Fikołki

Rozmowa z kpt. rez. pil. Witoldem Sokołem, o dronach, przyszłości lotnictwa załogowego oraz o miłości do MiG-a 29.

Marcin Ogdowski: Zrobił Pan na MiG-29 ponad tysiąc godzin nalotu. Poproszę o obiektywną ocenę możliwości bojowych tej maszyny.

Witold Sokół: Wedle starego porzekadła „nie jesteś tak dobry, jak o sobie myślisz, ani tak zły, jak o tobie mówią”. Idealnie pasuje to do MiG-a, który jest ofiarą własnej legendy. Tę maszynę zaprojektowano jako lekki frontowy myśliwiec, czyli samolot, który działa 150-200 km od bazy i zabezpiecza własne wojska przed środkami napadu powietrznego. Miał szybko dolecieć w rejon działań, zniszczyć samoloty zagrażające oddziałom na lądzie, wrócić, zatankować i znowu polecieć. W związku z tym nie potrzebował dobrego radaru o dużym zasięgu. Nie potrzebował uzbrojenia o średnim i dużym zasięgu. Jego walorami miały być manewrowość, łatwość obsługi i skuteczność uzbrojenia krótkiego zasięgu. Do zadań poza pierwszym kręgiem były Su-27, od walki na najdalszym dystansie MiG-i-31.

Czyli żaden dominator pola bitwy, a koń roboczy do ściśle określonych zadań.

Solidne narzędzie.

Mimo paliwożerności?

Fakt, to był problem. Na MiG-u-29 latało się krótko – godzinę, maks półtorej z dodatkowym zbiornikiem. Włączenie dopalania oznaczało, że po minucie było 400 kg paliwa mniej. A więc przewagę w manewrowaniu mogłem wykorzystywać tylko przez pięć minut, bo potem kończyło mi się paliwo…

Jak pilotom Messerschmittów z czasów bitwy o Anglię, którzy po przeskoczeniu Kanału mieli tylko chwilę na walkę z Brytyjczykami.

Dokładnie tak. A MiG ma jeszcze inną wadę – kopci i widać go z daleka. Do tego duża powierzchnia odbicia czyni go łatwym do zauważenia na radarze. W symulowanych walkach powietrznych z F-16, zachodni piloci zawsze próbowali nas zastrzelić z dużej odległości. Wiedzieli, że jak tego nie zrobią, to na bliskim dystansie ich rozszarpiemy. F-16 to taki gość z pistoletem, MiG-29 to karateka. W bliskim kontakcie nie dawał przeciwnikom szans.

Ale najpierw trzeba było „dobiec”…

Nie raz się udało, co budowało MiG-owi legendę, a ta w ostatecznym rozrachunku zrobiła mu krzywdę.

Ma Pan na myśli odwlekanie modernizacji polskich „dwudziestek dziewiątek”?

Skoro to tak dobry myśliwiec, to czego wy jeszcze chcecie? Takie podejście było. Tymczasem mówimy o samolocie, którego pełne walory bojowe wygasły już w latach dziewięćdziesiątych. W NATO zawsze znaleziono dla nas jakąś niszę. Byliśmy wsparciem, tłem, nigdy głównym graczem. Taka rola MiG-a.

Zostawmy przeszłość i wybiegnijmy w przyszłość. Technologia coraz bardziej ogranicza udział pilota, zastępując go coraz bardziej wymyślnymi systemami. To proces, na końcu którego mamy maszyny w pełni bezzałogowe. Czy to nieuchronna przyszłość lotnictwa?

Uważam, że zawsze będzie ten czynnik ludzki – konieczność pilotowania, także z elementami akrobacji, choć pewnie w coraz większym stopniu zdalnego.

To chyba już inne nawyki?

Na emeryturze zbudowałem sobie symulator, wyposażony w okulary do wirtualnej rzeczywistości. Poza tym, że nie ma przeciążeń, odczuwam lot tak, jakbym siedział w kabinie.

Ale Pan spędził mnóstwo godzin za sterami prawdziwych maszyn.

Dlatego operatorzy bezzałogowych statków powietrznych muszą mieć możliwość normalnego latania. Ci, którzy szkolą się w Dęblinie, są też klasycznymi pilotami.

