Impas

Wojny nie muszą rozstrzygać się na froncie. Dość wspomnieć Niemcy z końca 1918 roku – kajzerowskie wojsko wciąż pozostawało zdolne do walki. Jednak niemiecka gospodarka była na skraju załamania, a społeczne zaplecze wojny uległo erozji. W odniesieniu do Ukrainy mechanizm ten działa inaczej, ale logika pozostaje podobna: armia pozostaje niepobita, natomiast narastające obciążenia po stronie państwa i społeczeństwa coraz silniej wpływają na przestrzeń możliwych decyzji politycznych. Dlatego 2026 rok może przynieść istotne rezultaty, nawet jeśli nie będą one miały formy spektakularnych zwycięstw lub porażek na froncie.

Po czterech latach konfliktu na pełną skalę front pozostaje krwawy, lecz w dużej mierze stabilny. Każdy kolejny miesiąc walk nie zmienia zasadniczo układu sił, za to pogłębia koszty – ludzkie, społeczne i polityczne. To właśnie one zaczynają odgrywać rolę decydującą.

—–

Dla Ukrainy w 2026 roku wojna nie będzie już tylko starciem zewnętrznym. Wyraźniej stanie się ona wyzwaniem wewnętrznym – testem zdolności państwa do funkcjonowania w warunkach permanentnego kryzysu. Społeczeństwo, które w pierwszych latach wojny wykazało się imponującą mobilizacją i odpornością, weszło w fazę długotrwałego wysiłku, w której heroizm ustępuje miejsca zmęczeniu, a jednorazowe poświęcenie – codziennej kalkulacji kosztów.

Ukraińska codzienność w 2026 roku pozostanie „oswojoną wojną”. Alarmy lotnicze, przerwy w dostawach energii, informacje o kolejnych stratach – wszystko to stało się elementem życia, a nie nadzwyczajnym wydarzeniem. Taka normalizacja przemocy ma jednak swoją cenę. O ile w pierwszych latach konfliktu cementował on wspólnotę, o tyle przedłużanie się wojny zaczyna coraz trwalej różnicować doświadczenie społeczne. Inaczej postrzegają ją ci, którzy walczą na froncie lub mają tam bliskich, inaczej mieszkańcy regionów oddalonych od linii walk, jeszcze inaczej osoby, które wyjechały za granicę. Tych percepcji nie da się już pospinać w jedną, a fundamentalne różnice w doświadczeniach mogą być, i są, powodem narastających napięć. Z perspektywy Kijowa łatwiej jest trwać w oporze niż z pozycji mieszkańców umęczonego Kramatorska. Ochocze „tak!” dla dalszej walki wyrażane przez żyjących za granicą uchodźców – nawet jeśli wspierają oni ukraińską gospodarkę dewizami – nie ma już żadnego znaczenia.

Jednym z kluczowych problemów strukturalnych pozostaje demografia. Straty wojenne, masowa emigracja oraz dramatyczny spadek dzietności tworzą długofalowe ograniczenia, które będą odczuwalne niezależnie od przebiegu działań militarnych. W 2026 roku coraz wyraźniej widać będzie, że zasób ludzki – zarówno dla armii, jak i dla gospodarki – nie jest niewyczerpalny. Pytanie o to, kto ma wrócić z zagranicy i na jakich warunkach, stanie się jednym z centralnych tematów debaty publicznej.

Mobilizacja, która w pierwszych fazach wojny była postrzegana jako oczywisty obowiązek, już od niemal trzech lat pozostaje źródłem napięć. Każda kolejna fala poboru oznacza nie tylko wyzwanie logistyczne, ale również polityczne i społeczne. Rosnąca liczba wyjątków, kontrowersje wokół decyzji komisji wojskowych oraz próby unikania służby podważają poczucie równości obciążeń. Państwo staje przed trudnym zadaniem: jak utrzymać zdolności obronne, nie tracąc jednocześnie społecznej legitymacji dla dalszej wojny.

