Cele

Już od kilku miesięcy medialną przestrzeń co rusz wypełniają ponure przepowiednie dotyczące przyszłości Europy. Ich wysyp ma bezpośredni związek z sytuacją na froncie rosyjsko-ukraińskiej wojny. Im bardziej oczywiste stawało się, że nie będzie szybkich rozstrzygnięć i błyskotliwego ukraińskiego zwycięstwa, tym więcej pojawiało się czarnowidztwa. Prawdziwa erupcja proroctw nastąpiła wraz z końcem nieudanej ukraińskiej kontrofensywy i przejęciem inicjatywy operacyjnej przez rosjan.

– rosja nie zamierza zatrzymać się na Ukrainie. Jej ambicje sięgają daleko poza granice tego kraju – ostrzegał jeszcze w maju br. przewodniczący Komitetu Wojskowego NATO adm. Rob Bauer.

Krok dalej – wskazując konkretne ofiary agresji – poszedł na początku października ukraiński prezydent.

– Do 2028 r. Kreml będzie w stanie odbudować zniszczony przez nas potencjał militarny, a rosja zyska wystarczającą siłę, aby zaatakować kraje bałtyckie – mówił Wołodymyr Zełenski podczas posiedzenia Europejskiej Wspólnoty Politycznej w hiszpańskiej Grenadzie. Gdy padały te słowa, ukraińska armia zaczynała piąty miesiąc „bicia głową w mur” na Zaporożu. Z Waszyngtonu zaś płynęły coraz bardziej niepokojące wieści dotyczące ograniczenia wojskowego wsparcia dla Kijowa. Taki klimat sprzyjał obawom, że Ukraina zmuszona będzie ułożyć się z rosją, de facto odraczając tylko konflikt na kilka lat. I właśnie przed skutkami takiego „zamrożenia wojny” przestrzegał Zełenski.

Że coś na rzeczy jest – że rosjanie, mimo niepowodzeń w Ukrainie, nadal planują agresywne działania wobec innych sąsiadów – przekonywał kilka dni później amerykański Instytut Studiów nad Wojną (ISW). Jego analitycy zwracali uwagę na zmiany organizacyjne w rosyjskich siłach zbrojnych – powołanie nowego okręgu wojskowego i nowych jednostek. ISW nie silił się na przewidywania, kiedy owa restrukturyzacja pozwoli na przystąpienie do kolejnej wojny. To zadanie wykonał w połowie listopada inny think-tank – Niemiecka Rada Stosunków Zagranicznych. W jej ocenie, ewentualne zamrożenie konfliktu w Ukrainie może skutkować przyszłym atakiem rosji na NATO, a putin potrzebuje na przygotowanie sił sześciu lat.

Jeszcze krótszą perspektywę czasową nakreślił kilka dni temu mjr Michał Fiszer – popularny analityk militarny – w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej”. Jego zdaniem, rosja już w 2026 r. – po pokonaniu Ukrainy – ruszy na Polskę, a później dalej, na inne kraje NATO. Wojna przeniesie się na zachód kontynentu – wieszczył ekspert. Chyba że już dziś weźmiemy się na poważnie za budowanie własnych potencjałów i, przede wszystkim, za pomoc Ukrainie.

I właśnie o to w tym wszystkim chodzi – o wskazanie ostatecznej alternatywy, przed jaką znaleźli się sojusznicy. „Albo pomagamy Ukrainie, albo będzie kiepsko” – ta sugestia, formułowana przez różne podmioty (zapewne z różnych pobudek), ma działać mobilizująco na zachodnie opinie publiczne, to od nich bowiem zależy, co zrobią politycy.

Jest też w tych głosach apel – często wyrażany wprost – o zredefiniowanie celu, jaki wobec rosji w kontekście Ukrainy mają rządy państw NATO. Pierwotny zamiar – niedopuszczenie do utraty przez Ukrainę niepodległości – został zrealizowany. Tylko co z tego, skoro nadal zagrożona jest ukraińska integralność terytorialna, bo federacja pozostaje niedostatecznie poturbowana, ba, przyzwyczaja się do funkcjonowania w warunkach niedoborów wynikłych z sankcji i politycznego ostracyzmu. Trzeba więc postępować odwrotnie, niż sugerują społeczne nastroje i stan budżetów – zintensyfikować a nie ścinać pomoc dla Kijowa. Inaczej rosja nigdy nie będzie na tyle słaba, by nie stanowić zagrożenia dla sąsiadów.

