Zdolności

Ponad trzy lata pełnoskalowej wojny udowodniły, że nie istnieje zachodnia broń, której ograniczone zastosowanie przyniosłoby długoterminowe skutki. Dominacja Bayraktarów nad polem bitwy trwała kilkanaście dni, Himarsów kilka miesięcy. Wypracowane wówczas przewagi udało się przekuć w chwilowe sukcesy – w drugim przypadku mające nawet postać pokaźnej rekonkwisty zajętych przez rosjan ziem – ale „dobre” nie trwało długo.

Jedną z cech wojny pozostaje adaptacja i dotyczy to obu stron konfliktu. Adaptacja zaś jest łatwiejsza, gdy przeciwnik nie przytłacza nowym rodzajem broni czy sposobem prowadzenia walki, daje więcej czasu i przestrzeni na wypracowanie taktyk i sposobów reakcji. Historycznie patrząc, tak właśnie było z zachodnim wsparciem dla Ukrainy – sprzętu, który mógłby dać Ukraińcom komfort trwałej technologicznej dominacji zawsze było za mało. Zbyt często docierał za późno.

ATACMS-ów Ukraina otrzymała raptem kilkadziesiąt sztuk, w tym momencie nie posiada już żadnej rakiety. Nieco lepiej wyglądały sprawy z pociskami Storm-Shadow/SCALP, ale i w tym przypadku mówimy o łącznych dostawach nie większych niż kilkaset sztuk. Ograniczona podaż dotyczy każdej innej nieco bardziej skomplikowanej technologii, od armato-haubic po samoloty wielozadaniowe.

Z czego to wynika? Zachodnia broń jest doskonała, ale i koszmarnie droga – już choćby z tego powodu jej produkcja i zapasy są ograniczone. Wiosną 2022 roku USA przekazały Ukrainie kilkanaście wyrzutni Himars i kilkaset rakiet do nich. Wystarczyło to do złamania rosyjskiej logistyki, a w konsekwencji do pokonania rosjan na Charkowszczyźnie. A teraz wyobraźmy sobie, że Ukraińcy mieliby dwieście wyrzutni – tyle ile armia USA – i cały ówczesny amerykański zapas rakiet, czyli kilkanaście tysięcy sztuk. Ich użycie, w połączeniu z dostępnym wtedy dla Ukraińców potencjałem, prawdopodobnie przesądziłoby o klęsce armii inwazyjnej. A gdyby dodać do tego niesymboliczną liczbę zachodnich czołgów? Dwie setki myśliwców? Kilkanaście baterii Patriotów?

Gdyby, gdyby… O tym, że tak się nie stało, decydowały nie tylko czynniki finansowe. Część najbardziej efektywnych systemów wymaga długotrwałego przeszkolenia. Miesięcy czy nawet lat, gdy mówimy o broni lotniczej. Odrębna kwestia to zaufanie – Ukraińcy nie mieli go „z marszu”, musieli udowodnić nie tylko kompetencje, ale i sojuszniczą wiarygodność. To wszystko ogólnie znane fakty, którym musi towarzyszyć świadomość, że rosjanie ostatnich trzech lat nie przespali. W różnych momentach konfliktu „podsypiali”, ale generalnie wyciągnęli mnóstwo wniosków. Zaadaptowali się. I dziś są w stanie rzucić na front kilkadziesiąt tysięcy dronów FPV miesięcznie, wyprodukować 500 bezzałogowców typu Szahed tygodniowo. Wysublimowane zachodnie uzbrojenie nie jest w stanie sobie z takim zagrożeniem poradzić. Nie w ilościach i liczbach, w jakich dysponuje nim Ukraina.

Przegrana sprawa? Nie, jeśli Zachód pomoże Ukraińcom zbudować większe zdolności WRE – walki radio-elektronicznej. Nad Dnieprem uczą się na co dzień, jak zagłuszać rosyjskie drony, lecz do stworzenia szczelniejszych i przede wszystkim rozleglejszych „kopuł” zwyczajnie brakuje pieniędzy. Ukraina musi też posiąść zdolność do niszczenia rosyjskich fabryk zbrojeniowych. Tych na naprawdę głębokich tyłach, gdzie teraz w najlepszym razie przedzierają się pojedyncze ukraińskie drony, zbyt małe, by wyrządzić poważne szkody. Tam muszą dolatywać ukraińskie rakiety i niszczyć zagrożenia „w zarodku” mocą półtonowych głowic. Raz za razem, by rosjanie nie zdołali odbudować możliwości produkcyjnych. Tu też potrzebne jest głównie finansowe wsparcie Zachodu, wszak dużą część technologii Ukraińcy już mają.