W tle tych procesów pozostaje gospodarka, wciąż w znacznym stopniu uzależniona od pomocy zewnętrznej. Bez wsparcia finansowego Zachodu Ukraina nie byłaby w stanie utrzymać armii i realizować podstawowych funkcji administracyjnych. Jednocześnie długotrwały stan wojny ogranicza możliwość realnej odbudowy i inwestycji, co utrudnia władzom oferowanie społeczeństwu pozytywnej wizji przyszłości.

—–

Jednym z najbardziej wrażliwych wyzwań, przed jakimi stanie Ukraina w 2026 roku, będzie kwestia relacji między władzą cywilną a wojskiem. W warunkach wojny to armia cieszy się najwyższym poziomem zaufania społecznego, a dowódcy wojskowi należą do najbardziej rozpoznawalnych i wpływowych postaci życia publicznego. Ten autorytet jest jednocześnie siłą i potencjalnym źródłem napięć.

W miarę jak wojna się przedłuża, decyzje strategiczne coraz rzadziej dotyczą wyłącznie działań militarnych. Coraz częściej obejmują one kwestie polityczne: zakres mobilizacji, priorytety budżetowe, relacje z sojusznikami czy gotowość do ewentualnych rozmów. W takich warunkach naturalne różnice perspektyw między dowództwem wojskowym a władzami cywilnymi stają się bardziej widoczne. Wojsko patrzy na konflikt przez pryzmat zdolności bojowych i bezpieczeństwa żołnierzy, politycy – przez pryzmat konsekwencji społecznych, gospodarczych i międzynarodowych. W 2026 roku utrzymanie jasnych linii odpowiedzialności między tymi dwoma sferami będzie jednym z kluczowych warunków stabilności państwa.

Do tego dochodzi problem legitymacji władzy w warunkach przedłużającego się stanu wojennego. Zawieszenie normalnego cyklu wyborczego było w pierwszych latach wojny decyzją oczywistą i powszechnie akceptowaną. Jednak im dłużej trwa konflikt, tym częściej pojawiają się pytania o granice takiego rozwiązania. Nawet jeśli przeprowadzenie wyborów w warunkach wojennych pozostaje skrajnie trudne, presja na większą transparentność i rozliczalność decyzji władzy będzie narastać – zarówno ze strony społeczeństwa, jak i partnerów zagranicznych.

Temat ten jest szczególnie wrażliwy w kontekście relacji z Zachodem. Pomoc finansowa i wojskowa coraz częściej wiązana jest z oczekiwaniami dotyczącymi standardów rządzenia, walki z korupcją i funkcjonowania instytucji państwa. W 2026 roku tolerancja sojuszników dla „wojennych wyjątków” może być mniejsza niż wcześniej. Każda ujawniona afera korupcyjna, każda niejasna decyzja personalna czy budżetowa będzie nie tylko problemem wewnętrznym, lecz także argumentem w międzynarodowej debacie o dalszym wsparciu dla Ukrainy.

Kijów stanie więc przed dylematem charakterystycznym dla państw prowadzących wojnę długotrwałą: jak pogodzić konieczność centralizacji i szybkiego podejmowania decyzji z potrzebą zachowania demokratycznej legitymacji. Od sposobu, w jaki władze poradzą sobie z tym napięciem, zależeć będzie nie tylko stabilność wewnętrzna państwa, ale także jego wiarygodność jako partnera politycznego w Europie.

—–

Linia styczności wojsk, choć wciąż aktywna i krwawa, coraz mniej przypomina przestrzeń, w której można osiągnąć rozstrzygnięcie o znaczeniu strategicznym. Obie strony konfliktu nauczyły się funkcjonować w realiach „przezroczystości” pola walki. Rozpoznanie prowadzone w sposób ciągły sprawia, że utrzymanie tajemnicy przygotowań ofensywnych staje się wyjątkowo trudne. Każde większe zgrupowanie wojsk, zaplecze logistyczne czy punkt dowodzenia jest potencjalnym celem. W takich warunkach klasyczne działania manewrowe tracą sens – i straciły – a inicjatywa operacyjna ulega fragmentacji. Zamiast jednego, silnego uderzenia pojawia się wiele mniejszych działań, które mają na celu stopniowe wyczerpywanie przeciwnika.