—–

Zrozumienie, że chodzi o postraszenie, retoryczny zabieg dla podtrzymania mobilizacji, nie znosi jednak dysonansu, z jakim mamy do czynienia w odniesieniu do potencjału militarnego rosji. Bo czy armia, która od 19 miesięcy nie potrafi poradzić sobie z podbojem Ukrainy, rzeczywiście może stanowić zagrożenie dla największego sojuszu militarnego na świecie?

Przewagi ilościowe i jakościowe w zakresie sił morskich i powietrznych są po stronie NATO miażdżące. A o ile rosyjska marynarka i lotnictwo angażują się w ukraiński konflikt w ograniczony sposób – można więc przyjąć, że zachowały istotne zdolności – o tyle wojska lądowe są w tej wojnie „po całości”. I to one przyjęły demolujące ciosy, z powodu których zatracono efekty trwającej ponad dekadę modernizacji. 350 tys. zabitych i rannych, 20 tys. sztuk utraconego sprzętu ciężkiego najlepszej (co wcale nie oznacza że nieproblematycznej) jakości – tak wygląda dotychczasowy bilans „trzydniowej operacji specjalnej”. A przecież Ukraina nadal walczy, rosjanie wciąż ponoszą poważne straty. Ludzi im jak na razie nie brakuje, ale na front trafia coraz starszy sprzęt, a o amunicję trzeba prosić Koreę Północną i Iran.

Tymczasem to właśnie wojska lądowe miałyby do odegrania kluczową rolę w ewentualnych próbach zajęcia państw nadbałtyckich czy Polski. A rosja nie tyle musi je odbudować – co czyni na bieżąco i bez efektów w postaci spektakularnych sukcesów w Ukrainie – co zbudować na nowo, tak, by jakościowo były znacząco lepsze niż 24 lutego 2022 r., lepsze niż obecnie.

Czym więc jest rosyjska doktryna wojenna, literalnie nastawiona na konfrontację z NATO? Czym wypowiedzi polityków z Moskwy, co rusz odgrażających się kolejnym państwom (i stolicom) Sojuszu? Czym zabiegi kremlowskiej propagandy, kreujące wizerunek „rodiny” już zmagającej się z Zachodem, dziś w Ukrainie, lada moment zaś na równinach znienawidzonej Europy? Rojeniami?

Tego dowiecie się z dalszej części tekstu. Opublikowałem go w portalu Interia.pl – oto link. Po lekturze zapraszam ponownie na blog wszak…

…otwartym pozostaje pytanie, jak realistyczne – w ocenie samych rosjan – są to plany. Czy towarzyszy im obawa, że wspomniany zwierz wcale nie musi być chory, a jedynie toczą go lenistwo i wygodnictwo? I że zirytowany zaczepkami, ba, przestraszony, zrobi użytek ze swych kłów i pazurów? Ja na przykład właśnie tak postrzegam kondycję Zachodu i śmieszą mnie opinie o jego „umieraniu”/„kończeniu się”.

Warto też zwrócić uwagę, że gospodarcze uzależnienie od Chin – konieczne w obliczu zachodnich sankcji i „na dziś” dające rosji płytki oddech – oznacza ograniczenie decyzyjności Moskwy na rzecz Pekinu. Co w kontekście ambitnych planów podboju ma znaczenie kluczowe. Chińczycy mogą Zachodu nie lubić, ale ich głównym przeciwnikiem pozostają Stany Zjednoczone. Europa zaś to sześciusetmilionowy przebogaty rynek (w 2021 r. chiński eksport tylko do krajów Unii Europejskiej wart był niemal 500 mld dol.). Czy ów rynek zachowałby swą atrakcyjność i chłonność w realiach ruskiego miru? Wolne żarty. No więc ciekawe, czy na Kremlu mają świadomość, że nawet jeśli dla rosyjskiej armii otworzyłoby się „okienko startowe”, z Pekinu mogą usłyszeć zdecydowane „nie!”.

Czego by nam (pro)rosyjska propaganda nie powiedziała, podmiotowość i sprawczość wcale nie są atutami Moskwy. Przyszłość rosji – jej wojskowe sukcesy i porażki – bardziej zależy od tego, jak zachowają się inni.

