Cisza

W różnych regionach rosji – od obszarów przygranicznych po największe aglomeracje – zaczęto okresowo ograniczać lub całkowicie wyłączać mobilny internet. Chodzi o transmisję danych w sieciach komórkowych (LTE i 5G), podczas gdy Internet stacjonarny oraz sieci Wi-Fi w wielu przypadkach nadal funkcjonują, choć i tu zdarzają się zakłócenia. 

Reakcja rosyjskiego społeczeństwa na ograniczenia mobilnego internetu jest zaskakująco stonowana. Nie widać masowych protestów, brak też wyraźnych sygnałów skoordynowanego sprzeciwu. To jednak nie tyle dowód akceptacji, co raczej efekt warunków, w jakich te ograniczenia są wprowadzane.

—–

Po pierwsze, blackouty mają charakter fragmentaryczny i czasowy. Uderzają w konkretne regiony, pojawiają się nagle i równie nagle znikają. Taki model działania utrudnia mobilizację – trudno protestować przeciwko zjawisku, które nie jest ciągłe i którego skala pozostaje niejasna.

Po drugie, brak mobilnego internetu sam w sobie ogranicza możliwość organizowania sprzeciwu. Komunikatory przestają działać w czasie rzeczywistym, media społecznościowe tracą swoją funkcję koordynacyjną, a informacja rozchodzi się wolniej i mniej efektywnie. To paradoks, który w rosyjskich warunkach ma konkretne znaczenie: narzędzie potencjalnego buntu zostaje wyłączone dokładnie w momencie, gdy mogłoby być najbardziej potrzebne.

Nie oznacza to jednak braku frustracji. Tam, gdzie dostęp do sieci jeszcze istnieje – przede wszystkim poprzez Wi-Fi – pojawiają się skargi, komentarze i próby wymiany informacji. Użytkownicy dzielą się doświadczeniami, próbują ustalić skalę problemu, szukają sposobów obejścia ograniczeń.

Istotna jest również adaptacja. Część użytkowników wraca do rozwiązań sprzed epoki pełnej mobilności – planowania z wyprzedzeniem, korzystania z gotówki, umawiania się „na godzinę” bez możliwości bieżącej korekty. To drobne zmiany, ale w skali całego społeczeństwa oznaczają przesunięcie w stronę większej przewidywalności i mniejszej spontaniczności.

W tle pozostaje jeszcze jeden czynnik – strach. rosyjskie społeczeństwo ma za sobą doświadczenie tłumionych protestów i konsekwencji udziału w działaniach uznawanych przez władzę za niepożądane. W takich warunkach nawet wyraźna niedogodność nie musi automatycznie przekładać się na gotowość do otwartego sprzeciwu. W efekcie powstaje sytuacja, w której niezadowolenie istnieje, ale jest rozproszone i pozbawione narzędzi ekspresji. A to z punktu widzenia władz jest scenariuszem optymalnym – napięcie społeczne rośnie, lecz nie znajduje ujścia w formie, która mogłaby zagrozić systemowi.

—–

Oficjalna reakcja rosyjskich władz? Najczęściej pojawia się odwołanie do „zapewnienia bezpieczeństwa” oraz konieczności przeciwdziałania bliżej nieokreślonym zagrożeniom. Rzadziej mówi się o „pracach technicznych”.

Kluczowe jest to, czego w tych komunikatach nie ma. Brakuje konkretów: wskazania czasu trwania ograniczeń, ich dokładnego zakresu czy precyzyjnego uzasadnienia. Obywatel dostaje informację szczątkową, która nie pozwala ani zrozumieć sytuacji, ani się do niej przygotować. To nie jest przypadek, lecz element szerszego modelu zarządzania informacją – takiego, w którym państwo kontroluje nie tylko przekaz, ale także poziom niewiedzy.

Równolegle działa mechanizm przerzucania odpowiedzialności. W przestrzeni propagandowej pojawiają się sugestie, że ograniczenia są odpowiedzią na działania zewnętrzne – zagrożenia ze strony Ukrainy, Zachodu czy „cyberataków”. Nawet jeśli nie jest to komunikowane wprost, kontekst jest czytelny: to nie państwo ogranicza obywateli, lecz państwo chroni ich przed kimś innym.

