„Zniknięci”

Rodzimi skarpetkosceptycy nadal w bezsilnej złości tupią nóżkami i wrzeszczą: „ale rosja odniosła wielkie zwycięstwo, nie możecie temu zaprzeczyć, że zdobyła Bachmut!”. No, zdobyła. A wczoraj wieczorem i dziś rano spadochroniarzy wchodzących na luzowane przez wagnerowców pozycje pokryła silnym ogniem ukraińska artyleria. Co ciekawe, chłopcy z WDW, którzy zastępują chłopców prigożyna, mają z ukraińską artylerią paskudne doświadczenia – mówimy bowiem o tych samych oddziałach, które na początku inwazji wzięły w skórę na płycie lotniska w Hostomelu. Niewielu weteranów tamtej misji przetrwało do dziś – rosja wszak szafowała życiem swoich najlepszych żołnierzy, jakby w każdej chwili można ich było zastąpić równie wartościowym wsadem – no ale tym, którzy pamiętają nieudany desant, zafundowano paskudne deja vu. Tyle dobrego – patrząc z perspektywy ruskich bojców – że ruiny miasta to jednak nie to samo, co odkryte lądowisko. Ale widoki na przyszłość i tak chujowe.

A skoro o widokach i wagnerowcach mowa – wczoraj trzydziestu z nich, korzystając z zamieszania, jakie towarzyszy relokacjom w Bachmucie, wzięło się i dało nogę. Nie że po prostu uciekło – oni drapnęli ciężarówkę, pick-upa, zamordowali dwóch cywilów i zastrzelili trzech żołnierzy. A potem zapadli się pod ziemię – o czym w dramatycznym tonie donoszą sami rosjanie. Suka-bladź! – rzeknie jeden z drugim. No ale cóż, tak się kończy werbowanie kryminalistów. Panowie zapewne obawiali się, że legalny powrót do rosji wcale nie skończy się dla nich dobrze – przyobiecanym darowaniem reszty wyroków. Wzięli więc sprawy w swoje ręce, a że to łapy nawykłe do przemocy – jest jak jest. Prigożynowe zeki urywały się już wcześniej, ale po raz pierwszy mamy do czynienia z tak liczną jednorazową dezercją. Hołubieni kilka dni temu przez putina „bohaterowie” zapewne zechcą wrócić do ojczyzny i „pójść w tajgę”. Uda im się czy nie, pewnie jeszcze o nich usłyszymy.

„Ni widu, ni słychu!”, mamiła wielbicieli ruskiego miru kremlowska propaganda. Raz donosząc, że już nie żyje, innym razem, że jeszcze dycha, ale koniec jest bliski, ostatnio zaś, że przeżył, lecz egzystuje w trybie mocno zwarzywionym. Idzie o Walerego Załużnego, dowódcę Sił Zbrojnych Ukrainy, trafionego pod Bachmutem, innym razem w Pawłohradzie, a wedle jeszcze innej wersji w Kijowie, w trakcie „zuchwałego ataku rakietowego” na kwaterę główną ZSU. Miał generał pożegnać się z życiem, a co najmniej ze zdrowiem, na początku maja; wtedy to pojawiły się pierwsze ruskie wrzutki. Jedna z nich – jakkolwiek wizualnie wyjątkowo nieprzyjemna – rozbawiła mnie szczególnie. Skadrowały bowiem orki zdjęcie żołnierskiego trupa, pokazując nadpsutą twarz od biedy podobną do wizerunku ukraińskiego wodza. Problem w tym, że na oryginale – dostępnym w sieci, jak wiele innych fotografii dokumentujących tę wojnę – nieboszczyk ma na ramieniu wstążkę świętego Jerzego. Jest więc martwym rosjaninem – zresztą bardzo konkretnym, zidentyfikowanym – nie zaś najważniejszym generałem Ukrainy.

Nie wiem, jakie wydarzenie dało początek plotkom, ale sprzyjała im publiczna nieobecność Załużnego. Gdy dobiła do niemal trzech tygodni i ja zacząłem się z lekka niepokoić. Propaganda moskali to wypełniony gównem strumień, ale czasem przemyka tam coś informacyjnie wartościowego. Ziarno prawdy, jak to zwykło się mówić. Szczęśliwie nie tym razem. „Ataman” żyje, ma się dobrze – mogliśmy się o tym przekonać wczoraj. Wygląda jakby nieco chudziej, ale bez wyraźnych śladów urazów czy choroby. Na świecie nie znajdziemy obecnie oficera tej rangi, który miałby na głowie więcej niż Załużny – chyba nie ma sensu szukać innych niż ten powodów absencji i prezencji generała.

