Przesaturowani?

Gdy Stany Zjednoczone i Izrael uderzyły na Iran, ten w odpowiedzi wysłał w powietrze drony i rakiety. Nad Bliskim Wschodem zaroiło się od relatywnie prostych i tanich konstrukcji, których zestrzeliwanie wymagało użycia jednych z najdroższych systemów obrony powietrznej na świecie. W komentarzach szybko pojawiła się teza, że Zachód wpadł we własną pułapkę: jego model prowadzenia wojny opiera się na niewielkiej liczbie niezwykle zaawansowanych i kosztownych systemów, które mogą zostać przeciążone przez masowe uderzenia znacznie tańszych środków.

Ten obraz jest jednak tylko częścią prawdy. Wydarzenia ostatnich tygodni nie pokazują załamania zachodniej strategii, lecz raczej przypominają o czymś dobrze znanym z historii konfliktów zbrojnych. W epoce dronów i rakiet wojna ponownie okazuje się starciem potencjałów przemysłowych. Na pierwszy plan wysuwa się wydolność zaplecza produkcyjnego oraz zdolność do jego ochrony.

—–

Argumentem najczęściej przywoływanym przez zwolenników tezy o słabości Zachodu jest arytmetyka kosztów. Irańskie drony uderzeniowe z rodziny Szahed kosztują od kilkudziesięciu do około stu tysięcy dolarów. Tymczasem pojedynczy pocisk systemu Patriot to wydatek rzędu trzech–czterech milionów dolarów, a w praktyce często odpala się więcej niż jedną rakietę.

W pierwszych dniach konfrontacji na Bliskim Wschodzie dysproporcja ta była szczególnie widoczna. Systemy obrony powietrznej państw regionu oraz sił amerykańskich zużyły w krótkim czasie setki rakiet Patriot – według części szacunków ponad osiemset w ciągu kilku dni. Dla porównania Ukraina w trakcie całej wojny z rosją otrzymała około sześciuset takich pocisków.

Na pierwszy rzut oka wygląda to jak idealna strategia dla państwa dysponującego tańszą technologią: produkować duże liczby relatywnie prostych dronów i rakiet, zmuszając przeciwnika do wydawania wielokrotnie większych pieniędzy na ich zestrzeliwanie.

Taki model działania rozwijają dziś państwa, które nie mają przewagi technologicznej nad Zachodem. Iran, ale także rosja, inwestują w masową produkcję prostych systemów – dronów uderzeniowych, tanich pocisków manewrujących i rakiet balistycznych krótszego zasięgu. Kluczową rolę odgrywa tu skala ataku.

Jeśli nad celem pojawia się kilkadziesiąt lub kilkaset obiektów lecących z różnych kierunków, obrona powietrzna musi reagować natychmiast i zużywa ogromne ilości amunicji. Nawet jeśli większość celów zostanie zestrzelona, napastnik może osiągnąć efekt w postaci wyczerpywania zapasów przeciwnika.

—–

Masowe ataki Iranu stworzyły wrażenie, że obrona powietrzna państw regionu została wystawiona na wyjątkowo trudną próbę. Jednak ich rezultaty były znacznie mniej spektakularne niż sama skala uderzeń. Zdecydowana większość pocisków została przechwycona przez wielowarstwowy system obrony, w którym uczestniczyły zarówno Patriot i THAAD, jak i zestawy krótszego zasięgu oraz lotnictwo.

Nie oznacza to jednak, że ataki były całkowicie nieskuteczne. Część środków napadu powietrznego przedarła się przez obronę. W Abu Zabi dron uderzył w kompleks przemysłowy związany z sektorem energetycznym, wywołując pożar instalacji. W Dubaju eksplozje spowodowały uszkodzenia w rejonie zabudowy portowej i magazynowej.

W jednym z przypadków irański pocisk trafił w element infrastruktury obrony powietrznej – radar wczesnego ostrzegania AN/TPY-2 przy bazie lotniczej Al Dhafra w Zjednoczonych Emiratach Arabskich. Trafienie nie sparaliżowało jednak systemu – pozostałe sensory i stanowiska dowodzenia przejęły jego funkcje.

Nie udało się również osiągnąć najważniejszych celów militarnych. Irańskie uderzenia nie zniszczyły kluczowych baz lotniczych ani infrastruktury, od której zależy obecność wojsk USA i ich sojuszników w regionie. W Izraelu rakiety spadły w rejonie baz Nevatim i Ramon, lecz nie doprowadziły do ich wyłączenia z działania.

Ataki pokazały więc, że żadna obrona powietrzna nie jest całkowicie szczelna. Jednocześnie potwierdziły, że nowoczesne systemy są w stanie neutralizować zdecydowaną większość zagrożeń.

—–

Podobne wnioski płyną z Ukrainy, która od 2022 roku jest celem rosyjskiej kampanii uderzeń przy użyciu dronów Szahed, rakiet manewrujących i pocisków balistycznych. W wielu falach ataków nad ukraińskimi miastami pojawiały się jednocześnie dziesiątki, a czasem ponad sto celów powietrznych.

Na początku wojny oznaczało to ogromne zużycie najdroższych efektorów obrony powietrznej. Systemy Patriot, NASAMS czy IRIS-T projektowano przede wszystkim do zwalczania rakiet, a nie do codziennego strącania tanich dronów. Gdy rosja zaczęła używać Szahedów masowo, szybko stało się jasne, że taka obrona byłaby ekonomicznie nie do utrzymania.

