(Nie)moc

Przed 24 lutego 2022 roku eksperci nie spodziewali się takiego przebiegu wojny powietrznej nad Ukrainą. „Sądziłem, że będzie jak w Zatoce Perskiej”, przyznaje mjr rez. pil. Michał Fiszer, analityk militarny. „Że dojdzie do zniszczenia obrony przeciwlotniczej, zdobycia przewagi powietrznej i regularnych uderzeń dużych ugrupowań lotniczych na cele w głębi Ukrainy”.

Taki scenariusz wydawał się logiczny również dlatego, że rosja latami budowała wizerunek swoich sił powietrznych jako nowoczesnej formacji. Pokazywano nowe samoloty, uzbrojenie precyzyjne i zaawansowane systemy celownicze. „Tymczasem część tej nowoczesności była iście »potiomkinowska«”, mówi Fiszer. „rosjanie chwalili się własnymi zasobnikami celowniczymi, a później wychodziło, że to »przepakowane« rozwiązania francuskie, które bez wsparcia serwisowego po prostu nie działały”.

Latanie w ciemno

Szybko okazało się, że rosyjskie problemy z opanowaniem przestrzeni powietrznej nad Ukrainą nie wynikają wyłącznie z jakości sprzętu. Ważniejsze były ograniczenia doktrynalne, organizacyjne i systemowe. rosjanie dysponowali stosunkowo nowoczesnymi samolotami i dużą liczbą pocisków, ale nie potrafili połączyć wszystkich elementów w spójną operację. „Ich działania były wyizolowane”, podkreśla ppłk rez. pil. Marcin Modrzewski, były dowódca 10 Eskadry Lotnictwa Taktycznego. „Brakowało synergii między lotnictwem, rozpoznaniem, walką radioelektroniczną, obroną przeciwlotniczą i wojskami lądowymi”.

W zachodnim modelu operacji lotniczej samoloty uderzeniowe nie działają samodzielnie. Towarzyszą im maszyny walki radioelektronicznej, wczesnego ostrzegania, platformy rozpoznawcze i wyspecjalizowane systemy zwalczania obrony przeciwlotniczej. Część samolotów nie atakuje celów naziemnych – ich zadaniem jest „oślepienie” przeciwnika, zakłócenie radarów i stworzenie bezpiecznego korytarza dla maszyn uderzeniowych.

rosjanie nie byli w stanie przeprowadzić takiej kampanii. Już w pierwszych dniach wojny stało się jasne, że mają ogromne problemy z lokalizowaniem ukraińskich radarów i zwalczaniem OPL. „Ich pociski przeciwradiolokacyjne często lądowały w przypadkowych miejscach”, mówi mjr Fiszer. „Momentami wyglądało to tak, jakby rosyjskie lotnictwo latało kompletnie w ciemno”.

Zdaniem ppłk Modrzewskiego, jednym z najlepszych przykładów rosyjskich problemów stała się bitwa o Hostomel. Pierwszego dnia wojny rosjanie próbowali przejąć strategiczne lotnisko pod Kijowem, desantując tam wojska śmigłowcami. Plan zakładał szybkie zabezpieczenie pasa startowego i przerzut kolejnych oddziałów ciężkimi Iłami-76. rosjanie próbowali jednak przeprowadzić operację powietrznodesantową bez wcześniejszego zdobycia panowania w powietrzu. „To było myślenie niemal dziewiętnastowieczne”, ocenia pułkownik. „NATO nigdy nie próbowałoby wykonywać takiej operacji bez wcześniejszego obezwładnienia obrony przeciwlotniczej przeciwnika i zabezpieczenia przestrzeni powietrznej”. Nieniepokojeni „z góry” Ukraińcy odzyskali kontrolę wokół lotniska. Ił-76 nie wylądowały w Hostomlu, a rosyjski plan zajęcia Kijowa – mający prowadzić do błyskawicznego zakończenia kampanii – spełzł na niczym.

Zaczęły też wychodzić na jaw problemy z kontrolą własnej przestrzeni powietrznej i wymianą danych między poszczególnymi elementami rosyjskiego systemu walki. „Jeśli dochodzi do sytuacji, w której własna obrona przeciwlotnicza zestrzeliwuje samolot wczesnego ostrzegania A-50, to jakość systemu »swój-obcy« jest wątpliwa, a świadomość sytuacyjna niska”, mówi Marcin Modrzewski.