Pozostając przy wątku „znikniętych” – kilka dni temu Ukraińcy zaatakowali dronami morskimi rosyjski okręt zwiadowczy „Iwan Churs”. Stało się to tuż po tym, jak jednostka wpłynęła na Morze Czarne przez cieśninę w Bosforze. Wedle zapewnień ministerstwa obrony rosji, wszystkie trzy bezzałogowce zostały zniszczone. Na dowód rosjanie pokazali moment eksplozji i zatopienia jednego z dronów. Następnego dnia Ukraińcy opublikowali własny film, na którym widać, że co najmniej jeden z morskich bezzałogówców uderzył w burtę rosyjskiego okrętu. Kadr przeciwko kadrowi, tyle że „Iwan Churs” już dawno winien być w Sewastopolu – a nadal go tam nie ma. Jeden z ruskich mil-blogerów opublikował właśnie zdjęcia i filmik, które mają ilustrować dotarcie jednostki na Krym. Rzecz w tym, że w tej części półwyspu jest dziś piękna słoneczna pogoda, są więc powody, by wątpić w prawdziwość tego materiału. Nie przesądzam, ale życzyłbym sobie, aby „Iwan Churs” dołączył do krążownika „Moskwa” – ten były czarnomorski flagowiec stał się ostatnio lotniskowcem, gdy do morza zanurkował rosyjski myśliwiec Su-35 (poczęstowany uprzednio rakietą przez ukraińską OPL). Lotniskowce zaś dobrze się czują w towarzystwie okrętów zwiadowczych.

Niestety, dronami posługują się również rosjanie. Dziś w nocy znów mieliśmy do czynienia ze zmasowanym atakiem na ukraińskie miasta przy użyciu szahidów. Regułą stało się już, że poranny przylot samolotu transportowego irańskich sił powietrznych do Moskwy – z nieujawnionym oficjalnie ładunkiem – oznacza przeprowadzony kilkanaście godzin później rosyjski nalot. Jakie stąd wnioski? Ano rosjanom nie udało się namówić Irańczyków do przeniesienia produkcji szahidów do rosji. Zaś produkcja w Iranie wystarcza jedynie na pokrycie bieżącego zapotrzebowania. Płytkie to źródełko i chyba czas, żeby w końcu wyschło. Iran to kolega rosji, ale możliwości kumpli Ukrainy są deczko większe…

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Selfiak wodza ZSU

„Zamach”

Władze rosji twierdzą, że dziś w nocy doszło do ataku dwóch ukraińskich dronów na Kreml. Kijów wypiera się odpowiedzialności za incydent, Moskwa publikuje filmik, na którym widać eksplozję tuż nad jedną z kremlowskich wież.

„Działania te traktujemy jako planowany akt terrorystyczny i zamach na prezydenta, przeprowadzony w przededniu dnia zwycięstwa, parady 9 maja, na której planowana jest również obecność gości zagranicznych. W wyniku tego aktu terrorystycznego prezydent nie został ranny. Harmonogram jego pracy nie uległ zmianie, toczy się jak zwykle. Strona rosyjska zastrzega sobie prawo do podjęcia działań odwetowych tam, gdzie i kiedy uzna to za stosowne” – czytamy w oświadczeniu, pod którym podpisał się pieskow, rzecznik putina.

Nie podejmę się jednoznacznej oceny, czy mamy do czynienia z rzeczywistym ukraińskim atakiem czy z rosyjską prowokacją. Chciałbym tylko zauważyć, że prezydent Wołodymyr Zełenski przebywa w Finlandii i zwyczajnie nie chce mi się wierzyć, by pod jego nieobecność przeprowadzono tak spektakularną akcję. Teoretycznie zamach mógłby spowodować gwałtowną reakcję rosjan – żaden odpowiedzialny głównodowodzący nie ryzykowałby nieobecności w kraju w takim momencie. Oczywiście, możemy rozważać, na ile odpowiedzialny jest Zełenski – ale dla mnie to puste dywagacje (ten facet nie musi już nikomu niczego udowadniać – że tak to ujmę). Można też zastanawiać się, czy głowa ukraińskiego państwa sprawuje realną kontrolę nad wszystkimi swoimi służbami (czy ktoś przypadkiem – z różnych pobudek – nie działał za jego plecami)? Dopuszczam taki scenariusz jako możliwą hipotezę, na poparcie której nie dysponuję żadnymi informacjami.

Gwoli rzetelności trzeba jednak zauważyć, że na ten moment Ukraińcy mają mnóstwo propagandowych korzyści z tego, co wydarzyło się nad Kremlem. Bo choć drony zestrzelono, stało się to w ostatniej chwili, czyli możemy mówić o blamażu moskiewskiej OPL. I państwa rosyjskiego, i armii rosyjskiej jako takich – skoro wrogie obiekty latające były w stanie znaleźć się w TAKIM miejscu.

