Ostatnia?

Według części zachodnich i ukraińskich ekspertów Moskwa przygotowuje kolejną dużą ofensywę, próbując jeszcze raz przełamać front. Pytanie jednak, czy rosyjska armia dysponuje dziś potencjałem pozwalającym na taki manewr – i czy ewentualne niepowodzenie rzeczywiście ograniczyłoby zdolność Kremla do prowadzenia dalszych działań ofensywnych.

Pierwsze miesiące 2026 roku nie przyniosły zasadniczej zmiany sytuacji na froncie rosyjsko-ukraińskim. Walki pozostają intensywne, lecz postępy rosyjskiej armii są niewielkie i okupione dużymi stratami. Ba, na Zaporożu to Ukraińcy spychają rosjan z części pozycji; zyski terytorialne są symboliczne, ale inicjatywa należy tam do obrońców.

Mimo to pojawiają się sygnały o możliwej wiosennej ofensywie rosjan. Wskazywać na to mają dane wywiadowcze, koncentracja wojsk, rotacje jednostek i wzmożona aktywność logistyczna. Ukraińskie dowództwo ostrzega, że rosja może przygotowywać operację zaczepną na kilku odcinkach frontu w Donbasie. Zdobycie całego obwodu donieckiego pozostaje jednym z kluczowych celów politycznych Kremla.

Z operacyjnego punktu widzenia oznaczałoby to próbę przełamania ukraińskiej obrony w rejonie Pokrowska, Konstantyniwki, Kramatorska i Słowiańska – ośrodków o znaczeniu logistycznym i militarnym. Ich utrata utrudniłaby Ukrainie utrzymanie obrony we wschodniej części kraju. Możliwe byłyby także działania pomocnicze: na południu próba odsunięcia ukraińskiej artylerii od korytarza lądowego na Krym, a na północy operacje wiążące w rejonie Charkowa lub Sum.

—–

Ale czy rosja „ma czym robić”? Tak. System kontraktów wojskowych, wspierany kolejnymi falami mobilizacji, pozwala jej utrzymywać dużą liczebność wojsk na froncie. Problemem pozostaje jednak jakość nowych żołnierzy, często po skróconym szkoleniu.

Jeszcze poważniejszym wyzwaniem jest sprzęt. Straty rosyjskiej armii od początku wojny obejmują tysiące czołgów, bojowych wozów piechoty i systemów artyleryjskich. Choć przemysł obronny zwiększył produkcję amunicji i części uzbrojenia, wiele jednostek korzysta dziś ze sprzętu wyciągniętego z magazynów lub zmodernizowanych konstrukcji starszych generacji. Nie oznacza to jednak wyczerpania potencjału rosji – gospodarka przestawiona na tryb wojenny oraz wsparcie państw partnerskich pozwalają jeszcze utrzymywać produkcję uzbrojenia i prowadzić wojnę materiałową.

Dotychczasowe działania ofensywne rosji pokazują jednak, że nawet przy dużym zaangażowaniu sił postępy są bardzo ograniczone. Jednym z głównych powodów jest charakter ukraińskiej obrony: wielowarstwowe umocnienia wspierane przez artylerię, drony i precyzyjne systemy rakietowe. Masowe użycie dronów sprawia, że koncentracja wojsk – niezbędna do klasycznego przełamania – jest trudna do ukrycia i szybko naraża nacierające jednostki na ogień. W efekcie rosyjskie natarcia mają najczęściej charakter lokalnych ataków prowadzonych przez niewielkie grupy piechoty wspierane przez artylerię i drony. Pozwala to powoli zdobywać teren, ale utrudnia szybkie przełamanie frontu.

—–

Skuteczna operacja zaczepna rosji mogłaby oznaczać załamanie ukraińskiej obrony w rejonie Kramatorska i Słowiańska, co pozwoliłoby Kremlowi ogłosić realizację jednego z głównych celów wojny, czyli opanowanie całego obwodu donieckiego. Najbardziej ambitny scenariusz zakładałby głębsze przełamanie frontu i powrót do operacji manewrowej w głębi Ukrainy, choć rosyjska armia od dawna nie była w stanie przeprowadzić takiej operacji na większą skalę.

Niepowodzenie ofensywy nie oznaczałoby jednak końca wojny. rosja nadal dysponuje znacznymi zasobami ludzkimi i potencjałem przemysłowym, a jej system polityczny jest zdolny narzucać społeczeństwu długotrwały wysiłek wojenny. Jeśli ofensywa zakończy się fiaskiem, konflikt prawdopodobnie wejdzie w jeszcze dłuższą fazę wyniszczeniową. Front pozostanie względnie stabilny, a kluczową rolę nadal będą odgrywać artyleria, drony i uderzenia dalekiego zasięgu. Wojna jeszcze wyraźniej stanie się starciem gospodarek, przemysłów i systemów mobilizacyjnych, w którym ostatecznie może zadecydować wytrzymałość państw zaangażowanych w konflikt.