Natomiast jeśli chodzi o drony FPV, trudno tu mówić o samolotach. To są latające pociski, sterowane. Swoista artyleria, nie lotnictwo.

Rozumiem, że Pańskim zdaniem małe drony nie wyeliminują konieczności posiadania „dużego” lotnictwa załogowego i bezzałogowego?

Nie, one są do innych zadań. Co więcej, nie wierzę, byśmy poszli w skrajną autonomiczność systemów uzbrojenia. Oddanie wszystkiego sztucznej inteligencji to recepta na scenariusze z filmów science-fiction.

To, jak wciąż ważne jest klasyczne lotnictwo załogowe, dobrze pokazuje ostatnia wojna Izraela z Iranem.

Owszem, choć ona udowodniła również, że samo lotnictwo to za mało. By izraelskie samoloty mogły nad Iranem operować, wcześniej należało wyeliminować irańską obronę przeciwlotniczą. W dużej mierze uczyniły to grupy dywersyjne na ziemi. Ktoś musiał zebrać dla nich dane, wskazać cele, przygotować misję. W wojskowej nomenklaturze mówi się o działaniach wielodomenowych, to jest ich dobry przykład.

C.d. rozmowy znajdziecie na portalu TVP.Info – oto link do tego materiału.

—–

Kpt. rez. pil. Witold Sokół, absolwent Wyższej Oficerskiej Szkoły Lotniczej w Dęblinie (1993 rok). Służył m.in. w 1. Eskadrze Lotnictwa Taktycznego w Mińsku Mazowieckim, przez cztery lata był pilotem pokazowym samolotu MiG-29. Z latania akrobacyjnego zrezygnował w 2006 roku. Po odejściu ze służby czynnej zajął się działalnością społeczną i komentatorską. Fani awiacji znają go z prowadzenia największych w Polsce pokazów lotniczych, w tym Air Show w Radomiu. Obecnie wykładowca w Lotniczej Akademii Wojskowej.

—–

Szanowni, do spraw okołoukraińskich wrócę pojutrze. A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Czytelnikowi o nicku Zajcef Fizzlewick, Arkadiuszowi Halickiemu, Piotrowi Maćkowiakowi, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Monice Rani, Maciejowi Szulcowi, Joannie Marciniak, Jakubowi Wojtakajtisowi, Andrzejowi Kardasiowi, Marcinowi Łyszkiewiczowi, Tomaszowi Krajewskiemu i Magdalenie Kaczmarek. A także: Juliuszowi i Elżbiecie Wolny, Piotrowi Rucińskiemu, Tomaszowi Sosnowskiemu, Piotrowi Świrskiemu, Arturowi Żakowi, Łukaszowi Hajdrychowi, Patrycji Złotockiej, Wojciechowi Bardzińskiemu, Bognie Gałek, Krzysztofowi Krysikowi, Mateuszowi Piecuchowi, Michałowi Wielickiemu, Jakubowi Kojderowi, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Bożenie Bolechale, Jarosławowi Terefenko, Marcinowi Gonetowi, Pawłowi Krawczykowi, Joannie Siarze, Aleksandrowi Stępieniowi, Marcinowi Barszczewskiemu, Dinarze Budziak, Szymonowi Jończykowi, Piotrowi Habeli i Annie Sierańskiej.

Podziękowania należą się również moim najhojniejszym „kawoszom” z ostatniego tygodnia – Czytelnikowi o pseudonimie Ron Irondell oraz Pawłowi.

To dzięki Wam powstają także moje książki! A skoro o nich mowa, w sklepie Patronite możecie nabyć moje tytuły w wersji z autografem i pozdrowieniami. Pełną ofertę znajdziecie pod tym linkiem.

Nz. Migi z malborskiej eskadry, zdjęcie sprzed kilku lat/fot. Bartek Bera, zdjęcie pochodzi z albumu „Sięgając nieba”.

Drono-eskalacja

Ataki rosjan na Ukrainę z jednoczesnym użyciem kilkuset dronów zdarzają się już niemal dzień po dniu. 8 lipca rosyjscy najeźdźcy wypuścili ich ponad 700 – i był to specyficzny rekord tej wojny.