A może im na to pozwolono? Co rosjanie mogliby zyskać na prowokacji? Pierwsze, co przychodzi do głowy, to pretekst do użycia ekstraordynaryjnych środków przeciwko Ukrainie. Brzmi to logicznie do czasu, gdy uświadomimy sobie, że pula rosyjskich działań została w zasadzie wyczerpana. W wymiarze konwencjonalnym Moskwa nie dysponuje już niczym, czym mogłaby „ukarać” Ukraińców i przestraszyć świat. Nadal wisi w powietrzu opcja jądrowa, ale jej prawdopodobieństwo jest nawet niższe niż kilka miesięcy temu – po tym, jak Chiny dały rosji do zrozumienia, wprost, że nie życzą sobie atomowej eskalacji.

Prędzej uwierzę w to, że celem mogłaby być dalsza konsolidacja rosyjskiego społeczeństwa wokół władzy, przeciwko Ukrainie i Zachodowi, wsparcie dla „świętej wojny”, tym świętszej, skoro tamci atakują TAKIE symbole. „Chcieli nam zabić prezydenta!?”. Przecież to może wkurzyć także rosyjskich putinosceptyków…

Nie da się też wykluczyć, że atak to sposób na zagospodarowanie lęków samego putina. Dobrze wiemy, jakim jest tchórzem, publicznie wystąpienie 9 maja może mu „nie leżeć”. Ryzyko „zamachu terrorystycznego” to sensowne wytłumaczenie absencji czy wręcz zwinięcia całej tej żałosnej parady.

Długo można by prowadzić takie rozważania. W gruncie rzeczy to nieistotne, kto przeniósł wojnę nad Kreml – czy zuchwali Ukraińcy czy podstępni rosjanie. Sam fakt, że w sercu rosji wybuchają drony, jest symbolicznie nie do przecenienia. Najlepiej dowodzi, jak srogą porażką okazała się tzw. specjalna operacja wojskowa.

PS. Skarpetkosceptycy piszą o „próbie zamachu”, o „terroryzmie”, o „niegodnym sposobie prowadzenia wojny”. Załóżmy na chwilę, że ataku rzeczywiście dokonali Ukraińcy, i że było to coś więcej niż demonstracja siły. Niech będzie, że zamierzali zabić putina. Tym, których to oburza, chciałbym przypomnieć o dwóch udaremnionych dzięki Amerykanom próbach zamachu na prezydenta Zełenskiego, podjętych tuż przed rozpoczęciem rosyjskiej inwazji. Kali mógłby się wreszcie nauczyć, że kto sieje wiatr, ten zbiera burzę…

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Łaskawość

Kilka dni temu donosiłem, że Bachmut – wbrew pojawiającym się w mediach informacjom – wcale nie jest zrujnowany. Pokiereszowany przez artylerię owszem, ale nie zrównany z ziemią. „I sam pan widzi, jak kłamliwe są opinie na temat rosjan (zapis z małej litery pochodzi ode mnie – dop. MO). Ich rzekomego bestialstwa, o którym i pan tyle pisze. Pojechał pan na Ukrainę i przejrzał na oczy”, czytam w wiadomości nadesłanej przez jednego z tych, co to „wyłączyli telewizor i włączyli myślenie” (sądząc po krótkim na riserczu, jaki pozwoliłem sobie wykonać).

No cóż, złapano mnie ze spuszczonymi portkami…

Żart. Rosyjskie bestialstwo jest wielokrotnie dowiedzionym faktem, którego w żaden sposób nie zamierzam tu dyskutować (tak jak nie chce mi się rozmawiać z płaskoziemcami). Mord odbywający się nie tylko na ludziach i przyrodzie, ale i na materii – jest takim samym faktem. Zilustrowałem go również własnymi zdjęciami ze wschodu. Chętnie uzupełnię obraz dodatkowymi fotografiami – by lepiej pokazać, na czym polega rosyjskie „oszczędzanie Bachmutu”.

Oszczędzanie, które nie dzieje się bez powodu. Wiosną i latem rosjanie bez skrupułów niszczyli atakowane miasta, zanim jeszcze doszło do walk ulicznych – o czym najlepiej świadczą losy Mariupola i Siewierodoniecka. Wtedy jednak nie zakładano, że wojna przeciągnie się do zimy i że tak dramatycznie zmieni się jej charakter. Infrastruktura Bachmutu jest najeźdźcom potrzeba do przezimowania i odpoczynku (przed nami jeszcze dwie-trzecie zimy, a i wiosna w Ukrainie potrafi dać w kość). Budynek mieszkalny zabezpiecza przed kiepską pogodą, nade wszystko jednak – szczególnie wielopiętrowy z solidną piwnicą – lepiej niż okop czy ziemianka chroni przed dronami przystosowanymi do przenoszenia niewielkich ładunków wybuchowych. Dzięki cichym silnikom (i kanonadzie…), atakują one z zaskoczenia, z niskiej wysokości, precyzyjnie rażąc nawet pojedynczych żołnierzy. rosjanie stracili w ten sposób tysiące ludzi. Ukraińcy zresztą też, choć to oni są pionierami takiego wykorzystania „zabawkowych” bezpilotowców i mają na tym polu większe sukcesy.