Coraz większą rolę odgrywa wojna prowadzona poza bezpośrednią linią walk. Ukraina będzie kontynuowała uderzenia na zaplecze logistyczne i infrastrukturę wojskową przeciwnika, starając się podnosić koszt prowadzenia wojny po rosyjskiej stronie. rosja natomiast nie zrezygnuje z ataków na ukraińską infrastrukturę krytyczną, licząc na stopniowe osłabienie zdolności państwa do funkcjonowania. W obu przypadkach nie chodzi o jednorazowe paraliżujące ciosy, lecz o długotrwałą presję, zmuszającą przeciwnika do stałego odtwarzania utraconych zdolności.

Taka logika konfliktu sprawia, że wojna w 2026 roku coraz bardziej oddala się od tradycyjnego rozumienia zwycięstwa. Postępy mierzone są nie zdobytymi kilometrami, a zdolnością do utrzymania pozycji, ciągłości dostaw i odporności struktur dowodzenia. Dla Ukrainy oznacza to konieczność prowadzenia wojny ostrożnej i selektywnej, w ramach której unika się ryzykownych operacji o niepewnym efekcie politycznym. Dla rosji – akceptację długotrwałego konfliktu bez perspektywy szybkiego rozstrzygnięcia.

Front w 2026 roku pozostanie więc kluczowym elementem wojny, ale nie jej punktem ciężkości. Będzie raczej trwałym przypomnieniem, że żadna ze stron nie jest w stanie narzucić przeciwnikowi swojej woli siłą militarną. To właśnie ten impas – kosztowny, krwawy, lecz stabilny – stworzy przestrzeń dla decyzji politycznych, które w kolejnych miesiącach mogą okazać się ważniejsze niż ruchy wojsk na mapie.

—–

Wbrew nadziejom części obserwatorów, rok 2026 nie przyniesie załamania rosyjskiego systemu politycznego ani nagłego wyczerpania zdolności państwa do prowadzenia wojny. rosja weszła w fazę konfliktu, w której wojna została w dużej mierze wchłonięta przez codzienne funkcjonowanie państwa. Stała się nową normą, a nie nadzwyczajnym stanem wymagającym mobilizacji całego społeczeństwa.

rosyjskie władze zdołały narzucić „swoim” model akceptacji kosztów wojny bez potrzeby jej pełnej internalizacji. Konflikt toczy się „gdzieś daleko”, a jego bezpośrednie konsekwencje są nierównomiernie rozłożone. Duże miasta, kluczowe dla stabilności politycznej reżimu, wciąż funkcjonują w relatywnie normalnych warunkach. Straty osobowe koncentrują się głównie w regionach peryferyjnych – zamieszkałych przez pogardzane mniejszości etniczne – co ogranicza potencjał masowych protestów. W 2026 roku ten mechanizm nadal będzie działał, o ile Kremlowi uda się uniknąć kolejnej fali mobilizacji o charakterze powszechnym.

Gospodarka rosji również została dostosowana do realiów długotrwałego konfliktu. Sankcje, które miały doprowadzić do jej szybkiego osłabienia, stały się elementem nowego krajobrazu gospodarczego. Państwo nauczyło się funkcjonować w warunkach ograniczonego dostępu do technologii i rynków zachodnich, kompensując te braki przez zwiększoną rolę sektora publicznego, przestawienie przemysłu na produkcję wojenną oraz intensyfikację współpracy z partnerami spoza świata euroatlantyckiego. Ten model nie sprzyja rozwojowi – ba, jest tragicznie regresywny, a długofalowo przesądzi o dalszej degradacji rosji – ale „na dziś” jest wystarczający i pozwala podtrzymać zdolność do prowadzenia wojny.

Strategia Kremla w 2026 roku będzie opierać się na prostym założeniu: czas działa na korzyść strony, która potrafi dłużej utrzymać konflikt poniżej progu destabilizacji wewnętrznej. rosja nie musi wygrać wojny w klasycznym sensie – wystarczy, że jej nie przegra. Każdy miesiąc impasu osłabia Ukrainę i zwiększa presję na jej sojuszników, zmuszając ich do coraz trudniejszych decyzji politycznych i finansowych.