—–

350 tys. zabitych i rannych, 20 tys. sztuk utraconego sprzętu ciężkiego najlepszej (co wcale nie oznacza że nieproblematycznej) jakości – tak wygląda dotychczasowy bilans „trzydniowej operacji specjalnej”. Nz. wraki rosyjskich wozów w okolicach Izjumu/fot. własne

Zagrożenie

Z zainteresowaniem przeczytałem dziś wywiad, jakiego mjr Michał Fiszer – popularny analityk i komentator spraw militarnych – udzielił „Gazecie Wyborczej”. Z rozmowy wynika, że rosja patrzy dalej niż na Ukrainę – i że po pokonaniu Kijowa od razu przystąpi do ataku na Polskę. Ba, pójdzie dalej, próbując zawojować całą Europę. Ponieważ pytają mnie Czytelnicy, co o tym sądzę, odpowiadam: wizja rosjan szturmujących nasze granice w nieodległej przyszłości (w 2026 r.) jest w mojej ocenie grubą przesadą. Moskwie marzy się podbój Europy Środkowo-Wschodniej, marzy hegemonia na całym kontynencie – dość poczytać rojenia Dugina i jemu podobnych ideologów rosyjskiej państwowości. Ale chcieć a móc to dwa różne porządki.

„Federacja Rosyjska jest najważniejszym i bezpośrednim zagrożeniem dla bezpieczeństwa sojuszników oraz dla pokoju i stabilności w obszarze euroatlantyckim”, czytamy w obowiązującej od zeszłego roku Koncepcji Strategicznej NATO. Tymczasem w Polsce – mimo tak zdefiniowanych priorytetów – stacjonuje niespełna 12 tys. żołnierzy z innych krajów NATO, 10 tys. z nich to wojskowi z USA. W całej Europie jest niemal 100 tys. Amerykanów – pięć razy mniej niż w latach 60. minionego wieku. Oczywiście, są jeszcze armie poszczególnych krajów, ale o sile Sojuszu od zawsze decydują Stany Zjednoczone. Czyżby Waszyngton niespecjalnie poważnie traktował swoje zobowiązania? A może rosja – także wbrew temu, co mówi w wywiadzie mjr Fiszer – wcale nie jest dla Sojuszu poważnym zagrożeniem?

Od zakończenia zimnej wojny Waszyngton ograniczał obecność wojskową w Europie. W 2014 r. po „naszej” stronie Atlantyku przebywało już tylko 60 tys. żołnierzy USA. To agresywna polityka Moskwy zatrzymała odpływ wojska, czego symbolicznym przejawem był powrót amerykańskich czołgów do Europy w 2017 r. Dziś na kontynencie są trzy pancerne brygady US Army, z których każda ma niemal setkę czołgów i 130 wozów bojowych. Znaczna siła, ale nadal trudno mówić o poważnym potencjale odstraszania. Chyba że spojrzymy na sprawy szerzej…

By to wyjaśnić, cofnijmy się o kilka lat. W czerwcu 2016 r. niebo nad podtoruńskim Kijewem zaroiło się od czasz spadochronów. Dwa tysięcy żołnierzy ze Stanów Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii i Polski desantowało się wówczas z ponad 30 samolotów. Zrzut był częścią ćwiczeń „Anakonda 16”, a biorący w nim udział Amerykanie z 82 Dywizji Powietrznodesantowej przylecieli nad Polskę bezpośrednio z Fortu Bragg w USA, wykonując lot transatlantycki (Brytyjczycy startowali wtedy z bazy w Ramstein, Polacy z Krakowa). Amerykańscy spadochroniarze dotarli nad Europę na pokładach samolotów C-17 Globemaster – konia roboczego powietrznej logistyki USA. „Ta operacja udowadnia, że możemy współpracować (…). Z Fort Bragg wylecieliśmy 25 godzin temu. Bez specjalnych przygotowań, na bojowo”, mówił gen. Richard D. Clarke, ówczesny dowódca 82 DPD, który jako jeden z pierwszych wylądował na polskiej ziemi.

I właśnie w tym rzecz – w zdolności przerzutu straży przedniej, w skład której wejdą żołnierze elitarnych formacji. Taką możliwość daje gigantyczna flotylla C-17 (a to niejedyne amerykańskie transportowce). Spośród 220 maszyn, 80% utrzymywanych jest w stanie pełnej gotowości, co – uwzględniając także inne zadania – pozwala na otwarcie mostu powietrznego, zdolnego do jednorazowego transportu kilkunastu tysięcy ludzi.