„Z największym strachem patrzy się w górę, czy nie ma ptaszyny, która za chwilę wsadzi nam granat do okopu”, pisał w listopadzie ub.r. właściciel profilu na Telegramie, uczestnik „operacji specjalnej”. Na początku grudnia umilkł, więc niewykluczone, że i on padł ofiarą jakiejś drapieżnej „pticy”.

Oto jedno z najgłębszych źródeł rosyjskiej łaskawości.

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Wsparcie

Pod Bachmutem ukraińskie pozycje można podzielić na trzy różne strefy. Pierwszą stanowi frontowa linia umocnień; świadomy uproszczenia, określę ją mianem okopów. Trzecia – oddalona o kilkanaście kilometrów – to domena artylerii. Dziś nie są to już statyczne stanowiska, nawet na tych odcinkach, gdzie trwają pozycyjne starcia. Drony i radary artyleryjskie – dramatycznie zwiększające ryzyko wykrycia, a więc i porażenia ogniem kontrbateryjnym – wymuszają mobilność, co dotyczy nie tylko dział samobieżnych, ale i holowanych armat. Między tymi dwiema składowymi frontu znajdują się centra operacyjne „droniarzy” – tych, którzy sterują małymi bezpilotowcami, przeznaczonymi do wykrywania oraz niszczenia rosyjskich pododdziałów. Niszczenia bezpośredniego – przy użyciu ładunków podczepianych pod aparaty – oraz pośredniego, poprzez wskazywanie dokładnych koordynatów artylerii.

Kilka dni temu byłem w jednym z takich centrów pod Bachmutem.

Z przyczyn oczywistych nie mogę wskazać dokładnej lokalizacji. Poprzestańmy na stwierdzeniu, że jest to solidnie zamaskowana, częściowo ulokowana pod ziemią baza. Jej „mózgiem” jest pomieszczenie, gdzie znajdują się dwa duże i kilka mniejszych monitorów; reszta obiektu to część magazynowa i socjalna. Centrum zarządza pracą kilkunastu operatorów dronów (rzecz w tym, by wysyłani na pierwszą linię „droniarze” nie dublowali zadań). Spięty w sieć system działa dzięki starlinkom, satelitom telekomunikacyjnym firmy SpaceX.

Drony rozpoznawcze przeczesują teren w poszukiwaniu „godnych” celów dla artylerii – większych skupisk piechoty, wozów bojowych, czołgów. Mniejsze, czterowirnikowce, polują na rozproszone grupki żołnierzy i ich stanowiska. Zmodyfikowane tak, by przenosić na przykład 750-gramowe ładunki termobaryczne, stanowią niezwykle skuteczną, śmiercionośną broń.

„Minus dwadzieścia dwa”, napisał kilka dni temu Swietosław, operator, którego poznałem podczas tej wizyty. Ta informacja znalazła się na profilu społecznościowym wojskowego, z następującym zastrzeżeniem: „nie, nie chodzi o pogodę”.

Chodzi o zabitych rosjan i dzienny „urobek” grupy. Weryfikowany (w miarę możliwości) wtórnymi nalotami bezpilotników nad porażone cele – o czym warto wspomnieć w kontekście rozważań na temat jakości danych dotyczących strat rosjan, podawanych przez Ukraińców. „Droniarze” dokumentują filmowo efekty swojej pracy.

– Dziennie potrafimy wyeliminować nawet czterdziestu rosjan – mówi Swietosław, demonstrując sposób montażu niewielkiej bomby termobarycznej. Wypala ona tlen z obszaru objętego eksplozją, powodując poważne oparzenia i urazy wewnętrzne („termobaryki” zabijają ogniem i skokiem ciśnienia; jest on niższy niż w przypadku tradycyjnych ładunków, ale trwa znacznie dłużej – stąd te urazy). – Oczywiście, rosjanie starają się nam przeszkadzać, zakłócać pracę dronów. Czasem tylko je oślepią, czasem strącą. Dbamy o nasze „ptaszki”, ale wiele z nich szybko odchodzi.

Jednostka Swietosława co rusz otrzymuje nowe aparaty – w minionym tygodniu 17 sztuk dostarczył konwój, jaki zorganizowała Fundacja Otwarty Dialog. Co ciekawe, to cywilne urządzenia, dostępne na światowych rynkach także dla rosjan. Dronowa wojna ma więc i taki wymiar – rywalizacji wolontariuszy pracujących na rzecz obu stron, wykupujących sprzęt od producentów i dystrybutorów.