Jednocześnie Kreml będzie unikał działań, które mogłyby doprowadzić do niekontrolowanej eskalacji. Bezpośrednia konfrontacja z NATO pozostaje poza kalkulacją, podobnie jak próby spektakularnych operacji militarnych o wysokim ryzyku porażki. Wojna w 2026 roku z rosyjskiej perspektywy ma pozostać konfliktem „zarządzalnym” – wystarczająco intensywnym, by wywierać presję, ale na tyle ograniczonym, by nie zagrozić stabilności systemu.

Co z Zachodem? Jak zachowa się wspólnota wobec wyzwań generowanych przez rosjan? O tym przeczytacie w pełnej wersji materiału – zapraszam do lektury! Cały tekst, który napisałem dla TVP Info, znajdziecie pod tym linkiem.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Tomaszowi Krajewskiemu, Piotrowi Rucińskiemu, Magdalenie Kaczmarek, Arkadiuszowi Halickiemu, Monice Rani, Maciejowi Szulcowi, Joannie Marciniak, Jakubowi Wojtakajtisowi, Andrzejowi Kardasiowi oraz Czytelnikowi o nicku Zajcef Fizzlewic. A także: Piotrowi Żakowi, Krzysztofowi Krysikowi, Mateuszowi Piecuchowi, Jakubowi Kojderowi, Adamowi Cybowiczowi, Janowi Mozełewskiemu, Bożenie Bolechale, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Jarosławowi Terefenko, Marcinowi Gonetowi, Przemysławowi Kowalskiemu, Joannie Siarze, Aleksandrowi Stępieniowi, Marcinowi Barszczewskiemu, Dinarze Budziak, Szymonowi Jończykowi, Annie Sierańskiej, Tomaszowi Sosnowskiemu, Piotrowi Świrskiemu, Juliuszowi i Elżbiecie Wolny, Arturowi Żakowi, Łukaszowi Hajdrychowi, Patrycji Złotockiej i Piotrowi Habeli.

Podziękowania należą się również moim najhojniejszym „kawoszom” z ostatnich dwóch tygodni: Kasi Byłów, Grzegorzowi Zgnilcowi, Robertowi Sewerynowi, Marii Warnke i Pawłowi F. Górze.

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Wystrzał z przenośnej wyrzutni przeciwpancernej/fot. SzG ZSU

Logika

Kończy się kolejny rok kryzysowych czasów, które pozbawiły wielu z nas przekonania, że „będzie tylko lepiej”. Z większym pesymizmem patrzymy w przyszłość, niektórzy – bardzo liczni – spodziewają się najgorszego. Na przykład wojny z rosją, której nieuchronność zaczyna być postrzegana jako coś oczywistego. Nie ma we mnie zgody na takie myślenie; pisałem o tym wielokrotnie, napiszę znów, „ku pokrzepieniu serc”. Bawcie się dziś dobrze, nie ze świadomością, że to bal na Titanicu. Bo jakkolwiek świat wokół kolorowy nie będzie, wielka katastrofa na nas, Polaków, nie czyha. Chyba że sami sobie tutaj coś skręcimy – ale to już inna historia…

W 2026 roku nie dojdzie do wojny między NATO a rosją (później też nie, ale sylwestrowa perspektywa narzuca rozważania krótkoterminowe). Nie dlatego, że „wszyscy chcą pokoju”, ani dlatego, że nie ma napięć. Nie dojdzie do niej dlatego, że taka wojna nie leży w interesie żadnej ze stron, a zwłaszcza nie leży w interesie rosji, która dziś ledwie dźwiga konflikt o znacznie mniejszej skali.