Średnia z ostatnich uderzeń to ponad 400 dronów. Jeszcze wiosną tego roku rosjanie byli w stanie rzucać do pojedynczego nalotu 100-150 maszyn. W ubiegłym roku 400 aparatów odpowiadało miesięcznemu zużyciu – w napadach powietrznych z tamtego okresu, powtarzanych co dwa-trzy dni, brało udział po 20-40 bezpilotowców. Mamy więc do czynienia z ewidentną eskalacją działań, za którym stoi drastyczny wzrost rosyjskich możliwości produkcji i pozyskiwania dronów. Nie bez powodu piszę o „pozyskiwaniu”, bowiem nie ma jasności, na ile realnie rosjanie rozbudowali własne linie produkcyjne. Faktem jest – raportują to ukraińskie służby – że coraz więcej wraków i niedolotów odnajdywanych na terenie Ukrainy, ma cechy wskazujące na to, że zostały stworzone w Chinach. Możliwe, że ostateczny montaż następuje w rosji, niemniej w takim scenariuszu to uruchomione przez Chińczyków moce produkcyjne stoją za intensyfikacją nalotów.

Problem Ukrainy jest o tyle większy, że rosyjska eskalacja ma poza terrorystycznym także ściśle wojskowy wymiar. Ukraińcy (z oczywistych powodów) i media skupiają się na uderzeniach w cywilne obiekty; faktem jest, że stanowią one większość porażonych przez rosjan celów. Ale równie prawdziwe są doniesienia o udanych rosyjskich atakach w ukraińskie zaplecze produkcyjne i magazynowe. Od co najmniej kilku tygodni rosjanie – z niespotykaną dla nich precyzją i systematycznością – niszczą kolejne ukraińskie zakłady, w których wytwarzana jest i remontowana broń i amunicja. Ze szczególną zaciekłością skupiając się na fabrykach (właściwie manufakturach) dronów oraz miejscach, gdzie wytwarzane są komponenty dla rakiet. Dalsze osłabienie ukraińskiego „parasola” z pewnością im w tym pomoże. Stąd też m.in. masowość ataków, często pozornie tylko chaotyczna, de facto czyniona z zamiarem przesaturowania ukraińskiej OPL (jej zużycia i wystrzelania się).

Dlatego w nalotach wykorzystywanych jest mnóstwo wabików – nieuzbrojonych dronów, które mają „robić tłum”, angażować uwagę i środki ukraińskiej OPL. W atakach z ostatnich dni stanowią one co najmniej połowę bezzałogowców. Skąd to wiemy? To maszyny jednorazowego użytku, one nie wracają do rosji, tylko spadają w Ukrainie po wyczerpaniu zapasu paliwa. No i niektóre z nich spełniają do końca swoją rolę – mam tu na myśli wraki uprzednio zestrzelonych (a więc wziętych za wartościowy cel) maszyn. Warto o tym pamiętać, gdy mówimy o drastycznym skoku możliwości rosjan. Ilościowo owszem, jest on imponujący, jakościowo już znacznie mniej, skoro „tylko” połowa dronów to naprawdę niebezpieczne szahedy.

Pozostając jeszcze na gruncie statystyki – drony wywołują szkody, jednak mają istotne ograniczenia związane z niską prędkością i wagą. Łatwo je zestrzelić i nie przeniosą zbyt dużej głowicy. Największe spustoszenia czynią rakiety i pociski manewrujące – a tych rosjanie wystrzeliwują ostatnio znacznie mniej. Zwykle po kilkanaście sztuk, z których większość to pociski balistyczne, odpalane z wyrzutni naziemnych, przede wszystkim koszmarnie niecelne północnokoreańskie odpowiedniki iskanderów. Co z lotniczymi pociskami manewrującymi? Po 1 czerwca rosjanie podnoszą do ataków na Ukrainę po 3-4 bombowce strategiczne – więcej nie są w stanie. To pokłosie ukraińskiej operacji „Pajęczyna”, która znacząco przerzedziła lotniczą część nuklearnej triady rosji.

—–

Gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

To dzięki Wam powstają także moje książki!

A skoro o nich mowa, w sklepie Patronite możecie nabyć moje tytuły w wersji z autografem i pozdrowieniami. Pełną ofertę znajdziecie pod tym linkiem.

Obszerniejszą wersję tego tekstu opublikowałem w portalu „Polska Zbrojna” – oto aktywne przekierowanie.