Ps. Ten tekst napisałem kilkanaście dni temu – jego obszerniejszą wersję znajdzie w portalu TVP.Info (oto link do materiału). Potem nastąpił ukraiński atak na rosyjskie lotnictwo strategiczne – niezwykle efektowny i efektywny. Czy jego przebieg unieważnia moje rozważania? Absolutnie nie – i piszę to świadom popularności narracji, wedle której drony mają być cudowną bronią, która deklasuje „wszystkie te skomplikowane i drogie zabawki”. To wycinkowe i krótkowzroczne postrzeganie spraw. W odniesieniu do niedzielnego ataku na rosyjskie bazy jakby umykał nam fakt, że przede wszystkim była to doskonale zaplanowana i przeprowadzona operacja wywiadowcza. Jak przyznają sami Ukraińcy, przygotowywana przez 1,5 roku. Wymagająca przerzucenia ludzi i długotrwałych działań pod biznesową przykrywką. Na finale zaś stosunkowo prosta, w tym znaczeniu, że wykorzystująca atut zaskoczenia, którego następnym razem już nie będzie. rosjanie nie spodziewali się dronów FPV na swoim głęboki zapleczu, teraz „wszyscy” wiedzą, że takie ryzyko istnieje. A można się przed nim stosunkowo łatwo zabezpieczyć – fizycznie (schrono-hangary) i dzięki zastosowaniu narzędzi WRE. Masowe użycie tych ostatnich, wraz z raczkującą, ale już efektywnie stosowaną bronią laserową, zdejmie z nieba każdy dron. rosji i Ukrainy na to nie stać, ale Zachód ma w tym zakresie wszelkie atuty techniczne, technologiczne i finansowe.

—–

Szanowni, zachęcam Was do wsparcia mojego ukraińskiego raportu.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Czytelnikowi o nicku Zajcef Fizzlewick, Arkadiuszowi Halickiemu, Piotrowi Maćkowiakowi, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Monice Rani, Maciejowi Szulcowi, Joannie Marciniak, Jakubowi Wojtakajtisowi, Andrzejowi Kardasiowi, Marcinowi Łyszkiewiczowi, Tomaszowi Krajewskiemu i Magdalenie Kaczmarek. A także: Juliuszowi i Elżbiecie Wolny, Piotrowi Rucińskiemu, Tomaszowi Sosnowskiemu, Piotrowi Świrskiemu, Arturowi Żakowi, Łukaszowi Hajdrychowi, Patrycji Złotockiej, Wojciechowi Bardzińskiemu, Bognie Gałek, Krzysztofowi Krysikowi, Mateuszowi Piecuchowi, Michałowi Wielickiemu, Jakubowi Kojderowi, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Bożenie Bolechale, Jarosławowi Terefenko, Marcinowi Gonetowi, Pawłowi Krawczykowi, Joannie Siarze, Aleksandrowi Stępieniowi, Marcinowi Barszczewskiemu, Dinarze Budziak, Szymonowi Jończykowi, Piotrowi Habeli i Annie Sierańskiej.

Podziękowania należą się również moim najhojniejszym „kawoszom” z ostatniego tygodnia – Kamilowi Zemlakowi, Łukaszowi Podsiadło i Czytelnikowi o nicku Jack Strong.

To dzięki Wam powstają także moje książki!

A skoro o nich mowa, w sklepie Patronite możecie nabyć moje tytuły w wersji z autografem i pozdrowieniami. Pełną ofertę znajdziecie pod tym linkiem.

Zdjęcie ilustracyjne/fot. SzG ZSU

Składy

W ubiegłym tygodniu przez kilkadziesiąt godzin płonął 51. Arsenał GRAU (Głównego Zarządu Rakiet i Artylerii), położony około 60 kilometrów na wschód od Moskwy. Zniszczeniu lub uszkodzeniu uległa niemal połowa składowanej amunicji o masie ponad 100 tys. ton. Oficjalne rosyjskie źródła mówią o niezachowaniu zasad bezpieczeństwa jako pierwotnej przyczynie pożaru. Ale to nieprawda – obiekt został zaatakowany przez ukraińskie drony.

Był to kolejny tego typu incydent na głębokich rosyjskich tyłach. Zważywszy na skalę strat, jak dotąd najpoważniejszy. Nie znamy dokładnego asortymentu przechowywanych w 51. Arsenale materiałów – gdyby były to wyłącznie pociski armatnie, 100 tys. ton oznaczałoby nawet 2 mln sztuk (1,5 mln przy uwzględnieniu ładunków miotających). Czy to dużo? Owszem. W trakcie zmagań w Donbasie wiosną i latem 2022 roku rosjanom zdarzało się strzelać i 60 tys. pocisków dziennie, ale od ponad dwóch lat intensywność ich ognia jest kilkukrotnie niższa. Niewykluczone więc, że na skutek pojedynczego ataku ukraińskich dronów stracili półroczny zapas amunicji do armat, haubic i ciężkich moździerzy.