Ukraińcy odpowiedzieli pragmatycznie, budując wielowarstwowy system obrony. Najdroższe rakiety wykorzystuje się przeciw najtrudniejszym celom, a drony zwalczają inne środki – mobilne zespoły z karabinami maszynowymi, artyleria przeciwlotnicza, systemy walki elektronicznej oraz drony przechwytujące. W efekcie koszt zniszczenia pojedynczego Szaheda jest dziś wielokrotnie niższy niż na początku wojny.

Ta lekcja pokazuje, że masowe użycie tanich dronów nie musi prowadzić do ekonomicznej katastrofy po stronie obrońcy. Kluczowe jest właściwe rozłożenie środków: drogie systemy przeciw najgroźniejszym zagrożeniom, tańsze przeciw celom prostszym.

Jednocześnie doświadczenia z Ukrainy przypominają o jeszcze jednej rzeczy. Nawet najlepsza obrona nie zatrzyma przeciwnika, jeśli ten może bez przeszkód produkować kolejne tysiące dronów i rakiet. Dlatego równie ważne staje się niszczenie zaplecza – fabryk, magazynów i infrastruktury logistycznej.

—–

I tu znów wracamy na Bliski Wschód. Obrona powietrzna jest tylko pierwszą linią reakcji na irańskie ataki. Równolegle Amerykanie i Izraelczycy prowadzą uderzenia na zaplecze przeciwnika. Celem nie jest jedynie zestrzelenie kolejnej fali pocisków, lecz ograniczenie liczby tych, które w ogóle będą mogły zostać wystrzelone.

Uderzenia objęły magazyny oraz obiekty przemysłowe. W zachodnim Teheranie zniszczono zakład powiązany z Korpusem Strażników Rewolucji Islamskiej produkujący elementy pocisków ziemia–ziemia, a w prowincji Alborz trafiono instalację wytwarzającą materiały do paliwa rakietowego. Zniszczono również fabrykę produkującą komponenty dronów Szahed oraz liczne mobilne wyrzutnie rakiet.

Według danych amerykańskiego dowództwa CENTCOM w pierwszych dziesięciu dniach operacji siły USA zaatakowały ponad pięć tysięcy celów na terytorium Iranu.

Logika tych działań nie jest nowa. Już w czasie II wojny światowej aliancka strategia bombardowań koncentrowała się na niszczeniu przemysłu i infrastruktury przeciwnika. Zmieniły się narzędzia, ale zasada pozostaje ta sama – o wyniku konfliktu decyduje nie tylko obrona przed kolejnym atakiem, lecz także zdolność do niszczenia zaplecza przeciwnika.

Nie zmienia to jednak faktu, że po stronie amerykańskiej i izraelskiej konieczna jest adaptacja wniosków płynących z wojny w Ukrainie. Masowe użycie tanich dronów sprawia, że opieranie obrony wyłącznie na najdroższych efektorach byłoby finansowo trudne do utrzymania. Dlatego większą rolę będą musiały odegrać tańsze środki: artyleria przeciwlotnicza, systemy walki elektronicznej, drony przechwytujące czy rozwijane obecnie systemy laserowe. Bez takiej wielowarstwowej obrony nawet najbardziej zaawansowane armie szybko wyczerpią zapasy – a wraz z nimi możliwości działania.

Ten tekst, w bardziej rozbudowanej wersji, opublikowałem na łamach portalu TVP.Info – oto link do całości materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mnie w dalszym pisaniu, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Wyrzutnia Patriot, zdjęcie ilustracyjne/fot. US Army, domena publiczna

Odstraszacz

Oto obszerny fragment wywiadu, jakiego udzieliłem „Krytyce Politycznej” – na temat amerykańskiego parasola nuklearnego, innych gwarancji bezpieczeństwa dla Polski oraz widoków na samodzielny polski atom.

„(…) Michał Sutowski, Krytyka Polityczna: NATO ma potencjał, ale co on nam gwarantuje? Że jak ktoś na nas zrzuci bombę atomową, to NATO mu odpowie?

Marcin Ogdowski: Nie ma w NATO mechanizmu automatycznej odpowiedzi „atom za atom”. Odstraszanie polega na czym innym – na przekonaniu przeciwnika, że użycie przez niego broni jądrowej uruchomi reakcję, której koszt będzie dla niego nie do przyjęcia. Jaka to będzie reakcja, pozostawia się celowo niedopowiedziane.

(…)

MS: Czy atak na Suwałki to byłoby coś, co zagraża integralności, względnie żywotnym interesom Sojuszu? Warto byłoby – z perspektywy USA czy Francji – ryzykować Waszyngtonem czy Paryżem za te kilometry kwadratowe pod litewską czy rosyjską granicą?

MO: To pytanie jest o tyle źle postawione, że sugeruje prosty scenariusz: rosja atakuje fragment terytorium NATO, a odpowiedzią Zachodu miałoby być natychmiastowe użycie strategicznej broni jądrowej. Tymczasem broń nuklearna jest w systemie odstraszania środkiem ostatecznym, a reakcje na zagrożenie mają charakter stopniowy i muszą być adekwatne do sytuacji. Nie widzę powodu, dla którego próba zajęcia czy infiltracji przygranicznych terytoriów Rzeczypospolitej miałaby od razu prowadzić do wymiany atomowych ciosów.

MS: Czyli zaryzykują?

MO: Nie w tym rzecz. NATO dysponuje znaczącym potencjałem konwencjonalnym – dysponuje nim także sama Polska – który pozwala reagować na takie zagrożenia bez sięgania po broń jądrową. Pytanie o to, czy ktoś „zaryzykuje Paryż czy Nowy Jork dla Suwałk”, jest publicystycznym skrótem myślowym, który upraszcza cały mechanizm eskalacyjny.

