F(r)ajerwerki

Waliłoby fałszem, gdybym z pasją krytykował fanów sylwestrowych ognio-atrakcji. Za młodu detonowało się najdziwniejsze ładunki, zwykle bez jakiejś specjalnej okazji. Czasem było to tak głupie, że przeczyło zasadności teorii ewolucji. No ale nie każdy miał za plac zabaw poligon artyleryjski.

Ba, była we mnie pogarda dla amatorów „zimnych ogni”, bo co oni wiedzieli o prawdziwym pierdolnięciu…

Trwałem tak do końca lat 90., kiedy na skutek zmian w asortymencie, uznałem fajerwerki za odpowiednie zabawki dla dużych chłopców.

A potem zacząłem jeździć na wojny i przestałem być chłopcem. Kanonady za oknem źle mi się kojarzyły, ale pal licho, myślałem, raz do roku można.

Aż jakiś geniusz wystraszył mi psa zbyt bliską eksplozją. Biegłem za oszalałym ze strachu zwierzęciem i obiecałem sobie, że zabije gnoja, który tę ucieczkę sprowokował.

Nie zabiłem, ale zdarzyło mi się później rekwirować gówniarzom „rakietki”.

Kolejny pies okazał się wyjątkowo podatny na bodźce dźwiękowe. Zbój i wiraszka, gotów napierdalać się z każdym nazbyt samczym samcem (a choćby i dwa razy większym), na dźwięk wybuchu umiera ze strachu. Sylwestry, nafutrowany hydroksyzyną, spędza w domowych jamach, z dala od okien. Raz dla przykładu siedzieliśmy razem w wannie.

Nie strzelam więc w sylwestra także z troski o jedno z moich zwierząt (drugie, szczęśliwie, ma kompletnie wywalone na wszelkie palby).

Ale nie strzelam też, bo zwyczajnie żal mi pieniędzy. I nawet nie idzie o mój osobisty wydatek. Kilka lat temu ze zdumieniem przeczytałem, że fajerwerki kosztują nas, Polaków, nawet miliard złotych. A było to w czasie, kiedy taką wartość miały całoroczne zakupy amunicji dla Wojska Polskiego. W pandemii suma ta zmalała do 500 milionów, ale później znów zaczęliśmy przepalać hajs w okolicach miliarda i więcej.

Można zrobić coś głupszego?

Można. Ale można też zrobić coś mądrego.

Wspomniałem o amunicji (w 2024 roku WP kupiło jej za takie miliardy, że szczena opada). Otóż da się pogodzić efektowność z efektywnością i spasować to z łagodną odmianą piromanii. I mieć przy tym poczucie, że zrobiło się coś obiektywnie dobrego. Co proponuję? By zamiast kupować fajerwerki, wysłać pieniądze na rzecz ukraińskiej armii. Jeśli ten miliard miałby się zamienić w amunicję, starczyłoby tego na kilkanaście dni intensywnej obróbki neosowieckich najeźdźców. Byłyby to fajerwerki wolności, o którą Ukraińcy walczą przede wszystkim dla siebie, ale trochę też i za nas.

Jak strzelać, to z sensem.

Ps. Tak wyglądają łapki pacjentów, którzy nieostrożnie obchodzili się z fajerwerkami. Zamieszczam ku przestrodze/fot. za: Gotowi Do Ratowania

A na zdjęciu głównym dedykowana amunicja, dla rosjan, od autora blogu/fot. Darek Prosiński

Powtarzalność

Fińsko-sowiecka wojna zimowa (z lat 1939-40) – poza szeregiem innych podobieństw do wojny w Ukrainie – pozwala dostrzec znamienną powtarzalność zachowań władców Kremla. Przede wszystkim ich skłonność do przeszacowywania możliwości własnych i niedoszacowywania potencjału przeciwnika oraz bezwzględną determinację. No i strach przed skumulowaną siłą dużych graczy i ich skoordynowanym działaniem. Warto te czynniki uwzględnić w rozważaniach o przyszłości natowskiej Europy.