Istotnym elementem tej narracji jest minimalizowanie skali problemu. W przekazie medialnym blackouty przedstawiane są jako lokalne, krótkotrwałe i w gruncie rzeczy nieistotne zakłócenia. Brakuje miejsca na analizę ich konsekwencji czy próbę szerszego ujęcia zjawiska. W ten sposób tworzy się obraz rzeczywistości, w której nic poważnego się nie dzieje – nawet jeśli codzienne doświadczenie użytkowników mówi coś zupełnie innego.

—–

Część ekspertów przyjmuje oficjalne wyjaśnienie, że ograniczenia mobilnego internetu mają charakter militarny. Łączność może wspierać koordynację działań czy wykorzystanie systemów bezzałogowych, więc jej ograniczenie – zwłaszcza w regionach zagrożonych atakami – wydaje się logiczne. Problem w tym, że to tłumaczy tylko część zjawiska. Współczesne systemy bezzałogowe często korzystają z innych kanałów łączności lub działają autonomicznie, a blackouty obejmują także obszary oddalone od bezpośrednich działań wojennych. To sugeruje, że aspekt militarny jest tylko jednym z elementów szerszej układanki.

rosja od lat rozwija narzędzia pozwalające na centralne zarządzanie ruchem internetowym i filtrowanie treści. W tym kontekście obecne ograniczenia nie wyglądają na improwizację, lecz na świadome użycie wcześniej przygotowanych mechanizmów. Zapewne mają one charakter testowy – władze nie tylko odcinają łączność, ale też obserwują skutki: reakcje społeczne, wpływ na gospodarkę i poziom dezorganizacji życia codziennego. To proces sprawdzania, jak daleko można się posunąć.

Wyłączenia Internetu można też interpretować jako przygotowanie do sytuacji, w której kontrola przepływu informacji stanie się kluczowa. Mobilny Internet – zdecentralizowany i trudny do pełnego nadzoru – jest w tej logice problemem. Jego ograniczenie pozwala zawęzić przestrzeń informacyjną i wzmocnić dominację przekazu oficjalnego. Równolegle ma to wymiar prewencyjny: utrudnia organizację protestów i szybkie rozprzestrzenianie się informacji, zwiększając koszt społecznej mobilizacji.

Być może Moskwa przygotowuje się na kolejną fazę wojny – w tym na masową mobilizację – i zawczasu „wycisza” kanały społecznej komunikacji. Tego dziś nie da się jednoznacznie rozstrzygnąć, ale skala i charakter działań sugerują, że nie są one wyłącznie reakcją na bieżące zagrożenia. To raczej przygotowanie systemu państwa na moment, w którym kontrola informacji stanie się równie istotna jak kontrola pola walki.

Rozbudowaną wersję tego tekstu opublikowałem w portalu „Polska Zbrojna” – oto link do tego materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Zuchwałość

gierasimow, ksywa „młotkowy’, do putina (10 dni temu):

– Zdobyliśmy Kupiańsk!

Zełenski (dziś):

– Potrzymaj mi piwo…

Znajdą się tacy, którzy powiedzą, że chłopięca zuchwałość nie przystoi politykowi, głowie państwa na wojnie. „Propagandowa szopka”, rzekną, usiłując zdezawuować fakt, że prezydent Ukrainy znów odwiedził żołnierzy w strefie walk, gdy jego adwersarz długo nie wychodził z bunkra, a jak już zdecydował się pojechać na front, to zwizytował go zdalnie, z bezpiecznej odległości 40 kilometrów (nawet Hitler, który odwagą nie grzeszył, był bliżej…). Załączone zdjęcie wykonano w Kupiańsku, 2000 metrów od rosyjskich pozycji. Gdy je robiono, Zełenski nagrywał wystąpienie, w którym odnosił się do kremlowskich zapewnień o zdobyciu miasta.

„Frajerzy…”, mówi jego postawa, a komunikat ów skierowany jest nie tylko do putina i jego speca od masowego wytracania własnych żołnierzy. To także przesłanie do Trumpa, coś w stylu: „może i nie mam najmocniejszych kart, mam za to jaja”. Tak również (obok szeregu innych działań!), ową chłopięcą zuchwałością, buduje się morale współobywateli. Kto nie wierzy, niech zerknie w ukraińską przestrzeń informacyjną. Prezydencki gest jest tam odbierany jako symbol niezłomności i nieustępliwości całej Ukrainy. Jednoczy i daje powody do dumy. A na takiej bazie pojawia się skłonność do kolejnych wyrzeczeń.