Wojna na dystans

Długo by wymieniać inne słabości, dość że ukraińskie zestawy S-300, Buk, a później także zachodnie Patrioty czy NASAMS-y szybko odebrały rosjanom zdolność do prowadzenia głębokich operacji nad Ukrainą. Ale i Ukraińcy nie mogli pozwolić sobie na głębokie loty. „rosjanie mają gęsty, warstwowy system obrony przeciwlotniczej”, opowiada Michał Fiszer. „Do tego dochodzą MiG-31 uzbrojone w pociski R-37M. To są rakiety, które mogą razić cele z odległości 200 km”. Ukraińskie lotnictwo musi więc działać bardzo ostrożnie nawet daleko od linii frontu. Jego aktywność potrafi ograniczyć już samo pojawienie się rosyjskich myśliwców dyżurujących nad własnym terytorium. „Ukraińskie maszyny były zestrzeliwane z ogromnych odległości”, mówi Fiszer. „Pilot często nawet nie miał świadomości, skąd odpalono rakietę”.

W efekcie obie strony zaczęły razić się z odległości, przy użyciu rakiet i pocisków manewrujących. Zdecydowaną przewagę wciąż mają tu rosjanie, dysponujący lotnictwem strategicznym, zdolnym atakować cele głęboko znad terytorium rosji, oddalone nawet o 2,5 tys. km. Z tym że takie ataki wymierzone są w infrastrukturę krytyczną – decydują o tym koszty i ograniczona podaż „inteligentnych” systemów broni. Frontowa „młócka” wymaga zaś tańszych rozwiązań. Tak narodziła się jedna z najważniejszych adaptacji tej wojny: masowe użycie bomb szybujących, pozwalających na wsparcie wojsk lądowych z bezpieczniejszego dystansu. Proces zainicjowali rosjanie. Stare bomby FAB zaczęli wyposażać w moduły UMPC – rozkładane skrzydła i systemy nawigacji satelitarnej. Dzięki temu ciężka, pierwotnie niekierowana bomba mogła zostać zrzucona nawet kilkadziesiąt kilometrów od celu. Sama technika ataku jest nieco archaiczna – rosyjskie samoloty lecą nisko, próbując ukryć się przed radarami i skrócić czas przebywania w zasięgu ukraińskiej OPL. „Maszyna praktycznie »kosi ziemię«, potem robi gwałtowną górkę, wykonuje zrzut i natychmiastowy zakręt z odejściem”, opisuje Fiszer. Pilot nie widzi celu, bomba leci na zaprogramowane współrzędne. „Te bomby są bardzo skuteczne”, mówi Fiszer. „Dobrze przygotowany schron trudno zniszczyć dronem, ale bomba szybująca potrafi zmieść takie stanowisko z powierzchni ziemi”.

Masowe użycie bomb szybujących stało się jednym z najważniejszych elementów rosyjskiej taktyki w latach 2023–2025.

Prawdziwą rewolucję przyniosło jednak masowe użycie systemów bezzałogowych – o czym przeczytacie w dalszej części tekstu, który opublikowałem w najnowszym wydaniu „Polski Zbrojnej”. Materiał – poza częścią opisową dotyczącą przebiegu wojny powietrznej nad Ukrainą – odnosi się również do popularnego argumentu, wedle którego dronizacja doprowadziła do „końca klasycznego lotnictwa”. Tej opinii często towarzyszy refleksja, że NATO nie jest gotowe na konflikt z rosją – do czego odnoszą się moi rozmówcy. W czerwcowy numerze „PZ” znajdziecie także mój drugi tekst, poświęcony hipotetycznej obronie krajów nadbałtyckich w razie agresji rosji. Magazyn jest dostępny w sprzedaży w salonikach prasowych, e-wersję możecie nabyć pod tym linkiem. Zapraszam do lektury!

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. rosyjska bomba szybująca FAB 3000 z modułem UMPC/fot. mofr

„Gra”

Na wojnie w Ukrainie nagrania z dronów pokazujące efekty walk są wykorzystywane do oceny skuteczności jednostek, które walczą na froncie. Sukcesy przelicza się na punkty, np. zestrzelenie śmigłowca 100 punktów, a te można wymienić na nowy sprzęt. Tak w uproszczeniu wygląda eksperymentalny projekt, który łączy elementy wojskowego systemu ocen, bazy danych i mechanizmów motywacyjnych.

Wojna w Ukrainie jest pierwszym konfliktem na taką skalę, w którym ogromna część działań bojowych jest automatycznie rejestrowana. Drony rozpoznawcze obserwują pole walki niemal bez przerwy, a drony uderzeniowe dokumentują własne ataki. W efekcie powstają miliony nagrań pokazujących zarówno przebieg walk, jak i ich rezultaty. Ukraińcy postanowili wykorzystać ten zasób nie tylko do celów wywiadowczych czy propagandowych.