—–

Charakter ubytków jest zapewne nieco inny, ale to nie znaczy, że mniej dotkliwy. 51. Arsenał był bowiem kluczowym elementem łańcucha logistycznego, obsługującego front w Ukrainie. rosjanie magazynowali tam nie tylko pociski artyleryjskie, ale też rakiety balistyczne Iskander, ich koreańskie odpowiedniki KN-23 i amunicję do systemów obrony powietrznej S-300. W liczbach bezwzględnych to nie mogły być imponujące zapasy – dość wspomnieć, że do tej pory Korea Północna przekazała rosji około 140 pocisków KN-23, a roczna produkcja Iskanderów nie przekracza pięciuset sztuk. W tym przypadku jednak trzeba brać pod uwagę cechy broni (siłę rażenia, zasięg i precyzję) oraz jej wysokie koszty. „Pójście z dymem” kilkudziesięciu czy kilkuset sztuk takiej amunicji to poważna strata.

Takie też były skutki inne ukraińskiego ataku – przeprowadzonego 20 marca br. uderzenia na bazę rosyjskich sił powietrznych w Engels. Tym razem do nalotu użyto nie tylko dronów, ale i „długich Neptunów” – rakiet zaprojektowanych jako pociski przeciwokrętowe, po modyfikacji zdolnych razić cele naziemne na dystansie do 1000 km. Jedna z nich trafiła w skład amunicji, dzień przed atakiem uzupełniony o kolejną partią pocisków manewrujących Ch-101. Siła pierwotnego wybuchu była tak duża, że fala uderzeniowa uszkodziła budynki w promieniu pięciu kilometrów. Jeszcze wiele godzin po ataku mieszkańcy okolicznych miejscowości pisali w mediach społecznościowych o dużej liczbie eksplozji wtórnych. Wkrótce wyszło na jaw, że rosjanie stracili prawie setkę rakiet, wartych ponad miliard dolarów; w wymiarze czysto finansowym było to chyba najbardziej efektywne ukraińskie uderzenie rosyjską infrastrukturę wojskową.

—–

Ale w niszczeniu składów ilość również przechodzi w jakość. Mieliśmy z tym do czynienia wiosną i latem 2022 roku. Wtedy to Ukraińcy obrali sobie za cel rosyjskie składy tworzone tuż na zapleczu stanowisk bojowych. W realizacji zadania pomogły im świeżo pozyskane Himarsy. Ich zasięg (do 80 km) i precyzja pozwoliły na masowe niszczenie rosyjskich magazynów. W sumie zniszczono ich ponad setkę, pozbawiając rosjan co najmniej miliona pocisków artyleryjskich. Tej „obróbce” towarzyszyły ataki na magazyny z żywnością i innym zaopatrzeniem. W rezultacie rosyjska artyleria się zadławiła, a żołnierze nie mieli co jeść. Operacja ofensywna ustała, szerzył się defetyzm, który przesądził o klęsce agresorów na Charkowszczyźnie we wrześniu 2022 roku. Dla podkreślenia efektywności przedsięwzięcia dodajmy: Ukraińcy mieli wówczas kilkanaście wyrzutni Himars i około 500 pocisków do nich.

Co łączy ataki na płytkie i głębokie rosyjskie zaplecze? Po pierwsze, zmuszają one rosję do rozpraszania zasobów i komplikują jej logistykę. Po drugie, umniejszają podaż dostępnych pocisków, a więc wprost przekładają się na mniejsze zdolności bojowe oddziałów na froncie. Niejako przy okazji niszczą mit gigantycznej materiałowej zasobności i wydolności rosji. Rezerwy pocisków artyleryjskich federacji przed lutym 2022 roku szacowane były na 15 mln sztuk, a możliwości produkcyjne przemysłu zbrojeniowego oceniano na poziomie 1,5 mln sztuk rocznie. Pod koniec 2023 roku okazało się, że Moskwa musi importować amunicję z Korei Północnej, by wojsko na froncie miało czym strzelać. Jak dotąd Koreańczycy dostarczyli rosjanom co najmniej 4 mln pocisków (wedle niektórych źródeł 6 mln sztuk). Obecnie północnokoreańskie dostawy stanowią nawet 70 proc. amunicji używanej przez rosyjską artylerię.