—–

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Fot. Biuro prezydenta Ukrainy

Przeczekanie

Niemal cztery lata po rozpoczęciu pełnoskalowej inwazji na Ukrainę, mimo marnych sukcesów i koszmarnych strat, rosja nie wydaje się gotowa, by zakończyć wojnę. Ba, putin wciąż wierzy, i daje temu wyraz, że może ów konflikt wygrać – i że jest już bliżej niż dalej na drodze do zwycięstwa. Stąd sztywne stanowisko Moskwy, którego częścią jest pogardliwe wręcz lekceważenie inicjatyw dyplomatycznych USA i prezydenta Donalda Trumpa.

putin nie jest generałem. Nie dowodzi, nie planuje operacji militarnych, wszystko wskazuje na to, że jest wojskowym dyletantem. To stwierdzenie faktu, nie zarzut – politycy nie muszą znać się na wojennym rzemiośle, mają od tego ludzi. Czy ludzie putina – z gen. gierasimowem na czele – są kompetentni, to już inna historia; temat do rozważań w odrębnym tekście. Na gruncie tego artykułu dość stwierdzić, że rosyjski prezydent nie kalkuluje jak wojskowy. Wciąż za to pozostaje pod wpływem schematów myślowych typowych dla ludzi służb specjalnych. Nawet jako trzeciorzędnego kagiebistę, putina wyuczono, że od doraźnych efektów ważniejsze są długofalowe skutki. Że sukcesy przychodzą po latach mozolnej pracy, że trzeba być cierpliwym i znosić liczne niedogodności po drodze. Więc kremlowski dyktator je znosi, wciąż przekonany, że może – ale też że musi – wygrać. Co konkretnie się za tym kryje?

Zmęczenie

putin gra na czas. Wie, że demokracje są niecierpliwe. Że wyborcy w USA, Niemczech czy Francji nie chcą wojny, która trwa latami (nawet jeśli ich kraje nie są w nią bezpośrednio zaangażowane). Liczy, że zmęczenie społeczne przełoży się na presję polityczną – i że finalnie Ukraina zostanie zmuszona przez swoich sojuszników i donatorów do ustępstw.

W tym kontekście najnowsza decyzja Donalda Trumpa, by nie przekazywać Ukrainie pocisków Tomahawk, jest dla Kremla sygnałem, że Zachód się cofa. Bo jeśli Stany Zjednoczone nie sięgają po jedne ze swoich najpotężniejszych narzędzi, to rosja może kontynuować wojnę bez ryzyka poważniejszej eskalacji.

A nie tylko USA są w tej grze. W Niemczech rośnie presja, by ograniczyć kosztowną pomoc wojskową. We Francji prezydent Macron balansuje między twardą retoryką, akceptowaną przez liberalną część społeczeństwa, a realną niechęcią do eskalacji, popularną na prawicy. Nawet w Brukseli, gdzie jeszcze niedawno mówiono o „strategicznej cierpliwości”, dziś coraz częściej słychać głosy o „strategicznym kompromisie”.

Na tym tle Polska jawi się jako wyjątek. Warszawa – niezależnie od tego, kto akurat rządzi – utrzymuje twardą linię wobec rosji. Wspiera Ukrainę militarnie, politycznie, logistycznie. Ale i tu widać zmęczenie, nade wszystko jednak rosnącą skalę antyukraińskich nastrojów, która sprawia, że poparcie dla dalszego zaangażowania w konflikt nie jest już tak jednoznaczne jak w 2022 roku. Dlatego rosja prowadzi wobec Polski grę równoległą: z jednej strony grozi, z drugiej – próbuje destabilizować. Kampanie dezinformacyjne, ataki cybernetyczne, prowokacje na granicy z Białorusią – to nie przypadek, to strategia. Działająca, wszak antyukraińskie nastroje są w istotnej mierze efektem inspirowanej przez rosjan nagonki.