Program „Army of Drones Bonus”, nazywany również „ePoints”, jest wspólnym przedsięwzięciem ukraińskiego Ministerstwa Obrony, Ministerstwa Transformacji Cyfrowej oraz platformy Brave1 nadzorowanej przez państwo i zajmującej się wspieraniem wojskowych innowacji. Za jego rozwój odpowiada m.in. minister obrony Mychajło Fedorow – niegdyś minister ds. cyfryzacji – który od początku pełnoskalowej wojny jest jedną z kluczowych postaci ukraińskiego programu bezzałogowców.

Pierwsze informacje o systemie pojawiły się w 2024 roku, a jego dynamiczny rozwój nastąpił w roku 2025. Zasada działania „ePoints” jest stosunkowo prosta. Żołnierze wykonujący zadanie bojowe muszą udokumentować jego efekt. W praktyce najczęściej odbywa się to za pomocą nagrań z dronów rozpoznawczych lub uderzeniowych. Materiały trafiają następnie do systemu DELTA, ukraińskiej platformy zarządzania polem walki, gdzie podlegają weryfikacji oraz ocenie, która polega na punktowaniu.

Ile wart jest rosyjski cel?

Liczba przyznawanych punktów zależy od rodzaju celu i jego znaczenia. System jest regularnie aktualizowany, dlatego poszczególne stawki zmieniały się wraz z rozwojem programu. Ukraińskie władze nie publikują pełnych, aktualnych tabel punktowych – te dane są częściowo chronione.

W początkowym okresie funkcjonowania programu za eliminację rosyjskiego żołnierza przyznawano sześć punktów. Zniszczenie czołgu było warte 40 punktów, a zestrzelenie śmigłowca nawet 100 punktów. Jednym z najwyżej punktowanych osiągnięć było pojmanie rosyjskiego żołnierza. Za to jednostka mogła otrzymać około 120 punktów. W kolejnych miesiącach system był modyfikowany. Wyraźnie wzrastała punktacja za eliminację operatorów bezzałogowców oraz niszczenie środków walki elektronicznej. Według ukraińskich władz wynikało to z rosnącej roli dronów na współczesnym polu walki i konieczności zwalczania rosyjskich zdolności w tym obszarze.

Wysoko punktowane są również systemy przeciwlotnicze, stanowiska dowodzenia oraz inny specjalistyczny sprzęt wojskowy. Co istotne, punkty otrzymuje jednostka, a nie konkretny operator. Oznacza to, że nagradzany jest efekt osiągnięty przez cały pododdział – od załóg dronów po osoby odpowiedzialne za rozpoznanie, planowanie misji czy analizę danych.

Wojskowy Amazon

Zdobyte przez jednostki punkty nie są jedynie elementem rankingu. Można je wymieniać na sprzęt wojskowy dostępny na platformie Brave1 Market, uruchomionej przez ukraińskie władze jako cyfrowy katalog technologii przeznaczonych dla sił zbrojnych.

Brave1 powstał w 2023 roku jako państwowa platforma wspierająca rozwój innowacji wojskowych. Jej zadaniem jest łączenie armii, państwa i prywatnych producentów uzbrojenia. Z czasem wokół projektu powstał rozbudowany ekosystem firm produkujących drony, systemy walki elektronicznej, roboty lądowe oraz inne rozwiązania wykorzystywane na froncie. Jednym z jego elementów stał się właśnie Brave1 Market. Ukraińskie media i zachodni komentatorzy często porównują go do Amazona lub sklepu internetowego dla wojska. Uprawnione jednostki mogą przeglądać ofertę dostępnego sprzętu, porównywać parametry i składać zamówienia, wykorzystując zgromadzone wcześniej punkty. Producent otrzymuje zamówienie i dostarcza sprzęt za pośrednictwem państwowego systemu logistycznego.

W katalogu znajdują się przede wszystkim różnego rodzaju bezzałogowce – od prostych dronów FPV po cięższe platformy uderzeniowe i rozpoznawcze. Oferta obejmuje również środki walki elektronicznej, systemy przeciwdronowe, naziemne roboty logistyczne i bojowe, a także części oraz podzespoły wykorzystywane do budowy własnych konstrukcji.

Według danych publikowanych przez ukraińskie władze w Brave1 Market dostępne są setki produktów pochodzących od dziesiątek krajowych producentów. Za pośrednictwem systemu ePoints i Brave1 Market na front trafiły już dziesiątki tysięcy dronów, systemów walki elektronicznej i innych urządzeń. Program jest przy tym stale rozwijany, a katalog dostępnego wyposażenia regularnie się powiększa.