Należy więc odrzucić założenie o oczywistości przewagi Sojuszu nad rosją. Fakt, iż ta przewaga istnieje, nie wyklucza scenariusza, w którym rosjanie znów coś źle zinterpretują, uznają jakąś cechę czy postawę za słabość. Na przykład dojdą do wniosku, że zajęte polityką wewnętrzną USA nie zaangażują się w obronę któregoś z europejskich państw. Podobne założenie leżało u podstaw agresji na Ukrainę – na przełomie 2021 i 2022 roku Kreml kalkulował, że Stany, po blamażu w Afganistanie, co najwyżej pogrążą palcem, ale realnie nic nie zrobią.

Porzucić trzeba też dotychczasowe wyobrażenia o rosyjskim progu bólu. „To był mój błąd”, przyznał generał Walery Załużny w słynnym wywiadzie dla „The Economist” z listopada 2023 roku. „rosja ma co najmniej 150 tys. zabitych. W każdym innym kraju taka liczba ofiar zatrzymałaby działania zbrojne”, mówił ówczesny naczelny dowódca ukraińskich sił zbrojnych. Tak tłumaczył się z porażki kontrofensywy na Zaporożu, sugerując, że jednym z jej celów było maksymalne wykrwawienie rosjan. Tyle że na Kremlu nie przejęli się stosami trupów.

I dalej nie przejmują. To, co dzieje się na froncie, zasługuje na miano hekatomby – rosjanie giną „przemysłowo”. Nie mam pojęcia, ilu jeszcze musi polec, by w Moskwie uznano, że dalsze prowadzenie wojny nie ma sensu. Pół miliona? Milion? Oczywiście, sytuacja z Ukrainą może być nieco inna niż w przypadku nowej wojny. Niewykluczone, że Kreml – wyposażony w wiedzę, którą dysponuje w tej chwili – w ogóle by „specjalnej operacji wojskowej” nie wszczynał. Teraz zaś brnie w nią, bo skoro już tak wiele „zainwestowano”, to  nie można się wycofać. W takim ujęciu wejściowy próg bólu wcale nie musi być tak wysoki, jak nam się dziś, „po Ukrainie”, wydaje. Ale dla własnego bezpieczeństwa powinniśmy założyć, że ryzyko wysokich strat może nie być dla rosjan wystarczająco odstraszające.

Co te rekomendacje winny oznaczać w praktyce? Po pierwsze, budowanie potencjału, który postawi rosjan przed ryzykiem nie tyle wysokich, co bardzo wysokich strat. Które poniosą od razu, przy pierwszej próbie wszczęcia „gorącego” konfliktu. Po drugie, bardziej asertywną i aktywną postawę wobec rosyjskich działań, zwłaszcza prowokacji. Straszą? Straszmy ich również. Prowadzą wobec nas hybrydowe działania? Róbmy to samo; rosjanie rozumieją wyłącznie język siły, jakiekolwiek wahania uznają za słabość. I wreszcie po trzecie, redukujmy pola dla dyskusji o jakości sojuszniczych gwarancji. W interesie krajów NATO, zwłaszcza tych mniejszych i słabszych, jest powrót do realiów zimnej wojny, kiedy przekonanie o monolicie zachodniej wspólnoty uchodziło za trudny do podważenia paradygmat.

Wiem, że to nie są proste do wdrożenia rady, ale na fali świąteczno-noworocznych nadziei życzę Państwu i sobie, byśmy mogli cieszyć się z ich realizacji. Wszak idzie tu o „święty spokój”.

—–

Czytelników, którzy chcieliby nabyć moją najnowszą książkę pt.: „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji”, w wersji z autografem, oraz kilka innych wcześniejszych pozycji, zapraszam tu.

Całość tekstu, który opublikowałem w portalu Polska Zbrojna, znajdziecie pod tym linkiem.

