(Nie)winna

Na szybciutko.

Wtargnięcie rosyjskich dronów mogło być efektem:

a. świadomej akcji Moskwy, mającej na celu przetestowanie naszego systemu; prowokacji poniżej progu kinetycznej wojny, dla której istnieje wygodne usprawiedliwienie „nie chcieliśmy, ale tak wyszło”.

b. grubszej awarii technicznej sprzętu (wtedy rzeczywiście by nie chcieli).

c. skutkiem porażenia dronów przez ukraińską obronę przeciwlotniczą przy użyciu systemów WRE (walki radiowo-elektronicznej). W takim ujęciu „ogłupiałe” maszyny poleciały dalej – i wleciały do nas.

Nie będę teraz rozważał prawdopodobieństwa tych scenariuszy, bo za mało wiem. Ale chciałbym się odnieść do trzeciego, który już stał się amunicją dla wszelkiej maści użytecznych idiotów i skarpetkosceptyków; amunicją wykorzystywaną do walenia w Ukrainę i Ukraińców rzecz jasna. Bo to „ich wina”.

Nosz k…

Pozwólcie, że ujmę sprawy łopatologicznie. Atakuje mnie łobuz nożem, odparowuję jego cios, narzędzie wypada bandycie z ręki, a ostrze kaleczy przypadkową osobę – czy ja za to odpowiadam? A może jednak ten ancymon, który chciał mi zrobić krzywdę? Nie musiałbym się bronić, gdybym nie został zaatakowany – to jest istota tej analogii.

Ukraina nie musiałaby unieszkodliwiać szahedów, gdyby nad nią nie przylatywały. Ale przylatują, bo ma bandytę za sąsiada. I co, ma mu ulec?

Uważajcie, błagam. Nie dajcie się wciągnąć w roSSyjski schemat narracyjny użyty już po tragedii w Przewodowie. To nie jest/nie byłaby nawet pośrednia wina Ukrainy.

Owszem, zło czai się na wschodzie, ale nieco dalej…

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, moje książki powstają także dzięki Wam! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Intruz

Znów coś przyleciało ze wschodu i spadło na Lubelszczyźnie. Mamy medialny kociokwik, spekulacje i serię nierealistycznych oczekiwań formułowanych przez pożal się boże komentatorów. Na szybciutko uporządkujmy sprawy.

Czy drony typu Szahed mogą dolecieć do Polski? Mogą, to dziadostwo ma zasięg do 2,5 tys. kilometrów. Strzelane z rosji, dolecą do nas, a pamiętajmy, że rosjanie – choć ostatnio dzieje się to rzadko – wysyłają drony nad Ukrainę także z terytorium Białorusi. Czyli zza miedzy.

Czy Szaheda nie da się zawczasu wykryć i zestrzelić? Dlaczego nasze dowództwo informuje, że nie zarejestrowano wejścia w polską przestrzeń powietrzną? Szahedy są stosunkowo łatwym celem, Ukraińcy zdejmują z nieba większość z nich. Ale armia Ukrainy działa w trybie wojennym, co oznacza pełne rozwinięcie obrony przeciwlotniczej. My zaś funkcjonujemy w trybie pokojowym, czyli nasza OPL ma ograniczone możliwości. Drony Szahed latają zwykle na niskich wysokościach (choć ostatnio zaczęły latać wyżej, gdzie trudniej je zestrzelić). Zasadniczo jednak operują na wysokości około 200 metrów. Stałe stacje radarowe rozmieszczone przy naszej wschodniej granicy mają ograniczone możliwości namierzania celów na tak niskiej wysokości; to kwestia techniczna i fizyczna (płaskoziemcy w tę ostatnią nie wierzą…). Dlatego w razie W stałe stacje (jeśli przetrwają uderzenie…) zostaną wsparte mobilnymi zestawami, które uzupełnią braki w polu widzenia. W czasie P trzymamy je w koszarach, bo rozwinięcie OPL to koszty, których chcielibyśmy uniknąć, a których incydentalne zagrożenia nie uzasadnią. I nie, nie jest tak, że nic w tym zakresie nie robimy. Gdy ruSSkie nalatują na Ukrainę, podrywamy nasze samoloty, które mają własne radary i mogą latać na względnie niskich wysokościach. Dysponujemy również maszynami typu AWACS, które widzą „od góry do dołu” (niech fachowcy wybaczą uproszczenie). Ale samolotów dyżurnych nie da się trzymać w powietrzu w nieskończoność, podobnie jak AWACS-ów, naszych (mamy dwa) czy sojuszniczych (regularnie latają u nas maszyny amerykańskie, brytyjskie czy szwedzkie). Nie jest więc niczym nadzwyczajnym, że coś się może przebić. Zwłaszcza w sytuacji, gdy za płotem mamy pełnoskalową wojnę, w której regularnie dochodzi do zmasowanych napadów powietrznych. Po prawdzie, to zadziwiające, że tak niewiele tych incydentów miało do tej pory miejsce. Moim zdaniem to efekt skuteczności ukraińskiej OPL, ale i ostrożności rosjan, którzy – mimo nadymanej retoryki – wolą redukować ryzyko przypadkowej penetracji przestrzeni powietrznej kraju NATO.