—–

Ale samymi dronami tej wojny Ukraina nie wygra. Sporo w ostatnich dniach napisano o konieczności dostarczenia armii ukraińskiej jak największej ilości sprzętu ciężkiego, z czołgami włącznie. Swoistym fetyszem w tych dyskusjach stały się niemieckie leopardy, co w mojej ocenie przesłania nam istotę sprawy. Dlaczego?

Nie licząc okolic Bachmutu, a od kilku dni również wąskiego odcinka frontu w obwodzie zaporoskim, rosjanie w Ukrainie weszli w tryb przetrwania. Na nic więcej ich nie stać. Ich artyleria strzela dziesięć razy mniej niż latem zeszłego roku – bo i owszem, zapasy wyszły, armatnie lufy się zużyły. Lecz to nie jest cała prawda – spadek dynamiki rosyjskich działań wynika również z tego, że Moskwa przygotowuje się do kolejnej ofensywy. W tym celu chomikuje amunicję i inne niezbędne zapasy (co skądinąd jest dowodem słabości i niewydolności zarówno rosyjskiej armii, jak i przemysłu).

Z drugiej strony, wojsko ukraińskie nie ma dość sił, by rozpocząć jakiekolwiek operacje wyprzedzające, które miałyby szanse powodzenia. Ukraińcom pozostaje obecnie dobrze przygotować się na rosyjskie uderzenie.

Gdy patrzymy z boku, zachodnia pomoc wydaje nam się nie tylko spóźniona, ale i chaotyczna. Ci dadzą to, tamci tamto; w dyskusji nieustannie przeplata się argument koszmaru logistycznego, jaki Zachód funduje ukraińskiej armii, obdarowując ja systemami „od Sasa do lasa”. Trudno zaprzeczyć, że donatorzy zawalili sprawę, jeśli idzie o terminarz dostaw. Gdyby to, co trafiło do Ukrainy przez ostatnie 11 miesięcy, znalazło się tam przed 24 lutego, rosjanie ponieśliby dużo dotkliwsze straty, a ich zdobycze terytorialne najprawdopodobniej byłby dużo mniejsze. Skutkiem czego wojna mogłaby się już zakończyć. No ale – mleko się rozlało. Zachodni przywódcy musieli najpierw przekonać się o woli ukraińskiego oporu, sile i kondycji ukraińskich wojsk, o słabościach armii rosyjskiej i jej bestialstwie. Zmierzyć się z wyzwaniami, jakie rodziły pacyfizmy i egoizmy własnych społeczeństw. Pożenić wolę wsparcia z możliwościami budżetów i przemysłów. Ów proces (dochodzenia do spektakularnych transz wsparcia wojskowego) miał jeszcze wiele innych zmiennych – wśród nich szacowanie ryzyka biznesowego, sprowadzające się do pytania, czy opłaca się walczyć z rosją? Kunktatorstwo Niemiec jest w ostatecznym rozrachunku efektem takiej właśnie kalkulacji. Ale…

Ale nad tym wszystkim cały czas czuwali wojskowi. Eksperci od właściwego dawkowania pomocy w ramach warunków brzegowych wyznaczanych przez polityków. To oni dbali o to, by nic nie działo się „na rympał”. Dziś również dbają. Ostatnie trzy pakiety pomocy – które zostaną sfinalizowane w ciągu najbliższych tygodni – zmierzają do uzupełniania strat, jakie poniosła jesienią armia ukraińska oraz do zbudowania „straży pożarnej”. Mniej więcej trzybrygadowego komponentu o wysokiej mobilności i zarazem relatywnie dużej sile ognia, który posłuży do łatania dziur wszędzie tam, gdzie rosjanom uda się ukruszyć front.

Wróg uderzy wiosną, czasu na absorpcję właśnie pozyskanego sprzętu jest więc mało – ale powinno wystarczyć. Jednak nadal kluczowe znaczenie ma broń sowieckiej proweniencji – „na dziś” ukraińscy pancerniacy więcej pożytku będą mieli z czeskich T-72/polskich T-72/PT-91 niż z leopardów. Decyzja rządu RP o wyekwipowaniu całej ukraińskiej brygady zmechanizowanej to krok w najwłaściwszą stronę. Taką brygadę da się przygotować znacznie szybciej niż jej odpowiednik „sklecony” z leopardów pochodzących z kilku różnych krajów. Czołgi niemieckiej produkcji to opcja na czas po ofensywie rosjan. Na rekonkwistę, która winna się opierać na technologicznej przewadze Ukraińców (zatem nie tylko czołgi winny wejść wówczas do akcji…).