Spadochroniarzami, czyli lekką piechotą, wojny wygrać nie sposób – w ostatecznym rozrachunku liczy się ciężki sprzęt. W tym zakresie nawet Amerykanie nie są w stanie oszukać czasu – transport czołgów i wozów bojowych to zadanie dla floty, a morska podróż przez ocean trwa zwykle tydzień. Dlatego tak ważne jest budowanie odpowiedniego zaplecza tu, na miejscu – z czym już od kilku lat mamy do czynienia nie tylko w Polsce. I nie chodzi jedynie o magazyny, z których przybyli wojskowi pobiorą broń, ale też o zaplecze funkcjonalne, w postaci dowództw znających teren, lokalne uwarunkowania, nawykłych do działania w ramach wielonarodowych struktur. W takim celu powołano dowództwo V Korpusu armii amerykańskiej. Jego część znajduje się w Fort Knox w USA, a wysunięte placówki w niemieckim Heidelbergu i w naszym Poznaniu.

Na wojnie ważne jest lotnictwo, a o tym, że można je szybko i w dużej ilości przebazować na wysunięte rubieże, przekonaliśmy się po 24 lutego 2022 r. Nad Polską zrobił się wówczas – z dnia na dzień – prawdziwy lotniczy kocioł.

I zrobiłby się znów – w razie potrzeby. Tyle że takiej nie ma – rosja to państwo-zbir, ale prawdopodobieństwo rosyjskiego ataku na Polskę, bądź inny natowski kraj flanki wschodniej, jest znikome. Wojna w Ukrainie ujawniła relatywnie niskie możliwości armii rosyjskiej w zakresie prowadzenia konwencjonalnego konfliktu o dużej skali i wysokiej intensywności. Obecnie angażuje ona ogromną część potencjału federacji, a efektem tego wysiłku jest zaledwie walka o utrzymanie dotychczasowych zdobyczy. Co więcej, starcie to wydrenowało siły zbrojne rosji z najwartościowszego materiału ludzkiego, sprzętowego i zapasów – na tyle głęboko, że proces odbudowy zdolności bojowych zajmie wiele lat. Zastanawialiście się kiedyś, dlaczego 400-tysięczny kontyngent – ponad dwa razy większy od pierwotnego – nie jest w stanie bić się o całe regiony Ukrainy, a stać go najwyżej na próby przejęcia Kupiańska czy Awdijiwki? Ano dzieje się tak, bo oddziały liniowe mają kilka razy mniej czołgów, bewupów, dział i innego sprzętu, niżby to wynikało z etatowych przydziałów i realnych potrzeb. A mają tego żelastwa mniej, bo spopieliło się w Ukrainie. Zaś zapasy i produkcja nie wystarczają do uzupełnienia.

Ponadto Moskwa nie była i nie jest w stanie przeprowadzić skrytej koncentracji wojsk. Pamiętacie, jak „na żywo” – dzięki natowskiemu zwiadowi satelitarnemu i powietrznemu – śledziliśmy postępującą mobilizację rosjan przeciwko Ukrainie? Teraz miałoby być inaczej? Transfer wojska na Białoruś i do obwodu królewieckiego miałby zostać niezauważony? Wolne żarty. Odpada zatem czynnik strategicznego zaskoczenia, co dla drugiej strony oznacza możliwość przygotowania się do obrony.

No i nie zapominajmy, że warunkiem koniecznym dla ewentualnej agresji byłoby uprzednie pokonanie Ukrainy. A następnie jej sterroryzowanie, by nie stała się „płonącym zapleczem” kolejnego konfliktu. Naiwnością byłoby założenie, że kraj, który tak zaciekle bronił się w otwartym starciu, nie zmieni się w arenę partyzanckiej wojny. Tymczasem nic nie wskazuje na to, by rosjanie byli w stanie zrealizować taki scenariusz – doprowadzenia Ukrainy do całkowitej klęski – w ciągu najbliższych kilku lat.

A jeśli pomoc dla Kijowa ruszy wartkim strumieniem, nie zrealizują go nigdy. Marzenia o Kanale La Manche topiąc w Kanale Siewierodońskim.