Nz. fińscy żołnierze na pozycjach/fot. domena publiczna

Graal

W pierwszej rodzimej produkcji dla Netfliksa – niezbyt udanym, stworzonym przed kilku laty serialu pt.: „1983” – jest scena, w której dowódca polskiej armii z dumą ogląda skrzynie z głowicami jądrowymi. W alternatywnej rzeczywistości, do jakiej zabierają nas twórcy, Polska początku XXI wieku jest mocarstwem atomowym. W scenariuszu nie znajdziemy informacji o tym, jak Polacy weszli w posiadanie broni A. Tajemnicza transformacja naszego kraju zaczyna się w tytułowym roku, 20 lat później wciąż rządzą komuniści, ale ich PRL jest bytem niezależnym od ZSRR i prężnie się rozwija. Warunki dla tego rozwoju, i tej niezależności, zapewnia właśnie arsenał nuklearny.

„Mocarstwowy” element fabuły może się nam wydawać śmieszny i nieprawdopodobny, co nie zmienia faktu, że założenie o nietykalności, jaką gwarantuje broń jądrowa, jest jak najbardziej poprawne. „Jestem absolutnie pewien, że gdyby rosjanie nie mieli broni jądrowej, bylibyśmy na Ukrainie i ich stamtąd wyrzucili. Z pewnością byśmy to zrobili”, przyznał admirał Rob Bauer, przewodniczący Komitetu Wojskowego NATO, podczas Szczytu Obronnego w Pradze (8-10 listopada br.). Wśród analityków militarnych panuje niemal pełna zgoda co do tego, że gdyby Kijów nie zrezygnował z broni jądrowej odziedziczonej po Związku Radzieckim, federacja rosyjska nie najechałaby Ukrainy – ani w 2014, ani w 2022 roku.

—–

Poza rosyjskim i ukraińskim, pouczający pozostaje przykład Korei Północnej. Choć to agresywna dyktatura, strach jej tykać, bo skutki dla regionu – relatywnie niedużego półwyspu – byłyby dramatyczne. Rok temu spotkałem się z emerytowanym generałem południowokoreańskiej armii. Głównym tematem rozmowy była współpraca przemysłów naszych krajów, ale skorzystałem z okazji i poprosiłem o ocenę możliwości wojsk Kim Dzong Una. „Dla nas jedynym poważnym zmartwieniem są ich głowice nuklearne”, usłyszałem. Korea Północna ma około 50 ładunków, co przy tysiącach, jakimi dysponują Amerykanie i rosjanie, może wydawać się skromnym potencjałem. I jest takim w liczbach rzeczywistych, w drzemiącej w głowicach sile już nie.

Samodzielny potencjał odstraszania, jaki dają własne „atomówki”, nie zapewnia całkowitej gwarancji niepokonania. W najnowszej historii mamy przykłady mocarstw jądrowych, które przegrały wojny; dość wspomnieć USA w Wietnamie czy ZSRR w Afganistanie. Najnowszy konflikt rosyjsko-ukraiński – wszystko na to wskazuje – także nie zakończy się zwycięstwem rosji. Tym niemniej arsenał jądrowy nadal sprawdza się w charakterze polisy ubezpieczeniowej chroniącej przed widmem okupacji. Przykład obwodu kurskiego i prowadzonej tam ukraińskiej operacji nie podważa tej reguły, mamy tu bowiem do czynienia z symbolicznym naruszeniem rosyjskiej integralności – tymczasowym, biorąc pod uwagę rozległość federacji mikroskopijnym, nade wszystko zaś niestanowiącym zagrożenia dla trwałości struktur rosyjskiego państwa. To raczej prztyczek niż bolesny cios, użycie w takiej sytuacji broni jądrowej byłoby działaniem nieadekwatnym i tak też postrzegają sprawy w Moskwie.

—–

Myślenie o atomowym zabezpieczeniu nieobce jest też Polakom – ale na życzeniowej refleksji się kończy. Nie dysponujemy bowiem zapleczem techniczno-naukowym, które dałoby możliwość samodzielnego pozyskania komponentów niezbędnych do produkcji broni jądrowej. Kupno? Nie istnieje „sklep z atomówkami”, a jest jeszcze kwestia politycznego klimatu – od wrogów nie kupimy, a sojusznicy nam nie sprzedadzą.