Oczywiście, zdolności do takiego uderzenia należy budować już dziś – im szybciej zatem uda się „docisnąć” Berlin, tym lepiej.

PS. W zeszłym tygodniu w Bachmucie było pięciu polskich posłów z opozycyjnych partii – Hanna Gil-Piątek, Adam Szłapka, Piotr Borys, Witold Zembaczyński i Paweł Krutul. Jedyni zachodni politycy, którym udało się dojechać tak daleko (kolejnych zapewne jakiś czas nie będzie, bo w weekend rosjanie zyskali kontrolę ogniową nad drogą łączącą Konstantynówkę z Bachmutem). Wraz z nimi na miejsce dotarł konwój z pomocą (dla cywilów i wojska), i przeświadczenie o ponadpartyjnym konsensusie w sprawie wsparcia dla Ukrainy – istotne dla Ukraińców, gdy w Polsce mamy rok wyborczy. Ale wspominam o tym z innego powodu. Wiem (mniej więcej), co usłyszeli i zobaczyli nasi politycy w Bachmucie. I jestem pewien, że huk kanonady zostanie w ich głowach na zawsze, mając wpływ na decyzje dotyczące bezpieczeństwa i obronności. Kanclerz Scholz odwiedził Buczę, bezpieczną, długo po wyzwoleniu. Gdyby tak zafundować mu podróż do Bachmutu – czy gdziekolwiek indziej, gdzie usłyszałby to, co słyszało pokolenie jego rodziców, owo niepokojące dudnienie zapowiadające nadejście rosjan – zapewne spojrzałby na rosję z właściwej perspektywy.

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Pawłowi Ostojskiemu, Magdalenie Kaczmarek, Bartoszowi Wojciechowskiemu i Maciejowi Szulcowi, Piotrowi Maćkowiakowi, Przemkowi Piotrowskiemu, Andrzejowi Kardasiowi. A także: Maxowi Maksimovičowi, Szymonowi Jończykowi, Mateuszowi Jasinie, Remiemu Schleicherowi, Miko Kopczakowi, Grzegorzowi Dąbrowskiemu, Arturowi Żakowi, Bernardowi Afeltowiczowi, Justynie Miodowskiej, Michałowi Wielickiemu, Monice Rani, Jarosławowi Grabowskiemu, Bożenie Bolechale i Aleksandrowi Stępieniowi.

Podziękowania należą się również najhojniejszym „Kawoszom” z ostatnich siedmiu dni: Aleksejowi Asajewiczowi i Bartoszowi Królikowskiemu.

Szanowni, to dzięki Wam – i licznemu gronu innych Donatorów – powstają moje materiały!

Nz. Dron przygotowany do przenoszenia ładunku termobarycznego/fot. Marcin Ogdowski

Kompromitacja

W rosyjskim Internecie w zasadzie nie pisze się już o poniedziałkowych atakach na bazy bombowców w głębi rosji. Wielkie wzmożenie opadło, zdaje się, że kremlowskie służby zapanowały nad nastrojami aktywnych w tematyce militarnej internautów. Co nie dziwi, zważywszy na fakt, że sprawa jest wybitnie kompromitująca dla rosyjskiej armii i władzy. Mieliśmy bowiem do czynienia z uderzeniem w najistotniejszy fragment systemu obronnego federacji, który winien być strzeżony jak przysłowiowe oko w głowie. Teoretycznie atak na bombowce będące częścią jądrowej triady (w jej skład, poza lotnictwem strategicznym, wchodzą jeszcze okręty podwodne oraz naziemne i podziemne wyrzutnie rakiet międzykontynentalnych), daje wystarczający pretekst do użycia broni atomowej. Czego moskwa nie zrobiła i nie zrobi, obawiając się reakcji przede wszystkim USA. Lepiej schować głowę w piasek, udając, że nic się nie stało (jak robiono po pierwszych ukraińskich atakach na Krym, które przecież też obciążone były rzekomym ryzykiem potężnej riposty). Niestety – patrząc z perspektywy Kremla – tutaj „kitów żenić się już nie da”. „Swoi” o atakach wiedzą – za sprawą rosyjskich militarnych blogerów, rozczarowanych słabością ojczyzny, wieści poszły w świat. Rosyjskiemu MON zostało jedynie przyznać się do ataków, zdezawuować ich wymiar oraz wyciszyć sprawę.

