowań pośród ofiar tego systemu – chłopi byli w relacjach z panami nikim i dobrze o tym wiedzieli. Nie brak opinii, które porównują ten stan do niewolnictwa w USA. Większość współczesnych Polaków to potomkowie chłopów pańszczyźnianych. Mechanizm społecznego dziedziczenia powoduje, że – w mniejszym lub większym stopniu – powielamy zachowania naszych przodków. Także te, których wolelibyśmy się wyzbyć.

Co ma pańszczyzna do wyboru Kuchcińskiego? Ano tak jak kiedyś chłop godził się, by pan zabierał mu większość zbiorów, by lepiej jadł, mieszkał, miał przywileje, tak dziś wyborca godzi się, by polityk nadużył władzy. „Bo panu wolno, panu się należy”. I jeszcze skapnie coś z pańskiego stołu…

Zatem Kuchciński mógł wozić tyłek luksusowym samolotem, mógł użyczać go rodzinie – i jednocześnie mógł liczyć na głosy wyborców. „Bo panu się należy”.

Od dekad wyzbywamy się tego pańszczyźnianego jarzma. PRL – jakkolwiek wyzwolił chłopów – poprzez swe autorytarne zapędy, nie wniósł w to dzieło wielkiego wkładu. Pana już się nie baliśmy, ale władzy – owszem. Tak naprawdę zatem dopiero od 30 lat możemy mówić o stopniowym uwalnianiu się z niewolniczej mentalności. W niektórych regionach Polski idzie to lepiej, w innych gorzej. Przodują, co oczywiste, społeczności wielkomiejskie, w większym stopniu wystawione na kulturowe zmiany. Znacznie gorzej jest w małomiasteczkowej i wiejskiej Polsce. Na przykład na Podkarpaciu.

Najistotniejszym hamulcowym od zawsze pozostaje kościół – jedyna pozostałość po feudalizmie we współczesnym porządku instytucjonalnym. To jego urzędnicy narzucają wiernym relacje patron-klient, wymuszają uległość, lojalność, daniny. Odwołując się do „boskiego namaszczenia”, usiłują modelować politykę i ustrój naszego kraju. „Bo im się należy”.

Zatem z kościołem na karku nadal będziemy pielęgnować w sobie pozostałości pańszczyźnianej natury. Co grozi nie tylko wyborem aferzystów, ale generalnie wpływa na jakość i skalę naszego uczestnictwa w życiu społeczno-politycznym. Przekonanie, że „nic nie mogę, nie ma więc sensu głosować”, to inna strona tego samego medalu…

—–

Nz. Vipowski G-550, fotografia z albumu „Sięgając nieba”/fot. Bartek Bera

Postaw mi kawę na buycoffee.to

„Al”

Co jest niezbędną cechą każdego astronauty? Poczucie humoru – nie ma wątpliwości pułkownik Alfred Worden, członek misji Apollo 15. „Al” – jak każe do siebie mówić – trenował niemal trzy lata, bez gwarancji, że kiedykolwiek wystartuje w kosmos. – Gdyby nie umiejętność robienia sobie żartów, na pewno bym nie przetrwał – przekonuje legenda astronautyki.

Wordena humor nie opuścił także podczas wyprawy. Gdy kapsuła z trzyosobową załogą wylądowała już na Pacyfiku, zawisł nad nią śmigłowiec marynarki wojennej USA.

– Daliśmy marynarzom do zrozumienia, że dla nas, pilotów sił powietrznych, konieczność skorzystania z ich pomocy nie jest zbyt komfortową sytuacją – śmieje się 87-letni dziś pułkownik.