Reasumując wątek, putin jest przekonany, że nie musi pokonać Ukrainy militarnie. Wystarczy mu, że Zachód się cofnie, że Polska się zawaha (i na przykład zamknie lotnisko w Jasionce). Że Waszyngton powie „nie teraz”, Berlin „może później”, a Paryż „spróbujmy negocjacji”. Wtedy Ukraina zostanie sama. A samotna Ukraina to taka, którą można zmusić do kapitulacji – nie na polu bitwy, ale przy stole rozmów.

Przewaga

rosja nie ma przewagi technologicznej – przynajmniej nie w takim zakresie, który pozwalałby jej pokonać Ukrainę w sposób szybki i decydujący. Nie dysponuje systemami, które mogłyby zneutralizować zachodnie uzbrojenie, nie ma przewagi w zakresie precyzyjnych uderzeń, nie kontroluje przestrzeni powietrznej. Ale ma coś innego. Ma ludzi. I gotowość do ich poświęcenia.

Według danych Center for Strategic and International Studies (CSIS) – jednego z najważniejszych amerykańskich think tanków zajmujących się analizą polityki zagranicznej i bezpieczeństwa międzynarodowego – tylko w 2025 roku rosja straciła bezpowrotnie ponad 100 tys. żołnierzy. To liczba, która w każdym innym kraju wywołałaby kryzys polityczny, społeczne protesty, może nawet zmianę władzy. Ale nie w rosji. Tam Kreml wciąż nazywa wojnę „zrównoważoną” i liczy na zwycięstwo w konflikcie na wyczerpanie.

rosyjskie społeczeństwo, choć zmęczone, nie wykazuje oznak masowego sprzeciwu. Dlaczego tak się dzieje napiszę za chwilę, na razie dość stwierdzić, że putin wie, że może rzucać kolejne fale rekrutów – nawet jeśli są słabo wyszkoleni, nawet jeśli giną tysiącami. Dla niego to nie koszt, to narzędzie. Mięso armatnie, które ma zmiękczyć ukraińskie pozycje, ujawnić punkty obrony, wyczerpać amunicję. Po „mięsie” do akcji wchodzą jednostki szturmowe – lepiej wyposażone, lepiej dowodzone, ale wciąż będące częścią tej samej logiki wojny totalnej.

Do tego dochodzi przemysł zbrojeniowy, który – mimo sankcji – wciąż funkcjonuje. Nie w skali, którą obiecuje rosyjska propaganda, ale wystarczająco, by podtrzymać wojenny wysiłek. Fabryki w Tatarstanie, za Uralem czy w obwodzie moskiewskim pracują na trzy zmiany, remontując czołgi, produkując amunicję i drony. Częściowo z rosyjskich komponentów, częściowo z importu – bo Iran, Korea Północna i Chiny dostarczają to, czego rosji brakuje. Silniki, układy optyczne, materiały wybuchowe, elektronikę. „Na lewo” – poza systemem sankcyjnym – i zupełnie legalnie, gdy rzecz dotyczy komponentów podwójnego zastosowania.

putin wierzy, że Ukraina nie wytrzyma tej jednoczesnej presji wojny i wyścigu zbrojeń. Że pęknie pierwsza. Nie trzeba mu więc spektakularnych zwycięstw – jego wojska mogą dreptać w miejscu. Nie znaczy to, że terenowe zdobycze zupełnie się nie liczą – machina propagandowa musi „mieć co jeść”. Dlatego żołdacy putina powinni czasem coś zdobyć. Coś w zasięgu ich ograniczonych możliwości, jak „twierdzę Pokrowsk” czy „fortecę Kupiańsk”, o które toczą się właśnie zacięte walki. Nie są to Charków czy Odesa, ale na użytek człowieka rosyjskiego wystarczy…

Narracja

W rosji nie ma wolnych mediów. Nie ma debaty. Jest przekaz: „bronimy się przed NATO”, „walczymy z nazistami”, „ratujemy Donbas”. To nie slogany – to fundament rosyjskiej narracji wojennej, powtarzany w telewizji, radiu, internecie, w szkołach i na billboardach. Według analizy RAND Corporation z maja 2025 roku, ponad 80 proc. rosyjskich obywateli deklaruje, że czerpie informacje o wojnie z państwowych źródeł, takich jak Kanał Pierwyj, Rossija 24 czy RIA Novosti.

putin nie musi tłumaczyć strat, nie musi odpowiadać na pytania. Może prowadzić wojnę w rytmie, który sam narzuca. Może zmieniać cele, redefiniować sukces, ogłaszać zwycięstwo nawet tam, gdzie go nie ma. Dla społeczeństwa rosyjskiego liczy się obraz – nie rzeczywistość. A obraz jest starannie konstruowany: przez ministerstwo obrony, przez propagandystów, przez duchownych, którzy błogosławią „świętą wojnę”.