Więcej niż system nagród

Choć program ePoints najczęściej przedstawiany jest jako mechanizm przyznawania punktów za zniszczone cele, w rzeczywistości jego funkcje są znacznie szersze. Dla ukraińskich władz punkty stanowią przede wszystkim narzędzie do zarządzania ogromnym ekosystemem jednostek dronowych, producentów sprzętu i danych napływających z pola walki.

Jedną z najważniejszych korzyści jest możliwość weryfikowania rzeczywistych efektów działań bojowych. Każde zgłoszenie wymaga udokumentowania i potwierdzenia, co ogranicza ryzyko zawyżania strat przeciwnika oraz pozwala porównywać skuteczność poszczególnych pododdziałów według tych samych kryteriów. W warunkach wojny prowadzonej na tysiąckilometrowym froncie ma to istotne znaczenie dla oceny sytuacji i planowania dalszych działań.

System pomaga również w podejmowaniu decyzji dotyczących dystrybucji sprzętu. Ukraina nie jest w stanie wyposażyć wszystkich jednostek w jednakowym stopniu, dlatego konieczne jest ustalanie priorytetów. Dzięki ePoints dodatkowe drony, środki walki elektronicznej czy roboty lądowe trafiają przede wszystkim do tych oddziałów, które regularnie dokumentują skuteczne wykorzystanie tego rodzaju wyposażenia.

Program odgrywa także rolę rozbudowanej bazy doświadczeń bojowych. Do systemu trafiają nagrania, informacje o użytym sprzęcie, rodzaju celu oraz rezultatach ataku. Pozwala to analizować skuteczność konkretnych rozwiązań technicznych i taktyk stosowanych na froncie. W praktyce oznacza to możliwość szybszego identyfikowania metod działania, które przynoszą najlepsze rezultaty.

Korzyści odnoszą również producenci uzbrojenia. Dzięki platformie Brave1 otrzymują bezpośrednią informację zwrotną od żołnierzy wykorzystujących ich konstrukcje w warunkach bojowych. Jeżeli określony model drona okazuje się szczególnie skuteczny, szybko znajduje to odzwierciedlenie w liczbie zamówień składanych przez jednostki. Jeżeli pojawiają się problemy techniczne, informacje o nich również trafiają do producenta znacznie szybciej niż w klasycznym systemie wojskowych zakupów.

Nie bez znaczenia pozostaje także czynnik psychologiczny. Twórcy programu otwarcie przyznają, że zależało im na stworzeniu mechanizmu zachęcającego jednostki do większej aktywności i skuteczności. Rankingi oraz możliwość zdobywania dodatkowego wyposażenia wprowadzają element rywalizacji między pododdziałami i mają motywować do osiągania lepszych wyników na polu walki.

To właśnie ten aspekt programu ePoints wzbudził największe zainteresowanie zachodnich mediów – o czym przeczytacie w dalszej części tekstu, który opublikowałem w portalu „Polska Zbrojna”. Oto link do tego materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Zdjęcie ilustracyjne/fot. SzG ZSU

Priorytety

Polska debata polityczna o bezpieczeństwie coraz częściej rozmija się z rzeczywistością. Zamiast analizować interesy państwa, skupiamy się na sympatiach i antypatiach. Zapominamy, że dziś to przede wszystkim armia ukraińska odstrasza rosję i odsuwa zagrożenie od Polski – nie wojska USA. Umyka nam, że niezależnie od emocji politycznych to Niemcy pozostają naszym zapleczem logistycznym i przemysłowym. I że to Francja ma bardzo konkretny interes w obronie wschodniej flanki NATO.

W polskiej debacie politycznej od lat funkcjonuje przekonanie, że podstawowym gwarantem naszego bezpieczeństwa jest obecność wojsk amerykańskich. Trudno podważyć ten paradygmat, zwłaszcza w obliczu potencjału militarnego Stanów Zjednoczonych, dysponujących najsilniejszą armią na świecie. A zarazem to łatwy zabieg, wziąwszy pod uwagę polityczną niestabilność USA pod rządami Donalda Trumpa. Bo czy ten zdecyduje się nam pomóc w razie kryzysowej sytuacji? W ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy namnożyło się tyle wątpliwości, że odpowiedź wcale nie jest oczywista.