Ten tekst, w bardziej rozbudowanej wersji, opublikowałem na łamach portalu „Polska Zbrojna” – oto link do całości materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mnie w dalszym pisaniu, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

NZ. Ukraińska armia jest gotowa na przyjęcie rosjan, zdjęcie ilustracyjne/fot. SzG ZSU

Weto

Nie wierzcie tym, którzy piszą, że na Kremlu strzelają dziś korki szampanów, bo prezydent RP zawetował ustawę o SAFE. W Moskwie dobrze wiedzą, że unijne pieniądze i tak do Polski trafią. Później i na nieco gorszych warunkach, ale będzie z czego wzmacniać potencjał obronny. Więc – patrząc z perspektywy putinoidów – nie ma się z czego cieszyć.

To znaczy jest – ale nim rozwinę tę myśl, pozwólcie na krótkie wprowadzenie. Moskwę strasznie bolą te nasze zbrojenia. Im ich więcej, im szybciej i efektywniej się toczą, tym bardziej zamyka się rosji okienko strategiczne do ataku na Polskę. W perspektywie kilku lat może się zamknąć całkowicie – w tym sensie, że atak na nas będzie dla nich kompletnie nieopłacalny.

Zgrzyta więc Moskwa zębami na wszelkie „turbodoładowania”, które w szybszym tempie mnożą nasz potencjał. Z ich perspektywy SAFE to czyste zło.

Ale złem było to, co działo się już wcześniej – militarne przebudzenie sprzed kilku lat. Stał za tym ówczesnym pisowski rząd – chwała mu za to – ale stała też niemal cała opozycja. Remilitaryzacja była wynikiem politycznego konsensusu, porozumienia ponad podziałami. Które, co istotne, przetrwało zmianę władzy i zamianę politycznych ról. Zbrojenia kontynuowano – jeszcze bardziej spektakularnie – przedkładając dobro państwa ponad partyjne interesy.

Mieli więc rosjanie dwa powody do zmartwień – nie tylko ów rosnący potencjał, ale też ową zgodę; fakt, iż Polacy potrafili wyjąć kwestię bezpieczeństwa z bieżącej politycznej napierdalanki.

Ale w ostatnich tygodniach coś się zmieniło. PiS wykonało woltę, n a g l e stając się zdecydowanym wrogiem programu, który mógłby w krótkim czasie zmultiplikować nasze możliwości obronne. Pisowski prezydent nie wyszedł z szeregu, czego zwieńczeniem jest dzisiejsze weto.

Nawrocki mówi, że ma kontrpropozycję. Bzdura; cała ta idea zerowego SAFE to ekonomiczne mrzonki; jeśli chcecie, mogę w innym wpisie rozłożyć to na czynniki pierwsze. Na potrzeby tego postu poprzestańmy na stwierdzeniu, że duet Nawrocki-Glapiński wymyślił pretekst dla weta, nic więcej. A samo weto potrzebne jest wyłącznie po to, by rząd nie miał sukcesu, jakim byłyby zdobyte tanim kosztem miliardy dla naszej zbrojeniówki. Zwłaszcza że duża część tych pieniędzy zostałaby wydatkowana przed kolejnymi wyborami. Oto cała tajemnica pisowskiej SAFE-histerii i dzisiejszego weta.

Gdzie tu rosjanie? Ano właśnie daliśmy im dowód, że nie ma już dla nas żadnej świętości, że bezpieczeństwo też może być zakładnikiem polityki wewnętrznej. Że logika interesu partyjnego jest ważniejsza niż racja stanu. Byleby „nasi znów rządzili”.

I właśnie z tego powodu na Kremlu strzelają dziś korki; putinoidy mogą mieć nadzieję, że „polaczki same się załatwią”.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mnie w dalszym pisaniu, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Przesaturowani?

Gdy Stany Zjednoczone i Izrael uderzyły na Iran, ten w odpowiedzi wysłał w powietrze drony i rakiety. Nad Bliskim Wschodem zaroiło się od relatywnie prostych i tanich konstrukcji, których zestrzeliwanie wymagało użycia jednych z najdroższych systemów obrony powietrznej na świecie. W komentarzach szybko pojawiła się teza, że Zachód wpadł we własną pułapkę: jego model prowadzenia wojny opiera się na niewielkiej liczbie niezwykle zaawansowanych i kosztownych systemów, które mogą zostać przeciążone przez masowe uderzenia znacznie tańszych środków.

Ten obraz jest jednak tylko częścią prawdy. Wydarzenia ostatnich tygodni nie pokazują załamania zachodniej strategii, lecz raczej przypominają o czymś dobrze znanym z historii konfliktów zbrojnych. W epoce dronów i rakiet wojna ponownie okazuje się starciem potencjałów przemysłowych. Na pierwszy plan wysuwa się wydolność zaplecza produkcyjnego oraz zdolność do jego ochrony.

—–

Argumentem najczęściej przywoływanym przez zwolenników tezy o słabości Zachodu jest arytmetyka kosztów. Irańskie drony uderzeniowe z rodziny Szahed kosztują od kilkudziesięciu do około stu tysięcy dolarów. Tymczasem pojedynczy pocisk systemu Patriot to wydatek rzędu trzech–czterech milionów dolarów, a w praktyce często odpala się więcej niż jedną rakietę.