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Arkowi Drygasowi, Magdalenie Kaczmarek, Arkadiuszowi Halickiemu, Piotrowi Maćkowiakowi, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Maciejowi Szulcowi, Przemkowi Piotrowskiemu, Michałowi Strzelcowi, Andrzejowi Kardasiowi i Jakubowi Wojtakajtisowi. A także: Michałowi Wielickiemu, Monice Rani, Jakubowi Kojderowi, Jarosławowi Grabowskiemu, Jakubowi Dziegińskiemu, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Bożenie Bolechale, Radosławowi Dębcowi, Aleksandrowi Stępieniowi, Joannie Siarze, Marcinowi Barszczewskiemu Szymonowi Jończykowi, Annie Sierańskiej, Tomaszowi Sosnowskiemu, Piotrowi Świrskiemu, Mateuszowi Jasinie, Mateuszowi Borysewiczowi, Remiemu Schleicherowi, Grzegorzowi Dąbrowskiemu, Arturowi Żakowi, Sławkowi Polakowi, Patrycji Złotockiej, Wojciechowi Bardzińskiemu i Kazimierzowi Mitlenerowi.

Podziękowania należą się również najhojniejszym „Kawoszom” z ostatniego tygodnia: Arkadiuszowi Wiśniewskiemu i Łukaszowi Podsiadle.

Szanowni, to dzięki Wam – i licznemu gronu innych Donatorów – powstają moje materiały!

Nz. Ukraina dziś popołudniu. W oparciu o dane z obserwacji satelitarnej nie dało się wyrysować linii frontu. W całym kraju były zaledwie dwa poważne ogniska pożarów, oba z dala od linii rozgraniczenia wojsk. To pośredni dowód na niską intensywność walk, co w kontekście tekstu nie ma wielkiego znaczenia, ale jest informacją godną odnotowania.

Bogowie

Trzy dni po spektakularnym uderzeniu w kompleks szkolny w Makiejewce pod Donieckiem, rosjanie oficjalnie przyznali się do jeszcze większych strat niż pierwotnie. Najpierw mowa była o 63 zabitych, i nieznanej liczbie rannych, potem stanęło na 89 ofiarach śmiertelnych. Biorąc pod uwagę tradycje rosyjskiej sprawozdawczości, poległych było zapewne kilka razy więcej, co dowodzi przerażającej skuteczności wysokoprecyzyjnych systemów rakietowych. „Boga bogów”, jak pisałem w jednym z wcześniejszych tekstów, odnosząc się do popularnego stwierdzenia, wedle którego artyleria jest „bogiem wojny”. Ale…

Ale ktoś te użyte w ataku na Makiejewkę himarsy w strefę walk dostarczył. To sprzęt amerykański, czyli droga rakiet wiodła przez ocean, a później przez kawał Europy, i mierzyła tysiące kilometrów. W tym pozornie błahym stwierdzeniu kryje się zapomniana czy ignorowana prawda o warunku koniecznym militarnego sukcesu – bez sprawnej logistyki ani rusz. Niezależnie od tego, jak wyszkolona i wyposażona będzie armia, pozbawiona na czas amunicji, paliwa, jedzenia i zaplecza medycznego, w najlepszym razie nie zwycięży, w najgorszym poniesie porażkę. Bóg jest zatem inny, a imię jego zaczyna się na literę „L”.

„Generał gdzieś załatwił”

O tym, jak ważna jest logistyka, przekonałem się w Afganistanie. W 2012 r. duża część transporterów Rosomak jeździła z uszkodzonymi siatkami LSO (chroniącymi zasadniczy pancerz przed granatami RPG). Formalnie były to sprawne wozy, podobnie jak rosomaki z niedziałającymi urządzeniami do obserwacji nocnej. Za dnia maszyny te z powodzeniem mogły brać udział w rozmaitych operacjach, wszystko więc było ok. Wysoki wskaźnik sprawności sprzętu to w wojsku, szczególnie na wojnie, nie lada wyczyn, były więc powody do zadowolenia.

Wyczyn, który mimo wysiłków mechaników realnie trudno było osiągnąć, bo zaopatrzenie kontyngentu kulało. Zamówione części „szły” do Afganistanu nawet kilka miesięcy. Do dziś włos mi się jeży na wspomnienie historii pododdziału, który przez długi czas jeździł na niesprawnych oponach, bo zabrakło kołków do wulkanizacji. „Generał gdzieś załatwił”, podsumował historię jeden z rozmówców. „Załatwianie” sprowadzało się również do kanibalizacji, czyli pozyskiwania części ze zniszczonych i uszkodzonych wozów. Co w połączeniu z niewiarą w szybkie działanie służb logistycznych, sprzyjało utrzymaniu fikcji wysokiej sprawności. Chętnie przyjmowanej na kolejnych szczeblach, któż bowiem lubi meldować o kłopotach? Tyle że na końcu łańcucha – w gabinetach wojskowych urzędników i polityków – wojna była pojęciem zupełnie abstrakcyjnym. Tam nikt życia na niesprawnym sprzęcie nie ryzykował.