MS: Co to znaczy?

MO: To znaczy, że zakłada się jeden skrajny scenariusz – wymianę strategicznych uderzeń nuklearnych – pomijając całą drabinę eskalacji. Tymczasem arsenał jądrowy jest zróżnicowany. Istnieją niewielkie ładunki taktyczne, których efekt zniszczeń niewiele różni się od eksplozji bardzo dużej bomby konwencjonalnej. Są też ładunki zdolne niszczyć całe metropolie, o mocy wielokrotnie większej niż bomby zrzucone na Hiroszimę i Nagasaki. Pomiędzy nimi istnieje cały wachlarz wariantów pośrednich.

MS: Ale eskalacja chyba na tym polega, że my im małą, oni nam większą, no to my też…

MO: Ryzyko eskalacji oczywiście zawsze istnieje, ale ja mówię o czymś innym. Wiarygodność odstraszania NATO nie opiera się na założeniu, że Francuzi czy Amerykanie od razu narażą swoje stolice, żeby bronić jakiegoś fragmentu wschodniej flanki. Mechanizm odstraszania polega na tym, że przeciwnik nie jest w stanie przewidzieć, gdzie dokładnie znajduje się próg eskalacji i jakie konsekwencje może uruchomić jego działanie.

MS: Czyli sama groźba nuklearna rosji nie musi paraliżować Zachodu?

MO: Nie musi, zwłaszcza że rosja ma w tej grze znacznie więcej do stracenia niż cały Zachód.

MS: W jakim sensie?

MO: rosja w wymiarze cywilizacyjnym to Moskwa, Petersburg i kilka dużych ośrodków miejskich. Ich zniszczenie oznaczałoby w praktyce katastrofę państwowości rosyjskiej. Tymczasem nawet bardzo poważne zniszczenia kilkudziesięciu metropolii Zachodu byłyby tragedią, ale nie oznaczałyby końca całego systemu cywilizacyjnego. Ta asymetria jest jednym z powodów, dla którego sięgnięcie po ostateczny środek pozostaje skrajnie mało prawdopodobne.

MS: Odstraszanie nuklearne opiera się na założeniu, że przeciwnik ma do dyspozycji środki odpowiedniej mocy – i te NATO obiektywnie posiada. Druga rzecz to kwestia wiarygodności ich zastosowania, tzn. czy wierzymy, że ci drudzy zdecydują się zaryzykować eskalację. Czy wraz z rozpoczęciem drugiej kadencji Donalda Trumpa w USA wiarygodność tego amerykańskiego – i natowskiego – parasola jakoś istotnie spadła?

MO: Widzimy dziś różne działania administracji Trumpa, które bywają interpretowane jako gesty prorosyjskie albo sygnały zbliżenia amerykańsko-rosyjskiego. Na tej podstawie pojawiają się wnioski, że gwarancje bezpieczeństwa ze strony Stanów Zjednoczonych – także te nuklearne – mogą być mniej wiarygodne niż wcześniej.

Z drugiej strony widać też coś przeciwnego: wbrew zapowiedziom z kampanii wyborczej ta administracja nie unika użycia siły. Niedawna operacja w Wenezueli i obecna przeciwko Iranowi pokazują, że Trump nie jest politykiem szczególnie powściągliwym w decyzjach militarnych.

MS: Ale zrzucić bomby konwencjonalne na Teheran, który atomowych sam nie ma, jest mu chyba łatwiej niż wiarygodnie grozić rosji.

MO: Oczywiście to zupełnie inna skala ryzyka. Jeśli jednak mówimy o broni jądrowej, to pozostają nam głównie pewne symbole i pośrednie przesłanki wskazujące na gotowość jej użycia. Jedynym państwem, które faktycznie użyło broni jądrowej w warunkach bojowych, są Stany Zjednoczone. I to USA dysponują bezdyskusyjnie najefektywniejszym potencjałem technicznym w tym zakresie.

(…)

Marco Rubio w Monachium powiedział wprost, że Europa ma w większym stopniu brać odpowiedzialność za obronę konwencjonalną, natomiast Stany Zjednoczone pozostają gwarantem kluczowych elementów odstraszania – przede wszystkim wywiadu strategicznego i parasola nuklearnego. Oczywiście można podważać wiarygodność tych gwarancji i zastanawiać się, na ile są trwałe. Ale jak dotąd nikt w Waszyngtonie nie powiedział wprost, że Europa – czy Polska – miałaby zostać tej osłony pozbawiona.

(…)

MS: Co nam to daje francuska propozycja parasola nuklearnego?

MO: W razie konfliktu można szybciej przerzucić broń i jej nośniki w rejon potencjalnego teatru działań, bo mówimy tu o ładunkach taktycznych. W odstraszaniu bardzo ważny jest czas reakcji – przeciwnik musi brać pod uwagę, że takie środki mogą pojawić się w rejonie konfliktu bardzo szybko.

Ale oczywiście to nie jest game changer, tzn. Polska nie zacznie decydować o użyciu broni jądrowej, a ostateczna ocena sytuacji będzie należała do dowództwa francuskiego i prezydenta Republiki Francuskiej. To jest gest o ograniczonym, ale istotnym znaczeniu wojskowym, za to o bardzo dużym znaczeniu politycznym i symbolicznym.

MS: Francuzi w swej doktrynie zakładają, że broni jądrowej użyć można wtedy, gdy zagrożone jest terytorium lub „żywotne interesy” Francji. Tylko czy my będziemy w stanie zbudować taką wspólnotę interesów Polski i Francji, żeby na przykład poważne naruszenie polskiego terytorium stanowiło zagrożenie dla ich własnego „żywotnego interesu”?