W latach 70. XX na przeszkodzie do pozyskania broni A przez Polskę stała sowiecka kuratela, po 1989 roku Amerykanie. Dlaczego? Stanom (jak ZSRR, a potem rosji) zależy, by „atomowy klub” pozostał jak najmniejszy, co obejmuje także sojuszników. Takie podejście to element „zarządzania eskalacją”. Kalkulacji, zgodnie z którą im mniej posiadaczy głowic, tym mniejsze ryzyko, że ktoś ich użyje. Im mniej w tym gronie sojuszników, tym niższe prawdopodobieństwo, że USA – zobligowane aliansami – zmuszone będą wejść do wojny, w której już sięgnięto po broń jądrową. Czyli znaleźć się w sytuacji bliższej czarnemu scenariuszowi niekontrolowanej eskalacji.

W takich okolicznościach jedyny sposób na posiadanie dostępu do głowic, to udział Polski w natowskim programie Nuclear Sharing. Ale nawet jeśli do niego przystąpimy (czego dotąd nam nie zaproponowano…) – użyczymy miejsc do składowania ładunków, a nasi piloci będą uczyć się zrzucania bomb jądrowych – dysponentem głowic pozostaną USA. Decyzje o ich użyciu nie byłyby więc podejmowane w Warszawie, co mogłoby mieć dramatyczne skutki w razie rozdźwięku w postrzeganiu zagrożeń. Sytuację w naszej ocenie śmiertelnie ryzykowną, Amerykanie mogliby definiować jako niespełniającą kryteriów koniecznych dla sięgnięcia po „ostateczny argument” czy choćby zademonstrowania woli jego użycia. Skutkiem takiego zaniechania mogłaby być rosyjska okupacja części terytorium RP.

—–

Wychodzi więc na to, że samodzielny potencjał odstraszania to święty Graal polskiej polityki obronnej. Zdaje się, że nigdy go nie posiądziemy, co wcale nie oznacza beznadziejnego położenia.

Kilka lat temu – przygotowując się do napisania pierwszej powieści z konfliktem polsko-rosyjskim w tle (chodzi o „(Dez)informację”) – spotkałem się z wieloma wojskowymi. Jeden z generałów opowiedział mi o grze strategicznej, w ramach której ćwiczono „na sucho” operację obronną. Częścią manewrów było uderzenie odwetowe o kryptonimie „Iglica” (piszę o tym swobodnie – we wspomnianej książce i na potrzeby tego tekstu – nie ujawniam bowiem żadnych planów, a jedynie scenariusz jednej z gier). No więc na potrzeby „Iglicy” zamierzono użyć najgroźniejszej broni z arsenału WP – pocisków manewrujących JASSM. Jeszcze w minionej dekadzie Polska kupiła w USA co najmniej 70 takich rakiet, wynoszonych do miejsc odpalenia przez samoloty F-16. Bez zbędnego wchodzenia w szczegóły, JASSM-y służą do precyzyjnego rażenia umocnionych obiektów o istotnym znaczeniu strategicznym, daleko poza linią frontu.

W „Iglicy” – choć jej nazwa może kojarzyć się z Basztą Spasską – nie chodziło o uderzenie w siedzibę prezydenta rosji. Celem miały być bazy w Kaliningradzie (dziś Królewcu), Bałtyjsku i Donskoje. Ich poważne uszkodzenie odcięłoby na wiele dni flotę bałtycką od zaplecza. Gdyby dodatkowo udało się zatopić część jej jednostek na wodzie – a takie zadanie mogłyby wykonać Nadbrzeżne Dywizjony Rakietowe – rosyjskie działania na Bałtyku zostałyby mocno ograniczone. Wówczas zapewne nie doszłoby do desantów na Wybrzeżu, a tym samym oddziały przeciwnika nie wyszłyby na tyły polskiej obrony. Losów wojny od razu by to nie zmieniło – najważniejsza bitwa i tak toczyłaby się między Wisłą a Bugiem. Plan dawał jednak czas i tworzył miejsce na przybycie sojuszniczych posiłków.