W pierwszych dniach konfrontacji na Bliskim Wschodzie dysproporcja ta była szczególnie widoczna. Systemy obrony powietrznej państw regionu oraz sił amerykańskich zużyły w krótkim czasie setki rakiet Patriot – według części szacunków ponad osiemset w ciągu kilku dni. Dla porównania Ukraina w trakcie całej wojny z rosją otrzymała około sześciuset takich pocisków.

Na pierwszy rzut oka wygląda to jak idealna strategia dla państwa dysponującego tańszą technologią: produkować duże liczby relatywnie prostych dronów i rakiet, zmuszając przeciwnika do wydawania wielokrotnie większych pieniędzy na ich zestrzeliwanie.

Taki model działania rozwijają dziś państwa, które nie mają przewagi technologicznej nad Zachodem. Iran, ale także rosja, inwestują w masową produkcję prostych systemów – dronów uderzeniowych, tanich pocisków manewrujących i rakiet balistycznych krótszego zasięgu. Kluczową rolę odgrywa tu skala ataku.

Jeśli nad celem pojawia się kilkadziesiąt lub kilkaset obiektów lecących z różnych kierunków, obrona powietrzna musi reagować natychmiast i zużywa ogromne ilości amunicji. Nawet jeśli większość celów zostanie zestrzelona, napastnik może osiągnąć efekt w postaci wyczerpywania zapasów przeciwnika.

—–

Masowe ataki Iranu stworzyły wrażenie, że obrona powietrzna państw regionu została wystawiona na wyjątkowo trudną próbę. Jednak ich rezultaty były znacznie mniej spektakularne niż sama skala uderzeń. Zdecydowana większość pocisków została przechwycona przez wielowarstwowy system obrony, w którym uczestniczyły zarówno Patriot i THAAD, jak i zestawy krótszego zasięgu oraz lotnictwo.

Nie oznacza to jednak, że ataki były całkowicie nieskuteczne. Część środków napadu powietrznego przedarła się przez obronę. W Abu Zabi dron uderzył w kompleks przemysłowy związany z sektorem energetycznym, wywołując pożar instalacji. W Dubaju eksplozje spowodowały uszkodzenia w rejonie zabudowy portowej i magazynowej.

W jednym z przypadków irański pocisk trafił w element infrastruktury obrony powietrznej – radar wczesnego ostrzegania AN/TPY-2 przy bazie lotniczej Al Dhafra w Zjednoczonych Emiratach Arabskich. Trafienie nie sparaliżowało jednak systemu – pozostałe sensory i stanowiska dowodzenia przejęły jego funkcje.

Nie udało się również osiągnąć najważniejszych celów militarnych. Irańskie uderzenia nie zniszczyły kluczowych baz lotniczych ani infrastruktury, od której zależy obecność wojsk USA i ich sojuszników w regionie. W Izraelu rakiety spadły w rejonie baz Nevatim i Ramon, lecz nie doprowadziły do ich wyłączenia z działania.

Ataki pokazały więc, że żadna obrona powietrzna nie jest całkowicie szczelna. Jednocześnie potwierdziły, że nowoczesne systemy są w stanie neutralizować zdecydowaną większość zagrożeń.

—–

Podobne wnioski płyną z Ukrainy, która od 2022 roku jest celem rosyjskiej kampanii uderzeń przy użyciu dronów Szahed, rakiet manewrujących i pocisków balistycznych. W wielu falach ataków nad ukraińskimi miastami pojawiały się jednocześnie dziesiątki, a czasem ponad sto celów powietrznych.

Na początku wojny oznaczało to ogromne zużycie najdroższych efektorów obrony powietrznej. Systemy Patriot, NASAMS czy IRIS-T projektowano przede wszystkim do zwalczania rakiet, a nie do codziennego strącania tanich dronów. Gdy rosja zaczęła używać Szahedów masowo, szybko stało się jasne, że taka obrona byłaby ekonomicznie nie do utrzymania.

Ukraińcy odpowiedzieli pragmatycznie, budując wielowarstwowy system obrony. Najdroższe rakiety wykorzystuje się przeciw najtrudniejszym celom, a drony zwalczają inne środki – mobilne zespoły z karabinami maszynowymi, artyleria przeciwlotnicza, systemy walki elektronicznej oraz drony przechwytujące. W efekcie koszt zniszczenia pojedynczego Szaheda jest dziś wielokrotnie niższy niż na początku wojny.

Ta lekcja pokazuje, że masowe użycie tanich dronów nie musi prowadzić do ekonomicznej katastrofy po stronie obrońcy. Kluczowe jest właściwe rozłożenie środków: drogie systemy przeciw najgroźniejszym zagrożeniom, tańsze przeciw celom prostszym.

Jednocześnie doświadczenia z Ukrainy przypominają o jeszcze jednej rzeczy. Nawet najlepsza obrona nie zatrzyma przeciwnika, jeśli ten może bez przeszkód produkować kolejne tysiące dronów i rakiet. Dlatego równie ważne staje się niszczenie zaplecza – fabryk, magazynów i infrastruktury logistycznej.