MO: Ależ stanowi – w tym sensie, że Polska jest buforem strategicznym dla Niemiec i dla Francji. Moment, w którym Polska upada i rosjanie zajmują nasz kraj, byłby dla Francuzów bardzo niebezpieczny. I nie chodzi tylko o historyczne skojarzenia z czasów napoleońskich, kiedy wojska cara Aleksandra wkroczyły do Paryża.

W zimnowojennej doktrynie Francji wkroczenie wojsk sowieckich na terytorium Republiki Federalnej mogło być uznane za sytuację uzasadniającą użycie broni jądrowej. Dziś to buforowe terytorium przesunęło się dalej na wschód, dając Francji większą głębię strategiczną. Z czysto wojskowej perspektywy Polska jest dla Francji tym, czym dla Polski jest wschodnia Ukraina. Tak jak dla nas kluczowe jest zatrzymanie rosjan jak najdalej od własnych granic, tak dla Francji racjonalne jest utrzymanie konfliktu jak najdalej od Europy Zachodniej. Chodzi między innymi o zachowanie dystansu dla artylerii rakietowej średniego zasięgu i lotnictwa taktycznego, tak aby francuskie terytorium nie znalazło się w zasięgu takich systemów.

MS: Tylko czy to nie znaczy, że Francja owszem, zrobi wszystko, by rosjan zatrzymać – ale na Odrze? Nam to już niewiele pomaga…

MO: Musi to zrobić wcześniej, bo inaczej ryzyko dla samej Francji dramatycznie rośnie. Im dalej na zachód przesuwa się linia frontu, tym większa presja na użycie najbardziej radykalnych środków – włącznie z bronią jądrową. Z punktu widzenia Paryża znacznie bezpieczniej jest zatrzymać rosję jak najdalej na wschód, zanim konflikt zacznie bezpośrednio zagrażać Niemcom czy Francji.

Gdyby rosjanie dotarli do Odry, oznaczałoby to już zasadniczą zmianę układu sił w Europie i w praktyce strategiczne przełamanie w systemie obronnym NATO. Dlatego dla Francji racjonalne jest odstraszanie rosji na wschodniej flance Sojuszu, a nie dopuszczenie do sytuacji, w której konflikt przesuwa się w głąb kontynentu.

MS: (…) czy Polska jest w stanie uzyskać własny arsenał nuklearny? Taki, o którego użyciu decydowałoby kierownictwo polskiego państwa, a nie sojusznicy? Czy to byłoby w ogóle wykonalne?

MO: Przez lata III Rzeczypospolitej podstawowy próg niewykonalności sprowadzał się do słabości finansowej – po prostu nie byłoby nas na to stać. Dziś sytuacja wygląda inaczej: państwo polskie dysponuje znacznie większymi zasobami finansowymi. Od strony intelektualnej również mamy odpowiednie kadry, które byłyby w stanie taką broń opracować – to wbrew pozorom wymaga mniejszego zaplecza kadrowego niż choćby nadzór nad cywilną energetyką jądrową.

Problem polega na tym, że nie mamy dostępu do materiału rozszczepialnego. Nie da się go uzyskać w Polsce w skali, która umożliwiłaby budowę bomby jądrowej, a pozyskanie go z zewnątrz oznaczałoby wejście w konflikt z polityką Stanów Zjednoczonych, którym bardzo nie odpowiada, aby kolejne państwa w Europie zdobywały samodzielne zdolności nuklearne.

MS: Czyli to kwestia zgody politycznej USA?

MO: Nie tylko. Bo z czysto wojskowego punktu widzenia nasz ewentualny arsenał – gdybyśmy nawet taką broń opracowali – byłby bardzo ograniczony. Nie mamy odpowiednich nośników zdolnych do przenoszenia głowic nuklearnych na duże odległości. Teoretycznie można by skonstruować ładunek w formie pocisku artyleryjskiego czy bomby lotniczej, ale są to środki o bardzo ograniczonym zasięgu oddziaływania.

Ich zdolność odstraszania byłaby niewielka, bo żeby realnie zniechęcić rosję do agresji, trzeba być w stanie zagrozić jej najważniejszym ośrodkom – a nie tylko zgrupowaniom wojsk na froncie. Mówię o dużych miastach i centrach państwa położonych głęboko na terytorium federacji. Tymczasem Polska nie dysponuje dziś nośnikami pozwalającymi razić takie cele.

Pewne perspektywy w tym zakresie się pojawiają – choćby w kontekście współpracy z Koreą Południową – ale to na razie scenariusz bardziej długoterminowy niż coś, co mogłoby powstać w najbliższych latach.

MS: Ale między jedną brygadą gdzieś na froncie a Petersburgiem czy Moskwą jest jeszcze np. Królewiec, po rosyjsku Kaliningrad, z bazą marynarki wojennej. Czy to jest miejsce, którego strata jest dla rosjan nieakceptowalna? W sensie: takie, którego nie byliby gotowi poświęcić?

MO: Tu dotykamy dwóch kwestii. Pierwsza to „czerwona linia” związana z integralnością terytorium federacji rosyjskiej, której naruszenie – według rosyjskiej doktryny – mogłoby skutkować użyciem broni jądrowej. Ukraińcy w pewnym sensie powiedzieli: „sprawdzam”, wchodząc na terytorium obwodu kurskiego i utrzymując się tam przez wiele miesięcy. Gdyby rosyjskie deklaracje traktować dosłownie, należałoby się spodziewać reakcji nuklearnej – a jednak do niej nie doszło.