—–

Nie napiszę, jak zakończyły się ćwiczenia. Przyznam za to, że z ogromną satysfakcją przyjąłem wiadomość sprzed kilku miesięcy – o tym, że Polska podpisała z USA umowę na dostawę kilkuset dodatkowych JASSM-ów, w różnych konfiguracjach, także tych o zasięgu tysiąca kilometrów. „Po Ukrainie” wiemy już, że rosyjska obrona przeciwlotnicza jest dziurawa i że rosjanie nie potrafią upilnować wielu strategicznych obiektów. Mamy zatem pośredni dowód na to, że bylibyśmy w stanie zdać im dotkliwy cios z powietrza. Oni również o tym wiedzą.

A przecież budujemy potencjał nie tylko do uderzeń dalekiego zasięgu. Zakres zakupów obejmujących wiele kategorii wojskowego sprzętu jest imponujący, niespotykany w powojennej historii Polski (owszem, „za komuny” zdarzały się lata, że pozyskiwaliśmy więcej uzbrojenia, ale nie tak wysokiej jakości). Wymienienie wszystkich typów broni wymagałoby oddzielnego artykułu, na potrzeby tego poprzestańmy na stwierdzeniu, że za mniej więcej dekadę – gdy całe to „bogactwo” będzie już w Polsce i będzie operacyjne – potencjał odstraszania naszej armii znacząco wzrośnie. Zyskamy zdolność do długotrwałego i samodzielnego powstrzymywania rosji, choć oczywiście w ostatecznym rozrachunku bez wsparcia sojuszników się nie obejdzie (tak jak Ukraina nie obeszłaby się bez zachodniej „kroplówki”).

Pod jednym wszak warunkiem – że nie zabraknie nam ludzi do obsługi wszystkich tych nowoczesnych czołgów, armat, samolotów i dronów. Ale skutki demograficznej zapaści to temat na inną opowieść…

—–

Szanowni, życzę Wam spokojnych, pogodnych i rodzinnych świąt. Odpocznijcie! Ja również zamierzam złapać trochę oddechu, więc biorę sobie kilka dni wolnego. Oczywiście, pozostanę w trybie czuwania i jeśli wydarzy się coś nadzwyczajnego, będę reagował.

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Maciejowi Szulcowi, Joannie Marciniak, Jakubowi Wojtakajtisowi, Andrzejowi Kardasiowi, Marcinowi Łyszkiewiczowi, Arkowi Drygasowi, Tomaszowi Krajewskiemu, Magdalenie Kaczmarek, Arkadiuszowi Halickiemu, Piotrowi Maćkowiakowi, Bartoszowi Wojciechowskiemu i Monice Rani. A także: Arturowi Żakowi, Łukaszowi Hajdrychowi, Patrycji Złotockiej, Adamowi Cybowiczowi, Wojciechowi Bardzińskiemu, Krzysztofowi Krysikowi, Bognie Gałek, Michałowi Wielickiemu, Jakubowi Kojderowi, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Bożenie Bolechale, Marcinowi Gonetowi, Pawłowi Krawczykowi, Joannie Siarze, Aleksandrowi Stępieniowi, Marcinowi Barszczewskiemu, Szymonowi Jończykowi, Annie Sierańskiej, Piotrowi Rucińskiemu, Mateuszowi Borysewiczowi, Tomaszowi Sosnowskiemu, Piotrowi Świrskiemu, Kacprowi Myśliborskiemu, Sławkowi Polakowi, Mateuszowi Jasinie i Grzegorzowi Dąbrowskiemu.

Podziękowania należą się również moim najhojniejszym „kawoszom” z ostatniego tygodnia: Czytelniczce Marcie, Czytelnikowi Łukaszowi oraz Kamilowi Zemlakowi.

To dzięki Wam powstają także moje książki!

Czytelników, którzy chcieliby nabyć najnowszą pt.: „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji”, w wersji z autografem, oraz kilka innych wcześniejszych pozycji, także wspomnianą w tekście „(Dez)informację”, zapraszam tu.

Nz. Polskie F-16 w akcji/fot. Bartek Bera

Tekst pierwotnie opublikowałem w portalu Interia, oryginał znajdziecie pod tym linkiem.

Wszyscy?