Czy to rzeczywiście był Szahed, jak spekulują media? Nie wiem. Świadkowie mówią o silnej eksplozji, policja o braku wyraźnego leju. Szahed wyposażony jest w głowicę o wadze około 50 kg, ponoć w najnowszych wersjach jest to nawet 90 kg; wybuch czegoś takiego to już nie są przelewki (w Kijowie widziałem efekt uderzenia pojedynczego drona w hotel; cała jedna ściana wielopiętrowego budynku „zjechała” na jezdnię). Zapewne dowiemy się więcej o skutkach eksplozji, ale jeśli faktycznie są znikome, do Polski mógł przylecieć dron-wabik. Od jakiegoś czasu i one są wyposażone w niewielkie głowice. Te nie powinny wybuchać przy uderzeniu w ziemię, ale mogą – w końcu nie mówimy o jakiejś wysublimowanej broni z milionem zabezpieczeń. No to po co są te głowice? Ano po to, by utrudnić robotę saperom, którzy takie wabiki, gdy te już spadną, muszą odnaleźć i uprzątnąć. Ot typowe rosyjskie skurwysyństwo (coś jak miny-pułapki), bo przecież takie drony mogą spaść gdziekolwiek; w Ukrainie najczęściej najpierw odnajdują je cywile.

Konkludując: czy możemy się przed takimi incydentami bronić? Technicznie owszem, tylko że wiązałoby się to z mobilizacją zasobów i kosztami.

Czy to casus belli? Przy całej mojej niechęci do tego, czym jest dziś państwo rosyjskie – zdecydowanie nie. W dotychczasowych incydentach nie dopatruję się celowości, jest ich niewiele i nie mają dotkliwych skutków. Nie ma o co kruszyć kopii, choć oczywiście działania dyplomatyczne winny zostać podjęte. A jeśli chcemy się odgryźć „na twardo” – lepszego sposobu niż dalsze wspieranie Ukrainy nie ma. Amen.

—–

Szanowni, gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

To dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Pełna oferta pod tym linkiem.

Nz. dron wabik typu Gerbera/fot. z archiwum blogu bezkamuflazu

Lasery

Ukraiński „parasol” OPL jest coraz bardziej dziurawy. Zapasy rakiet przeciwlotniczych topnieją w zastraszającym tempie. Ukraińcy testują różne rozwiązania, spośród których antydrony (bezzałogowce przeznaczone do niszczenia innych bezpilotników) wydają się być obiecującym rozwiązaniem.

Do zestrzeliwania szahedów obrońcy angażują śmigłowce oraz samoloty tłokowe (maszyny szkolne lub przerobione cywilne) wyposażone w działka pokładowe. Jednocześnie rozwijają technologię zagłuszania urządzeń sterowniczych dronów; to dlatego część z nich spada na ziemię w przypadkowych miejscach. To wszystko pozwala jeszcze jakoś utrzymać się ukraińskiej OPL „na powierzchni”, ale rosjanie nie stoją w miejscu i wciąż powiększają możliwości produkcyjne. Zmierzają do momentu, w którym będą w stanie wysłać 2 tys. dronów do pojedynczego uderzenia, zakładając, że po serii takich ataków niebo nad Ukrainą stanie przed nimi otworem.