Według badania CSIS z września 2025 roku, 72 proc. rosjan popiera kontynuację „specjalnej operacji wojskowej”, choć jednocześnie ponad połowa nie potrafi wskazać, gdzie dokładnie toczą się walki ani jakie są cele strategiczne tej wojny. To nie poparcie – to efekt propagandy. To zgoda na wojnę, której nie rozumieją, ale której nie kwestionują.

Mechanizm ten działa, bo w rosji nie ma alternatywy informacyjnej. Niezależne media zostały zdelegalizowane lub wypchnięte za granicę. Dostęp do zagranicznych źródeł jest blokowany – zarówno technicznie, jak i prawnie. A ci, którzy próbują mówić inaczej, trafiają do więzienia. Według danych organizacji OVD-Info, od początku 2022 roku ponad 20 tysięcy osób zostało zatrzymanych za „dyskredytację armii”, a kilkaset skazano na wieloletnie wyroki.

To daje putinowi swobodę strategiczną. Może prowadzić wojnę nie tylko bez społecznej kontroli, ale wręcz z aktywnym wsparciem – choćby milczącym. Może ogłaszać sukcesy tam, gdzie są porażki. Może zmieniać cele – z „denazyfikacji” na „ochronę ludności rosyjskojęzycznej”, z „demilitaryzacji” na „walkę z NATO”. I nikt nie zapyta: „dlaczego?”. Bo pytania są nielegalne.

rosja prowadzi wojnę nie tylko na froncie, ale też w głowach. I to właśnie ta wojna – informacyjna, propagandowa, psychologiczna – pozwala Kremlowi kontynuować działania mimo strat, mimo izolacji, mimo braku realnych sukcesów. Bo jeśli społeczeństwo wierzy, że wygrywa – to władza nie musi się tłumaczyć.

Strach

Ale nawet najbardziej zniewolone umysły potrafią się czasem wybić na chwilę niezależności. I właśnie ta chwila – krótka, niepozorna, ale potencjalnie wybuchowa – jest ostatnią zmienną, która determinuje działania putina.

Przeczytacie o tym w dalszej części tekstu, który opublikowałem w portalu TVP.Info – oto link do tego materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Mężczyzna wynoszący dziecko z zaatakowanego przez rosjan przedszkola w Charkowie (do tego zdarzenia doszło kilka dni temu)/fot. DSNS

Zew?

Społecznościówki zalewają generowane przez AI filmiki, z których wynika, że Iran zadaje Izraelowi potężne ciosy. Płonie Tel-Awiw, płonie Hajfa, z dymem idą najcenniejsze aktywa izraelskiej armii i gospodarki. Jakość tych materiałów jest zwykle fatalna, trzeba naprawdę mieć solidne poznawcze ograniczenia, by się na tę tępą propagandę nabrać. No ale są tacy, którzy się nabierają, a boty nie ustają w wysiłkach i przepychają kolejne „wesołe produkcje”.

Fakty zaś są takie, że Izrael obnażył fasadowy charakter militarnej potęgi Iranu. Uczynił coś na wzór ukraińskiej dekompozycji mitu „drugiej armii świata”, tyle że szybciej i w znacznie dotkliwszej formie. Dotkliwszej, gdyż roSSja przetrwała, i jakkolwiek znacznie słabsza niż w 2022 roku, nadal nie jest na kolanach. A Iran jest – los jego stolicy, nad którą niepodzielnie panuje izraelskie lotnictwo, najdonioślejszym tego przykładem. Żydzi robią nad Teheranem co chcą. Niszczą instalacje mające jakikolwiek związek z obronnością, nade wszystko zaś dekapitują wojskowe przywództwo Iranu. Tak wygląda blitzkrieg XXI wieku.

I znów, jak w 2022 roku, wielu analityków jest zaskoczonych. Wtedy słabością roSSji, dziś Iranu. Mało kto spodziewał się, że otwarta wojna między Iranem a Izraelem będzie miała aż tak jednostronny przebieg.