—–

Nie ma jednak powodów, byśmy popadali w ponury nastrój. A to za sprawą ukraińskich żołnierzy, którzy pokazali rosyjskim elitom politycznym i wojskowym, że wojna przeciwko zdeterminowanemu przeciwnikowi może kosztować setki tysięcy zabitych i rannych żołnierzy, tysiące czołgów, gigantyczne straty finansowe oraz wyczerpanie gospodarki. Gdy sobie to uświadomimy, warto postawić proste pytanie: co bardziej wpływa dziś na kalkulacje Kremla? Obecność kilku czy kilkunastu tysięcy amerykańskich żołnierzy w Polsce czy fakt, że rosja od czterech lat nie potrafi pokonać Ukrainy mimo zaangażowania ogromnej części swoich sił zbrojnych?

Odpowiedź jest oczywista.

rosja nie zrezygnowała z agresywnych ambicji dlatego, że przestraszyła się amerykańskich komunikatów. rosja została zmuszona do koncentracji wysiłku na Ukrainie, bo napotkała tam przeciwnika, który okazał się znacznie silniejszy i bardziej zdeterminowany, niż zakładano w Moskwie.

Każda rosyjska brygada walcząca dziś pod Pokrowskiem, Kupiańskiem czy Czasiw Jarem nie stoi na granicy państw NATO. Każdy czołg zniszczony na Ukrainie nie będzie użyty przeciw Polsce. Każdy rok ukraińskiego oporu oznacza kolejny rok, który Polska może wykorzystać na rozbudowę własnych sił zbrojnych.

To właśnie dlatego wsparcie Ukrainy pozostaje jednym z najważniejszych interesów bezpieczeństwa Rzeczypospolitej. Nie z powodów sentymentalnych, ale jak najbardziej pragmatycznych. Dopóki rosja wykrwawia się w Ukrainie, dopóty zagrożenie dla Polski pozostaje mniejsze, niż byłoby w sytuacji rosyjskiego zwycięstwa lub narzuconego Ukrainie pokoju na warunkach Kremla.

A znaczenie Ukrainy dla bezpieczeństwa Polski nie skończy się wraz z wojną. Przeciwnie – po jej zakończeniu za naszą wschodnią granicą pozostanie państwo dysponujące jedną z największych i najbardziej doświadczonych armii Europy, dla którego rosja będzie egzystencjalnym zagrożeniem. To oznacza, że Kreml jeszcze przez długie lata nie będzie mógł ignorować kierunku ukraińskiego. A im więcej rosyjskiej uwagi i zasobów będzie pochłaniać Ukraina, tym bezpieczniejsza będzie Polska. Z tego punktu widzenia silna i niepodległa Ukraina jest nie tylko naszym sąsiadem, ale też jednym z najważniejszych aktywów strategicznych Rzeczypospolitej. Nie mniej ważnym niż Stany Zjednoczone.

—–

Drugim faktem, który coraz częściej przegrywa w Polsce z politycznymi emocjami, jest znaczenie Niemiec dla bezpieczeństwa naszego kraju. Często zapominamy, że Polska jest państwem frontowym, Niemcy zaś państwem zaplecza – lub ignorujemy konsekwencje takiego stanu rzeczy.

Jakie one są? Spójrzmy na to przez pryzmat doświadczeń ukraińskich – wojna na Wschodzie pokazuje, jak ogromne znaczenie mają nie tylko dostawy uzbrojenia, lecz także infrastruktura umożliwiająca jego transport. Czołg, armatohaubica czy system obrony przeciwlotniczej są warte tyle, ile zdolność do ich szybkiego przemieszczenia, naprawy i zaopatrzenia. A więc dla skutecznego prowadzenia wojny potrzebni są nie tylko żołnierze na pierwszej linii, lecz także kolejarze, logistycy, operatorzy portowych dźwigów, inżynierowie i przemysł.

W razie kryzysu lub wojny główne posiłki amerykańskie – jeśli zostaną wysłane… – nie pojawią się nad Wisłą bezpośrednio z Teksasu czy Karoliny Północnej. Najpierw trafią do Europy Zachodniej, głównie do Niemiec, które są centralnym węzłem logistycznym europejskiego teatru działań wojennych. Stamtąd zostaną przewiezione koleją i drogami na wschód. Dokładnie tak funkcjonuje system wsparcia dla Ukrainy i podobnie wyglądałby proces wzmacniania wschodniej flanki NATO (z tą różnicą, że transfer obejmowałby też ludzi).

Idźmy dalej. Jeśli Europa rzeczywiście chce odbudować swoje zdolności wojskowe, potrzebuje nie tylko poligonów i jednostek bojowych, ale także hut, zakładów chemicznych, fabryk amunicji i producentów elektroniki. Niemcy dysponują w tej dziedzinie potencjałem, którego nie posiada żadne inne państwo kontynentalnej Europy poza Francją.