—–

I tu znów wracamy na Bliski Wschód. Obrona powietrzna jest tylko pierwszą linią reakcji na irańskie ataki. Równolegle Amerykanie i Izraelczycy prowadzą uderzenia na zaplecze przeciwnika. Celem nie jest jedynie zestrzelenie kolejnej fali pocisków, lecz ograniczenie liczby tych, które w ogóle będą mogły zostać wystrzelone.

Uderzenia objęły magazyny oraz obiekty przemysłowe. W zachodnim Teheranie zniszczono zakład powiązany z Korpusem Strażników Rewolucji Islamskiej produkujący elementy pocisków ziemia–ziemia, a w prowincji Alborz trafiono instalację wytwarzającą materiały do paliwa rakietowego. Zniszczono również fabrykę produkującą komponenty dronów Szahed oraz liczne mobilne wyrzutnie rakiet.

Według danych amerykańskiego dowództwa CENTCOM w pierwszych dziesięciu dniach operacji siły USA zaatakowały ponad pięć tysięcy celów na terytorium Iranu.

Logika tych działań nie jest nowa. Już w czasie II wojny światowej aliancka strategia bombardowań koncentrowała się na niszczeniu przemysłu i infrastruktury przeciwnika. Zmieniły się narzędzia, ale zasada pozostaje ta sama – o wyniku konfliktu decyduje nie tylko obrona przed kolejnym atakiem, lecz także zdolność do niszczenia zaplecza przeciwnika.

Nie zmienia to jednak faktu, że po stronie amerykańskiej i izraelskiej konieczna jest adaptacja wniosków płynących z wojny w Ukrainie. Masowe użycie tanich dronów sprawia, że opieranie obrony wyłącznie na najdroższych efektorach byłoby finansowo trudne do utrzymania. Dlatego większą rolę będą musiały odegrać tańsze środki: artyleria przeciwlotnicza, systemy walki elektronicznej, drony przechwytujące czy rozwijane obecnie systemy laserowe. Bez takiej wielowarstwowej obrony nawet najbardziej zaawansowane armie szybko wyczerpią zapasy – a wraz z nimi możliwości działania.

Ten tekst, w bardziej rozbudowanej wersji, opublikowałem na łamach portalu TVP.Info – oto link do całości materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mnie w dalszym pisaniu, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Wyrzutnia Patriot, zdjęcie ilustracyjne/fot. US Army, domena publiczna

Odstraszacz

Oto obszerny fragment wywiadu, jakiego udzieliłem „Krytyce Politycznej” – na temat amerykańskiego parasola nuklearnego, innych gwarancji bezpieczeństwa dla Polski oraz widoków na samodzielny polski atom.

„(…) Michał Sutowski, Krytyka Polityczna: NATO ma potencjał, ale co on nam gwarantuje? Że jak ktoś na nas zrzuci bombę atomową, to NATO mu odpowie?

Marcin Ogdowski: Nie ma w NATO mechanizmu automatycznej odpowiedzi „atom za atom”. Odstraszanie polega na czym innym – na przekonaniu przeciwnika, że użycie przez niego broni jądrowej uruchomi reakcję, której koszt będzie dla niego nie do przyjęcia. Jaka to będzie reakcja, pozostawia się celowo niedopowiedziane.

(…)

MS: Czy atak na Suwałki to byłoby coś, co zagraża integralności, względnie żywotnym interesom Sojuszu? Warto byłoby – z perspektywy USA czy Francji – ryzykować Waszyngtonem czy Paryżem za te kilometry kwadratowe pod litewską czy rosyjską granicą?

MO: To pytanie jest o tyle źle postawione, że sugeruje prosty scenariusz: rosja atakuje fragment terytorium NATO, a odpowiedzią Zachodu miałoby być natychmiastowe użycie strategicznej broni jądrowej. Tymczasem broń nuklearna jest w systemie odstraszania środkiem ostatecznym, a reakcje na zagrożenie mają charakter stopniowy i muszą być adekwatne do sytuacji. Nie widzę powodu, dla którego próba zajęcia czy infiltracji przygranicznych terytoriów Rzeczypospolitej miałaby od razu prowadzić do wymiany atomowych ciosów.

MS: Czyli zaryzykują?

MO: Nie w tym rzecz. NATO dysponuje znaczącym potencjałem konwencjonalnym – dysponuje nim także sama Polska – który pozwala reagować na takie zagrożenia bez sięgania po broń jądrową. Pytanie o to, czy ktoś „zaryzykuje Paryż czy Nowy Jork dla Suwałk”, jest publicystycznym skrótem myślowym, który upraszcza cały mechanizm eskalacyjny.

MS: Co to znaczy?

MO: To znaczy, że zakłada się jeden skrajny scenariusz – wymianę strategicznych uderzeń nuklearnych – pomijając całą drabinę eskalacji. Tymczasem arsenał jądrowy jest zróżnicowany. Istnieją niewielkie ładunki taktyczne, których efekt zniszczeń niewiele różni się od eksplozji bardzo dużej bomby konwencjonalnej. Są też ładunki zdolne niszczyć całe metropolie, o mocy wielokrotnie większej niż bomby zrzucone na Hiroszimę i Nagasaki. Pomiędzy nimi istnieje cały wachlarz wariantów pośrednich.