Oczywiście, wiele może się jeszcze wydarzyć, ale nie sądzę, byśmy mieli do czynienia z jakąś gwałtowną woltą. Iran tej wojny nie wygra. Pytać należy o to, jak bardzo ją przegra i jakie będą skutki tej porażki.

A mogą być donośne. Iran od ponad 40 lat solidnie pracował na miano państwa-destabilizatora. Obrzydliwy, opresyjny także wobec własnych obywateli reżim ajatollahów, nie ustawał w próbach podpalenia Bliskiego Wschodu. Cicha wojna z Izraelem to tylko jedna z odsłon tego bandytyzmu. A przecież Persowie mieli kosę także z Irakiem czy Arabią Saudyjską. I nie, nie była to akceptowalna w formie rywalizacja o dominację w regionie. Iran stał się sponsorem terroryzmu na niespotykaną wcześniej skalę.

I teraz tego Iranu może zabraknąć. Zdaje się, że właśnie taką szansę dostrzegli Amerykanie i Brytyjczycy. Jeszcze kilka dni temu sceptyczni wobec działań Izraela, teraz koncentrują siły powietrzne i morskie w rejonie Bliskiego Wschodu. Nie byle jakie, wskazujące coraz wyraźniej na intencję przyłączenia się do ataków na Iran. USA i Wielka Brytania poczuły krew okaleczonych ajatollahów i najwyraźniej planują skorzystać z okazji i ich dobić.

Celem może być względna stabilizacja Bliskiego Wschodu, co oczywiście nie wyklucza dodatkowych partykularnych zysków. Zwycięska wojna uskrzydli Trumpa (a Natanjahu może uniknąć kryminału, bo kto będzie sądził bohatera?). Na taki urobek można by prychnąć, gdyby nie fakt, że Ameryka musi odzyskać mocarstwową podmiotowość. USA Trumpa stały się wręcz pośmiewiskiem, na skutek swej dramatycznie złej i nieefektywnej polityki wobec roSSji i nie tylko. Stanom nic ostatnio nie idzie, a ich słabość rozzuchwala rosjan i Chińczyków. Show of force nad Iranem byłby mocnym sygnałem dla Moskwy i Pekinu, demonstracją technicznych możliwości i politycznej determinacji. Polska tylko by na tym skorzystała, zyskując potwierdzenie, że należy do wspólnoty, której przewodzi prawdziwe supermocarstwo.

Nieprzyjaciele Polski zaś już tracą (niezależnie od tego, co zrobi Waszyngton). Trzy lata temu Iran przekazał roSSji technologię, która do tej pory zabiła i zraniła kilka tysięcy bogu ducha winnych Ukraińców. Mimo rosyjskich zbrodni w Ukrainie, Teheran utrzymywał z Moskwą bardzo bliskie, przyjacielskie relacje. W tym sojuszu roSSja dawała Iranowi gwarancje bezpieczeństwa. Teraz okazuje się, że są one gówno warte. Że Kreml nie ma realnie żadnej sprawczości, a to bardzo demotywujący sygnał dla krajów-fanów „wielkiej roSSji” (których definiuję jako nieprzyjaciół).

I już na koniec, szczerze. Bawią i irytują mnie, na zmianę, te wszystkie żale nad biednym Iranem, zaatakowanym przez zły Izrael. Żydzi – zwłaszcza po Gazie, gdzie dopuścili się wielu zbrodni wojennych – nie są szlachetnym księciem na białym koniu. To też łobuz. Ale jak lutuje przyjaciela mojego wroga, nie zamierzam ronić nad tym łez. Nie nad losem kraju w jego zwyrodniałej teokratyczno-terrorystycznej formie.

Zwykłych ludzi żal, to jasne. Niechby więc ajatollahów i ich podnóżki jak najszybciej trafił szlag.

