Pośmiewisko

Amerykanie znów robią to samo. Wchodzą w konflikt, po czym zaczynają opowiadać, kiedy z niego wyjdą. Dla własnych obywateli (i wyborców!) to uspokajający komunikat, ale dla przeciwnika – cenna wskazówka operacyjna.

W 2009 roku Barack Obama podjął decyzję o znaczącym zwiększeniu liczby amerykańskich żołnierzy w Afganistanie – o około 30 tysięcy. Chodziło o przełamanie impasu i uderzenie w talibów z większą siłą. Ale tej projekcji siły towarzyszyło coś jeszcze – deklaracja, że po kilkunastu miesiącach – od lipca 2011 roku – rozpocznie się wycofywanie wojsk. A cała operacja bojowa w Afganistanie ma swój horyzont czasowy, przewidziany na kilka lat (w 2014 roku zamierzano oddać kwestie bezpieczeństwa władzom afgańskim).

Nie trzeba było być strategiem, żeby zrozumieć przekaz – Amerykanie zwiększają presję, ale tylko na chwilę. Talibowie wyciągnęli z tego prosty wniosek: nie musimy wygrywać, wystarczy, że przetrwamy.

I tak też się stało, a finał wszyscy znamy.

Mijają lata i na tronie w Waszyngtonie zasiada geniusz szachów 5D. Wielokrotnie deklarujący, że nie będzie popełniał błędów swoich poprzedników. I tyle z tego gadania…

Wczoraj Donald Trump powiedział dziennikarzom w Białym Domu, że wojna z Iranem potrwa jeszcze „dwa tygodnie, może kilka dni dłużej”. Oczywiście, można argumentować, że to typowy chaos komunikacyjny w stylu Trumpa, który często plecie, co mu ślina na język przyniesie. Problem w tym, że nawet największe brednie tego zidiociałego staruszka należy traktować poważne, bo często „słowo staje się ciałem”; posłuszna administracja realizuje wytyczne „wodza”.

Więc Teheran słucha i ma powody, by dojść do wniosku – trzeba wytrzymać jeszcze chwilę.

Bo wiadomo, że przez dwa tygodnie Amerykanie żadnego przełomu nie osiągną. Nie z tym, co mają na miejscu i co byliby w stanie na szybko dosłać.

Ehhh…

USA mają najpotężniejszą armię świata. I przywódcę, który czyni z niej pośmiewisko…

Mem z geniuszem biznesu i geopolityki tak bardzo a propos…

Cisza

W różnych regionach rosji – od obszarów przygranicznych po największe aglomeracje – zaczęto okresowo ograniczać lub całkowicie wyłączać mobilny internet. Chodzi o transmisję danych w sieciach komórkowych (LTE i 5G), podczas gdy Internet stacjonarny oraz sieci Wi-Fi w wielu przypadkach nadal funkcjonują, choć i tu zdarzają się zakłócenia. 

Reakcja rosyjskiego społeczeństwa na ograniczenia mobilnego internetu jest zaskakująco stonowana. Nie widać masowych protestów, brak też wyraźnych sygnałów skoordynowanego sprzeciwu. To jednak nie tyle dowód akceptacji, co raczej efekt warunków, w jakich te ograniczenia są wprowadzane.

—–

Po pierwsze, blackouty mają charakter fragmentaryczny i czasowy. Uderzają w konkretne regiony, pojawiają się nagle i równie nagle znikają. Taki model działania utrudnia mobilizację – trudno protestować przeciwko zjawisku, które nie jest ciągłe i którego skala pozostaje niejasna.

Po drugie, brak mobilnego internetu sam w sobie ogranicza możliwość organizowania sprzeciwu. Komunikatory przestają działać w czasie rzeczywistym, media społecznościowe tracą swoją funkcję koordynacyjną, a informacja rozchodzi się wolniej i mniej efektywnie. To paradoks, który w rosyjskich warunkach ma konkretne znaczenie: narzędzie potencjalnego buntu zostaje wyłączone dokładnie w momencie, gdy mogłoby być najbardziej potrzebne.

Nie oznacza to jednak braku frustracji. Tam, gdzie dostęp do sieci jeszcze istnieje – przede wszystkim poprzez Wi-Fi – pojawiają się skargi, komentarze i próby wymiany informacji. Użytkownicy dzielą się doświadczeniami, próbują ustalić skalę problemu, szukają sposobów obejścia ograniczeń.