Wczoraj udzieliłem wywiadu portalowi TVP.Info. Z red. Krzysztofem Majdanem rozmawialiśmy rzecz jasna o Ukrainie. Materiał ukaże się między świętami, oczywiście podrzucę Wam link. A już dziś, tytułem zachęty do przyszłej lektury, publikuję niewielki fragment tej rozmowy. Z nadzieją na Wasze udostępnienia, no i wsparcie dla mojej publicystyki, bez którego nie byłbym w stanie raportować z i na temat Ukrainy.

KM: Mam wrażenie, że im dłużej trwa wojna, tym bardziej rośnie niechęć do Ukraińców pracujących m.in. w Polsce. Dotyczy to przede wszystkim młodych mężczyzn…

MO: Faktem jest, że kilkaset tysięcy potencjalnych poborowych wyjechało z Ukrainy, pracują teraz u nas, w Niemczech, innych krajach. Jako socjolog i obserwator konfliktów zbrojnych nie widzę w tym niczego nadzwyczajnego. Nie dostrzegam też powodów, dla których miałbym takich ludzi piętnować.

– Nie?

Nie. Widzę za to problem tkwiący w nas i w naszym systemie edukacji, który od dekad przesiąknięty jest martyrologią. Czego skutkiem jest powszechne pośród kolejnych pokoleń przekonanie, że gdy trwa wojna, to walczą wszyscy. A to bzdura i kłamstwo.

– Jak to bzdura?

– Twierdzenie o powszechnym oporze nie znajduje odzwierciedlenia w rzeczywistości współczesnych konfliktów zbrojnych. Tak naprawdę walczy niewielki odsetek społeczeństwa. Duża część, owszem, wspiera, ale większość po prostu stara się przeżyć. W tej ostatniej grupie wachlarz postaw jest szeroki – zawiera i obojętność, i kolaborację. Jeśli idzie o mężczyzn – tych, którzy dobrowolnie idą do wojska z przyczyn ideologicznych, patriotycznych, jest kilka, bywa że kilkanaście procent. Resztę armii stanowią chłopcy z poboru. Ale u licha, ci, którzy go uniknęli, wcale nie muszą być tymi złymi.

– Bo?

– Bo państwo na wojnie to ogromny i skomplikowany organizm, który nie może składać się wyłącznie z pięści. Jest reszta ciała, absolutnie niezbędna do funkcjonowania. Za żołnierzami na froncie musi stać odpowiednio wydolna gospodarka, ktoś musi w niej pracować. A na zapleczu – bo czemu by nie? – życie toczy się wedle utartych, pokojowych rytmów.

– No ale mówimy o Ukraińcach w Polsce…

– …gdzie łatwiej o większe pieniądze. Ci „nasi” Ukraińcy wysyłają na Wschód – do pozostałych na miejscu rodzin – nawet 5 mld dol. rocznie. Dla zarżniętej wojną ukraińskiej gospodarki to solidne wsparcie, nie do wypracowania w kraju.

Ale ok, piętnujmy ich, mamy do tego prawo. Łatwo jest to robić zza komputera czy na wygodnej kanapie. Tylko zastanówmy się, co sami byśmy zrobili w takiej sytuacji. Czy poszlibyśmy na front czy wybrali mniej ryzykowne opcje. A proszę mi uwierzyć, wojna – zwłaszcza z perspektywy okopu – to potworne doznanie…

—–

No więc jako się rzekło, z nadzieją na dalsze wsparcie, udostępniam poniższe przyciski.

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Osoby, które chciałby nabyć moją najnowszą książkę pt.: „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji”, w wersji z autografem, oraz kilka innych wcześniejszych pozycji (również z bonusem), zapraszam tu. Polecam się w perspektywie świąt i podchoinkowych prezentów!

Nz. Gdzieś na linii frontu, zdjęcie ilustracyjne/fot. SzG ZSU

Hulajnoga

„rosja to stan umysłu”, głosi popularne hasło. Jego historia sięga czasów przedsowieckich, ale sławę przyniósł mu Internet. Kilkanaście lat temu w sieci zaczęły pojawiać się filmiki i serie zdjęć ilustrujących codzienność głównie rosyjskiej prowincji. Jej absurdy, degenerację i degradację. Zapijaczony świat pełen przemocy i materialnej rozpierduchy. Śmialiśmy się z tego, wciąż śmiejemy, choć w gruncie rzeczy nie raz jest to śmiech przez łzy. Maskujący przerażenie czy tylko zdumienie. „To ludzie tak mogą?”, kręcimy głowami.