Strach przed wojną NATO–rosja bierze się z uproszczeń. Ludzie widzą eskalację języka, rosnące wydatki na zbrojenia, ćwiczenia wojskowe, rosyjskie prowokacje poniżej progu wojny, no i rzecz jasna konflikt w Ukrainie, po czym składają to w prostą narrację: skoro napięcie rośnie, to „następny krok” musi być wojną światową. Tymczasem w realnej polityce i realnej strategii wojskowej eskalacja bardzo często służy właśnie temu, by wojny uniknąć, a nie ją rozpocząć.

rosja nie ma dziś zdolności do prowadzenia wojny z NATO. Nie w sensie moralnym czy politycznym, tylko czysto wojskowym. Od 2022 roku jej armia zużywa ogromne zasoby na froncie ukraińskim, ponosi straty w sprzęcie, ludziach i kadrze dowódczej, a jej potencjał konwencjonalny jest odbudowywany wolniej, niż jest konsumowany. Wojna z NATO oznaczałaby dla Moskwy konflikt wielokrotnie większy niż ten, z którym ma problem od niemal czterech lat – i to bez żadnej realnej perspektywy zwycięstwa.

Z drugiej strony NATO nie ma żadnego interesu w inicjowaniu wojny z rosją – to taka uwaga a propos prorosyjskich aktywistów medialnych, wypisujących dyrdymały o agresywnych działaniach Sojuszu. Ten został zaprojektowany jako mechanizm odstraszania i obrony, nie jako narzędzie ofensywnej zmiany porządku w Eurazji. Wszystkie kluczowe decyzje – od wsparcia Ukrainy po rozmieszczenie sił na wschodniej flance – są podporządkowane jednej logice: utrzymać konflikt poniżej progu wojny bezpośredniej. To nie jest słabość ani brak determinacji, tylko chłodna kalkulacja kosztów i ryzyk.

Najważniejsze jest jednak coś innego: wszyscy główni gracze wiedzą, gdzie przebiega granica nieodwracalnej eskalacji. Wojna NATO–rosja nie byłaby „kolejnym etapem” obecnego kryzysu, lecz jakościowym skokiem w zupełnie inną rzeczywistość – z ryzykiem użycia broni jądrowej, załamaniem globalnej gospodarki i utratą kontroli nad przebiegiem wydarzeń. Tego typu ryzyka nie są dziś akceptowalne ani w Moskwie, ani w Waszyngtonie, ani w europejskich stolicach.

Lęk przed wojną jest zrozumiały, bo żyjemy w epoce niepewności i agresywnej komunikacji. Ale strach nie jest analizą, a historia ostatnich lat pokazuje raczej coś odwrotnego: im bliżej granicy otwartego starcia, tym więcej wysiłku wkłada się w to, by jej nie przekroczyć. Dlatego właśnie wojna NATO–rosja w 2026 roku nie jest „mało prawdopodobna”. Jest nieracjonalna, a w polityce międzynarodowej to wciąż jeden z najmocniejszych hamulców.

—–

No dobrze, ale przecież „rosja nie jest racjonalna”, twierdzi wielu z nas. To mocno brzmiący argument, ale tylko na pierwszy rzut ucha. W praktyce miesza irracjonalność narracji z irracjonalnością decyzji strategicznych. rosja może być brutalna, cyniczna, skłonna do ryzyka i obojętna na koszty społeczne, ale nie jest aktorem samobójczym. A wojna z NATO byłaby dla niej właśnie takim aktem: konfliktem, którego nie da się wygrać, kontrolować ani „sprzedać” własnemu społeczeństwu w kategoriach sukcesu.

Jeśli ktoś mówi, że Kreml działa irracjonalnie, warto zapytać: względem czego? Względem norm prawa międzynarodowego – tak. Względem zachodnich oczekiwań – często. Ale względem własnej logiki przetrwania reżimu rosja jest konsekwentna. Każda jej eskalacja od 2022 roku była eskalacją poniżej progu wojny z NATO: brutalną, kosztowną, ale starannie kalibrowaną. Groźby nuklearne? Tak. Faktyczne użycie? Nie. Incydenty na granicy Sojuszu? Nic, co byłoby casus belli. To nie przypadek, tylko dowód, że granica jest znana i pilnowana.