Królewiec to oczywiście trochę inna historia, bo mówimy o ważnym ośrodku wojskowym i prestiżowo byłaby to dla rosji większa strata. Mimo to nie sądzę, by była to strata absolutnie nieakceptowalna. Tym bardziej że wcale nie musielibyśmy uderzać tam bronią jądrową. Polska ma wszelkie możliwości, by w razie potrzeby neutralizować obwód królewiecki przy użyciu środków konwencjonalnych. W takiej sytuacji użycie broni nuklearnej byłoby po prostu nieadekwatne.

Tak czy inaczej, jeśli chcielibyśmy budować własny potencjał odstraszania nuklearnego wobec rosji, musielibyśmy być w stanie zagrozić jej najważniejszym ośrodkom państwowym i gospodarczym – czyli temu, co można nazwać zapleczem cywilizacyjnym kraju – a nie tylko jednostkom na froncie czy pojedynczym bazom wojskowym; rosyjski próg bólu jest zawieszony stosunkowo wysoko.

(…)

MS: A jak się do naszej sytuacji mają analogie historyczne do takich krajów, jak Izrael, Pakistan czy Korea Północna? One wszystkie uzyskały własny potencjał nuklearny z niejawną pomocą lub przyzwoleniem jakiegoś mocarstwa…

MO: Nie bardzo wyobrażam sobie sytuację, w której Amerykanom by zależało na „ubombowieniu” Polski, a więc na przekazaniu jej tych głowic czy choćby przyzwoleniu na to. Przykład izraelski nie przystaje zupełnie do sytuacji Polski, bo też Izrael jest otoczony przez państwa arabskie, z których niemal wszystkie – przynajmniej w czasach, kiedy Tel Awiw pozyskiwał broń jądrową, a więc w latach 60. – chciały go zepchnąć do morza. Inaczej mówiąc, poziom zagrożenia egzystencjalnego był zupełnie inny niż w przypadku Polski. Do tego pamiętajmy, że Stany Zjednoczone nie traktują rosji w taki sposób jak Polska: dla nich to jest upadające, schyłkowe mocarstwo, które w amerykańskich kalkulacjach militarnych nie jest przeciwnikiem, którego należałoby się szczególnie obawiać.

MS: A taka np. Korea Północna nie pytała Amerykanów o pozwolenie. I Chińczyków chyba też…

MO: Przykład północnokoreański też nie pasuje do Polski, choćby dlatego, że Koreańczykom do uzyskania odpowiedniego poziomu odstraszania wystarczy broń taktyczna. A to z tego prostego powodu, że od stanowisk ich artylerii do Seulu jest ledwie 40 kilometrów. Serce wrogiego kraju można zbombardować i spowodować koszmarne zniszczenia przy pomocy głowic taktycznych zapakowanych nawet do armaty. U nas to nie zadziała, bo ani pocisk artyleryjski, ani bomba lotnicza zrzucana grawitacyjnie nie doleci do Moskwy czy Petersburga.

MS: Czy powinniśmy dążyć do zastąpienia parasola amerykańskiego francuskim?

MO: Przede wszystkim sądzę, że w interesie Stanów Zjednoczonych leży utrzymanie strefy wpływów w Europie, a parasol nuklearny jest jednym z najważniejszych narzędzi tej polityki. Dlatego Amerykanie będą go dalej zapewniać, bo z ich perspektywy jest to stosunkowo niewielki koszt, a jednocześnie bardzo skuteczny instrument wpływu.

Możliwe, że będą w Europie redukować część sił konwencjonalnych, ale arsenału jądrowego i gwarancji nuklearnych raczej nie wycofają – niezależnie od tego, co będą dalej robić Francuzi czy Brytyjczycy. To jest ich strategiczny lewar wobec Europy.

Dlatego w praktyce nie chodzi o zastępowanie jednego parasola drugim, tylko raczej o jego uzupełnienie. Waszyngton nie ma żadnego interesu w tym, by swoje zdolności odstraszania nuklearnego przekazywać komuś innemu – a tym bardziej delegować je całkowicie na zewnątrz czy oddawać nowemu państwu.

Całość wywiadu – który jest znacznie obszerniejszy niż to, co zacytowałem – znajdziecie pod tym linkiem. Zapraszam do lektury!

—–

Jutro wracam do tematyki ukraińskiej. A gdybyście chcieli już dziś wesprzeć mnie w tworzeniu wschodniego raportu – albo po prostu w dalszym pisaniu – polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Rok 1954, eksplozja bomby jądrowej podczas testu Castle Romeo na atolu Bikini/fot. U.S. Department of Energy, domena publiczna

„Polaczki”?

Na początek odrobina historii.

W pierwszej połowie lat dziewięćdziesiątych prezydent Lech Wałęsa kilkukrotnie sugerował konieczność kupna ograniczonej liczby ładunków jądrowych. Taką operację można było przeprowadzić w Ukrainie – niejawnie, choć niemal legalnie – bądź zupełnie nielegalnie w rosji. Wywiad wojskowy dysponował wówczas wszystkimi niezbędnymi aktywami, które umożliwiłyby sukces takiej misji. Wbrew późniejszym zaprzeczeniom i próbom obrócenia sprawy w dowcip, ów pomysł był na poważnie rozważany w gronie najwyższych dowódców Wojska Polskiego. Czy próbowano go zrealizować? Żyją w tym kraju osoby mogące opowiedzieć na ten temat kilka ciekawych historii. Ja kilka z nich usłyszałem, przygotowując się do napisania powieści „Międzyrzecze”, której scenariusz zakładał, że Polsce tamta operacja się udała.