Istotna jest również adaptacja. Część użytkowników wraca do rozwiązań sprzed epoki pełnej mobilności – planowania z wyprzedzeniem, korzystania z gotówki, umawiania się „na godzinę” bez możliwości bieżącej korekty. To drobne zmiany, ale w skali całego społeczeństwa oznaczają przesunięcie w stronę większej przewidywalności i mniejszej spontaniczności.

W tle pozostaje jeszcze jeden czynnik – strach. rosyjskie społeczeństwo ma za sobą doświadczenie tłumionych protestów i konsekwencji udziału w działaniach uznawanych przez władzę za niepożądane. W takich warunkach nawet wyraźna niedogodność nie musi automatycznie przekładać się na gotowość do otwartego sprzeciwu. W efekcie powstaje sytuacja, w której niezadowolenie istnieje, ale jest rozproszone i pozbawione narzędzi ekspresji. A to z punktu widzenia władz jest scenariuszem optymalnym – napięcie społeczne rośnie, lecz nie znajduje ujścia w formie, która mogłaby zagrozić systemowi.

—–

Oficjalna reakcja rosyjskich władz? Najczęściej pojawia się odwołanie do „zapewnienia bezpieczeństwa” oraz konieczności przeciwdziałania bliżej nieokreślonym zagrożeniom. Rzadziej mówi się o „pracach technicznych”.

Kluczowe jest to, czego w tych komunikatach nie ma. Brakuje konkretów: wskazania czasu trwania ograniczeń, ich dokładnego zakresu czy precyzyjnego uzasadnienia. Obywatel dostaje informację szczątkową, która nie pozwala ani zrozumieć sytuacji, ani się do niej przygotować. To nie jest przypadek, lecz element szerszego modelu zarządzania informacją – takiego, w którym państwo kontroluje nie tylko przekaz, ale także poziom niewiedzy.

Równolegle działa mechanizm przerzucania odpowiedzialności. W przestrzeni propagandowej pojawiają się sugestie, że ograniczenia są odpowiedzią na działania zewnętrzne – zagrożenia ze strony Ukrainy, Zachodu czy „cyberataków”. Nawet jeśli nie jest to komunikowane wprost, kontekst jest czytelny: to nie państwo ogranicza obywateli, lecz państwo chroni ich przed kimś innym.

Istotnym elementem tej narracji jest minimalizowanie skali problemu. W przekazie medialnym blackouty przedstawiane są jako lokalne, krótkotrwałe i w gruncie rzeczy nieistotne zakłócenia. Brakuje miejsca na analizę ich konsekwencji czy próbę szerszego ujęcia zjawiska. W ten sposób tworzy się obraz rzeczywistości, w której nic poważnego się nie dzieje – nawet jeśli codzienne doświadczenie użytkowników mówi coś zupełnie innego.

—–

Część ekspertów przyjmuje oficjalne wyjaśnienie, że ograniczenia mobilnego internetu mają charakter militarny. Łączność może wspierać koordynację działań czy wykorzystanie systemów bezzałogowych, więc jej ograniczenie – zwłaszcza w regionach zagrożonych atakami – wydaje się logiczne. Problem w tym, że to tłumaczy tylko część zjawiska. Współczesne systemy bezzałogowe często korzystają z innych kanałów łączności lub działają autonomicznie, a blackouty obejmują także obszary oddalone od bezpośrednich działań wojennych. To sugeruje, że aspekt militarny jest tylko jednym z elementów szerszej układanki.

rosja od lat rozwija narzędzia pozwalające na centralne zarządzanie ruchem internetowym i filtrowanie treści. W tym kontekście obecne ograniczenia nie wyglądają na improwizację, lecz na świadome użycie wcześniej przygotowanych mechanizmów. Zapewne mają one charakter testowy – władze nie tylko odcinają łączność, ale też obserwują skutki: reakcje społeczne, wpływ na gospodarkę i poziom dezorganizacji życia codziennego. To proces sprawdzania, jak daleko można się posunąć.

Wyłączenia Internetu można też interpretować jako przygotowanie do sytuacji, w której kontrola przepływu informacji stanie się kluczowa. Mobilny Internet – zdecentralizowany i trudny do pełnego nadzoru – jest w tej logice problemem. Jego ograniczenie pozwala zawęzić przestrzeń informacyjną i wzmocnić dominację przekazu oficjalnego. Równolegle ma to wymiar prewencyjny: utrudnia organizację protestów i szybkie rozprzestrzenianie się informacji, zwiększając koszt społecznej mobilizacji.