—–

A co, jeśli wojna w Ukrainie się skończy? Czy rosja, uwolniona od frontu, nie zwróci się wtedy przeciwko NATO? To rozumowanie zakłada, że zakończenie wojny w Ukrainie automatycznie przełoży się na odbudowę rosyjskiej siły i rozbudzenie apetytu na kolejną wojnę. Tymczasem każdy realistyczny scenariusz zakończenia konfliktu w Ukrainie oznacza dla Moskwy coś przeciwnego: państwo wyczerpane, z armią wymagającą lat odbudowy, gospodarką trwale podporządkowaną wojnie i reżimem, który po raz pierwszy od dekad będzie musiał zarządzać rozczarowaniem, a nie mobilizacją.

Co więcej, koniec wojny w Ukrainie nie obniży napięcia między rosją a NATO – on je zamrozi w nowej konfiguracji odstraszania. rosja po tej wojnie będzie słabsza militarnie, a NATO silniejsze, bardziej obecne na wschodniej flance i mniej skłonne do strategicznych złudzeń. To jest dokładnie ten układ, w którym wojny się nie zaczyna, bo ryzyko porażki jest oczywiste od pierwszego dnia.

Wreszcie najważniejsze: wojna NATO–rosja nie jest „kolejnym konfliktem”, który można przetestować i ewentualnie wygasić. To konflikt o charakterze egzystencjalnym, z bardzo krótką ścieżką eskalacji do poziomu, nad którym nikt nie ma pełnej kontroli. Rosyjskie elity – niezależnie od propagandy – doskonale to rozumieją. I właśnie dlatego, mimo całej brutalności wobec Ukrainy, nie zdecydowały się na krok, który uruchomiłby art. 5.

Ludzie boją się wojny, bo widzą chaos, przemoc i coraz ostrzejszy język. Ale język to nie strategia, a strach nie jest prognozą. Wojna NATO–rosja w 2026 roku nie jest powstrzymywana przez „dobrą wolę”. Jest powstrzymywana przez zimną świadomość, że byłaby końcem wszystkiego, co którakolwiek ze stron próbuje jeszcze kontrolować.

—–

Załóżmy jeszcze scenariusz pesymistyczny: Stany Zjednoczone ograniczają swoje zaangażowanie w Europie, wycofują część sił, przestają być „pierwszym gwarantem” bezpieczeństwa w sensie politycznym i wojskowym. Czy to automatycznie otwiera drogę do wojny NATO–rosja? Nie. Co najwyżej zmienia charakter odstraszania, ale go nie znosi.

Po pierwsze, nieobecność USA nie oznacza braku NATO. Sojusz bez Amerykanów byłby słabszy, mniej spójny i bardziej nerwowy – ale nadal dysponowałby potencjałem konwencjonalnym i nuklearnym, który czyni wojnę z nim skrajnie ryzykowną. Francja i Wielka Brytania pozostają państwami nuklearnymi. Europa jako całość ma dziś większe budżety obronne, większe siły lądowe i większą świadomość zagrożeń niż dekadę temu. To nie jest próżnia strategiczna, w którą można po prostu wejść.

Po drugie, rosja nie patrzy na Europę jak na łatwą ofiarę, nawet bez USA. Patrzy na nią jak na przestrzeń o wysokim ryzyku eskalacji i niskiej przewidywalności. Wojna z europejskim NATO – nawet „okrojonym” – oznaczałaby konflikt z wieloma państwami jednocześnie, bez jednego centrum decyzyjnego, z ogromnym ryzykiem niekontrolowanego rozszerzenia działań. Dla Kremla to nie jest scenariusz „łatwiejszy” niż wojna z USA. To scenariusz bardziej chaotyczny, a więc mniej atrakcyjny.