—–

To całkiem realna perspektywa, której mógłby zaradzić generacyjny przeskok ukraińskiej OPL. By wyjaśnić, co mam na myśli, zostawmy na razie Ukrainę i przenieśmy się na Bliski Wschód. Kilka tygodni temu Izraelczycy ujawnili, że jeden z ich systemów obronnych, znany jako Iron Beam (Żelazny Promień), został po raz pierwszy użyty w realnych działaniach wojennych. Doszło do tego jesienią minionego roku, ale do tej pory ta informacja pozostawała niejawna.

„Państwo Izrael jest pierwszym na świecie, które zademonstrowało możliwości przechwytywania laserowego na dużą skalę”, oświadczył dr Daniel Gold, szef Dyrekcji Badań i Rozwoju Obrony izraelskiego resortu obrony. Systemy laserowe miały wówczas zniszczyć około 40 dronów. Szczegółów operacji nie znamy, ale najprawdopodobniej chodzi o bezzałogowce posłane nad Izrael przez Hezbollah.

Broń laserowa, która jako „pocisk” wykorzystuje wiązkę energii, nie jest czymś nowym – państwa i koncerny zbrojeniowe pracują nad jej wdrożeniem już od dekad. Długo jednak uchodziła za skomplikowaną i kosztowną. Potrzeba intensyfikacji prac oraz wynalezienia efektywniejszych finansowo patentów drastycznie wzrosła w ostatnich latach – wraz z masowym zastosowaniem w konfliktach zbrojnych dronów powietrznych. Mówiąc wprost, należało wymyślić coś, co zniesie konieczność niszczenia tanich bezzałogowców drogimi rakietami.

—–

Jak wynika z deklaracji Izraelczyków, Iron Beam jest w stanie wyeliminować cele przy koszcie 2,50 dolara. Dla porównania, rakieta przechwytująca Tamir – będąca podstawą słynnej Żelaznej Kopuły – kosztuje od 50 do 70 tys. dolarów. W przypadku brytyjskiego systemu DragonFire (jeszcze nieprzetestowanego w warunkach bojowych), koszty pojedynczego wystrzału udało się obniżyć do 10 funtów. Wychodzi drożej niż u Izraelczyków, ale to i tak znacząco mniej niż kosztują drony i śmiesznie mało w porównaniu z ceną tradycyjnej amunicji przeciwlotniczej.

Gdzie haczyk? Choć prace nad bronią laserową mocno przyśpieszyły, wciąż ma ona liczne ograniczenia. Wyzwaniem jest na przykład pojemność magazynu energii. O ile w przypadku stacjonarnych rozwiązań nie jest to aż tak duży problem, o tyle ma on kluczowe znaczenie dla systemów mobilnych. Ograniczenie szybkostrzelności wynika też z przegrzewania się laserów. Nadal wymagają one dobrych warunków pogodowych (właściwej widoczności celów), no i mają ograniczony zasięg, który obecnie nie przekracza 10 km.

W przypadku Ukrainy problemem jest również brak własnych technologii w tym zakresie. Biorąc pod uwagę całokształt relacji izraelsko-ukraińskich (i izraelsko-rosyjskich), trudno spodziewać się, by Jerozolima wsparła Kijów. Ale poza Brytyjczykami nie mniej zaawansowane systemy mają Amerykanie, własne rozwiązania testują też inne kraje proukraińskiej koalicji. „Przetrenowanie” ich w warunkach realnego konfliktu dałoby obopólne korzyści – Ukraińcy mieliby z czego strzelać, dostawcy zyskaliby unikalną możliwość rozwijania technologii w oparciu o rzeczywiste wyzwania.

Rozszerzoną wersję tego tekstu znajdziecie na portalu TVP.Info – oto link do tego materiału.

—–

Szanowni, gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

To dzięki Wam powstają także moje książki!

A skoro o nich mowa, w sklepie Patronite możecie nabyć moje tytuły w wersji z autografem i pozdrowieniami. Pełną ofertę znajdziecie pod tym linkiem.

Nz. Tradycyjny lufowy zestaw przeciwlotniczy ukraińskiej armii/fot. Dowództwo Operacyjne Południe ZSU/SG ZSU

Fikołki

Rozmowa z kpt. rez. pil. Witoldem Sokołem, o dronach, przyszłości lotnictwa załogowego oraz o miłości do MiG-a 29.