Być może Moskwa przygotowuje się na kolejną fazę wojny – w tym na masową mobilizację – i zawczasu „wycisza” kanały społecznej komunikacji. Tego dziś nie da się jednoznacznie rozstrzygnąć, ale skala i charakter działań sugerują, że nie są one wyłącznie reakcją na bieżące zagrożenia. To raczej przygotowanie systemu państwa na moment, w którym kontrola informacji stanie się równie istotna jak kontrola pola walki.

Rozbudowaną wersję tego tekstu opublikowałem w portalu „Polska Zbrojna” – oto link do tego materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Oślepianie

Wbrew oczekiwaniom Donalda Trumpa, Iran dalej walczy. A irańskie uderzenia rakietowe i dronowe coraz częściej wymierzone są w krytyczną amerykańską infrastrukturę wojskową.

Najpoważniejszym incydentem z ostatnich dni pozostaje atak na bazę Prince Sultan w Arabii Saudyjskiej z 27 marca. Według informacji pochodzących z amerykańskich źródeł wojskowych oraz analiz materiałów satelitarnych, uderzenie miało charakter złożony i obejmowało zarówno pociski balistyczne, jak i bezzałogowce. Trafiona została infrastruktura lotnicza oraz płyta postojowa, gdzie znajdowały się samoloty wsparcia. W wyniku ataku zniszczeniu uległ samolot wczesnego ostrzegania E-3 Sentry, a uszkodzone zostały również inne maszyny, w tym tankowce KC-135. Rannych zostało kilkunastu żołnierzy amerykańskich.

Utrata E-3 Sentry ma znaczenie wykraczające daleko poza sam wymiar sprzętowy. To jedna z kluczowych platform systemu dowodzenia i kontroli operacji powietrznych – powietrzne stanowisko kierowania, które zapewnia rozpoznanie radiolokacyjne dalekiego zasięgu, koordynację działań lotnictwa oraz integrację obrony powietrznej. Flota tych maszyn jest przy tym bardzo ograniczona – siły powietrzne USA dysponują obecnie kilkunastoma egzemplarzami (około 15–16), z czego tylko część pozostaje w stałej gotowości operacyjnej. W praktyce oznacza to, że utrata choćby jednej maszyny realnie zmniejsza zdolność do utrzymania ciągłej świadomości sytuacyjnej nad rozległym obszarem Zatoki Perskiej.

Nie jest to zresztą incydent odosobniony. W poprzednich dniach irańskie uderzenia doprowadziły również do uszkodzenia kilku samolotów tankowania powietrznego KC-135, które stanowią niezbędne zaplecze dla operacji lotniczych na dużych dystansach. Bez nich amerykańskie lotnictwo traci możliwość długotrwałego utrzymywania obecności nad teatrem działań i prowadzenia intensywnych operacji uderzeniowych.

Zestawienie tych strat nie pozostawia większych wątpliwości co do logiki działań Iranu. Teheran nie koncentruje się na niszczeniu samolotów bojowych, lecz uderza w elementy, które umożliwiają ich skuteczne użycie – systemy rozpoznania, dowodzenia i wsparcia. To strategia ukierunkowana na stopniowe „oślepianie” i „unieruchamianie” przeciwnika.

Zamiast prób bezpośredniej konfrontacji z przewagą technologiczną Stanów Zjednoczonych, Iran prowadzi działania wymierzone w fundamenty tej przewagi. Uderzenia w systemy rozpoznania i wsparcia nie przynoszą spektakularnych efektów w krótkim czasie, ale stopniowo ograniczają zdolność przeciwnika do prowadzenia operacji na dużą skalę. Jeśli ten trend się utrzyma, może to oznaczać, że amerykańska dominacja powietrzna w regionie – dotąd uznawana za bezdyskusyjną – stanie się znacznie bardziej warunkowa.

Bardziej rozbudowany irański update – który przygotowałem dla portalu „Polska Zbrojna” –  znajdziecie pod tym linkiem.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Zniszczony E-3 Sentry/fot. za OSINTtechnical

Mobilni

Na Bliski Wschód kierowane są kolejne siły Stanów Zjednoczonych – tym razem chodzi o elitarną 82. Dywizję Powietrznodesantową. Według dostępnych informacji, do regionu wkrótce trafi od dwóch do trzech tysięcy żołnierzy, przede wszystkim z brygady szybkiego reagowania, czyli tzw. Immediate Response Force. Docelowa skala przerzutu pozostaje niejasna – część źródeł mówi o wariancie ograniczonym, inne dopuszczają rozwinięcie większego komponentu – ale w każdym przypadku chodzi o siły zdolne do działania niemal natychmiast po dotarciu w rejon operacji.

