Wojna?

Dwa dni temu wróciłem ze wschodniej Ukrainy. Tym razem wraz z ekipą w składzie Rafał Stańczyk, Michał Zieliński i Dariusz Prosiński, udało nam się przedostać na teren Donieckiej Republiki Ludowej – także do samego Doniecka. Wkrótce zacznę publikować teksty, które będą efektem tej reporterskiej wyprawy. Zaczynam od wywiadu z Denisem Puszylinem, który w strukturach władzy DRL pełni rolę premiera.

Zapewne wielu nie spodoba się fakt, że rozmawialiśmy z „kimś takim”. Ja tymczasem uważam, że rozmawiać trzeba ze wszystkimi – i tak widzę swoją dziennikarską powinność. Zapraszam do lektury!

– Donbas Arena stoi niemal nietknięta przez wojnę. W samym Doniecku ludzie tęsknią za „Szachtarem” i piłką na najwyższym poziomie. Kiedy znów zaczną się ligowe rozgrywki?

– Przyszłość lokalnego futbolu nie jest głównym celem naszej władzy. Ba, niewiele tutaj zależy od nas. Inicjatywa jest po stronie Kijowa – i wiąże się z tym, czy będzie on wykonywał Porozumienia Mińskie. Jeśli tak, wówczas będziemy mogli porozmawiać o piłce nożnej.

– Porozmawiajmy zatem o Porozumieniach – sugeruje Pan, że Ukraina ich nie dotrzymuje?

– Jest postęp – za oknem (w centrum miasta – dop. MO) nie słychać strzałów. Ale liczba incydentów zbrojnych sięga nawet 150 w ciągu doby; wciąż nie udało się zgasić ukraińskiej aktywności wojskowej w okolicach portu lotniczego i w miejscowości Szyrokino. No i kwestie polityczne – niedawno Peter Poroszenko rozmawiał z sekretarzem generalnym ONZ Ban Ki-moon o wprowadzeniu sił pokojowych. Prezydent Ukrainy usiłuje też narzucić nam obserwatorów z ramienia UE, czym dyskredytuje misję OECD. Dodajmy do tego szereg uchwał przyjętych przez Radą Najwyższą Ukrainy w marcu br. – bez konsultacji z przedstawicielami Doniecka i Ługańska. Wszystkie te aktywności są niezgodne z Porozumieniami Mińskimi.

– Strona ukraińska ma podobne zarzuty wobec władz DRL. Co w sytuacji, w której nie uda wam się dogadać?

– Wciąż wierzymy, że Porozumienia zostaną dotrzymane i w efekcie na terenie Donbasu będziemy mieli do czynienia z pełnowartościową autonomią.

– A jeśli nie…?

– … będziemy myśleć o niepodległości albo o innych wariantach. Wszystko zależy od Kijowa. Od tego, czy nadal będzie prowadził tak zwaną operację antyterrorystyczną. Czy wciąż zamierza rujnować naszą infrastrukturę, niszczyć naszą ludność. I utrzymywać wszystkie te blokady – ekonomiczną, transportową, żywnościową.

Ludzie muszą z czegoś żyć, ktoś musi im to życie zorganizować – dlatego, nie czekając na Kijów, stworzyliśmy pionowe struktury władzy. Mamy przewodniczącego republiki, uchwalane są prawa, pracują wszystkie ministerstwa, Ludowa Rada, policja, sądy, prokuratura. To zalążek autonomicznej administracji bądź normalnego państwa…

– … na czele którego stoją?

– Stare elity nas porzuciły. Kiedy wyjechał Wiktor Janukowicz, wyjechały i one. Formujemy więc aparat władzy z tych, którzy zostali na miejscu. To nie są ludzie z Partii Regionów – zbyt wielu donieczczan ma negatywny stosunek do wszystkiego, co jest związane z dawną władzą. To albo zupełnie nowi ludzie, albo doświadczeni urzędnicy, którzy musieli odnaleźć się w nowej rzeczywistości.

– Nowej? W jakim znaczeniu?

– W państwie bez korupcji i wpływów oligarchów.

Obojętność

Ilja – właściciel taksówki – niespecjalnie przejmował się zagrożeniem, jakim była zawrotna prędkość wykręcana na dziurawej ukraińskiej drodze. Nie zapiął pasów w Dniepropietrowsku, nie przepasał się nimi, gdy wjechaliśmy w „dzikie pola”. Jednak w pewnym momencie zaklął paskudnie i nerwowo chwycił za sprzączkę. Właśnie wyprzedzała nas milicyjna łada, której załoga sygnalizowała, byśmy zjechali na pobocze.

Gdy oba auta już stały, z radiowozu wysiadł wąsaty funkcjonariusz w nieco operetkowym mundurze. Mężczyzna przeciągnął się, a potem – zwrócony twarzą do nas – splunął na jezdnię; gestem tak ostentacyjnym i tak obrzydliwym, że z miejsca poczułem odrazę. I złość – bo nie przywykłem do tego, by urzędnik w taki sposób okazywał mi brak elementarnego szacunku.

Tymczasem Ilja uchylił okno i od razu powiedział, że wiezie czterech dziennikarzy z Polski. A chwilę później z uśmiechem przyznał.

– Gdyby nie wy, daliby mandat za jazdę bez pasów. To znaczy wzięliby łapówkę, korzystając z pretekstu. A tak skończyło się na pouczeniu.

*         *        *

Kilka dni później, w Krasnoarmiejsku, spotkaliśmy się z działaczem organizacji pozarządowej, pomagającej uchodźcom z rejonów zajętych przez rebelię. Mężczyzna mówił sporo i z przejęciem o swoich planach i realnych przedsięwzięciach, lecz zakłopotał się nieco, gdy jeden z nas zapytał, jak wygląda pomoc państwa.

– Nooo, nie przeszkadza – odparł po chwili.

– Ja wam powiem – szczupły chłopak pochodził z Doniecka. Z DRL-u uciekł kilka dni wcześniej ze świeżo poślubioną żoną. – Jeszcze zanim tam poszedłem, słyszałem, że w obwodzie (administracji wojewódzkiej – dop. MO), rozdają pakiety z zagranicy. Z Europy i Ameryki – doprecyzował, a mówiąc o pakietach, miał na myśli paczki z produktami pierwszej potrzeby. – Poszedłem więc – kontynuował dwudziestoparolatek. – Wysłali mnie do jakiegoś pokoju, gdzie siedziała kobieta, która z miejsca kazała mi wyjść, tłumacząc, że nie ma już czego rozdawać. Wyszedłbym, ale na szafce za nią dostrzegłem jeden pakiet. „A to dla kogoś chowacie?”, spytałem, wskazując ręką na paczkę. Urzędniczka speszyła się. Jestem pewien, że trzymała to dla siebie…