Stoi za tym przekonanie, że u nas „takie rzeczy”, w takim nasileniu i nagromadzeniu, nie są możliwe. Jest też w tej naszej percepcji element duszęszczypatielny – rodzaj nostalgii za szaloną odmianą słowiańszczyzny.

Ale owa odmienna umysłowość to nie tylko pijacko-chuligańskie wybryki – nade wszystko tworzy ją rosyjski przekaz propagandowy i jego percepcja. Wizja i wiara w alternatywny świat – tak głupi, że czasem aż zęby zgrzytają. „Jakim trzeba być durniem, żeby to kupować?”, łapię się często na takiej refleksji. Chciałbym wierzyć, że wielu rosjan zachowuje rozsądek i z dystansem podchodzi do kolejnych sensacji propagandystów. Czas spędzony w rosyjskojęzycznym uniwersum pozbywa mnie złudzeń. Bo chyba istotna większość „ruskich” wierzy w te brednie o konieczności denazyfikacji, o ukraińskim ludobójstwie w Donbasie, o sprowokowanej przez Zachód wojnie.

Czy wreszcie o istnieniu amerykańskich bio-laboratoriów na terenie Ukrainy. Placówek, których celem jest produkcja broni wymierzonej w rosję i rosjan, znalezienie genetycznych rozwiązań, które miałyby doprowadzić do upadku federacji i eksterminacji „ruskiego świata”. To jedna z najpopularniejszych fałszywych narracji, którymi posługuje się Kreml, by uzasadnić agresję na Ukrainę.

Jesienią 2022 roku „Kommiersant” powołał się na raport komisji dumy „badającej działalność amerykańskich laboratoriów biologicznych na Ukrainie”. Zdaniem konstantina kosaczowa, przewodniczącego rady federacji, analiza próbek krwi wziętych do niewoli ukraińskich żołnierzy potwierdziła, że „w przypadku szeregu chorób, w tym nietypowych dla terytorium Ukrainy, zawartość odpowiednich substancji przekracza dopuszczalne normy wielokrotnie”. W ocenie kosaczowa, wojskowych poddawano eksperymentom z wyjątkowo groźnymi chorobami, by następnie „rozprzestrzenić je w celach militarnych”. Krok dalej poszła irina jarowaja. „W co piątej przebadanej próbce krwi jeńców ukraińskich znaleziono gorączkę zachodniego Nilu”, twierdziła ówczesna wiceprzewodnicząca dumy państwowej. Według niej, w Ukrainie – oczywiście pod kontrolą USA – wdrożono „system kontroli i tworzenia najbardziej brutalnej maszyny do zabijania”. Potwierdzać to miał podawany żołnierzom doping, którego celem była „neutralizacja ostatnich śladów ludzkiej świadomości”. Grubo, prawda?

Gwoli rzetelności dodać należy, że na terenie Ukrainy działa kilka laboratoriów, ufundowanych w latach 90. przez rząd Stanów Zjednoczonych. Ale ich zadaniem nie jest opracowywanie technologii wojskowych, a nadzór epidemiologiczny, który wraz z upadkiem Związku Radzieckiego uległ kompletnej dezorganizacji (na obszarze całego sowietu, nie tylko w byłej Ukraińskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej). Od dawna jednak wszystkie te laboratoria są obsługiwane wyłącznie przez ukraińskie podmioty, a ich istnienie oraz zakresy prowadzonych działań – wbrew spiskowym teoriom – nigdy nie były tajemnicą.

Dlaczego o tym wspominam? Ano dziś nad ranem do krainy wiecznych łowów udał się generał broni igor kiriłłow, dowódca Wojsk Obrony Radiacyjnej, Chemicznej i Biologicznej federacji rosyjskiej. Informację tę potwierdził rosyjski komitet śledczy, przyznając, że oficer zginął w wyniku zamachu. Doszło do niego w Moskwie, przy Prospekcie Riazańskim, w momencie gdy generał wraz z adiutantem przechodzili koło zaparkowanej na chodniku elektrycznej hulajnogi. Eksplozja zdalnie inicjowanego ładunku umieszczonego w miejscu na akumulator zabiła obu mężczyzn.