Wojskowa logistyka dzieli się na cztery obszary. Pierwszy obejmuje zaopatrzenie w paliwo, amunicję, części zamienne, medykamenty i racje żywnościowe. Na drugi składa się zaplecze remontowe. Trzeci, kwatermistrzowski, odpowiada za warunki bytowe. Czwarty związany jest z zabezpieczeniem medycznym. W Afganistanie dwa ostatnie spoczywały na barkach Amerykanów, oba pierwsze w istotnym zakresie zależały od Polaków. Przy odległości dzielącej kraj od miejsca ekspedycji (4 tys. km) i braku strategicznego transportu lotniczego, kłopotów nie dało się uniknąć. Na szczęście pod ręką byli Amerykanie.

Zabrakło ich podczas granicznego kryzysu z jesieni i zimy 2021 r., który w momencie największego nasilenia angażował niemal jedną trzecią wojska. Pozostałe po redukcjach służb tyłowych armii dwie brygady logistyczne (w Bydgoszczy i Opolu) przez pół roku nie zdołały dowieźć na wschód wystarczającej liczby kontenerów mieszkalnych. Część wojska mieszkała więc w ziemiankach, co kompletnie nie przystaje do standardów XXI-wiecznej armii, operującej w niewojennym reżimie, w kraju z gęstą siecią nowoczesnych dróg.

Ile pali czołg? Dużo…

Wróćmy do wyzwań wojennych. W 2005 r., gdy intensywność walk w Iraku była najwyższa, konflikt kosztował amerykańskiego podatnika 190 mln dol. dziennie. Skąd ta suma? Amerykański żołnierz musi otrzymać posiłki o wartości 4000 kal., co czyni z logistyki made in USA wyjątkowo drogie przedsięwzięcie. Bo nie chodzi tylko o bilans, ale i różnorodność. Amerykańskie stołówki „na teatrze działań” wyglądają jak bary szybkiej obsługi. W największych bazach w Iraku i Afganistanie lunch można było wybierać z dwudziestu pozycji. Produkty nie pochodziły z lokalnego rynku, przylatywały z USA, głęboko przetworzone, zmrożone, poddane obróbce pod kątem zapobieżenia masowym zatruciom. Warta kilkaset dolarów tona owoców, po uwzględnieniu kosztów transportu puchła do wartości kilkunastu tysięcy dolarów.

A nie samym jedzeniem żołnierz żyje. Dostarczenie do zbiorników agregatów i baków pojazdów paliwa o wartości 10 tys. dolarów kosztowało trzy-cztery razy tyle, a w sytuacji, gdy trzeba je było przetransportować do oddziałów z wysuniętych posterunków – nawet 10 razy więcej. Konwój sam „palił”, wymagał ochrony (której wozy też „paliły”), zaangażowani ludzie potrzebowali jedzenia, picia, amunicji, w razie potrzeby – ewakuacji medycznej. Dodajmy do tego zużycie amunicji, zniszczony i uszkodzony sprzęt. Gdy mówimy o 150-tysięcznym kontyngencie, łatwo robi się z tego 190 mln dol.

Zostawmy historię – radziecki czy rosyjski sprzęt, będący postawą dla obu armii walczących w Ukrainie, też jest energochłonny. Godzina lotu śmigłowca Mi-24 wymaga niemal tony paliwa. Przy przyzwoitym średnim zużyciu i średnim przebiegu starczyłoby na prawie rok jeżdżenia cywilnym autem. „Weźmy typowy rosyjski batalion czołgów – 31 T-72B czy T-90, trzy ciągniki ewakuacyjne, kilka samochodów osobowo-terenowych, 30 ciężarówek, pluton przeciwlotniczy, pluton łączności”, pisze Michał Fiszer, niegdyś wojskowy pilot, dziś wzięty analityk. Na pytanie, ile paliwa zużywa czołg, odpowiada: 800 litrów na 100 km. Co dla 34 czołgów i ciągników ewakuacyjnych na tym samym podwoziu daje 27 tys. litrów. Z uwzględnieniem innych pojazdów – 35 tys. litrów. „Czyli siedem typowych wojskowych cystern samochodowych dla jednego batalionu na 100 km marszu”, konkluduje Fiszer, autor wydanej razem z synem Jackiem książki pt.: „Wojna w Ukrainie. Od napaści do kontrofensywy”. A przecież czołg zużywa paliwo i na postoju – ok. 20-30 litrów na godzinę. By mógł w razie potrzeby strzelać, agregat zasilający elektrykę i hydraulikę musi pozostać na chodzie. „Dla jednej brygady mającej cztery bataliony, dywizjon artylerii i kilka samodzielnych kompanii robi się z tego już 200 tys. litrów na każde 100 km lub 5 tys. litrów na każdą godzinę postoju. A to 40 wojskowych cystern paliwowych po 5 tys. litrów”, czytamy.

rosjanie utrzymują w Ukrainie średnio 500-600 czołgów. W okresie największego zaangażowania (na przełomie lutego i marca ub.r.) było to nawet 1500 maszyn.