—–

Północnokoreańskie pociski są gorszej jakości niż te wyprodukowane w rosji – w wielu partiach jeden na trzy ujawniany jest jako felerny. Żołnierze putina nie lubią nimi strzelać, tym gorzej więc dla nich, gdy w ziszczonych składach znajdowała się rodzima amunicja. W czym objawia się także pewna złośliwość losu – „karma”, jak kto woli. W tej wojnie niszczenie składów amunicyjnych zapoczątkowali bowiem rosjanie – i to na długo zanim konflikt przybrał pełnoskalową postać. W październiku 2014 roku doszło do eksplozji w składach amunicyjnych w czeskich Vrběticach. Śledztwo wykazało, że stali za tym agenci rosyjskiego wywiadu. Czesi planowali dostawę pocisków do Ukrainy, rosjanie chcieli im te plany pokrzyżować. Źle ustawione detonatory spowodowały eksplozje jeszcze w Czechach, choć wedle założeń miało to nastąpić w Ukrainie. Zginęły dwie przypadkowe osoby, a Moskwa musiała dramatycznie zredukować liczbę personelu swojej ambasady.

Amunicyjny skład zapalił się również w marcu 2017 roku w Bałakliji – mieście położonym w obwodzie charkowskim. Był to wówczas największy taki magazyn w Ukrainie, w którym na 370 hektarach zgromadzono 140 tys. ton środków bojowych do armat i haubic o kalibrze powyżej 100 mm. Owe 140 tys. ton to w przybliżeniu 3,5 mln pocisków artyleryjskich. W gigantycznym pożarze zniszczeniu uległo 70 proc. zapasów. W ocenie ukraińskich organów ścigania, w Bałakliji doszło do sabotażu – przyczyną pierwotnej eksplozji był dron-samobójca, który przyleciał zza pobliskiej granicy z rosją. Później tych zniszczonych w pożarze pocisków mocno Ukrainie brakowało…

—–

Zachęcam Was do wsparcia mojego ukraińskiego raportu, który w znaczniej mierze powstaje dzięki Wam – Waszym subskrypcjom i „kawom”.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, zapraszam Was do sklepu Patronite, gdzie możecie nabyć moje książki w wersji z autografem i pozdrowieniami. Pełną ofertę znajdziecie pod tym linkiem.

Nz. Płonące 51. Arsenał, screen z filmu udostępnionego przez anonimowe źródło rosyjskie

Ten tekst powstał na bazie krótszego materiału, który opublikowałem w portalu „Polska Zbrojna”. Wersję skróconą znajdziecie tu.

Wieczność

Wczoraj zaskoczone media donosiły o tym, że miniona noc była pierwszą od bardzo dawna – niewykluczone, że od początku pełnoskalowej wojny – w trakcie której na ukraińskie miasta nie spadł żaden dron, żadna rakieta. Na froncie rzecz jasna walki trwały w najlepsze, ale zaplecze pozostało nietknięte.

Zastanawiałem się, o co chodzi i nawet przyszło mi do głowy, że to początek jakiejś pozytywnej zmiany. Zwłaszcza że trump zaczyna dostrzegać, że putin zwyczajnie go zwodzi – i w swoim stylu zapowiada działania odwetowe. W tym przypadku miałyby to być bolesne cała dla podmiotów państwowych, które kupują ropę w rosji. Pomysł w gruncie rzeczy niegłupi, potencjalnie dla Moskwy bolesny; Indie już rozglądają się za innymi niż rosja dostawcami, wszak bardzo zależy im na utrzymaniu dobrych relacji gospodarczych z USA.

No więc trump pogrzmiewa – i niechby z tego wyszedł jakiś konkret! – świat reaguje, może zatem zareagowała i rosja, łudziłem się przez jakiś czas.

Czar prysł dzisiejszej nocy, kiedy moskale uderzyli dronami w Charków. Na miasto spadło co najmniej 15 Szahidów, z porannych raportów wynikało, że rannych zostało osiem osób.

W odpowiedzi Ukraińcy posłali własne drony – na Taganrog, Rostów i Wołgograd.

I tak minęła kolejna noc niby-rozejmu.

A propos dronów – innych niż Szahidy i ukraińskie konstrukcje wysyłane na dalekie dystanse. Mowa o małych bezzałogowcach FPV, wykorzystywanych na pierwszej linii walk. Do rzeczy – w rosji wyciekły dane ministerstwa obrony, zebrane pośród rosyjskich lekarzy wojskowych. Wynika z nich, że ponad 75 proc. wszystkich obrażeń odniesionych przez rosyjskich żołnierzy podczas wojny okopowej, jest wynikiem ataków ukraińskich bezzałogowych statków powietrznych.

Kolejne 20 proc. rannych to ofiary ostrzału artyleryjskiego, a tylko 4 proc. pośród wszystkich poszkodowanych doznało urazów na skutek działania broni ręcznej.

Co więcej, z raportów rosyjskich medyków wynika, że drony wpłynęły również na czas ewakuacji rannych. Wydłużył się on trzykrotnie (w porównaniu z sytuacją z początku spec-operacji) – do 14,5 godzin.