Kluczowe znaczenie ma charakter tej jednostki. 82. Dywizja Powietrznodesantowa to jedna z najbardziej rozpoznawalnych formacji US Army – lekka, mobilna i zaprojektowana do działania w trybie ekspresowym. Jej elementy są w stanie znaleźć się w dowolnym miejscu świata w ciągu kilkunastu–kilkudziesięciu godzin od wydania rozkazu. Nie jest to jednak dywizja przeznaczona do prowadzenia klasycznej wojny lądowej na dużą skalę – jej domeną pozostają operacje punktowe: zajmowanie kluczowych obiektów, zabezpieczanie infrastruktury, szybkie rajdy czy wsparcie działań specjalnych.

Z dostępnych informacji wynika, że przerzucane są przede wszystkim elementy 1. Brygady Bojowej wraz z komponentem dowódczym dywizji. Całością operacji ma kierować dowódca 82 DPD, gen. mjr Brandon Tegtmeier, którego sztab również ma zostać wysunięty w rejon działań. Oficjalnie nie podano dokładnego terminu osiągnięcia gotowości operacyjnej na miejscu, ale biorąc pod uwagę charakter jednostki, można zakładać, że mówimy o czasie liczonym w godzinach, nie dniach.

Nie oznacza to jednak, że USA przygotowują się do pełnoskalowej inwazji na Iran. Skala przerzucanych sił jest zbyt mała, by mówić o operacji przeciwko państwu tej wielkości, a brak ciężkiego komponentu – czołgów, artylerii i rozbudowanej logistyki – wyklucza prowadzenie długotrwałych działań lądowych. Taki scenariusz oznaczałby zresztą ogromne ryzyko polityczne i gospodarcze, w tym groźbę globalnego kryzysu energetycznego.

Znacznie bardziej prawdopodobne są scenariusze ograniczone – włącznie z takim, w którym spadochroniarze w ogóle nie wejdą do walki. W tym ujęciu przerzut 82 DPD można odczytywać przede wszystkim jako element nacisku i demonstrację gotowości do szybkiej eskalacji.

82 DPD daje decydentom w Waszyngtonie bardzo konkretną możliwość: przeprowadzenia punktowego uderzenia w krótkim czasie, bez konieczności rozwijania wielkich sił inwazyjnych. W praktyce oznacza to kilka potencjalnych zastosowań. Po pierwsze, klasyczne operacje zabezpieczające – ochrona placówek dyplomatycznych czy ewakuacja obywateli w razie dalszej destabilizacji regionu. Po drugie, działania o charakterze rajdowym, wymierzone w konkretne cele wojskowe o wysokiej wartości. Po trzecie wreszcie, wsparcie operacji specjalnych, które wymagają szybkiego wprowadzenia większego komponentu wojskowego po wykonaniu zasadniczego uderzenia.

Ten ostatni wątek jest szczególnie istotny, bo przerzutowi 82 DPD towarzyszy również wzmożona aktywność amerykańskich sił specjalnych, takich jak Delta Force czy Rangersi. Taki zestaw sił jest typowy dla operacji najwyższego ryzyka – w tym działań wymierzonych w infrastrukturę strategiczną przeciwnika. W tym kontekście pojawia się scenariusz, który od dawna funkcjonuje w analizach dotyczących Iranu: przejęcie lub zabezpieczenie materiałów rozszczepialnych oraz elementów programu nuklearnego.

Operacje tego typu wymagają ścisłej współpracy sił specjalnych i jednostek konwencjonalnych. Pierwsze odpowiadają za uderzenie i neutralizację celu, drugie – za utrzymanie i zabezpieczenie terenu. I właśnie tu pojawia się rola spadochroniarzy z 82 DPD.

Konkludując, Stany Zjednoczone nie przygotowują się do klasycznej wojny lądowej z Iranem, lecz budują zestaw elastycznych opcji wojskowych – od demonstracji siły, przez operacje punktowe, aż po działania specjalne o dużej skali. Przerzut 82. Dywizji Powietrznodesantowej wpisuje się w tę logikę. To sygnał, że Waszyngton chce mieć narzędzia pozwalające działać szybko – jeśli uzna to za konieczne. Wszystko w myśl zasady: mieć młotek w ręku, ale niekoniecznie go użyć.