Zjawisko zasięgu ciężarówki

A co z wsadem do kotła? Gdy w 2015 r. trafiłem na donbaski front, przeżyłem szok. Wypieszczony przez amerykańską logistykę, znalazłem się w realiach iście drugowojennych, gdy żołnierz dostawał puszkę mięsa, kawałek chleba i tyle. Przydziałowa wieprzowina – którą mnie uraczono pod Mariupolem – była niejadalna, z ulgą więc przyjąłem fakt, że wysiłek aprowizacyjny na rzecz ukraińskiej armii częściowo wzięło na siebie społeczeństwo. Lokalni aktywiści dowozili na front gotowe posiłki oraz inne produkty spożywcze. Z czasem, gdy armia okrzepła, wojskowa logistyka zaczęła dbać o żołnierzy w większym zakresie, lecz do amerykańskich standardów nie dobiła. Zresztą, nie było takich ambicji, bo Amerykanie są niedościgłym wzorcem (w końcu kto bogatemu zabroni?). No i ukraiński standard jest wyższy od rosyjskiego, armia najeźdźcy bowiem nadal hołubi zasadzie, że żołnierz winien się wyżywić we własnym zakresie.

Amunicji jednak sam sobie nie zorganizuje, zwłaszcza tej cięższej. Na przełomie maja i czerwca u.br. rosjanie zużywali dziennie od 40 do 60 tys. pocisków artyleryjskich. Uśredniając, mamy 1,5 mln na miesiąc, 3 mln we wspomnianym okresie. Wcześniej wojna nie miała tak artyleryjskiego charakteru, rosyjskie wielkokalibrowe lufy wyrzucały z siebie nie więcej niż 10 tys. pocisków. W lipcu zużycie spadło do poziomu z zimy i nie przebiło tego pułapu aż do końca 2022 r., co znaczy, że rosjanie od początku inwazji wystrzelali 5,5 mln sztuk amunicji artyleryjskiej. Tymczasem „nabój do haubicy waży jakieś 60 kg (45 pocisk i 15 ładunek miotający). (…) A co z amunicją dla czołgów, piechoty i jej wozów bojowych, co z rakietami przeciwpancernymi, granatami do moździerzy?”, pytają retorycznie Michał i Jacek Fiszerowie. Przy tak wysokiej intensywności ognia nie sposób zachować ciągłości bez tworzenia podręcznych zapasów. „A jak przechowywać amunicję w polowym składzie? To nie ziemniaki, jak zawilgotnieje, będzie do niczego. A zabezpieczenie przeciwpożarowe, ochrona przed dywersja? To mnóstwo organizacji, sprawności, zaradności”, przekonują autorzy „Wojny w Ukrainie”.

Tak dochodzimy do kolejnych wyzwań. Wspomniane na wstępie himarsy – które pojawiły się na froncie wczesnym latem 2022 r. – zmieniły zasady gry. Ich zasięg (do 80 km) i przede wszystkim precyzja, zmusiły rosjan do porzucenia idei dużych składów, tworzonych w miejscach rozlokowania artylerii bądź w niedużej odległości od stanowisk bojowych. Obecnie takie magazyny znajdują się zwykle 100 km od frontu. Daleko? Dość, by chronić się przed himarsami i wystarczająco, by sprawić nie lada kłopot. Rosyjska logistyka bazuje na transporcie kolejowym, co wraz z innymi słabościami – przede wszystkim niedostateczną liczbą samochodów i opartym o siłę ludzkich rąk załadunkiem – skutkuje tzw.: zjawiskiem zasięgu ciężarówki. Maksymalnie 100 km od najbliższej linii kolejowej – tyle wynosi odległość pozwalająca na efektywne działania rosyjskich jednostek wojskowych. Im ten dystans się zwiększa, tym bardziej szwankują dostawy. I głównie stąd bierze się lęk Moskwy przed himarsami o zasięgu do 300 km – rosyjscy politycy i generałowie nie tyle boją się ataków na cele w rosji, co większego paraliżu logistyki. Jak na razie Ukraińcy takich rakiet z USA nie otrzymali.