W medycynie funkcjonuje pojęcie „złotej godziny”, w trakcie której poszkodowany powinien trafić do szpitala, aby otrzymać fachową pomoc. Jest to czas, w którym leczenie jest najskuteczniejsze w zapobieganiu nieodwracalnym uszkodzeniom i zwiększaniu szans na przeżycie. Każda kolejna minuta drastycznie zmniejsza szanse. Dość napisać, że w wyniku urazu wielonarządowego (a te bojowe zwykle mają taką postać) 30 proc. zgonów następuje w ciągu 2-3 godzin od wypadku. Zatem 14,5 godziny to wieczność – i tam też kończy znacząca większość rosyjskich rannych.

Trudno im współczuć, warto za to wyciągać wnioski. Najpierw jednak odrobina historycznego tła. Otóż według statystyk amerykańskich służb medycznych, w czasie II wojny światowej wojska lądowe armii USA operujące w Europie i w basenie Morza Śródziemnego, głównie narażone były na ogień artylerii. Aż 65 proc. ​​wszystkich rannych stanowiły ofiary ostrzału artyleryjskiego.

W Ukrainie – gdzie w początkowych fazach konfliktu „bogiem wojny” również pozostawała artyleria – punkt ciężkości przesunął się na drony (nie znam danych ukraińskich, ale zapewne są podobne). A teraz do brzegu – bezzałogowce są lżejsze i tańsze niż klasyczna amunicja. Łatwiej je dostarczyć na pole bitwy. To istotna wskazówka dla podbicia efektywności wsparcia dla Ukrainy.

—–

Szanowni, by móc kontynuować swój ukraiński raport, potrzebuję Waszego wsparcia. Okresowo bywa z tym krucho, marzec był właśnie takim miesiącem. Pomożecie w kwietniu? Polecam uwadze przyciski poniżej i nisko się kłaniam wszystkim „Kawoszom” i Subskrybentom!

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

To dzięki Wam powstają także moje książki!

A skoro o nich mowa – zapraszam Was do sklepu Patronite, gdzie możecie nabyć moje tytuły w wersji z autografem i pozdrowieniami. Pełną ofertę znajdziecie pod tym linkiem.

Nz. Śmiercionośna ptaszyna, źródło rosyjskich problemów. Zdjęcie ilustracyjne/fot. SzG ZSU

Upodmiotowieni!

Na wstępie odrobina optymizmu – sytuacja w rejonie Pokrowska, będąca papierkiem lakmusowym ogólnej kondycji obu armii na froncie, uległa drastycznemu pogorszeniu, patrząc z perspektywy rosjan. Ukraińcy zaszachowali moskali dronami, skutecznie zabezpieczając prace bezzałogowców środkami WRE (walki radiowo-elektronicznej). Masowe uderzenia sparaliżowały nie tylko nacierające oddziały, ale i logistykę; strumień dostaw amunicji, jedzenia i wody jest symboliczny. „Wykończą naszych!”, alarmują rosyjscy mil-blogerzy.

I błagają o szybkie, masowe użycie KAB-ów, ale z tym może być problem. Mamy bowiem coraz więcej informacji o tym, że w strefie przyfrontowej zaczęły operować ukraińskie F-16 (dotąd skupiające się na ochronie miast przed pociskami manewrującymi i dronami). To poważne wyzwanie dla rosyjskich pilotów, mnożące ryzyko zestrzelenia – radar i rakiety „efa” to nie przelewki. Zdaje się, że strach wziął u moskali górę, bo jak na razie postulowanego „kabowania” nie ma. Lecą za to szybujące bomby w drugą stronę – amerykańskie, zrzucane przez F-16. Jest w tym jakiś element dziejowej sprawiedliwości, czyż nie?

—–

Równie obiecująca jest ofensywa powietrzna, wymierzona w infrastrukturę krytyczną rosji, przede wszystkim w rafinerie. W styczniu br. ukraińskie drony uderzyły w rosyjskie zakłady siedem razy. Na celownik wzięto rafinerie w Tatarstanie (11 stycznia), w obwodzie saratowskim (14 stycznia), riazańskim (24 i 26 stycznia), niżnonowogrodzkim (29 stycznia zaatakowano tam dwie przetwórnie) oraz w wołgogradzkim (31 stycznia). W tym miesiącu odnotowano już sześć nalotów, ostatni dziś w nocy (celem była rafineria w Ilskij). 11 lutego porażono obiekt w Saratowie, mieście położonym w południowo-wschodniej części rosji, w regionie graniczącym z Kazachstanem (a więc setki kilometrów od Ukrainy). „Saratowska rafineria ropy to jeden z kluczowych obiektów (…). Jej zdolność przerobowa sięga 7 mln ton ropy rocznie. Zakład odgrywa istotną rolę w zaopatrywaniu armii rosji w paliwo”, napisał na Telegramie szef ukraińskiego Centrum Przeciwdziałania Dezinformacji Andrij Kowałenko.