Przyznam, początkowo wydawało mi się, że kiriłłow padł ofiarą „swoich” – że jest kolejnym generałem zabitym czy to na zlecenie Kremla, czy w ramach bandyckich porachunków w ramach rosyjskiego MON. Ale Ukraińcy otwarcie przyznają się do likwidacji dowódcy rosyjskich wojsk chemicznych, co nie musi przesądzać sprawstwa, ale mocno je uprawdopodabnia.

No dobrze, ale co ma kiriłłow do bio-laboratoriów? Oj, dużo; generał był twarzą tej obrzydliwej i absurdalnej narracji, mającej usprawiedliwić napaść na Ukrainę. Wielokrotnie występował publicznie z oskarżeniami, w styczniu br. twierdził na przykład, że Amerykanie – rękoma ukraińskich podwykonawców – przeprowadzili eksperymenty z wykorzystaniem dwóch szczepów wirusa ospy prawdziwej. „To tworzenie poważnego zagrożenia dla bezpieczeństwa ludzkości na całym świecie”, grzmiał. Innym razem przekonywał, że bio-laby w Ukrainie poświęcają mnóstwo uwagi wąglikowi i infekcjom, które mogą być przenoszone przez kleszcze. Oczywiście mordercze insekty miały następnie trafić do rosji.

Z ust kiriłłowa dostało się i Polsce, także „realizującej projekty wojskowo-biologiczne na Ukrainie”. W naszym przypadku chodzić miało o badania rozprzestrzeniania się wirusa wścieklizny; źródła milczą, jak i kiedy to choróbsko chcieliśmy wyeksportować do matiuszki.

Jeszcze ciekawszą „wiedzą” podzielił się generał wiosną tego roku – orzekł mianowicie, że ​​USA zamierzają wypuścić broń biologiczną w postaci ptasiej grypy i oskarżyć o ten czyn rosję. Działania pod fałszywą flagą miały być zrealizowane w Ukrainie, z wykorzystaniem zainfekowanych gołębi…

Zabawne, że wszystkie te sensacyjne wieści kiriłłow oznajmiał z zachowaniem pełnej powagi; w sieci sporo jest filmików z jego konferencji, polecam obejrzeć choćby jeden czy dwa.

Jakkolwiek współtworzenie fałszywej narracji to poważny zarzut (znacznie poważniejszy, gdy uświadomimy sobie, jaką pożywkę na całym świecie zyskały wszelkiej maści szury i denialiści), to jednak nie z tego powodu kiriłłow podpadł ukraińskim służbom i tamtejszemu wymiarowi sprawiedliwości. Rzecz w tym, że dowódca rosyjskich chemików wydawał rozkazy użycia zabronionej konwencjami broni chemicznej. Na skutek jej użycia (granatów moździerzowych zawierających zakazane gazy) poszkodowanych zostało ponad dwa tysiące ukraińskich żołnierzy – i to ich cierpienie przesądziło o losie oficera. Tak przynajmniej twierdzą Ukraińcy, a hipotezę o „ukraińskim śladzie” bada rosyjski komitet śledczy. Zaś ukraiński Internet toczy dziś potężną bekę z zabójczej hulajnogi.

Po prawdzie to i ja uważam te elektryczne cholerstwa za narzędzia szatana…

—–

Dziękuję za lekturę i udostępnienia! Szanowni, jak wielokrotnie podkreślam, piszę w istotnej mierze dzięki Wam i Waszemu wsparciu. Pomożecie w dalszym tworzeniu kolejnych treści?

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Osoby, które chciałby nabyć moją najnowszą książkę pt.: „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji”, w wersji z autografem, oraz kilka innych wcześniejszych pozycji (również z bonusem), zapraszam tu. Polecam się w perspektywie świąt i podchoinkowych prezentów!

Nz. igor kiriłłow/fot. MOFR