W tej drugiej kwestii przyjęto ciekawą taktykę. Jeszcze tego samego dnia przyznano, że drony dokonały jedynie niewielkich uszkodzeń dwóch samolotów – jednego Tu-95 w Engels i jednego Tu-22M w Diagilewie. Na kilku ujawnionych zdjęciach widać poharatanego Tu-22. Laik rzeczywiście może uznać, że bombowiec nieznacznie ucierpiał, ale fachowcy nie mają wątpliwości, że skala uszkodzeń statecznika, tylnych skrzydeł i dysz silnika, kwalifikuje „tutkę” co najmniej do bardzo poważnego remontu, a najpewniej skończy się na skasowaniu samolotu i jego kanibalizacji. Tu-95 miał zaliczyć „drobne uszkodzenia w poszyciu”, ale na dowód nie przedstawiono żadnych fotografii. Trzy ofiary śmiertelne i cztery osoby ranne to skutek spadających odłamków – stwierdziło rosyjskie MON. Wedle oficjalnej wersji, ukraiński atak nie powiódł się – drony nie uderzyły w samoloty, zestrzelono je nad lotniskiem. Co istotne, były to wywodzące się jeszcze z czasów radzieckich Tu-141 Striż, odrzutowe bezpilotowce pierwotnie zaprojektowane do misji rozpoznawczych na głębokim zapleczu przeciwnika. Ukraińcy mieli te 50-letnie konstrukcje przerobić w pociski manewrujące i posłać nad rosję. Nadal nie ma jasności czy wojsko ukraińskie rzeczywiście użyło striży (jeżyków). Przesądzające wypowiedzi rosjan na ten temat to element propagandowej zagrywki – z jednej strony próba ukazania desperacji wroga (który sięga po archaiczną broń), z drugiej, odwołanie się do sowieckich sentymentów wciąż żywych w rosji (chodzi tu o nieco pokrętną, ale typową dla kremlowskiej propagandy logikę, którą można wyrazić mniej więcej tak: „broń może i stara, ale na tyle dobra, że nadal jej używają. Dobra, bo radziecka, czyli rosyjska, i gdyby nie fakt, że mamy nowsze systemy przeciwlotnicze, mogłoby być krucho”).

Oczywiście, takie przedstawienie sprawy rodzi masę pytań, ale jak napisałem – tych w rosyjskiej infosferze już się nie zadaje. Ja zaś chętnie się nad wątpliwościami pochylę, ale najpierw warto podnieść kwestię rzekomej rosyjskości radzieckiej techniki. Tu-141 produkowano w Charkowie, po 1991 roku Ukraina przejęła nie tylko sporą liczbę tych dronów, ale przede wszystkim fabrykę, dokumentację i kadry. Co ma znaczenie symboliczne, dobrze bowiem ilustruje szerszy problem. Obecna słabość rosyjskiej armii jest konsekwencją nie tylko endemicznej korupcji czy niskiej kultury technicznej. To także skutek utraty ukraińskiego zaplecza technicznego i przede wszystkim intelektualnego, które w czasach ZSRR w istotnym stopniu decydowało o jakości sowieckiej nauki i przemysłu. W swych chorych rojeniach o „odzyskaniu” Ukrainy putinowi chodziło także o ten wymiar scalenia.

Wracając do ataków – zostańmy przez chwilę przy oficjalnej rosyjskiej wersji. Już ona implikuje pytanie o to, jakim cudem ukraińskie drony przedarły się kilkaset kilometrów w głąb rosji, rzekomo nasyconej solidną, wielowarstwową OPL? Dlaczego ich nie zestrzelono, gdy były 400, 300 km od celów? Co się wydarzyło, że nie zareagowały z odpowiednim wyprzedzeniem instalacje przeciwlotnicze samych baz, skoro strzelano już bezpośrednio nad bombowcami? Czy rosjanie w ogóle widzieli nadlatujące jeżyki? Przelotowa prędkość Tu-141 to 1000 km/h, co oznacza, że drony przebywały w rosyjskiej przestrzeni powietrznej przez kilkadziesiąt minut (do pokonania miały 600-700 km). Wydaje się, iż wniosek o potiomkinowskim charakterze rosyjskiej obrony przeciwlotniczej jest jak najbardziej poprawny. A jeśli wszystko w niej działa jak należy, to dlaczego nie zadziałało? Sabotaż?

Co więcej, rosyjska wersja „nie klei się” z dostępnym materiałem filmowym. Na jednym z filmów (prawdopodobnie zarejestrowanym przez kamerę przemysłową) oglądamy eksplozję w Engels. Nie poprzedzają jej obserwowalne efekty pracy systemów przeciwlotniczych. Do zwalczania obiektów na bliskiej odległości (co miało nastąpić w obu przypadkach) używa się artylerii lufowej – gdy jest ciemno, smugi prowadzonego ognia są aż nadto widoczne. Zaryzykuję twierdzenie, że rosjanie niczego nie zestrzelili – że ukraińskie drony zastały ich „ze spuszczonymi spodniami”. Kwestia skutków porażenia zostaje otwarta – niewykluczone, że straty poniesione przez rosjan są poważniejsze, a nawet jeśli uszkodzono tylko dwie maszyny, może to nie być efekt zestrzeleń dronów, a ich niecelności (tego, że nie trafiły bezpośrednio w samoloty).