Cytuję ten wpis, bo dobrze ilustruje ukraińskie intencje. Różne od tego, co robią rosjanie, którzy także atakują infrastrukturę krytyczną. Ale ich celem są ukraińskie obiekty energetyczne – elektrownie i sieci przesyłowe – a bezpośrednią ofiarą ludność cywilna, pozbawiona regularnych dostaw wody, prądu i ogrzewania. Siły Zbrojne Ukrainy (ZSU) dążą tymczasem do „wysuszenia” rosyjskiej armii oraz do zmniejszenia przychodów z eksportu kopalin i pochodnych, które Moskwa wykorzystuje do finansowania wojny. Oczywiście, rosyjskie wojsko będzie ostatnim podmiotem, które dotknie ewentualny kryzys i potrzeba racjonowania paliw i smarów – najpierw zmierzą się z tym zwykli rosjanie. To uciążliwość, ale dalece mniejsza niż humanitarny kryzys, na skraju którego, zimą, postawili Ukraińców agresorzy.

Rafinerie to wąskie gardło rosyjskiej gospodarki – przez ostatnie dwie dekady poczyniono w nich wiele inwestycji w oparciu o zachodnie technologie. Przy poważnych awariach i uszkodzeniach, w realiach reżimu sankcyjnego, przywrócenie ich pełnej sprawności to nie lada wyzwanie. Z czego Ukraińcy doskonale zdają sobie sprawę, stąd ich konsekwencja (o czym więcej piszę w zalinkowanym tekście dla „Polski Zbrojnej”).

—–

Zostawmy działania militarne i skupmy się na polityce.

Świat jakby przyśpieszył, obierając kurs ku niezbyt przyjemnej destynacji – takie wrażenie można odnieść, analizując medialny dyskurs z ostatnich kilku dni. Wynika z niego, że USA dogadują się z rosją – za plecami Ukrainy, ignorując też europejskich sojuszników. „Jałta i Monachium 2.0”, „Ukraina jest stracona”, wieszczy mnóstwo komentatorów. W mojej ocenie mocno na wyrost, ale powszechność obaw – że Donald Trump „zabierze zabawki” – pozostaje faktem.

Dlaczego na wyrost? Bo na razie nie wydarzyło się nic, co kazałoby uznać, że Stany odpuszczają sobie Ukrainę. Wypowiedź sekretarza obrony Pete’a Hegsetha – o tym, że Ukraińcy nie odzyskają utraconych ziem i nie mogą liczyć na członkostwo w NATO – choć brutalna, była oparta o realną ocenę sytuacji. Znanej powszechnie od kilkunastu miesięcy. Po klęsce ofensywy na Zaporożu jasnym jest, że wyrzucenie rosjan z okupowanych terenów – w większej skali – to zadanie ponad możliwości ukraińskich sił zbrojnych (ZSU). Wiemy też, że w Sojuszu nie ma powszechnej zgody na członkostwo Ukrainy – a NATO oparte jest o mechanizm kolektywnego podejmowania decyzji. Z Turcją, Słowacją i Węgrami na pokładzie i bez obstrukcji Trumpa natowska Ukraina to mrzonka. A są jeszcze kwestie formalno-prawne – wymóg uregulowanego statusu granic.

Oczywiście, mamy też wypowiedzi amerykańskich decydentów o tym, że USA nie dadzą Ukrainie gwarancji bezpieczeństwa. Mamy mizdrzenie się do putina samego Trumpa, mamy połajanki wobec Europy, autorstwa wiceprezydenta J.D. Vance’a. Ale mamy też jego wywiad dla „The Wall Street Journal”, z którego wynika wprost,  że Stany nałożą na rosję dodatkowe sankcje ekonomiczne i podejmą działania militarne (włącznie z wysłaniem wojsk nad Dniepr), jeśli putin nie zgodzi się na porozumienie pokojowe. „Nam zależy na tym, by Ukraina była suwerenna”, czytamy w WSJ.

Nie wiem, czy amerykański wielogłos to dowód na świadomą strategię – gry w dobrego i złego policjanta (jeden rosję obłaskawia, drugi wali ją w pysk) – czy raczej przejaw totalnego chaosu, panującego w amerykańskiej administracji, gdzie „każdy sobie rzepkę skrobie”, a i tak ostateczną decyzję podejmie nieprzewidywalny Trump. Rzecz jasna chcę wierzyć, że mowa o kiju i marchewce, lecz uczciwość intelektualna nakazuje przyjąć ten gorszy scenariusz i jego konsekwencje.