Nz. Poważnie uszkodzony po wybuchu drona budynek mieszkalny w Kijowie/fot. DSNS

Ostrożność

Kilkanaście dni temu rozmawiałem z dowódcą nowo formowanej 1 Dywizji Piechoty Legionów, gen. Norbertem Iwanowskim. Cały wywiad (oraz wybrane fragmenty wideo) znajdziecie w „Polsce Zbrojnej” pod tym linkiem. Na potrzeby tego wpisu i mojego ukraińskiego raportu (do wsparcia którego nieodmiennie zachęcam) wybrałem fragment dotyczący wniosków, jakie nasza armia wywodzi z wojny w Ukrainie. W tym konkretnym przypadku chodzi o drony.

Dodam, że percepcja gen. Iwanowskiego jest powszechna pośród kadry dowódczej WP. Moim zdaniem całkiem słusznie, wszak nie wolno nam ulegać myśleniu tunelowemu i zakładać, że drony to Wunderwaffe XXI wieku, które „załatwią wszystko”.

Ale do rzeczy:

„(…)

A czy doświadczenia płynące z wojny w Ukrainie, przede wszystkim tzw. dronizacja pola walki, zmieniły coś w koncepcji formowania dywizji?

Analizujemy wnioski z wojny w Ukrainie, a niektóre rozwiązania wprowadzamy do procesu szkoleniowego. Ale w mojej ocenie powinniśmy być ostrożni. Natura wojny jest zmienna. Zmieniać się może obszar prowadzenia działań bojowych, użyte uzbrojenie czy technika działań. Przecież inny konflikt w Ukrainie widzieliśmy w 2014 roku, inną wojnę w 2022 roku. Niemal z miesiąca na miesiąc zmieniają się taktyka, technika i procedury. To oczywiście antidotum na działanie przeciwnika, a każda akcja rodzi reakcję. W efekcie nie wiemy, co pokaże przyszłość. Czy pójdziemy w stronę robotyki? A może znów najważniejsze będą kompetencje człowieka? W Donbasie obie strony okopały się i ukryły za polami minowymi. Front stoi, choć oczywiście pojawiają się rajdy i dochodzi do przebicia się przez siły wroga. Wydaje się, że kluczową zdolnością jest przetrwanie, siła fizyczna i odporność psychiczna.

Dlatego rosjanie próbują atakować społeczeństwo…

Usiłują wywołać poczucie zagrożenia, paniki i braku nadziei na przetrwanie. Liczą, że wyczerpane wojną społeczeństwo coraz bardziej będzie wpływało na decyzje polityczne dotyczące zakończenia wojny, oczywiście na zasadach rosyjskich. Cóż, rosjanie tacy są… Co do dronów, musimy budować własne zdolności w tym zakresie, na poziomie taktycznym od najniższych szczebli dowodzenia i operacyjnym, zarówno w domenie rozpoznania, jak i rażenia. Ale musimy też być czujni i efektywnie prowadzić rozpoznanie oraz wskazywać cele do oddziaływania kinetycznego i niekinetycznego. Proszę zwrócić uwagę na kwestie maskowania operacyjnego. rosyjska maskirowka jest tak bardzo wiarygodna, że sztuczne oko nie zawsze prawidłowo oceni, czy cel jest faktyczny, czy pozorny. Rzetelnej oceny dokonać może jedynie człowiek, z wykorzystaniem na przykład minidronów – co uwydatnia znaczenie oddziałów specjalnych, rozpoznania, operujących na tyłach przeciwnika. W kontekście przyszłej wojny musimy zadbać o to, by zdolności w zakresie wykorzystania dronów były rozwijane oraz by nie marnować potencjału na obiekty czy cele pozorne (…)”.

—–

No więc gdybyście chcieli wesprzeć mnie w dalszym pisaniu, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

To dzięki Wam powstają także moje książki!

A skoro o nich mowa, w sklepie Patronite możecie nabyć moje tytuły w wersji z autografem i pozdrowieniami. Pełną ofertę znajdziecie pod tym linkiem.