Warto przy tym pamiętać, że dla Polski Niemcy nie są wyłącznie korytarzem tranzytowym oraz zapleczem logistycznym. Najogólniej rzecz ujmując, to Bundeswehra ma do nas najbliżej – to jej oddziały będą stanowić czołówkę sił sojuszniczych. W razie wojny z rosją to niemieckie lotniska posłużą do bazowania, rozśrodkowania i odtwarzania zdolności naszego lotnictwa.

Geografia nie pozostawia tu wielkiego pola do interpretacji. Politycy mogą kłócić się z Berlinem, obrażać na Berlin albo budować kapitał polityczny na krytyce Berlina. Nie są jednak w stanie przesunąć Niemiec w inne miejsce na mapie Europy.

Trzecim faktem, który często umyka w polskiej debacie politycznej, jest znaczenie Francji dla bezpieczeństwa Europy. O czym przeczytacie w dalszej części tekstu, który opublikowałem w portalu TVP.Info – oto link do tego materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Żołnierze ukraińskich sił specjalnych, zdjęcie ilustracyjne/fot. SzG ZSU

Gripeny

Premier Szwecji Ulf Kristersson i prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski ogłosili dziś porozumienie obronne, w ramach którego Ukraina otrzyma m.in. myśliwce Saab JAS 39 Gripen. Według ujawnionych informacji na przełomie tego i przyszłego roku nad Dniepr trafi 16 używanych Gripenów wersji C/D, a równolegle Kijów chce kupić 20 nowych Gripenów E/F – z dostawą do 2030 roku. Docelowo ukraińskie siły powietrzne chciałyby pozyskać flotę liczącą ponad sto takich maszyn.

To nie jest przypadkowy wybór. Wojna w Ukrainie brutalnie zweryfikowała wiele wcześniejszych wyobrażeń o nowoczesnym konflikcie – ale wbrew obiegowym opiniom nie udowodniła, że lotnictwo straciło znaczenie. Przeciwnie. Samoloty nadal pozostają jednym z kluczowych narzędzi wojny, tyle że używanym inaczej niż podczas amerykańskich operacji przeciw słabszym przeciwnikom.

rosja do dziś nie zdobyła przewagi w powietrzu, co samo w sobie jest jedną z największych porażek Kremla. Jednocześnie jednak rosyjskie lotnictwo nadal odgrywa ważną rolę – przede wszystkim jako nosiciel uzbrojenia dalekiego zasięgu. Najlepiej pokazuje to użycie bomb szybujących FAB z modułami UMPK. rosyjskie samoloty nie muszą wlatywać nad cele. Wystarczy, że zbliżą się do linii frontu, zrzucą bombę spoza zasięgu części ukraińskiej obrony przeciwlotniczej i zawrócą. Ładunek doszybuje we wskazane miejsce – a zwykle jest to cel, którego nie da się zniszczyć przy użyciu dronów, taki jak solidnie okopany schron czy bunkier.

I m.in. dlatego Ukraina tak mocno naciska na nowe myśliwce. Nie po to, by urządzać efektowne pojedynki powietrzne, lecz by odsuwać rosyjskie samoloty od linii frontu i utrudniać bombardowania FAB-ami. Samoloty są też potrzebne do wzmocnienia własnej obrony przeciwlotniczej, by chronić logistykę i miasta. Wielu z nas umyka fakt, że duża część rosyjskich rakiet i pocisków manewrowych jest dziś zestrzeliwana przez samoloty bojowe. I wreszcie maszyny tego typu są potrzebne do ataków na wysokowartościowe cele na rosyjskich tyłach, przy użyciu pocisków powietrze-ziemia (takich jak Storm Shadow), wciąż znacznie bardziej efektywnych niż najcięższe, najszybsze i mające największy zasięg drony.

I tu pojawia się problem – poradziecka flotylla już Ukraińcom w dużej mierze „wyszła” – zużyła się, została stracona. A pozyskane z Zachodu F-16 (i nieliczne francuskie Mirage) nie wystarczą. Większość przekazywanych Ukrainie maszyn to używane egzemplarze z Danii, Holandii, Belgii czy Norwegii. To samoloty wielokrotnie modernizowane, ale jednocześnie mające za sobą dekady służby i duży nalot. W czasie pokoju mogłyby latać jeszcze długo. Jednak wojna oznacza zupełnie inne tempo eksploatacji: częste alarmowe starty, loty na małych wysokościach, wysokie przeciążenia, no i trudniejsze (zaimprowizowane!) warunki serwisowania. To wszystko błyskawicznie zużywa płatowce, silniki i awionikę.