Załóżmy więc, że wylewający się od kilku dni lament jest uzasadniony – że Waszyngton i Moskwa coś tam sobie za plecami innych ustalą. No i co?, pytam tonem mocno prowokującym. Irytuje mnie bowiem ten element publicznej debaty, który kompletnie pomija podmiotowość Ukrainy i jej europejskich sojuszników (tych pozaeuropejskich, innych niż Ameryka, też). Wiara w to, że Kijów posłusznie zaakceptuje skrajnie niekorzystne dla siebie warunki, jest tyleż naiwna, co obraźliwa w stosunku do Ukraińców – którzy od trzech lat, dzień po dniu, udowadniają, że w kaszę sobie pluć nie pozwolą. A Europa? Można by wiele napisać o jej słabościach, niezdecydowaniu, zmarnowanych szansach, lecz nawet bazowo niskie oczekiwania nie zmienią faktu, że nikt na poważnie o porzuceniu Ukrainy nie myśli – o czym więcej w kolejnym wpisie.

PS. Wbrew retoryce Trumpa, to Europa – jako Unia i pojedyncze kraje – ponosi większość kosztów wspierania Kijowa (trzy piąte wszystkich dotychczasowych nakładów). Trzeba na to 80 mld euro rocznie (to całościowy koszt, Ukraińcy samodzielnie wkładają do „koszyka” około 20 mld). Dużo, a zarazem niewiele, wziąwszy pod uwagę zsumowany kilkunastobilionowy budżet członków UE i Wielkiej Brytanii.

—–

Szanowni, jak wielokrotnie podkreślam, moje publicystyczne i reporterskie zaangażowanie w konflikt na Wschodzie w istotnej mierze możliwe jest dzięki Wam i Waszemu wsparciu. Pomożecie w dalszym tworzeniu kolejnych treści?

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Maciejowi Szulcowi, Joannie Marciniak, Jakubowi Wojtakajtisowi, Andrzejowi Kardasiowi, Marcinowi Łyszkiewiczowi, Arkowi Drygasowi, Tomaszowi Krajewskiemu, Magdalenie Kaczmarek, Arkadiuszowi Halickiemu, Piotrowi Maćkowiakowi, Bartoszowi Wojciechowskiemu i Monice Rani. A także: Arturowi Żakowi, Łukaszowi Hajdrychowi, Patrycji Złotockiej, Adamowi Cybowiczowi, Wojciechowi Bardzińskiemu, Krzysztofowi Krysikowi, Bognie Gałek, Michałowi Wielickiemu, Jakubowi Kojderowi, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Bożenie Bolechale, Marcinowi Gonetowi, Pawłowi Krawczykowi, Joannie Siarze, Aleksandrowi Stępieniowi, Marcinowi Barszczewskiemu, Szymonowi Jończykowi, Annie Sierańskiej, Piotrowi Rucińskiemu, Tomaszowi Sosnowskiemu, Piotrowi Świrskiemu, Sławkowi Polakowi, Mateuszowi Jasinie i Grzegorzowi Dąbrowskiemu.

Podziękowania należą się również moim najhojniejszym „kawoszom” z ostatniego tygodnia: Maciejowi Sijce i Kasi Byłów.

To dzięki Wam powstają także moje książki!

A skoro o nich mowa…w sklepie na Patronite pojawiły się kolejne książki – powieści, które napisałem i wydałem „w czasach afgańskich”, reportaż z tamtego okresu oraz książka political/war fiction, dziejąca się w realiach pandemii i rosyjskiej agresji militarnej na Polskę. Polecam lektury – by je nabyć, przejdźcie na stronę pod tym linkiem.

Nz. Ukraiński F-16 z podwieszonymi (m.in.) bombami szybującymi GBU-39 SDB I/fot. ZSU

Doświadczenie

„Mamy prawie 50 tys. żołnierzy z doświadczeniem bojowym”, podkreślał pewien pułkownik, wykładowca ówczesnej Akademii Obrony Narodowej. „To połowa armii”, mówił, wyraźnie zadowolony. „Znakomity kapitał na przyszłość”, dodał. Zakwestionowałem jego optymizm, chyba nazbyt grubiańsko; w każdym razie rozstaliśmy się w niezgodzie. Lecz mowa o człowieku, który miał dość intelektualnej uczciwości, by po czasie przyznać: „Masz rację”. „Doświadczenie z Iraku i Afganistanu na niewiele się zda w Europie”, usłyszałem, tym razem już przez telefon.

Był rok 2012, armię rzeczywiście mieliśmy ostrzelaną. I doświadczoną w realizacji zadań w ramach wielonarodowego kontyngentu; tyle wygrać. Ale istota tego treningu sprawdzała się do udziału w konflikcie asymetrycznym, antypartyzanckim – a więc o względnie niskiej intensywności – w dodatku prowadzonym w bardzo specyficznych warunkach geograficznych. Nie do powtórzenia w Europie, w konfrontacji z przeciwnikiem takim jak rosja.

Wojna, która wybuchła na wschodzie Ukrainy dwa lata później, w pełni to potwierdziła.