—–

Szanowni, zachęcam Was do wsparcia mojej publicystyczno-reporterskiej działalności.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Czytelnikowi o nicku Zajcef Fizzlewick, Arkadiuszowi Halickiemu, Piotrowi Maćkowiakowi, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Monice Rani, Maciejowi Szulcowi, Joannie Marciniak, Jakubowi Wojtakajtisowi, Andrzejowi Kardasiowi, Marcinowi Łyszkiewiczowi, Tomaszowi Krajewskiemu i Magdalenie Kaczmarek. A także: Juliuszowi i Elżbiecie Wolny, Piotrowi Rucińskiemu, Tomaszowi Sosnowskiemu, Piotrowi Świrskiemu, Arturowi Żakowi, Łukaszowi Hajdrychowi, Patrycji Złotockiej, Wojciechowi Bardzińskiemu, Bognie Gałek, Krzysztofowi Krysikowi, Mateuszowi Piecuchowi, Michałowi Wielickiemu, Jakubowi Kojderowi, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Bożenie Bolechale, Jarosławowi Terefenko, Marcinowi Gonetowi, Pawłowi Krawczykowi, Joannie Siarze, Aleksandrowi Stępieniowi, Marcinowi Barszczewskiemu, Dinarze Budziak, Szymonowi Jończykowi, Piotrowi Habeli i Annie Sierańskiej.

Podziękowania należą się również moim najhojniejszym „kawoszom” z ostatniego tygodnia – Michałowi Bąkowi, Bartoszowi Zdulskiemu, Grzegorzowi Podrucznemu i Czytelnikowi o nicku Rob Emm.

To dzięki Wam powstają także moje książki!

A skoro o nich mowa, w sklepie Patronite możecie nabyć moje tytuły w wersji z autografem i pozdrowieniami. Pełną ofertę znajdziecie pod tym linkiem.

„Przechwycone”

Niebawem miną trzy lata od wyzwolenia podkijowskiej Buczy i ujawnienia masakry, jakiej dopuścili się tam rosjanie. Przypomnijmy: w okupowanym między 5 a 31 marca 2022 roku miasteczku zabito ponad czterystu cywilów. Mordercami z ul. Jabłońskiej – gdzie znaleziono szczególnie dużo ofiar – byli żołnierze 234. pułku desantowo-szturmowego z Pskowa. Wojskowych zidentyfikowano na podstawie sprzętu, naszywek i radiowych kodów. Pomocne w odtworzeniu chronologii wydarzeń okazały się zapisy z kamer monitoringu, zeznania świadków oraz treści przechwyconych przez ukraiński wywiad rozmów telefonicznych rosjan.

Obok formalnych dochodzeń, własne śledztwa w sprawie buczańskiej masakry prowadzili też dziennikarze, m.in. z „New York Timesa”. „Zbrodnia w Buczy była częścią celowego i systematycznego, bezwzględnego aktu zabezpieczenia drogi do Kijowa”, napisali amerykańscy reporterzy w swoim raporcie. Żołnierze „przesłuchiwali i strzelali do nieuzbrojonych mężczyzn w wieku poborowym i zabijali tych, którzy stanęli im na drodze, niezależnie od tego, czy były to rodziny z dziećmi próbujące wydostać się z miasta, miejscowi wychodzący do sklepu, czy po prostu jadący do domu na rowerze”.

Idźmy dalej. Wiosną 2023 roku opublikowano raport komisji dochodzeniowej Rady Praw Człowieka ONZ. Wyszczególniał on cały katalog zbrodni popełnionych przez rosjan w Ukrainie. „Wiele umyślnych zabójstw, przypadków nielegalnego pozbawiania wolności, gwałtów i aktów przemocy seksualnej nastąpiło podczas przeszukań domów, których celem było znalezienie członków ukraińskich sił zbrojnych lub broni”, stwierdzał raport. Samowolnie więzieni ludzie byli często przetrzymywani przez rosyjskie siły zbrojne w fatalnych warunkach w przepełnionych celach. „W jednym przypadku dziesięcioro starszych ludzi zmarło z powodu nieludzkich warunków w piwnicy jednej ze szkół, a inne więzione osoby, w tym również dzieci, musiały dzielić to samo pomieszczenie z ciałami zmarłych”. Podczas gwałtów członków rodziny, także tych najmłodszych, zmuszano do oglądania zbrodni.