Marcin Ogdowski: Zrobił Pan na MiG-29 ponad tysiąc godzin nalotu. Poproszę o obiektywną ocenę możliwości bojowych tej maszyny.

Witold Sokół: Wedle starego porzekadła „nie jesteś tak dobry, jak o sobie myślisz, ani tak zły, jak o tobie mówią”. Idealnie pasuje to do MiG-a, który jest ofiarą własnej legendy. Tę maszynę zaprojektowano jako lekki frontowy myśliwiec, czyli samolot, który działa 150-200 km od bazy i zabezpiecza własne wojska przed środkami napadu powietrznego. Miał szybko dolecieć w rejon działań, zniszczyć samoloty zagrażające oddziałom na lądzie, wrócić, zatankować i znowu polecieć. W związku z tym nie potrzebował dobrego radaru o dużym zasięgu. Nie potrzebował uzbrojenia o średnim i dużym zasięgu. Jego walorami miały być manewrowość, łatwość obsługi i skuteczność uzbrojenia krótkiego zasięgu. Do zadań poza pierwszym kręgiem były Su-27, od walki na najdalszym dystansie MiG-i-31.

Czyli żaden dominator pola bitwy, a koń roboczy do ściśle określonych zadań.

Solidne narzędzie.

Mimo paliwożerności?

Fakt, to był problem. Na MiG-u-29 latało się krótko – godzinę, maks półtorej z dodatkowym zbiornikiem. Włączenie dopalania oznaczało, że po minucie było 400 kg paliwa mniej. A więc przewagę w manewrowaniu mogłem wykorzystywać tylko przez pięć minut, bo potem kończyło mi się paliwo…

Jak pilotom Messerschmittów z czasów bitwy o Anglię, którzy po przeskoczeniu Kanału mieli tylko chwilę na walkę z Brytyjczykami.

Dokładnie tak. A MiG ma jeszcze inną wadę – kopci i widać go z daleka. Do tego duża powierzchnia odbicia czyni go łatwym do zauważenia na radarze. W symulowanych walkach powietrznych z F-16, zachodni piloci zawsze próbowali nas zastrzelić z dużej odległości. Wiedzieli, że jak tego nie zrobią, to na bliskim dystansie ich rozszarpiemy. F-16 to taki gość z pistoletem, MiG-29 to karateka. W bliskim kontakcie nie dawał przeciwnikom szans.

Ale najpierw trzeba było „dobiec”…

Nie raz się udało, co budowało MiG-owi legendę, a ta w ostatecznym rozrachunku zrobiła mu krzywdę.

Ma Pan na myśli odwlekanie modernizacji polskich „dwudziestek dziewiątek”?

Skoro to tak dobry myśliwiec, to czego wy jeszcze chcecie? Takie podejście było. Tymczasem mówimy o samolocie, którego pełne walory bojowe wygasły już w latach dziewięćdziesiątych. W NATO zawsze znaleziono dla nas jakąś niszę. Byliśmy wsparciem, tłem, nigdy głównym graczem. Taka rola MiG-a.

Zostawmy przeszłość i wybiegnijmy w przyszłość. Technologia coraz bardziej ogranicza udział pilota, zastępując go coraz bardziej wymyślnymi systemami. To proces, na końcu którego mamy maszyny w pełni bezzałogowe. Czy to nieuchronna przyszłość lotnictwa?

Uważam, że zawsze będzie ten czynnik ludzki – konieczność pilotowania, także z elementami akrobacji, choć pewnie w coraz większym stopniu zdalnego.

To chyba już inne nawyki?

Na emeryturze zbudowałem sobie symulator, wyposażony w okulary do wirtualnej rzeczywistości. Poza tym, że nie ma przeciążeń, odczuwam lot tak, jakbym siedział w kabinie.

Ale Pan spędził mnóstwo godzin za sterami prawdziwych maszyn.

Dlatego operatorzy bezzałogowych statków powietrznych muszą mieć możliwość normalnego latania. Ci, którzy szkolą się w Dęblinie, są też klasycznymi pilotami.

Natomiast jeśli chodzi o drony FPV, trudno tu mówić o samolotach. To są latające pociski, sterowane. Swoista artyleria, nie lotnictwo.