Do tego dochodzi problem skali. Nawet jeśli Ukraina otrzyma już wszystkie z ponad 80 obiecanych F-16, realnie liczba gotowych do walki maszyn zawsze będzie niższa. Część samolotów będzie używana do szkolenia, część trafi do remontów, część zostanie utracona lub rozebrana na części zamienne. Tymczasem wojna trwa, a ukraińskie lotnictwo musi myśleć nie tylko o najbliższych miesiącach, ale i o kolejnych latach. A mając w perspektywie zapewne niespokojne powojnie – także i dekadach.

Gripen jest dla Ukrainy atrakcyjny właśnie dlatego, że projektowano go z myślą o wojnie z rosją. Szwedzi zakładali scenariusz, w którym lotniska będą regularnie atakowane rakietami, a lotnictwo będzie zmuszone do działania z rozproszonych baz i prowizorycznych pasów startowych. Dlatego Gripen jest relatywnie tani w eksploatacji, wymaga mniejszego zaplecza technicznego, bez trudu może operować z dróg i improwizowanych lotnisk, ma bardzo krótki czas obsługi między lotami. Dla Ukrainy to cechy bezcenne.

Nie bez znaczenia pozostaje też kwestia uzbrojenia. Ukraińcy liczą szczególnie na integrację Gripenów z pociskami MBDA Meteor, uznawanymi dziś za jedne z najgroźniejszych rakiet powietrze–powietrze dalekiego zasięgu. Tego rodzaju uzbrojenie mogłoby zmusić rosyjskie lotnictwo do jeszcze większego odsunięcia się od frontu, utrudniając ataki bombami szybującymi.

W praktyce Ukraina zaczyna więc budować nie „tymczasowe lotnictwo na czas wojny”, ale przyszłe zwesternizowane siły powietrzne. W takim ujęciu F-16 są „szybkim pomostem” i natychmiastowym wzmocnieniem. Gripeny – bardziej odporną i tańszą w utrzymaniu platformą do działania w realiach obecnej, ale i przyszłej wojny z rosją.

Nie zżymajmy się więc, że Ukraińcy „także w lotnictwie idą w sprzętowy misz-masz”, bo z ich perspektyw to bardzo logiczne wyjście.

Aha, i nie dajmy się zwieść ukrainosceptykom, którzy podnoszą argument finansowy, prowokacyjnie pytając, kto za to zapłaci. No my zapłacimy, drodzy państwo – Ukraina zakup Gripenów chce sfinansować ze środków pozyskanych od europejskich sojuszników, a więc również i od nas. Tyle że to żaden gest czy marnotrawstwo, a inwestycja – nie ma obecnie bowiem, i zapewne długo jeszcze nie będzie, dla Polski lepszego gwaranta bezpieczeństwa niż ukraińska armia. To ona trzyma rosję za gardło…

PS. Ukraińscy piloci i personel techniczny od dawna szkolą się w Szwecji, zatem pozyskane za kilka miesięcy maszyny szybko wejdą do walki.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Gripen/fot. Saab

(De)stabilizacja

„Koniec historii” miał przynieść świat bez wielkich konfliktów. Niemal trzy dekady później glob pogrąża się w największej fali przemocy od zakończenia II wojny światowej. W europejskich mediach widzimy głównie Ukrainę, Iran i – jeszcze niedawno – Strefę Gazy. Ale poza mainstreamowym kadrem płoną Sudan, Myanmar, Sahel, Kongo i dziesiątki innych miejsc, gdzie wojna przestała być wyjątkiem, a stała się codziennością.

Według danych Uppsala Conflict Data Program (UCDP) w 2024 roku na świecie trwało 61 konfliktów z udziałem państw – najwięcej od zakończenia II wojny światowej. Jedenaście z nich osiągnęło poziom pełnoskalowej wojny, czyli pochłaniało ponad tysiąc ofiar śmiertelnych rocznie. Z kolei organizacja ACLED, monitorująca przemoc polityczną i konflikty zbrojne, odnotowała w ubiegłym roku ponad 200 tys. incydentów związanych z walkami, terroryzmem, zamachami i starciami zbrojnymi.