Spotkanie z Alem odbyło się w krakowskiej siedzibie Motorola Solutions
Spotkanie z „Alem” odbyło się w krakowskiej siedzibie Motorola Solutions

Worden przebywał w kosmosie dwanaście dni, na przełomie lipca i sierpnia 1971 roku. Samotnie krążył wokół Księżyca, podczas gdy dowódca misji, David Scott, i pilot modułu księżycowego, James Irwin, eksplorowali powierzchnię ziemskiego satelity. „Piętnastka” była dziewiątą misją załogową programu Apollo i czwartą, podczas której doszło do lądowania. Była to zarazem pierwsza wyprawa charakteryzująca się dłuższym, trzydniowym pobytem na Księżycu i skupiająca się, w większym stopniu niż wcześniejsze, na badaniach i obserwacjach naukowych. W drodze powrotnej Worden opuścił moduł dowodzenia, aby wyjąć film z kamer panoramicznych, niedostępnych z wnętrza pojazdu. Tym samym wykonał spacer kosmiczny jeszcze na orbicie Srebrnego Globu, w odległości trzystu piętnastu tysięcy kilometrów od Ziemi.

– Spędziłem w próżni trzydzieści osiem minut, mając doskonały widok i na Ziemię, i na Księżyc – wspomina pułkownik. – Niesamowite doznanie…

Odbyło się ono z okazji 50. rocznicy lądowania na Księżycu
Odbyło się ono z okazji 50. rocznicy lądowania na Księżycu

Na tyle niesamowite, że nie zanosi się na „powtórkę z rozrywki”. Zapytany o powrót człowieka na Srebrny Glob, Alfred Worden wskazuje inny cel – Marsa. Ale nie ma złudzeń, że stanie się to za jego życia.

– Potrzeba nam co najmniej trzydziestu lat – mówi, dodając, że technologia jest dziś dużo doskonalsza niż przed laty, lecz jednocześnie stała się koszmarnie droga. – Zapomnijmy o międzypaństwowym wyścigu – przekonuje. – To nieefektywna forma podboju przestrzeni kosmicznej.

Trudno nie przyznać pułkownikowi racji. Program Apollo kosztował rząd Stanów Zjednoczonych ponad dwadzieścia pięć miliardów ówczesnych dolarów. Przy uwzględnieniu inflacji, dzisiaj byłaby to suma niemal czterokrotnie większa.

– Żadnego kraju nie stać na wyłożenie takich pieniędzy z własnej kieszeni – twierdzi Worden. – Międzynarodowa współpraca to konieczność.

Al chętnie rozdawał autografy...
„Al” chętnie rozdawał autografy…

Te słowa mają jeszcze inny, symboliczny wymiar. Program Apollo był dzieckiem swoich czasów – przede wszystkim politycznej i militarnej rywalizacji między USA a ZSRR. Waszyngton, w ramach zimnowojennych rozgrywek, usiłował udowodnić Moskwie technologiczną i organizacyjną wyższość, przy okazji testując rozwiązania techniczne, niezbędne do zwycięstwa w wyścigu zbrojeń. Ów zimnowojenny rys można było dostrzec w życiorysach astronautów, z których większość trafiła do NASA z wojska

– Czułeś się żołnierzem wysłanym na kosmiczną misję czy naukowcem zaangażowanym w badanie Księżyca? – pytam „Ala”.

– Byłem człowiekiem, któremu przydały się oba rodzaje treningu – i wojskowy, i naukowy – odpowiada dyplomatycznie astronauta.

Dziś większość jego następców to cywile, a on sam mówi o dawnych rywalach per „przyjaciele” – co stanowi niemały powód do radości.

...i odpowiadał na pytania dziennikarzy
…i odpowiadał na pytania dziennikarzy

Cieszy również to, że Warden – mimo zaawansowanego wieku – nie rezygnuje z działalności publicznej. Do Polski przyleciał na zaproszenie Motoroli Solutions – firmy mocno zaangażowanej w program Apollo – aby opowiedzieć o kulisach kosmicznego podboju z perspektywy jego uczestnika.