MS: Ale eskalacja chyba na tym polega, że my im małą, oni nam większą, no to my też…

MO: Ryzyko eskalacji oczywiście zawsze istnieje, ale ja mówię o czymś innym. Wiarygodność odstraszania NATO nie opiera się na założeniu, że Francuzi czy Amerykanie od razu narażą swoje stolice, żeby bronić jakiegoś fragmentu wschodniej flanki. Mechanizm odstraszania polega na tym, że przeciwnik nie jest w stanie przewidzieć, gdzie dokładnie znajduje się próg eskalacji i jakie konsekwencje może uruchomić jego działanie.

MS: Czyli sama groźba nuklearna rosji nie musi paraliżować Zachodu?

MO: Nie musi, zwłaszcza że rosja ma w tej grze znacznie więcej do stracenia niż cały Zachód.

MS: W jakim sensie?

MO: rosja w wymiarze cywilizacyjnym to Moskwa, Petersburg i kilka dużych ośrodków miejskich. Ich zniszczenie oznaczałoby w praktyce katastrofę państwowości rosyjskiej. Tymczasem nawet bardzo poważne zniszczenia kilkudziesięciu metropolii Zachodu byłyby tragedią, ale nie oznaczałyby końca całego systemu cywilizacyjnego. Ta asymetria jest jednym z powodów, dla którego sięgnięcie po ostateczny środek pozostaje skrajnie mało prawdopodobne.

MS: Odstraszanie nuklearne opiera się na założeniu, że przeciwnik ma do dyspozycji środki odpowiedniej mocy – i te NATO obiektywnie posiada. Druga rzecz to kwestia wiarygodności ich zastosowania, tzn. czy wierzymy, że ci drudzy zdecydują się zaryzykować eskalację. Czy wraz z rozpoczęciem drugiej kadencji Donalda Trumpa w USA wiarygodność tego amerykańskiego – i natowskiego – parasola jakoś istotnie spadła?

MO: Widzimy dziś różne działania administracji Trumpa, które bywają interpretowane jako gesty prorosyjskie albo sygnały zbliżenia amerykańsko-rosyjskiego. Na tej podstawie pojawiają się wnioski, że gwarancje bezpieczeństwa ze strony Stanów Zjednoczonych – także te nuklearne – mogą być mniej wiarygodne niż wcześniej.

Z drugiej strony widać też coś przeciwnego: wbrew zapowiedziom z kampanii wyborczej ta administracja nie unika użycia siły. Niedawna operacja w Wenezueli i obecna przeciwko Iranowi pokazują, że Trump nie jest politykiem szczególnie powściągliwym w decyzjach militarnych.

MS: Ale zrzucić bomby konwencjonalne na Teheran, który atomowych sam nie ma, jest mu chyba łatwiej niż wiarygodnie grozić rosji.

MO: Oczywiście to zupełnie inna skala ryzyka. Jeśli jednak mówimy o broni jądrowej, to pozostają nam głównie pewne symbole i pośrednie przesłanki wskazujące na gotowość jej użycia. Jedynym państwem, które faktycznie użyło broni jądrowej w warunkach bojowych, są Stany Zjednoczone. I to USA dysponują bezdyskusyjnie najefektywniejszym potencjałem technicznym w tym zakresie.

(…)

Marco Rubio w Monachium powiedział wprost, że Europa ma w większym stopniu brać odpowiedzialność za obronę konwencjonalną, natomiast Stany Zjednoczone pozostają gwarantem kluczowych elementów odstraszania – przede wszystkim wywiadu strategicznego i parasola nuklearnego. Oczywiście można podważać wiarygodność tych gwarancji i zastanawiać się, na ile są trwałe. Ale jak dotąd nikt w Waszyngtonie nie powiedział wprost, że Europa – czy Polska – miałaby zostać tej osłony pozbawiona.

(…)

MS: Co nam to daje francuska propozycja parasola nuklearnego?

MO: W razie konfliktu można szybciej przerzucić broń i jej nośniki w rejon potencjalnego teatru działań, bo mówimy tu o ładunkach taktycznych. W odstraszaniu bardzo ważny jest czas reakcji – przeciwnik musi brać pod uwagę, że takie środki mogą pojawić się w rejonie konfliktu bardzo szybko.

Ale oczywiście to nie jest game changer, tzn. Polska nie zacznie decydować o użyciu broni jądrowej, a ostateczna ocena sytuacji będzie należała do dowództwa francuskiego i prezydenta Republiki Francuskiej. To jest gest o ograniczonym, ale istotnym znaczeniu wojskowym, za to o bardzo dużym znaczeniu politycznym i symbolicznym.

MS: Francuzi w swej doktrynie zakładają, że broni jądrowej użyć można wtedy, gdy zagrożone jest terytorium lub „żywotne interesy” Francji. Tylko czy my będziemy w stanie zbudować taką wspólnotę interesów Polski i Francji, żeby na przykład poważne naruszenie polskiego terytorium stanowiło zagrożenie dla ich własnego „żywotnego interesu”?