Spojrzyjmy na te wydarzenia z innej perspektywy. W lipcu 2022 roku Służba Bezpieczeństwa Ukrainy (SBU) opublikowała fragment przechwyconej rozmowy rosyjskiego żołnierza z żoną. „Nie masz pojęcia, co się tutaj dzieje. Nie wiem, jak po czymś takim mam wrócić do normalnego życia”, mówił do partnerki mężczyzna. „Wiesz, ile trupów widziałem? (…) Bez głowy, bez nóg, bez tułowia, bez niczego (…) Tu jest tylko mięso” – rosjanin opowiadał o stertach ciał poległych towarzyszy. „Cholera, tak bardzo chcę wrócić do domu, to wszystko jest takie bolesne. Ale (…) nie wyobrażam sobie świata, w którym trzeba płacić rachunki, w którym jeżdżą samochody”, słychać było na ujawnionym nagraniu. Dalej wojskowy zapewniał, że jeśli wróci do domu, odwiedzi cmentarz, gdzie pochowano jego babcię, „anioła stróża”. „Potem pójdę do klasztoru, odwiedzę wszystkie kościoły”, zaklinał przyszłość rosjanin.

A teraz do brzegu. Rozmowy rosyjskich żołnierzy z ich bliskimi stanowią sedno filmu dokumentalnego Oksany Karpowicz pt.: „Przechwycone”. Materiał dźwiękowy dzieła – tytułowe przechwycone – pochodził z nasłuchu SBU i przez tę służbę został autorce dostarczony. Z rozmów wynika wprost, że rosjanie są ogłupieni nienawiścią do Ukraińców. Że dotyczy to zarówno żołnierzy, jak i ich matek, żon, rodzeństwa, dzieci, wszystkich, którzy zostali w kraju. I owszem, od czasu do czasu słyszmy ślady krytycznej refleksji – świadomości, że rosjan w Ukrainie nie chcą, że Ukraińcy potrafią się bić i że poziom życia w napadniętym kraju jest wyższy niż w rosji. Tyle że ta refleksja nie eliminuje poczucia wyższości, pogardy, ba, nierzadko służy za uzasadnienie dla rabunku, skoro tamci się nie poddają i lepiej żyją.

Jest więc treść ujawnionych i wykorzystanych w filmie nagrań tożsama z ukraińskim przekazem propagandowym, malującym rosjan w jak najczarniejszych barwach. Co otwiera pole do zarzutu, że „Przechwycone” to nie jest niezależne dzieło, a obarczony słabościami nieobiektywizmu i manipulacji element wojny informacyjnej. Film stworzony w oparciu o wyselekcjonowany materiał, pod tezę o „złych ruskich”. I można by go za taki uznać – zwłaszcza że Karpowicz jest Kanadyjką ukraińskiego pochodzenia – gdyby nie jedno „ale”. Takie mianowicie, że wszystko, co da się w „Przechwyconych” usłyszeć, znajduje pełne potwierdzenie w czynach rosyjskich żołnierzy. Oni naprawdę mordują, grabią, gwałcą, giną masowo w bezsensownych szturmach, tracą zmysły na skutek tych wszystkich doznań. Wiemy to nie tylko z ukraińskiej opowieści o tej wojnie. Dlatego przywołałem „New York Timsa” czy ONZ, ale przecież to niejedyne źródła dające dowód szaleństwa i zbrodni rozgrywających się na Wschodzie.

Co dziś trzeba podkreślać nie tylko w kontekście filmu Karpowicz. Oto bowiem doczekaliśmy czasów, kiedy kłamliwe narracje na temat działań rosjan w Ukrainie przestały być domeną rosyjskiej propagandy. Kiedy w szyte na Kremlu buty wchodzi prezydent USA, opowiadający o dzielnych rosyjskich żołnierzach, których poświęcenie musi zostać docenione daniną z ukraińskich ziem. Świat stanął na głowie i jakkolwiek to niewygodna pozycja, ludzi przyzwoitych nie zwalnia z obowiązku mówienia prawdy.

Od 7 marca br. „Przechwycone” można obejrzeć w wybranych kinach studyjnych. Szczegółowe informacje na temat seansów znajdziecie na stronie organizacji Watch Docs.

—–

Szanowni, zapraszam Was do sklepu Patronite, gdzie możecie nabyć moje książki w wersji z autografem i pozdrowieniami. Pełną ofertę znajdziecie pod tym linkiem.

Powyższy felieton opublikowałem również w portalu „Polska Zbrojna”, oto link.

Nz. Kadr z filmu/fot. za Watch Docs