I tu odrobina osobistej refleksji. Kilka lat temu dopadła mnie choroba – akurat w przededniu spotkania z Markiem Edelmanem. Musiałem je odwołać, choć bardzo chciałem poznać przywódcę żydowskiego ruchu oporu. Parę tygodni później pan Marek zmarł – a ja zostałem w poczuciu nieodwracalnej straty. Jako dziecko marzyłem o sposobności porozmawiania z kimś, kto odbył księżycową misję. Wówczas, w czasach komuny, było to marzenie ściętej głowy. Na szczęście świat się zmienił i dawne marzenie udało się zrealizować.

– Eee – macha ręką „Al”, gdy przekonuję go, jak wielki zaszczyt mnie spotkał.

Zdaje się, że ów brak nadęcia i bezpretensjonalny sposób bycia to wizytówka pułkownika.

– Na filmach, gdy rakiety wznoszą się w powietrze, twarze astronautów wykrzywiają dziwaczne grymasy – „Al” robi zabawną minę. – Z naszymi buziami wszystko było w porządku, a o tym, że już wystartowaliśmy, poinformowała nas wieża kontroli lotów. Sami nie mieliśmy o tym pojęcia. W starcie nie ma nic dramatycznego.

Śmieję się, słysząc te słowa. W sumie nie chodzi o nic więcej, tylko o eksplozję, niemal dosłownie pod tyłkiem, setek ton paliwa. Rzeczywiście, nic dramatycznego…

—–

Fot. Dzięki uprzejmości firmy PR Inspiration

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Niezwyciężony

Fanom historii alternatywnych Marcina Ciszewskiego przedstawiać nie trzeba. Reszcie napiszę tylko, że to autor kultowej serii „WWW…”, opartej o założenie, że kilkusetosobowy, uzbrojony po zęby oddział współczesnego Wojska Polskiego, trafia do przeszłości. I zaczyna swoją wędrówkę od września 1939 roku, po Powstanie Warszawskie. Korygując dość istotnie przebieg walk i niemiecką okupację. Wiem, brzmi niezbyt mądrze, ale uwierzcie mi, czyta się to dobrze, mając przy tym nielichą zabawę i – mimo wszystko – świetną lekcję historii. Marcin bowiem zręcznie wplata prawdziwe wątki w wymyśloną opowieść.

W swojej najnowszej książce Ciszewski zmienia nieco formułę. Nie ma już zabawy z pogranicza fantastyki, dostajemy za to alternatywny świat, oparty wszak o technologiczną realność prawdziwego 1941 roku. Żadnych cudów na kiju typu urządzenie do podróży w czasie. Bo choć tytułowy „Invictus” (ang. „Niezwyciężony”) – okręt przewagi strategicznej, kilkukrotnie większy i cięższy od największych pancerników przeciwnika – wydaje się być potworem nie z tego świata, wszystko, czym dysponuje, dało się zbudować na przełomie lat 30. i 40. „George Washington” – jak oficjalnie nazywa się ów kolos – ma to po prostu większe (czy ma tego, po prostu, więcej…).

Wojna, która już była

Po co? To pytanie, które można rozważyć na dwóch płaszczyznach. Po pierwsze, pozostając w uniwersum wyznaczonym przez ramy książki. Robi to sam Ciszewski, wkładając w usta głównego bohatera szereg wątpliwości związanych z sensownością budowy superpancernika, w sytuacji, w której wyraźnie rysuje się nowa tendencja w prowadzeniu wojen morskich. Na pierwszą linię wychodzą lotniskowce i to one – za sprawą swoich samolotów – zaczynają decydować o przebiegu bitew. Wpływowi wojskowi i politycy dopinają jednak swego, co – jak chyba trafnie odczytuję intencje autora – ma być ilustracją starego jak samo wojowanie problemu – że większość armii świata zawsze przygotowuje się do wojny, która już była. A tylko nieliczne, zazwyczaj te planujące agresję, idą w kierunku innowacji. Jak to się zwykle kończy, dobrze wiemy.