MO: Ależ stanowi – w tym sensie, że Polska jest buforem strategicznym dla Niemiec i dla Francji. Moment, w którym Polska upada i rosjanie zajmują nasz kraj, byłby dla Francuzów bardzo niebezpieczny. I nie chodzi tylko o historyczne skojarzenia z czasów napoleońskich, kiedy wojska cara Aleksandra wkroczyły do Paryża.

W zimnowojennej doktrynie Francji wkroczenie wojsk sowieckich na terytorium Republiki Federalnej mogło być uznane za sytuację uzasadniającą użycie broni jądrowej. Dziś to buforowe terytorium przesunęło się dalej na wschód, dając Francji większą głębię strategiczną. Z czysto wojskowej perspektywy Polska jest dla Francji tym, czym dla Polski jest wschodnia Ukraina. Tak jak dla nas kluczowe jest zatrzymanie rosjan jak najdalej od własnych granic, tak dla Francji racjonalne jest utrzymanie konfliktu jak najdalej od Europy Zachodniej. Chodzi między innymi o zachowanie dystansu dla artylerii rakietowej średniego zasięgu i lotnictwa taktycznego, tak aby francuskie terytorium nie znalazło się w zasięgu takich systemów.

MS: Tylko czy to nie znaczy, że Francja owszem, zrobi wszystko, by rosjan zatrzymać – ale na Odrze? Nam to już niewiele pomaga…

MO: Musi to zrobić wcześniej, bo inaczej ryzyko dla samej Francji dramatycznie rośnie. Im dalej na zachód przesuwa się linia frontu, tym większa presja na użycie najbardziej radykalnych środków – włącznie z bronią jądrową. Z punktu widzenia Paryża znacznie bezpieczniej jest zatrzymać rosję jak najdalej na wschód, zanim konflikt zacznie bezpośrednio zagrażać Niemcom czy Francji.

Gdyby rosjanie dotarli do Odry, oznaczałoby to już zasadniczą zmianę układu sił w Europie i w praktyce strategiczne przełamanie w systemie obronnym NATO. Dlatego dla Francji racjonalne jest odstraszanie rosji na wschodniej flance Sojuszu, a nie dopuszczenie do sytuacji, w której konflikt przesuwa się w głąb kontynentu.

MS: (…) czy Polska jest w stanie uzyskać własny arsenał nuklearny? Taki, o którego użyciu decydowałoby kierownictwo polskiego państwa, a nie sojusznicy? Czy to byłoby w ogóle wykonalne?

MO: Przez lata III Rzeczypospolitej podstawowy próg niewykonalności sprowadzał się do słabości finansowej – po prostu nie byłoby nas na to stać. Dziś sytuacja wygląda inaczej: państwo polskie dysponuje znacznie większymi zasobami finansowymi. Od strony intelektualnej również mamy odpowiednie kadry, które byłyby w stanie taką broń opracować – to wbrew pozorom wymaga mniejszego zaplecza kadrowego niż choćby nadzór nad cywilną energetyką jądrową.

Problem polega na tym, że nie mamy dostępu do materiału rozszczepialnego. Nie da się go uzyskać w Polsce w skali, która umożliwiłaby budowę bomby jądrowej, a pozyskanie go z zewnątrz oznaczałoby wejście w konflikt z polityką Stanów Zjednoczonych, którym bardzo nie odpowiada, aby kolejne państwa w Europie zdobywały samodzielne zdolności nuklearne.

MS: Czyli to kwestia zgody politycznej USA?

MO: Nie tylko. Bo z czysto wojskowego punktu widzenia nasz ewentualny arsenał – gdybyśmy nawet taką broń opracowali – byłby bardzo ograniczony. Nie mamy odpowiednich nośników zdolnych do przenoszenia głowic nuklearnych na duże odległości. Teoretycznie można by skonstruować ładunek w formie pocisku artyleryjskiego czy bomby lotniczej, ale są to środki o bardzo ograniczonym zasięgu oddziaływania.

Ich zdolność odstraszania byłaby niewielka, bo żeby realnie zniechęcić rosję do agresji, trzeba być w stanie zagrozić jej najważniejszym ośrodkom – a nie tylko zgrupowaniom wojsk na froncie. Mówię o dużych miastach i centrach państwa położonych głęboko na terytorium federacji. Tymczasem Polska nie dysponuje dziś nośnikami pozwalającymi razić takie cele.

Pewne perspektywy w tym zakresie się pojawiają – choćby w kontekście współpracy z Koreą Południową – ale to na razie scenariusz bardziej długoterminowy niż coś, co mogłoby powstać w najbliższych latach.

MS: Ale między jedną brygadą gdzieś na froncie a Petersburgiem czy Moskwą jest jeszcze np. Królewiec, po rosyjsku Kaliningrad, z bazą marynarki wojennej. Czy to jest miejsce, którego strata jest dla rosjan nieakceptowalna? W sensie: takie, którego nie byliby gotowi poświęcić?