Po co o tym piszę? Ano mamy wysyp opinii, wedle których „już za chwileczkę, już za momencik”, armia rosyjska uderzy na Europę. No więc pytam, czym? Prymitywnie przerobionymi moskwiczami i ładami, wózkami golfowymi? Stadem pędzonych „wpieriod!” kalek? Oczywiście, celowo uwypuklam rosyjskie słabości – są w wojsku putina przyzwoicie wyekwipowane komponenty – ale co do zasady, siły zbrojne federacji pozostają cieniem samych siebie sprzed trzech lat. Liczniejszą, ale dramatycznie niedoposażoną strukturą, która na odzyskanie potencjału sprzed 24 lutego 2022 roku potrzebuje co najmniej 10 lat. Cudów nie ma, sowieckie zapasy „wyszły”, a przemysł – wbrew propagandowym twierdzeniom – nie jest w stanie produkować wielkich mas uzbrojenia.

Odrębną kwestią pozostaje jego jakość – dotychczasowa okazała się niewystarczająca nawet do pokonania Ukrainy. Zatem w ciągu tej dekady należałoby – patrząc z perspektywy Moskwy – wymyślić i wdrożyć coś „ekstra”. Powodzenia, zwłaszcza w realiach sankcji i zdychającej gospodarki.

„No ale doświadczenie!”, mógłby rzec ktoś. Jakie? Z ponad miliona posłanych na wojnę z Ukrainą żołnierzy prawie połowa nie żyje bądź została trwale okaleczona. Czym jest kunszt pozostałych? To pytanie, o sposób, w jaki rosjanie wyszarpali Ukrainie kilkanaście procent jej terytorium. Rajdami z początków pełnoskalowej wojny, nieco późniejszym „walcem artyleryjskim” i „mięsnymi szturmami”, które dramatycznie nasiliły się w drugim i trzecim roku inwazji. To jest istota doświadczenia bojowego rosyjskich żołnierzy i ich dowódców.

Czy da się je wykorzystać w wojnie z armiami natowskimi? A niby jak przy miażdżącej przewadze w powietrzu (sama Europa „zjada” tu rosję, nie tyle liczbą, co jakością)?

„W powietrzu latają też drony!”, stwierdziłby ów ktoś. No latają, ale w całej tej opowieści o bezpilotowcach zapominamy, że to bieda-broń, narzędzie kompensacyjne, używane z braku innych środków. Przede wszystkim klasycznego lotnictwa oraz dalekonośnej, precyzyjnej artylerii; obie strony konfliktu na Wschodzie mają w tych zakresach istotne braki (fizyczne bądź kompetencyjne). Wojna z innym przeciwnikiem – dysponującym silnym lotnictwem i artylerią o lepszej donośności i celności – nie wyglądałaby tak, jak zmagania na Donbasie czy Zaporożu. Najogólniej rzecz ujmując, rosjanie nie byliby w stanie podejść tak blisko, strefa kontaktu byłaby znacznie rozleglejsza, najpewniej w ogóle nie byłoby linii frontu. Większość dronów okazałby się nieprzydatna, większość rosjan zginęłaby na skutek „wybombardowania”.

Oczywiście, determinacja i ostrzelanie (rozumiane nie jako kompetencja w posługiwaniu się bronią, ale nawyk funkcjonowania w realiach zagrożenia), to byłyby rosyjskie atuty. Tyle że bez technologii dalece niewystarczające. Pamiętajmy o tym proszę, nim zanurzymy się w ponury nastrój.

PS. Nie, Ukraina nie jest stracona. Ostatnie wypowiedzi amerykańskich polityków niczego nie przesądzają. Jutro i pojutrze, po spotkaniu w Monachium, będziemy wiedzieć więcej. Dziś mam „dzień świra”, ale będę trzymał rękę na pulsie. Dodam tylko, bo warto, że putinowska machina wojenna na lądzie ewidentnie dostała zadyszki; rosjanie stanęli, Ukraińcy lokalnie kontratakują, często z powodzeniem. Takie są fakty, a nie zmarkotniałe spekulacje.

—–

Szanowni, jak wielokrotnie podkreślam, moje publicystyczne i reporterskie zaangażowanie w konflikt na Wschodzie w istotnej mierze możliwe jest dzięki Wam i Waszemu wsparciu. Pomożecie w dalszym tworzeniu kolejnych treści?

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

To dzięki Wam powstają także moje książki!

A skoro o nich mowa… – w sklepie na Patronite pojawiły się kolejne książki – powieści, które napisałem i wydałem „w czasach afgańskich”, reportaż z tamtego okresu oraz książka political/war fiction, dziejąca się w realiach pandemii i rosyjskiej agresji militarnej na Polskę. Polecam lektury – by je nabyć, przejdźcie na stronę pod tym linkiem.