Rozumiem, że Pańskim zdaniem małe drony nie wyeliminują konieczności posiadania „dużego” lotnictwa załogowego i bezzałogowego?

Nie, one są do innych zadań. Co więcej, nie wierzę, byśmy poszli w skrajną autonomiczność systemów uzbrojenia. Oddanie wszystkiego sztucznej inteligencji to recepta na scenariusze z filmów science-fiction.

To, jak wciąż ważne jest klasyczne lotnictwo załogowe, dobrze pokazuje ostatnia wojna Izraela z Iranem.

Owszem, choć ona udowodniła również, że samo lotnictwo to za mało. By izraelskie samoloty mogły nad Iranem operować, wcześniej należało wyeliminować irańską obronę przeciwlotniczą. W dużej mierze uczyniły to grupy dywersyjne na ziemi. Ktoś musiał zebrać dla nich dane, wskazać cele, przygotować misję. W wojskowej nomenklaturze mówi się o działaniach wielodomenowych, to jest ich dobry przykład.

C.d. rozmowy znajdziecie na portalu TVP.Info – oto link do tego materiału.

—–

Kpt. rez. pil. Witold Sokół, absolwent Wyższej Oficerskiej Szkoły Lotniczej w Dęblinie (1993 rok). Służył m.in. w 1. Eskadrze Lotnictwa Taktycznego w Mińsku Mazowieckim, przez cztery lata był pilotem pokazowym samolotu MiG-29. Z latania akrobacyjnego zrezygnował w 2006 roku. Po odejściu ze służby czynnej zajął się działalnością społeczną i komentatorską. Fani awiacji znają go z prowadzenia największych w Polsce pokazów lotniczych, w tym Air Show w Radomiu. Obecnie wykładowca w Lotniczej Akademii Wojskowej.

—–

Szanowni, do spraw okołoukraińskich wrócę pojutrze. A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Czytelnikowi o nicku Zajcef Fizzlewick, Arkadiuszowi Halickiemu, Piotrowi Maćkowiakowi, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Monice Rani, Maciejowi Szulcowi, Joannie Marciniak, Jakubowi Wojtakajtisowi, Andrzejowi Kardasiowi, Marcinowi Łyszkiewiczowi, Tomaszowi Krajewskiemu i Magdalenie Kaczmarek. A także: Juliuszowi i Elżbiecie Wolny, Piotrowi Rucińskiemu, Tomaszowi Sosnowskiemu, Piotrowi Świrskiemu, Arturowi Żakowi, Łukaszowi Hajdrychowi, Patrycji Złotockiej, Wojciechowi Bardzińskiemu, Bognie Gałek, Krzysztofowi Krysikowi, Mateuszowi Piecuchowi, Michałowi Wielickiemu, Jakubowi Kojderowi, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Bożenie Bolechale, Jarosławowi Terefenko, Marcinowi Gonetowi, Pawłowi Krawczykowi, Joannie Siarze, Aleksandrowi Stępieniowi, Marcinowi Barszczewskiemu, Dinarze Budziak, Szymonowi Jończykowi, Piotrowi Habeli i Annie Sierańskiej.

Podziękowania należą się również moim najhojniejszym „kawoszom” z ostatniego tygodnia – Czytelnikowi o pseudonimie Ron Irondell oraz Pawłowi.

To dzięki Wam powstają także moje książki! A skoro o nich mowa, w sklepie Patronite możecie nabyć moje tytuły w wersji z autografem i pozdrowieniami. Pełną ofertę znajdziecie pod tym linkiem.

Nz. Migi z malborskiej eskadry, zdjęcie sprzed kilku lat/fot. Bartek Bera, zdjęcie pochodzi z albumu „Sięgając nieba”.

Drono-eskalacja

Ataki rosjan na Ukrainę z jednoczesnym użyciem kilkuset dronów zdarzają się już niemal dzień po dniu. 8 lipca rosyjscy najeźdźcy wypuścili ich ponad 700 – i był to specyficzny rekord tej wojny.