Tak czy inaczej, ukraińskie uderzenie – poza demonstracją sił i możliwości – miało także inny cel. W poprzednim poście zasugerowałem, że atak rakietowy, jaki przypuszczono na ukraińskie miasta w poniedziałek, mógł być rosyjską zemstą za to, co wydarzyło się nad ranem na lotniskach. To błędny wniosek, bo rosjanie nie są w stanie tak błyskawicznie reagować przy użyciu strategicznego lotnictwa. Wojna z Ukrainą pokazała, że moskiewska armia potrzebuje mniej więcej dwóch tygodni na przygotowanie nalotu, w którym z pokładów samolotów „schodzi” 40-50 rakiet i pocisków manewrujących (i nieco mniej z pokładów okrętów). To skutek rozmaitych niewydolności rosyjskiego wojska: logistyki i odległości (między bazami lotniczymi a magazynami rakiet), ograniczonej dostępności tych ostatnich (wiele wystrzelono, bieżąca produkcja jest śladowa), ograniczonej dostępności samolotów, które podlegają technicznej degradacji, niewystarczającej liczby personelu lotniczego i kulawego rozpoznania. Pod uwagę należy też wziąć czynnik obiektywny – rosjanie rażą ostatnio system energetyczny Ukrainy, trzeba kilkunastu dni, by jego elementy „podniosły się” po poprzednim ataku; a to te „podniesione” stanowią cel kolejnych uderzeń. Przygotowania do ataków nie uchodzą uwadze natowskich i ukraińskich służb (głównie za sprawą zwiadu satelitarnego i nasłuchu rosyjskich sieci komunikacyjnych) – da się je przewidzieć z niezłą dokładnością. Poniedziałkowy ostrzał ukraińskiej infrastruktury nie był dla obrońców zaskoczeniem, a dronowa eskapada miała z wyprzedzeniem ograniczyć jego skutki. Na ujawnionym przez rosyjski MON zdjęciu uszkodzonego Tu-22M widzimy pod samolotem podwieszony pocisk manewrujący. Oznacza to, że tupolew był w ostatniej fazie przygotowań do startu (pociski mocuje się na kilka-kilkanaście godzin przed rozpoczęciem misji). Gdyby nie pożar maszyny, rakieta zostałaby wyniesiona w powietrze i wystrzelona.

Co dalej? Z nieoficjalnych informacji wynika, że rosjanie redukują ryzyko – część Tu-95 z bazy w Engels ma zostać przeniesiona daleko na północ, aż pod Murmańsk. Tam nie sięgną ich ukraińskie drony, ale nadal pozostaną w zasięgu natowskiego rozpoznania. Co oznacza, że Ukraińcy zyskają dodatkowy czas, by przygotować się na przyjęcie wystrzeliwanych z samolotów rakiet. Dobre i to, choć oczywiście idealnym rozwiązaniem byłoby fizyczne pozbycie się rosyjskich „nosicieli”.

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Przy tej okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Magdalenie Kaczmarek, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Maciejowi Szulcowi, Piotrowi Maćkowiakowi, Przemkowi Piotrowskiemu, Tomkowi Lewandowskiemu, Przemkowi Klimajowi i Tomaszowi Frontczakowi. A także: Szymonowi Jończykowi, Mateuszowi Jasinie, Remiemu Schleicherowi, Miko Kopczakowi, Grzegorzowi Dąbrowskiemu, Arturowi Żakowi, Bernardowi Afeltowiczowi, Justynie Miodowskiej, Łukaszowi Kotale, Jarosławowi Grabowskiemu, Bożenie Bolechale i Aleksandrowi Stępieniowi. Ponadto: Marii Ryll, Dariuszowi Pietrzakowi, Juliuszowi Zającowi i Katarzynie Byłów.

Podziękowania należą się również najhojniejszym „Kawoszom” z ostatnich siedmiu dni: Sławkowi Romanowi, Czytelnikowi imieniem Piotr, Małgosi Król, Markowi Wasilewskiemu, Joannie Boj, Adamowi Orzołowi, Joannie Siarze, Danielowi Alankiewiczowi, Marii Cibickiej, Markowi Mozołowskiemu, Kamilowi Zemlakowi, Czytelnikowi posługującemu się inicjałem RS, Karolinie Kowalskiej-Staśkiewicz, Radosławowi Kotowi, Karolowi Woźniakowi i Stanisławowi Czarneckiemu.

Szanowni, to dzięki Wam – i licznemu gronu innych Donatorów – powstają moje materiały. Raz jeszcze dziękuję!

Nz. Tu-22M z widocznymi uszkodzeniami. W prawym dolnym rogu widać podwieszoną rakietę Ch-22/fot. MOFR