Ale w rzeczywistości się nie udała, bo akcję – na dość wczesnym etapie – storpedowali Amerykanie. Stawiając na szali przyszłość Polski w zachodnich strukturach bezpieczeństwa.

Znacznie większy wysiłek Waszyngtonu poszedł wówczas na Ukrainę – która głowic z posowieckich zasobów miała po korek (choć tylko część z nich realnie kontrolowała). Kijów poddano potężnej dyplomatyczno-ekonomicznej presji, czego efektem było niesławne Memorandum Budapesztańskie.

Polska weszła do NATO, jest dziś po dobrej stronie mocy, Ukraina krwawi, będąc w szarej strefie bezpieczeństwa.

Ukrainę z oczywistych powodów spowija żałoba po atomie, Polska zaś tak do końca nigdy się marzeń o jądrowym statusie nie pozbyła. Niepewność, jaką funduje nam Donald Trump i jego polityka, mocno te pragnienia ożywiła. Rozglądamy się więc za atomem innym niż tylko amerykański, wychodząc z założenia, że lepiej mieć dwa parasole niż jeden, a na okoliczność, gdyby któryś zawiódł, jeden niż żadnego. Ostatnio gadamy z Francją, gotową rozwijać sojuszniczy system, który byłby uzupełnieniem amerykańskich zdolności.

Realnie nic ponadto się nie dzieje – własny atom pozostaje przedmiotem publicystyki, zwykle mocno oderwanej od rzeczywistości.

A teraz o tejże.

Internet – jak zwykle – już swoje wie. Wypowiedź wiceszefa Pentagonu Elbridge’a Colby’ego o tym, że USA sprzeciwiałyby się rozwojowi własnych zdolności nuklearnych przez Polskę czy Niemcy, została natychmiast odczytana jako kolejny dowód na to, że administracja Donalda Trumpa „wypina się na Polskę”. W komentarzach pożal się boże specjalistów i komentatorów pojawiły się wątki o „głupich Polaczkach”, którym trumpiści pokazali miejsce w szeregu.

Problem w tym, że w tej wypowiedzi nie ma absolutnie niczego nowego.

Stany Zjednoczone od dziesięcioleci prowadzą konsekwentną politykę przeciwdziałania proliferacji broni jądrowej. Jej fundamentem jest podpisany w 1968 roku Traktat o nierozprzestrzenianiu broni jądrowej (NPT), który zakłada prosty układ: państwa posiadające broń atomową ograniczają jej rozprzestrzenianie, a państwa nieposiadające zobowiązują się jej nie rozwijać. Polska – podobnie jak Niemcy czy kraje skandynawskie – jest stroną tego porozumienia.

Z punktu widzenia Waszyngtonu pojawienie się kolejnych państw nuklearnych w Europie byłoby więc dokładnym przeciwieństwem tego, co amerykańska dyplomacja próbuje robić od ponad pół wieku. Logika, jaka za tym stoi, jest równie prosta co brutalna: im więcej państw z własną bronią jądrową, tym większe ryzyko eskalacji, niekontrolowanego użycia albo rozpadania się całej architektury nieproliferacji.

Dlatego Amerykanie od lat powtarzają ten sam schemat: zamiast narodowych programów atomowych proponują sojusznikom „parasole nuklearne”. W Europie oznacza to odstraszanie oparte na arsenałach USA, Wielkiej Brytanii i Francji oraz mechanizmy NATO – w tym program nuclear sharing.

Gdy więc amerykański urzędnik mówi, że Waszyngton sprzeciwiałby się polskiej czy niemieckiej bombie atomowej, nie ogłasza żadnej nowej doktryny. Powtarza stanowisko artykułowane przez kolejne administracje USA od czasów zimnej wojny.

Można oczywiście dyskutować, czy w świecie rosnącej rywalizacji mocarstw taki model nadal jest optymalny. Ale twierdzenie, że Colby pokazuje nam faka i że to kolejny dowód „odwrócenia się” Waszyngtonu od Warszawy, jest zwyczajnie dęte.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mnie w dalszym pisaniu, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Osobliwości

W historii wojskowości ostatnia doba zapisze się jako czas wyjątkowych wydarzeń. Pozwólcie, że Wam o nich napiszę.

W nocy z 3 na 4 marca br. zatopiona została irańska fregata IRIS Dena. Co ciekawe, do zdarzenia nie doszło na Bliskim Wschodzie, ale na Oceanie Indyjskim, około 40–44 mil morskich na południe od Galle na Sri Lance. Pentagon potwierdził, że jednostka została trafiona przez amerykański atomowy okręt podwodny.

Fregata – z załogą liczącą około 140–180 marynarzy – wracała z Indii, gdzie uczestniczyła w międzynarodowym przeglądzie flot oraz ćwiczeniach morskich MILAN w Visakhapatnam. Po trafieniu okręt wysłał sygnał alarmowy, a następnie zatonął; na miejsce skierowano siły ratownicze Sri Lanki. Według wstępnych danych uratowano kilkudziesięciu marynarzy (m.in. 32 przewieziono do szpitala w Galle), natomiast ponad 100 członków załogi uznano za zaginionych, a część ciał odnaleziono podczas akcji poszukiwawczej.

Amerykański sekretarz obrony potwierdził, że okręt został zatopiony torpedą, podkreślając, że był to pierwszy przypadek bojowego zatopienia wrogiej jednostki przez amerykański okręt podwodny od czasów II wojny światowej, a zarazem pierwsze na świecie takie zdarzenie od momentu zatopienia argentyńskiego krążownika ARA General Belgrano przez brytyjski okręt podwodny w 1982 roku (podczas wojny o Falklandy).