Średnia z ostatnich uderzeń to ponad 400 dronów. Jeszcze wiosną tego roku rosjanie byli w stanie rzucać do pojedynczego nalotu 100-150 maszyn. W ubiegłym roku 400 aparatów odpowiadało miesięcznemu zużyciu – w napadach powietrznych z tamtego okresu, powtarzanych co dwa-trzy dni, brało udział po 20-40 bezpilotowców. Mamy więc do czynienia z ewidentną eskalacją działań, za którym stoi drastyczny wzrost rosyjskich możliwości produkcji i pozyskiwania dronów. Nie bez powodu piszę o „pozyskiwaniu”, bowiem nie ma jasności, na ile realnie rosjanie rozbudowali własne linie produkcyjne. Faktem jest – raportują to ukraińskie służby – że coraz więcej wraków i niedolotów odnajdywanych na terenie Ukrainy, ma cechy wskazujące na to, że zostały stworzone w Chinach. Możliwe, że ostateczny montaż następuje w rosji, niemniej w takim scenariuszu to uruchomione przez Chińczyków moce produkcyjne stoją za intensyfikacją nalotów.

Problem Ukrainy jest o tyle większy, że rosyjska eskalacja ma poza terrorystycznym także ściśle wojskowy wymiar. Ukraińcy (z oczywistych powodów) i media skupiają się na uderzeniach w cywilne obiekty; faktem jest, że stanowią one większość porażonych przez rosjan celów. Ale równie prawdziwe są doniesienia o udanych rosyjskich atakach w ukraińskie zaplecze produkcyjne i magazynowe. Od co najmniej kilku tygodni rosjanie – z niespotykaną dla nich precyzją i systematycznością – niszczą kolejne ukraińskie zakłady, w których wytwarzana jest i remontowana broń i amunicja. Ze szczególną zaciekłością skupiając się na fabrykach (właściwie manufakturach) dronów oraz miejscach, gdzie wytwarzane są komponenty dla rakiet. Dalsze osłabienie ukraińskiego „parasola” z pewnością im w tym pomoże. Stąd też m.in. masowość ataków, często pozornie tylko chaotyczna, de facto czyniona z zamiarem przesaturowania ukraińskiej OPL (jej zużycia i wystrzelania się).

Dlatego w nalotach wykorzystywanych jest mnóstwo wabików – nieuzbrojonych dronów, które mają „robić tłum”, angażować uwagę i środki ukraińskiej OPL. W atakach z ostatnich dni stanowią one co najmniej połowę bezzałogowców. Skąd to wiemy? To maszyny jednorazowego użytku, one nie wracają do rosji, tylko spadają w Ukrainie po wyczerpaniu zapasu paliwa. No i niektóre z nich spełniają do końca swoją rolę – mam tu na myśli wraki uprzednio zestrzelonych (a więc wziętych za wartościowy cel) maszyn. Warto o tym pamiętać, gdy mówimy o drastycznym skoku możliwości rosjan. Ilościowo owszem, jest on imponujący, jakościowo już znacznie mniej, skoro „tylko” połowa dronów to naprawdę niebezpieczne szahedy.

Pozostając jeszcze na gruncie statystyki – drony wywołują szkody, jednak mają istotne ograniczenia związane z niską prędkością i wagą. Łatwo je zestrzelić i nie przeniosą zbyt dużej głowicy. Największe spustoszenia czynią rakiety i pociski manewrujące – a tych rosjanie wystrzeliwują ostatnio znacznie mniej. Zwykle po kilkanaście sztuk, z których większość to pociski balistyczne, odpalane z wyrzutni naziemnych, przede wszystkim koszmarnie niecelne północnokoreańskie odpowiedniki iskanderów. Co z lotniczymi pociskami manewrującymi? Po 1 czerwca rosjanie podnoszą do ataków na Ukrainę po 3-4 bombowce strategiczne – więcej nie są w stanie. To pokłosie ukraińskiej operacji „Pajęczyna”, która znacząco przerzedziła lotniczą część nuklearnej triady rosji.

—–

Gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

To dzięki Wam powstają także moje książki!

A skoro o nich mowa, w sklepie Patronite możecie nabyć moje tytuły w wersji z autografem i pozdrowieniami. Pełną ofertę znajdziecie pod tym linkiem.

Obszerniejszą wersję tego tekstu opublikowałem w portalu „Polska Zbrojna” – oto aktywne przekierowanie.

Nz. Poważnie uszkodzony po wybuchu drona budynek mieszkalny w Kijowie/fot. DSNS