No i jest jeszcze druga płaszczyzna – jej wskazanie to atrybut recenzenta. Zastanawiam się zatem, po co historii opisanej w „Invictusie” ów superpancernik? Niezależnie od jego osadzenia w realiach, lepiej czytałoby się opowieść, w której US Navy miałaby to, czym rzeczywiście dysponowała w 1941 roku. Więcej, mniej – to już rzecz drugorzędna. Niezwykłą wartością alternatywnych historii jest bowiem to, że po ich lekturze możemy sobie powiedzieć: hmm, no tak mogło się przecież stać.

Urrraaaa na USA!

A co dzieje się w „Invictusie”? Ano mamy tu świat, w którym Polacy przegrywają Bitwę Warszawską w 1920 roku. Bolszewicy idą dalej, oddolne, rewolucyjne ruchy ułatwiają im zdobycie Niemiec, Francji i całej zachodniej Europy. Broni się tylko Wielka Brytania, ale 20 lat później – mimo pomocy USA – i ona upada. Azja i Europa stają się Związkiem Socjalistycznych Republik Radzieckich, bezwzględnie zarządzanym przez Stalina, który w grudniu 1941 roku wysyła siły inwazyjne na USA. Ich część atakuje kontynent przez Cieśninę Beringa i Alaskę, jednak główne uderzenie ma nastąpić na atlantyckie wybrzeże Stanów Zjednoczonych. Potężna flota desantowa płynie więc przez ocean – i to na jej spotkanie rusza „George Washington” i resztki przetrzebionej w wojnie angielskiej (alternatywna Bitwa o Anglię), US Navy.

Nie opowiem wam, jak się to kończy – trudno wszak mówić o prostym happy endzie. Raczej mamy tu wstęp do kolejnej książki (całego cyklu?). Tak czy inaczej, fani powieści marynistycznej, morskiej batalistyki (czy batalistyki w ogóle), będą ukontentowani. Mając w sobie marynarskie geny, a za sobą lekturę chyba wszystkiego, co w latach 80. i 90. dało się zdobyć na temat bitwy o Atlantyk i wojny na Pacyfiku, z satysfakcją czytałem o kolejnych pojedynkach „Invictusa” i jego zespołu. Ma to nerw, ma dynamikę. I właśnie z uwagi na tę część, jestem w stanie dać książce 6 na 10 punktów.

Świat pełen szarości

Dwa zabieram za sposób narracji – nie lubię powieści pisanych w czasie teraźniejszym, zwłaszcza zaś w osobie pierwszej (wprowadzanie wątków będących doświadczeniem innych osób wychodzi wówczas bardzo karkołomnie). Jeden za „Invictusa” i koncepcję superpancernika, płynącego na spotkanie armady.

A za co uszczknąłem z zestawienia jeszcze jeden punkt? Za wizję radzieckiego imperium. Ciszewski pisze o nieludzkim systemie, zarządzanym wyłącznie strachem i strachu będącym istotą życia obywateli ZSRR. Oczywiście, zawsze może powiedzieć – w mojej książce tak właśnie ma być i jest. Jego prawo. Problem w tym, że Marcin bawi i uczy – może więc zostawić Czytelnika z przekonaniem, że Sowiety to było piekło na ziemi. A jakkolwiek był to paskudny ustrój, zwłaszcza w czasach Stalina, ludzie starali się w nim normalnie żyć. Bawili się, kochali, uczyli, pracowali, wielu wierzyło, że ma dobre życie. Skąd tak powszechny w postsowietach sentyment za komunizmem, u nas zresztą też obecny? Ano stąd. O diabelskim imperium zła, będącym niczym jeden wielki obóz koncentracyjny, mogą sobie pisać Amerykanie czy Europejczycy z Zachodu. Oni nie mają pojęcia, jak się tu żyło. Od autorów z tej części kontynentu oczekiwałbym kreski przesiąkniętej szarością. Nasz świat bowiem nigdy nie był czarno-biały.

—–

W historii Ciszewskiego Japonia sprzymierza się z ZSRR. Do sowieckiej armady płynącej w stronę USA, dołączają cesarskie superpancerniki „Yamato” i „Musashi”/fot. Yamato Museum/domena publiczna

invictus_okladka

Postaw mi kawę na buycoffee.to