„Dronoza”

Przyznam szczerze, zdumiał mnie ów widok. Izraelskiego samolotu-cysterny podającego paliwo myśliwcowi. Wiem, że dobre wyszkolenie załóg lotniczych mocno redukuje ryzyko kolizji i pożaru, więc sama procedura nie jest niczym nadzwyczajnym. Ale przeprowadzenie jej w przestrzeni powietrznej wroga to przejaw totalnej dominacji. I właśnie z taką sytuacją mamy do czynienia nad Iranem – siły powietrzne Izraela (IAF) poczynają  sobie tam do woli, zdusiwszy w zarodku irańskie możliwości obronne.

Ale zostawmy Iran – za moment do niego wrócimy (i zrozumiecie dlaczego „naokoło”). Od dłuższego czasu usiłuję zrozumieć, w jakim kierunku podąża Wojsko Polskie, czy implementuje doświadczenia z Ukrainy. Wiem, jak wygląda tamtejsza wojna, wiem, jak w konfliktach asymetrycznych walczyła nasza armia. Znam założenia doktrynalne, operacyjne i taktyczne – rzecz jasna w zarysie; nie mam dostępu do ściśle tajnych danych – nie tylko WP, ale i całego NATO. Zarazem obserwuję publiczny dyskurs dotyczący obronności. A ten już od wielu miesięcy cechuje się zjawiskiem, które na własny użytek określiłem mianem „dronozy”. Chodzi o przekonanie, że małe bezpilotowce załatwią „wszystko”. Że to Wunderwaffe XXI wieku. Takie myślenie implikuje szereg wniosków, pośród których na plan pierwszy wybija się nieustająca krytyka WP i całej zachodniej wspólnoty wojskowej. Że są zachowawcze, przestarzałe, nadmiernie skupione na dużych, drogich, „tradycyjnych” systemach broni – w tym samolotach wielozadaniowych – których efektywność w porównaniu z dronami, zwłaszcza w relacji koszt-zysk, jest znacząco niższa.

No więc czytam, słucham, zderzam z własnymi doświadczeniami, i także w oparciu o rozmowy z generalicją usiłuję ustalić „dokąd zmierzamy”. Wnioski?

Zachodnia myśl wojskowa, w tym i nasza, nadal opiera się na przekonaniu o konieczności zadania przeciwnikowi „na wejście” potężnego ciosu z powietrza. Ma go wyprowadzić silne lotnictwo załogowe, wsparte dalekonośnymi systemami rakietowymi. To, co z tej młócki wyjdzie, trafi pod ogień precyzyjnej artylerii – a ta zachodnia bije nie tylko celniej, ale i dalej niż ta wschodnia. To, co mimo wszystko się przedrze, poza ścianą luf ma się również natknąć na zaporę radio-elektroniczną, która obezwładni małe systemy bezzałogowe. W tym kierunku zmierzamy.

Innymi słowy, nie będziemy „bawić się” w wojny pozycyjne, nie dopuścimy do walki w bliskim kontakcie. Nie pozwolimy przeciwnikowi razić nas przy użyciu broni i technik, które rozwinął w ostatnim czasie, i w których ma przewagi. Chcemy walnąć w splot słoneczny, nie ryzykując długotrwałego „oklepu”, podczas którego mogłoby się okazać, że wróg zniesie więcej. Stąd konieczność utrzymania – patrząc w kategoriach wysiłku sojuszniczego – dużych sił powietrznych; ich liczbowej, taktycznej i technologicznej przewagi. Stąd nie do końca zrozumiała przez część ekspertów ambicja zbudowania w polskim wojsku potężnej artylerii lufowej i rakietowej. Idzie o to, by nie dopuścić „tamtych” ze swoimi dronami w nasze pobliże.