MO: Tu dotykamy dwóch kwestii. Pierwsza to „czerwona linia” związana z integralnością terytorium federacji rosyjskiej, której naruszenie – według rosyjskiej doktryny – mogłoby skutkować użyciem broni jądrowej. Ukraińcy w pewnym sensie powiedzieli: „sprawdzam”, wchodząc na terytorium obwodu kurskiego i utrzymując się tam przez wiele miesięcy. Gdyby rosyjskie deklaracje traktować dosłownie, należałoby się spodziewać reakcji nuklearnej – a jednak do niej nie doszło.

Królewiec to oczywiście trochę inna historia, bo mówimy o ważnym ośrodku wojskowym i prestiżowo byłaby to dla rosji większa strata. Mimo to nie sądzę, by była to strata absolutnie nieakceptowalna. Tym bardziej że wcale nie musielibyśmy uderzać tam bronią jądrową. Polska ma wszelkie możliwości, by w razie potrzeby neutralizować obwód królewiecki przy użyciu środków konwencjonalnych. W takiej sytuacji użycie broni nuklearnej byłoby po prostu nieadekwatne.

Tak czy inaczej, jeśli chcielibyśmy budować własny potencjał odstraszania nuklearnego wobec rosji, musielibyśmy być w stanie zagrozić jej najważniejszym ośrodkom państwowym i gospodarczym – czyli temu, co można nazwać zapleczem cywilizacyjnym kraju – a nie tylko jednostkom na froncie czy pojedynczym bazom wojskowym; rosyjski próg bólu jest zawieszony stosunkowo wysoko.

(…)

MS: A jak się do naszej sytuacji mają analogie historyczne do takich krajów, jak Izrael, Pakistan czy Korea Północna? One wszystkie uzyskały własny potencjał nuklearny z niejawną pomocą lub przyzwoleniem jakiegoś mocarstwa…

MO: Nie bardzo wyobrażam sobie sytuację, w której Amerykanom by zależało na „ubombowieniu” Polski, a więc na przekazaniu jej tych głowic czy choćby przyzwoleniu na to. Przykład izraelski nie przystaje zupełnie do sytuacji Polski, bo też Izrael jest otoczony przez państwa arabskie, z których niemal wszystkie – przynajmniej w czasach, kiedy Tel Awiw pozyskiwał broń jądrową, a więc w latach 60. – chciały go zepchnąć do morza. Inaczej mówiąc, poziom zagrożenia egzystencjalnego był zupełnie inny niż w przypadku Polski. Do tego pamiętajmy, że Stany Zjednoczone nie traktują rosji w taki sposób jak Polska: dla nich to jest upadające, schyłkowe mocarstwo, które w amerykańskich kalkulacjach militarnych nie jest przeciwnikiem, którego należałoby się szczególnie obawiać.

MS: A taka np. Korea Północna nie pytała Amerykanów o pozwolenie. I Chińczyków chyba też…

MO: Przykład północnokoreański też nie pasuje do Polski, choćby dlatego, że Koreańczykom do uzyskania odpowiedniego poziomu odstraszania wystarczy broń taktyczna. A to z tego prostego powodu, że od stanowisk ich artylerii do Seulu jest ledwie 40 kilometrów. Serce wrogiego kraju można zbombardować i spowodować koszmarne zniszczenia przy pomocy głowic taktycznych zapakowanych nawet do armaty. U nas to nie zadziała, bo ani pocisk artyleryjski, ani bomba lotnicza zrzucana grawitacyjnie nie doleci do Moskwy czy Petersburga.

MS: Czy powinniśmy dążyć do zastąpienia parasola amerykańskiego francuskim?

MO: Przede wszystkim sądzę, że w interesie Stanów Zjednoczonych leży utrzymanie strefy wpływów w Europie, a parasol nuklearny jest jednym z najważniejszych narzędzi tej polityki. Dlatego Amerykanie będą go dalej zapewniać, bo z ich perspektywy jest to stosunkowo niewielki koszt, a jednocześnie bardzo skuteczny instrument wpływu.

Możliwe, że będą w Europie redukować część sił konwencjonalnych, ale arsenału jądrowego i gwarancji nuklearnych raczej nie wycofają – niezależnie od tego, co będą dalej robić Francuzi czy Brytyjczycy. To jest ich strategiczny lewar wobec Europy.

Dlatego w praktyce nie chodzi o zastępowanie jednego parasola drugim, tylko raczej o jego uzupełnienie. Waszyngton nie ma żadnego interesu w tym, by swoje zdolności odstraszania nuklearnego przekazywać komuś innemu – a tym bardziej delegować je całkowicie na zewnątrz czy oddawać nowemu państwu.

Całość wywiadu – który jest znacznie obszerniejszy niż to, co zacytowałem – znajdziecie pod tym linkiem. Zapraszam do lektury!

—–

Jutro wracam do tematyki ukraińskiej. A gdybyście chcieli już dziś wesprzeć mnie w tworzeniu wschodniego raportu – albo po prostu w dalszym pisaniu – polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Rok 1954, eksplozja bomby jądrowej podczas testu Castle Romeo na atolu Bikini/fot. U.S. Department of Energy, domena publiczna

„Polaczki”?