—–

Drugim wydarzeniem o wyjątkowym charakterze była walka powietrzna nad Teheranem, podczas której izraelski myśliwiec F-35I „Adir” zestrzelił irański samolot szkolno-bojowy Jak-130.

Do incydentu doszło dziś nad ranem, gdy izraelskie lotnictwo prowadziło kolejną falę uderzeń na cele wojskowe w stolicy Iranu i jej okolicach. Według komunikatu izraelskich sił zbrojnych maszyna irańska próbowała przechwycić jedną z formacji uderzeniowych; została jednak zestrzelona przez F-35I jeszcze nad obszarem metropolitalnym Teheranu.

Wydarzenie ma znaczenie historyczne z kilku powodów. Po pierwsze, jest to pierwsze w historii bojowe zestrzelenie załogowego samolotu przez myśliwiec F-35, który dotąd używany był głównie do uderzeń na cele naziemne i misji uderzeniowo-rozpoznawczych. Po drugie, był to pierwszy przypadek od około czterech dekad, gdy izraelskie lotnictwo zestrzeliło w powietrzu załogowy samolot przeciwnika – poprzednio miało to miejsce w 1985 roku, gdy izraelskie F-15 strąciły syryjskie MiG-23 nad Libanem.

Sam Jak-130 jest rosyjskim samolotem szkolno-bojowym zdolnym do przenoszenia uzbrojenia i wykonywania zadań lekkiego wsparcia, ale w konfrontacji z myśliwcem piątej generacji jego możliwości bojowe są wyraźnie ograniczone.

—–

Na marginesie tych wydarzeń pojawiła się jeszcze jedna historia, która – jeśli się potwierdzi – dobrze pokazuje specyfikę sił zbrojnych państw Zatoki Perskiej. Gdy przed dwoma dniami nad Kuwejtem utracono trzy amerykańskie F-15, pierwsze doniesienia wskazywały, że maszyny padły ofiarą kuwejckich baterii Patriot.

Dziś zaczęły pojawiać się informacje sugerujące inny przebieg zdarzeń – według nich amerykańskie samoloty miały zostać omyłkowo zestrzelone przez kuwejckiego F/A-18. W części relacji pojawia się informacja, że pilot „Horneta” był Amerykaninem służącym kontraktowo w kuwejckim lotnictwie, wcześniej pilotem US Navy. Nie byłoby to nic nadzwyczajnego: armie takich państw jak Kuwejt, Katar czy Zjednoczone Emiraty Arabskie od lat w dużym stopniu opierają się na zagranicznych specjalistach – zarówno instruktorach, jak i pilotach – ponieważ niewielkie społeczeństwa tych krajów mają ograniczone zasoby kadrowe, a jednocześnie dysponują bardzo nowoczesnym sprzętem wymagającym wysokich kwalifikacji. W przeszłości w siłach powietrznych państw Zatoki latali m.in. Amerykanie, Brytyjczycy czy Australijczycy, często byli piloci wojskowi zatrudniani na kontraktach szkoleniowych lub operacyjnych.

A ta historia – jeśli się potwierdzi – ma dodatkowy smaczek. Piloci sił powietrznych (USAF) „od zawsze” rywalizują z lotnikami marynarki wojennej. Trójka zestrzelonych przedwczoraj Amerykanów była z tej pierwszej formacji, co w branży stało się powodem do żartów. „Oto US Nawy wysuwa się na prowadzenie”, orzekli złośliwcy. Inni dostrzegli, że skoro wszyscy uczestnicy niefortunnej walki powietrznej byli Amerykanami, „sprawa zostaje w domu, więc tak jakby jej nie było…”.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mnie w dalszym pisaniu, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Irańska fregata widziana z amerykańskiego okrętu. To screen z udostępnionego filmu, na którym widać też moment trafienia okrętu.

Parasol

Wczoraj Polska potwierdziła, że prowadzi rozmowy z Republiką Francuską oraz grupą najbliższych sojuszników europejskich w sprawie „zaawansowanego programu odstraszania nuklearnego” – inicjatywy, którą zaproponował prezydent Emmanuel Macron. Premier Donald Tusk podkreślił, że działanie to ma służyć defensywie i odstraszaniu potencjalnego agresora przed popełnieniem ataku na państwa członkowskie UE i NATO.

Francuski rząd zadeklarował chęć rozwinięcia nowej doktryny odstraszania nuklearnego o element europejskiej współpracy. Zakłada ona m.in.: zwiększenie francuskiego arsenału nuklearnego (pierw­sze takie rozszerzenie od 1992 roku), udział europejskich sojuszników w ćwiczeniach nuklearnych oraz możliwość czasowego rozmieszczenia elementów francuskich zdolności nuklearnych (np. samolotów czy morskich sił strategicznych) na terytorium sojuszników. Działoby się to jednak bez formalnego podziału kontroli nad bronią – tu pełną decyzyjność zachowałby Paryż.

Francuska oferta ma być dodatkiem do istniejącego NATO-wskiego parasola nuklearnego, a nie jego konkurencją. Projektem, poza Polską, zainteresowane są Wielka Brytania (która ma własną broń jądrową), Niemcy, Holandia, Belgia, Grecja, Szwecja i Dania.

Dziś w TVP opowiadałem, co o tym sądzę – stwierdziłem, że lepiej mieć dwa parasole niż jeden, a na okoliczność, gdyby któryś zawiódł, dysponować jednym niż żadnym. Na antenie nie bardzo był czas, by tę myśl rozwinąć, uczynię więc to teraz.