—–

No dobrze, ale jak to się ma do starcia Izrael-Iran? Przecież tam nie dojdzie do wojny lądowej, bo oba kraje oddziela bufor innych państw. To prawda, dlatego przykład z Bliskiego Wschodu ma ograniczone zastosowanie do zrozumienia europejskich i polskich uwarunkowań. Niemniej jest przydatny, oto bowiem widzimy w całej okazałości zachodnią doktrynę przewagi powietrznej w działaniu. Widzimy, czym jest posiadanie silnego lotnictwa załogowego, wyposażonego w pięść wielozadaniowych maszyn bojowych, wspartych latającymi cysternami, samolotami rozpoznawczymi oraz p r a w d z i w y m i dronami bojowymi dalekiego zasięgu. Widzimy, czym jest rosyjska technologia w zakresie obrony przeciwlotniczej w konfrontacji z zachodnim sprzętem lotniczym. IAF używają sobie do woli – najpierw zniszczyły irańską OPL, a teraz konsekwentnie „wyłuskują” cele wysokiej wartości, niszcząc krytyczne elementy infrastruktury wroga i, nade wszystko, eliminując jego struktury dowódcze. Liczba zabitych irańskich dowódców rośnie z godziny na godzinę, nie będę więc wymieniał ich z nazwiska. Dość stwierdzić, że po takiej dekapitacji – gdyby nagle zaistniały geograficzne warunki do starcia na lądzie – armia irańska zapewne nie byłaby w stanie podjąć skutecznej walki.

Pamiętajmy o tym, sięgając po argument „bo rosjanie mają drony FPV”. W starciu z zachodnim lotnictwem równie dobrze mogliby mieć dzidy.

PS. 1 Gwoli uczciwości. Izraelska operacja „Wschodzący Lew” miała również odsłonę dywersyjno-wywiadowczą. Część pierwotnych zniszczeń irańskiego systemu obrony przeciwlotniczej to zasługa dywersantów, który przeniknęli do Iranu, i wykorzystanych przez nich dronów. Tyle że to nie tyle świadczy o skuteczności małych aparatów bezzałogowych, co o wysokich możliwościach izraelskich spec-służb.

PS. 2 Proszę mnie źle nie zrozumieć – małe drony to bardzo przydatne narzędzie walki i nie można się na ten fakt zamykać. Ale to tylko część złożonego wojennego ekosystemu, a nie jego dominująca treść.

—–

Ten tekst, w znacznie obszerniejszej wersji, opublikowałem w portalu TVP.Info – oto link do tego materiału.

Szanowni, w e-sklepie Patronite możecie nabyć moje książki w wersji z autografem i pozdrowieniami. Pełną ofertę znajdziecie pod tym linkiem.

Nz. Izraelski F-35 przed wylotem na misję w ramach operacji „Wschodzący Lew”/fot. IAF

Wabiki

Dziś w nocy rosjanie znów wysłali nad Ukrainę grubo ponad cztery setki dronów. Takie liczby robią wrażenie, ale musimy pamiętać o tym, że część bezzałogowców to wabiki, pozbawione głowicy bojowej. Mają przypominać Szahedy i skupiać na sobie uwagę – siły i środki – ukraińskiej obrony przeciwlotniczej. Bywa, że w pojedynczym ataku nawet połowa znajdujących się w powietrzu aparatów to właśnie wabiki.

Jeden z takich kilka dni temu wylądował na polu znajomego. „Skończyło mu się paliwo i miękko usiadł. Już rozebrany na części i wysłany wojskowym”, pisze ów znajomy. I dodaje: „Gaźnik jest porządny, amerykański. Tucson, Arizona, firma Walbro…”

„Tucson, Arizona”; ruSSkie nie potrafią nawet prostego silniczka o odpowiedniej jakości zbudować. Potrafią za to się adaptować – zdobywać i używać cudze technologie, co wskazuje na ograniczona skuteczność sankcji, zwłaszcza w odniesieniu do produktów „dual use”, podwójnego zastosowania.

I a propos tej adaptacji. Podstawą widocznego na zdjęciach drona Gerbera jest… styropian i 4 mm sklejka. W skrzydłach przez kadłub ma puszczoną jedną stalową rurkę jako usztywnienie konstrukcji. „Nasz miał z przodu trzy ołowiane blaszki jako obciążnik dla stabilizacji”, czytam we wiadomości od „znalazcy”.

Możemy się z tej prostoty śmiać, lecz ja bym odradzał, świadom, jak droga jest amunicja przeciwlotnicza i jak ograniczona jest jej podaż…

—–

Szanowni, zachęcam Was do wsparcia mojego ukraińskiego raportu.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

To dzięki Wam powstają także moje książki!

A skoro o nich mowa, w sklepie Patronite możecie nabyć moje tytuły w wersji z autografem i pozdrowieniami. Pełną ofertę znajdziecie pod tym linkiem.