Równolegle rośnie liczba ludzi uciekających przed wojną i przemocą. Według danych UNHCR, w 2025 roku liczba uchodźców oraz osób zmuszonych do opuszczenia swoich domów przekroczyła 122 mln. To najwięcej od czasu prowadzenia takich statystyk – więcej niż wynosi populacja Niemiec i Polski razem wziętych. Coraz liczniejszą część tej grupy stanowią ludzie, którzy nie wyjeżdżają za granicę, lecz uciekają w obrębie własnego państwa. Internal Displacement Monitoring Centre szacuje, że tylko w 2025 roku konflikty i przemoc zmusiły do takiej ucieczki ponad 30 mln osób, łącznie jest ich ponad 70 mln.

I mimo tych koszmarnych statystyk wiele konfliktów nie znajduje zainteresowania wiodących światowych mediów. Sudan nie stał się osią globalnej debaty i nie wywołuje emocji porównywalnych z tymi, które budzą Ukraina czy Bliski Wschód. Tymczasem konflikt między sudańską armią a paramilitarnymi Siłami Szybkiego Wsparcia (RSF), który wybuchł w kwietniu 2023 roku, przerodził się w jedną z największych katastrof humanitarnych XXI wieku. Według danych ONZ z domów uciekło ponad 12 mln ludzi, a ogromna część kraju pogrążyła się w chaosie, głodzie i przemocy etnicznej, które pochłonęły nawet 400 tys. ofiar.

—–

A Sudan wcale nie jest wyjątkiem – niejako w cieniu „najpopularniejszych” kryzysów geopolitycznych trwa dziś cała seria konfliktów, które pochłaniają tysiące ofiar, destabilizują całe regiony i zmieniają życie milionów ludzi. W tekście dla TVP.Info wymieniam kilka z nich, piszę tam również o tym, jak bardzo współczesna wojna nie przypomina tej z XX wieku. Zainteresowanych odsyłam do lektury – oto link do tego materiału.

Zaś na potrzeby tego wpisu wróćmy do kwestii „widzialności” wojny. O tym, które konflikty trafiają do globalnej świadomości, decyduje nie tylko ich skala, ale także polityczne znaczenie, medialna atrakcyjność i mechanizmy cyfrowej uwagi. Ukraina pozostaje dla uprzywilejowanego informacyjnie Zachodu konfliktem egzystencjalnym – bo dotyczy bezpieczeństwa Europy i przyszłości NATO. Kryzys wokół Iranu oddziałuje na ceny surowców, stabilność Bliskiego Wschodu i politykę USA. To naturalnie przyciąga uwagę opinii publicznej w najbardziej wpływowych krajach na świecie.

Znacznie trudniej przebić się wojnom, które nie wpływają bezpośrednio na zachodnią politykę czy gospodarkę. W dodatku Sudan, Sahel czy Myanmar są dla europejskiego i amerykańskiego odbiorcy konfliktami odległymi geograficznie i kulturowo, pozbawionymi prostego podziału na „dobrych” i „złych”, a często także czytelnej narracji politycznej. No i wiele z tych wojen jest niezwykle skomplikowanych – z dziesiątkami lokalnych aktorów, zmieniającymi się sojuszami i trudnym do wyjaśnienia tłem etnicznym, religijnym lub ekonomicznym; trudno to ogarnąć.

Znaczenie ma również zmęczenie odbiorców. Po latach nieustannego napływu dramatycznych informacji uwaga opinii publicznej staje się coraz bardziej ograniczonym zasobem. Media konkurują o emocje i czas odbiorcy, a algorytmy premiują konflikty generujące największe zaangażowanie. W praktyce oznacza to, że część wojen zostaje niemal całkowicie wypchnięta poza globalny obieg informacji, nawet jeśli pod względem liczby ofiar należą do największych katastrof humanitarnych świata.

Najbardziej niepokojące może być jednak coś innego: stopniowe oswajanie się z permanentną przemocą. Jeszcze dwie dekady temu kolejne wojny wywoływały przekonanie, że mamy do czynienia z wyjątkowym kryzysem międzynarodowym. Dziś konflikty nakładają się na siebie niemal bez przerwy – Ukraina, Gaza, Sudan, Sahel, Myanmar, Kongo – tworząc wrażenie globalnego stanu ciągłej destabilizacji. Wojna coraz rzadziej jest postrzegana jako alarmujący wyjątek od światowego porządku, a coraz częściej jako jego trwały element. Kolejne konflikty przestają szokować, a wraz z tym maleje presja na polityków i społeczność międzynarodową, by angażowali się w rozwiązywanie kryzysów, które nie wpływają bezpośrednio na interesy największych państw i ich społeczeństw. Grunt, że nasza chata z kraja…

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Zdjęcie ilustracyjne/fot. SzG ZSU