—–

W polskiej debacie o odstraszaniu nuklearnym od lat dominuje jeden paradygmat: jeśli „atom”, to wyłącznie amerykański. Wszystko inne traktowane jest jako ersatz albo europejska fantazja. Problem polega na tym, że środowisko bezpieczeństwa, w którym ten paradygmat się ukształtował, wyraźnie się zmienia. Nie chodzi o to, że Stany Zjednoczone przestają być gwarantem bezpieczeństwa Europy, lecz o to, że ich zaangażowanie coraz silniej podlega globalnym kalkulacjom i wewnętrznym wahaniom politycznym. Tymczasem państwo położone przy granicy z obwodem królewieckim i Białorusią nie może opierać swojej strategii wyłącznie na takim źródle odstraszania. Dlatego rozmowa o włączeniu się w europejską architekturę budowaną wokół potencjału Francji nie jest alternatywą wobec USA, lecz próbą koniecznej dywersyfikacji.

Francuski arsenał nie jest liczebnie porównywalny z amerykańskim czy rosyjskim – to „zaledwie” 300 głowic. Ale nie musi być. Odstraszanie nuklearne nie polega na symetrii, lecz na wiarygodności zadania nieakceptowalnych strat. A ta wiarygodność w przypadku Francji jest realna: dysponujący jądrowym komponentem lotniczym i morskim Francuzi byliby w stanie zadać rosji koszmarne straty w jej europejskiej części. Kalkulacje Moskwy dotyczące ewentualnej agresji na Polskę musiałyby to uwzględnić.

Istotne jest także położenie geograficzne i polityczne. Dla Francji destabilizacja Europy Środkowej oznacza bezpośredni kryzys Unii Europejskiej i zagrożenie dla jej własnego bezpieczeństwa. Dla Stanów Zjednoczonych nasz region pozostaje jednym z kilku globalnych teatrów operacyjnych. To nie zarzut wobec Waszyngtonu, lecz konsekwencja jego pozycji mocarstwa światowego. Tymczasem im bliższa jest identyfikacja interesów, tym silniejsza wiarygodność odstraszania.

Oczywiście decyzja o użyciu francuskiej broni pozostaje w rękach prezydenta Francji. Tak samo jak w NATO decyzja o użyciu amerykańskiej broni należy do Waszyngtonu. Suwerenność nuklearna jest z definicji niepodzielna. Różnica nie polega więc na formalnej kontroli, lecz na tym, jak blisko nasze bezpieczeństwo leży w rdzeniu interesów danego państwa.

—–

Wojna w Ukrainie brutalnie pokazała, że bezpieczeństwo europejskie nie jest stanem naturalnym, lecz projektem wymagającym realnych zasobów i twardych decyzji. Jeśli Europa ma budować choćby częściową autonomię strategiczną, odstraszanie nuklearne pozostaje jej fundamentem.

Można uznać, że to nie nasza sprawa – że wystarczy amerykański parasol. Problem w tym, że Polska nie ma wpływu na cykle polityczne w Waszyngtonie ani na globalne priorytety Stanów Zjednoczonych. Ma natomiast wpływ na to, czy będzie współtworzyć europejski wymiar bezpieczeństwa i w ten sposób dywersyfikować własne gwarancje.

Ryzyka są realne. Po pierwsze – eskalacyjne. Każde wzmocnienie odstraszania może zostać przez rosję wykorzystane jako pretekst do demonstracji siły lub presji hybrydowej. Po drugie – finansowe i infrastrukturalne. Udział w takim mechanizmie oznacza koszty: dostosowanie infrastruktury, systemów łączności, procedur. Po trzecie – polityczne, bo spór o prymat modelu amerykańskiego czy europejskiego może pogłębiać wewnętrzne podziały.

Alternatywą jest jednak bierność i wiara, że obecny układ przetrwa bez zmian. A Polska nie dysponuje głębią strategiczną w sensie geograficznym. Jej „głębia” musi być budowana politycznie i sojuszniczo. Francuski komponent odstraszania nie zastąpi NATO, lecz może je wzmocnić, tworząc dodatkową warstwę zabezpieczenia. W świecie pełnym zagrożeń taka warstwa nie jest luksusem, lecz polisą ubezpieczeniową. Państwo pierwszej linii nie może pozwolić sobie na strategiczną monogamię.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Jakubowi Łysiakowi, Tomaszowi Krajewskiemu, Piotrowi Rucińskiemu, Magdalenie Kaczmarek, Arkadiuszowi Halickiemu, Monice Rani, Maciejowi Szulcowi, Joannie Marciniak, Jakubowi Wojtakajtisowi, Andrzejowi Kardasiowi oraz Czytelnikowi o nicku Zajcef Fizzlewic. A także: Krzysztofowi Krysikowi, Mateuszowi Piecuchowi, Jakubowi Kojderowi, Adamowi Cybowiczowi, Bożenie Bolechale, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Jarosławowi Terefenko, Marcinowi Gonetowi, Przemysławowi Kowalskiemu, Joannie Siarze, Aleksandrowi Stępieniowi, Marcinowi Barszczewskiemu, Dinarze Budziak, Szymonowi Jończykowi, Annie Sierańskiej, Tomaszowi Sosnowskiemu, Piotrowi Świrskiemu, Juliuszowi i Elżbiecie Wolny, Arturowi Żakowi, Łukaszowi Hajdrychowi, Patrycji Złotockiej i Piotrowi Habeli.

Podziękowania należą się również moim najhojniejszym „kawoszom” z ostatniego tygodnia: Irenie Cyrn i Witkowi Strojnemu.

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.