Na początek odrobina historii.

W pierwszej połowie lat dziewięćdziesiątych prezydent Lech Wałęsa kilkukrotnie sugerował konieczność kupna ograniczonej liczby ładunków jądrowych. Taką operację można było przeprowadzić w Ukrainie – niejawnie, choć niemal legalnie – bądź zupełnie nielegalnie w rosji. Wywiad wojskowy dysponował wówczas wszystkimi niezbędnymi aktywami, które umożliwiłyby sukces takiej misji. Wbrew późniejszym zaprzeczeniom i próbom obrócenia sprawy w dowcip, ów pomysł był na poważnie rozważany w gronie najwyższych dowódców Wojska Polskiego. Czy próbowano go zrealizować? Żyją w tym kraju osoby mogące opowiedzieć na ten temat kilka ciekawych historii. Ja kilka z nich usłyszałem, przygotowując się do napisania powieści „Międzyrzecze”, której scenariusz zakładał, że Polsce tamta operacja się udała.

Ale w rzeczywistości się nie udała, bo akcję – na dość wczesnym etapie – storpedowali Amerykanie. Stawiając na szali przyszłość Polski w zachodnich strukturach bezpieczeństwa.

Znacznie większy wysiłek Waszyngtonu poszedł wówczas na Ukrainę – która głowic z posowieckich zasobów miała po korek (choć tylko część z nich realnie kontrolowała). Kijów poddano potężnej dyplomatyczno-ekonomicznej presji, czego efektem było niesławne Memorandum Budapesztańskie.

Polska weszła do NATO, jest dziś po dobrej stronie mocy, Ukraina krwawi, będąc w szarej strefie bezpieczeństwa.

Ukrainę z oczywistych powodów spowija żałoba po atomie, Polska zaś tak do końca nigdy się marzeń o jądrowym statusie nie pozbyła. Niepewność, jaką funduje nam Donald Trump i jego polityka, mocno te pragnienia ożywiła. Rozglądamy się więc za atomem innym niż tylko amerykański, wychodząc z założenia, że lepiej mieć dwa parasole niż jeden, a na okoliczność, gdyby któryś zawiódł, jeden niż żadnego. Ostatnio gadamy z Francją, gotową rozwijać sojuszniczy system, który byłby uzupełnieniem amerykańskich zdolności.

Realnie nic ponadto się nie dzieje – własny atom pozostaje przedmiotem publicystyki, zwykle mocno oderwanej od rzeczywistości.

A teraz o tejże.

Internet – jak zwykle – już swoje wie. Wypowiedź wiceszefa Pentagonu Elbridge’a Colby’ego o tym, że USA sprzeciwiałyby się rozwojowi własnych zdolności nuklearnych przez Polskę czy Niemcy, została natychmiast odczytana jako kolejny dowód na to, że administracja Donalda Trumpa „wypina się na Polskę”. W komentarzach pożal się boże specjalistów i komentatorów pojawiły się wątki o „głupich Polaczkach”, którym trumpiści pokazali miejsce w szeregu.

Problem w tym, że w tej wypowiedzi nie ma absolutnie niczego nowego.

Stany Zjednoczone od dziesięcioleci prowadzą konsekwentną politykę przeciwdziałania proliferacji broni jądrowej. Jej fundamentem jest podpisany w 1968 roku Traktat o nierozprzestrzenianiu broni jądrowej (NPT), który zakłada prosty układ: państwa posiadające broń atomową ograniczają jej rozprzestrzenianie, a państwa nieposiadające zobowiązują się jej nie rozwijać. Polska – podobnie jak Niemcy czy kraje skandynawskie – jest stroną tego porozumienia.

Z punktu widzenia Waszyngtonu pojawienie się kolejnych państw nuklearnych w Europie byłoby więc dokładnym przeciwieństwem tego, co amerykańska dyplomacja próbuje robić od ponad pół wieku. Logika, jaka za tym stoi, jest równie prosta co brutalna: im więcej państw z własną bronią jądrową, tym większe ryzyko eskalacji, niekontrolowanego użycia albo rozpadania się całej architektury nieproliferacji.

Dlatego Amerykanie od lat powtarzają ten sam schemat: zamiast narodowych programów atomowych proponują sojusznikom „parasole nuklearne”. W Europie oznacza to odstraszanie oparte na arsenałach USA, Wielkiej Brytanii i Francji oraz mechanizmy NATO – w tym program nuclear sharing.

Gdy więc amerykański urzędnik mówi, że Waszyngton sprzeciwiałby się polskiej czy niemieckiej bombie atomowej, nie ogłasza żadnej nowej doktryny. Powtarza stanowisko artykułowane przez kolejne administracje USA od czasów zimnej wojny.

Można oczywiście dyskutować, czy w świecie rosnącej rywalizacji mocarstw taki model nadal jest optymalny. Ale twierdzenie, że Colby pokazuje nam faka i że to kolejny dowód „odwrócenia się” Waszyngtonu od Warszawy, jest zwyczajnie dęte.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mnie w dalszym pisaniu, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.