Zmora wojny materiałowej

Ale i obrońcom nie brakuje zmartwień. Część jest uniwersalna (będąca udziałem i drugiej strony). Oddajmy głos Fiszerom: „Jedna salwa pojedynczego dywizjonu (haubic – dop. MO) to ponad tona amunicji. W ciągu dnia walk dywizjon może wystrzelić i 50 takich salw”. Do obsługi takiego ognia trzeba 10 wozów amunicyjnych o ładowności po 7 ton (skrzynki też ważą). Gdyby te samochody zbić w kolumnę przy zachowaniu minimalnej bezpiecznej odległości (50 m), dodać wozy z innym zaopatrzeniem, uwzględnić fakt, że dywizjon jest częścią większego związku taktycznego (np. brygady), robi nam się kilkukilometrowy konwój. Który wymaga utwardzonej drogi, odpowiedniego zabezpieczenia, którego wyjazd w trasę musi być skorelowany z bieżącymi potrzebami walczących oddziałów. Ukraińcy mają tu bardziej pod górkę, bo rosjanie – przynajmniej teoretycznie – dysponują większymi możliwościami ataku na kolumny logistyczne z powietrza.

Lecz nie to spędza sen z powiek ukraińskim generałom i politykom. „Żaden kraj NATO poza Stanami Zjednoczonymi nie ma wystarczających początkowych zapasów broni ani zdolności przemysłowych do prowadzenia pełnoskalowych działań wojennych”, piszą eksperci Royal United Services Institute, brytyjskiego ośrodka analitycznego. To skutek pozimnowojennej demilitaryzacji, na którą szczególnie ochoczo przystały zachodnioeuropejskie państwa. Tymczasem konfrontacja z rosją oznacza dla Ukrainy – a więc i dla jej sojuszników – wojnę materiałową na ogromną skalę. Ukraińskie zapasy amunicji są przetrzebione, możliwości produkcji – skromne. Zachód śle pociski z własnych arsenałów, ale w magazynach wielu natowskich armii niebawem będą już tylko żelazne zapasy. Donatorzy kupują też amunicję na całym świecie – w ostatnim w 2022 r. pakiecie pomocowym znalazło się m.in. 65 tys. pocisków artyleryjskich 152 i 122 mm oraz 50 tys. pocisków rakietowych Grad, czyli amunicji w standardzie (po)radzieckim. Pociski „natowskie” (155 mm) trafiają do Ukraińców niemal wprost z linii produkcyjnych. Zachód zwiększa możliwości fabryk zbrojeniowych, ale to proces rozłożony w czasie. USA podwoją produkcję amunicji artyleryjskiej za sześć do dwunastu miesięcy. Problemem nie jest wola polityczna, a kwestie techniczne. Co przywodzi nas do wniosku, że bez logistyki ani rusz, ale i ona ma swojego boga – bazę przemysłową.

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Magdalenie Kaczmarek, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Maciejowi Szulcowi, Piotrowi Maćkowiakowi, Przemkowi Piotrowskiemu, Andrzejowi Kardasiowi, Tomkowi Lewandowskiemu, Przemkowi Klimajowi i Tomaszowi Frontczakowi. A także: Szymonowi Jończykowi, Mateuszowi Jasinie, Remiemu Schleicherowi, Miko Kopczakowi, Grzegorzowi Dąbrowskiemu, Arturowi Żakowi, Bernardowi Afeltowiczowi, Justynie Miodowskiej, Michałowi Wielickiemu, Monice Rani, Jarosławowi Grabowskiemu, Bożenie Bolechale, Aleksandrowi Stępieniowi i Monice Kołakowskiej.

Podziękowania należą się również najhojniejszym „Kawoszom” z ostatnich siedmiu dni: Maciejowi Jakóbiakowi, Joannie Siarze, Kamilowi Kajetanowiczowi, Katarzynie Milewskiej i Małgorzacie Kurczabie.

Szanowni, to dzięki Wam – i licznemu gronu innych Donatorów – powstają moje materiały. Raz jeszcze dziękuję!

Nz. Ukraińskie czołgi pod Bachmutem. One też spalają gigantyczne ilości paliwa…/fot. Центр стратегічних комунікацій та інформаційної безпеки