Ten tekst, w rozbudowanej wersji, opublikowałem w portalu „Polska Zbrojna” – oto link do materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Żołnierze 82 DPD stacjonowali również w Polsce. W 2016 roku brali udział w ćwiczeniach „Anakonda”/fot. Darek Prosiński

Pokora

Pierwszy raz strzelali do mnie w Iraku – skutek był taki, że mało się nie zesrałem. Nie ze strachu, a z podniecenia, takie to było nieprawdopodobne doznanie. Wreszcie, k…, działo się coś, o czym wcześniej czytałem w książkach, co widziałem na filmach, co w moim odczuciu zasługiwało na miano „prawdziwych doznań”. Stanąć na krawędzi i wyjść z tego cało – czy jakieś doświadczenie może mierzyć się z czymś takim!? No nie – tak wtedy sądziłem, zamykając się w skorupie własnej wyjątkowości, bo iluż ludzi mogło dwadzieścia parę lat temu powiedzieć: „przeżyłem coś takiego!”?

Pielęgnowałem to poczucie kilka kolejnych lat. Niosło mnie ono, definiowało postrzeganie spraw. Gdy w Afganistanie wpakowałem się w sam środek zażartej i dramatycznej potyczki, opowiedziałem o niej żonie tak, że ostatecznie mnie opier…liła. „Zachowujesz się, jakbyś opowiadał film”, mówiła z przyganą. „Ale to k… było jak w filmie…”, odparłem, nie do końca rozumiejąc, o co jej chodzi. Potem zatrybiłem, że w mojej opowieści zabrakło refleksji nad tym, że mogłem zginąć, że cała ta historia od początku do końca była igraniem z własnym życiem. W imię czego? Żebym się dobrze bawił…?

Bawiłem się – i dla spokoju ducha racjonalizowałem to, co wokół mnie się działo. Nie można myśleć o wojnie jako o czymś do spodu przykrym, jeśli ma być tłem dla twojej przygody. Musisz odnaleźć jakiś jej sens, jakoś ją wytłumaczyć. Więc tłumaczyłem sobie iracką awanturę i afgańskie zaangażowanie jako coś koniecznego. Ujmowałem sprawy w kategoriach moralnych (walka ze złem) i pragmatycznych (Polska uczy się działać w sojuszach i daje dowód, że jest lojalna). Stojąc na gruncie realizmu wmawiałem sobie – „to i tak się dzieje, chcesz tego czy nie”. Stąd był tylko krok od stwierdzenia „możesz to wykorzystać albo i nie”. Więc wykorzystywałem, fakt, iż na moich oczach ginęli ludzie, uważając za reporterskie szczęście – bo było o czym pisać.

Z czasem zaczynałem rozumieć, że moje przygody – owa wyjątkowość doznać – mają swój rewers. Bo rany bolą, a śmierć jest na zawsze. I żaden z tego anturaż, a czyjeś prawdziwe życie i jego kres. Gdy przychodzi taka świadomość, robota staje się dużo trudniejsza. Żyć z czyjejś śmierci to nie jest komfortowa opcja.

Dlaczego o tym piszę? Po latach po raz kolejny obejrzałem serial „Generation Kill”, opowiadający historię amerykańskiego oddziału podczas inwazji na Irak w 2003 roku. I mam wrażenie, że dopiero teraz zrozumiałem przesłanie tego filmu. „W normalnych okolicznościach za to, co tu zrobiliśmy, trafilibyśmy do więzienia”, mówi jeden z bohaterów, mając na myśli wszystkie przypadkowe ofiary działań zbrojnych. Inny zaś stwierdza: „rozpętaliśmy burzę, która dopiero da się nam we znaki”, trafnie przewidując kilkuletni dramat, który rozegrał się w Iraku po amerykańskiej inwazji. Twórcy „Generation Kill”, opowieści bazującej na prawdziwej historii, nie pozostawiają wątpliwości co do oceny tej wojny. Ona była bez sensu. Nie tylko niepotrzebna, ale i głupia, fatalnie poprowadzona. Fakt, iż jakiś marine spełnił się na niej jako żołnierz, niczego tu nie zmienia.

A więc i fakt, że uformowała jakiegoś reportera, też się nie liczy. Bo w morzu bezsensu takie krople po prostu nie mają znaczenia. „Generation Kill” to dla mnie kolejna lekcja pokory…