Po trzecie, kluczowe pytanie brzmi nie „czy rosja by mogła”, tylko czy miałaby po co. Brak USA nie daje rosji automatycznie strategicznej nagrody. Nie rozwiązuje jej problemów wewnętrznych, nie odbudowuje armii, nie zmienia bilansu demograficznego ani gospodarczego. Co więcej, próba wykorzystania „okna nieobecności” USA najpewniej wymusiłaby europejską konsolidację wojskową szybciej i ostrzej, niż życzyłby sobie Kreml. Paradoksalnie więc taki ruch przyspieszyłby dokładnie to, czego rosja od lat chce uniknąć: realną autonomię obronną Europy.

I wreszcie rzecz najważniejsza: nawet jeśli USA wycofują się częściowo, nie znikają z planszy. Amerykańska „nieobecność” w Europie oznacza zwykle zmianę formy zaangażowania, nie jego całkowite zerwanie. Wywiad, logistyka, technologie, odstraszanie nuklearne – te elementy zapewne pozostaną, bo są wpisane w interesy Waszyngtonu niezależnie od administracji.

Dlatego brak USA w tej układance nie prowadzi automatycznie do wojny. Prowadzi do bardziej niekomfortowego, mniej stabilnego, ale nadal odstraszającego porządku. A rosja, nawet jeśli bywa brutalna i cyniczna, wciąż działa w ramach logiki, w której wojna bez realnej nagrody jest błędem, nie szansą.

—–

Szanowni, to tyle w tym roku. Dziękuję, że byliście, i że jesteście. Szczególnie dziękuję swoim Subskrybentom i Kawoszom za każdą przeznaczoną na mój raport złotówkę. I proszę o więcej, wszak działamy dalej. Stosowne linki znajdziecie poniżej.

Zdrówka Wam życzę w nowym roku. Mnie moje zawiodło (ale już jest lepiej), tym bardziej więc doceniam i szczerze polecam (zdrowy styl życia).

Do zobaczenia na łączach w 2026-tym!

—–

Więc gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

„Teraz”

Wczoraj media obiegła wypowiedź putina, który stwierdził, że jego kraj nie chce wojny z europejskimi państwami, ale jeśli Europa jej pragnie, to rosja jest gotowa już teraz walczyć. Dokładnie tak powiedział: gotowa już teraz. Ile w tym prawdy, a ile blefu?

putin grozi – tu nie należy mieć złudzeń. On nie mówi o rosyjskiej gotowości do obrony, ale o ataku, wyprowadzonym na przykład pod pretekstem działań wyprzedzających. To typowa śpiewka ruSSkiego szantażysty, który groźbami usiłuje zdobyć atencje i posłuch u innych.

Ale czy roSSja do takiego ataku, teraz, jest zdolna? I tak, i nie.

Dlaczego nie? Bo armia rosyjska – jakkolwiek dobrze adaptuje się do warunków wojny w Ukrainie – nie przetrwałaby konfliktu z NATO, nawet jeśli zredukujemy Sojusz wyłącznie do europejskich członków. Przewaga technologiczna jest po stronie Zachodu – to temat na rozległy esej; jak wrócę do zdrowotnej formy, mogę się podjąć jego napisania. Na teraz dość stwierdzić, że już „tylko” możliwości sojuszniczego lotnictwa są na tyle duże, że rosjanie nie zdołaliby narzucić nam walki, w jakiej są dobrzy: w krótkim dystansie, z masowym użyciem taktycznych dronów i ludzkiego mięsa. W Moskwie o tym wiedzą.

Zawieszenie broni w wojnie z Ukrainą niewiele tu zmieni. Owszem, zluzuje kilkaset tysięcy ludzi, ale będą oni dramatycznie niedoposażeni. Konflikt na Wschodzie wydrenował roSSję nie tylko z bieżących zasobów sprzętu ciężkiego, ale doprowadził do sytuacji, która jeszcze kilka lat temu wydawała się niemożliwa – ruSSkie przepaliły niemal całą sprzętową „rentę po ZSRR”. A przemysł, mimo wojennej mobilizacji, okazał się niewydolny. Wojenne modernizacje i modyfikacje poszczególnych typów uzbrojenia – niektóre bardzo udane – nie zmienią faktu, że w wielu podstawowych kategoriach rosjanom brakuje broni. Ich najlepsze dywizje mają dziś 30-40 proc. przewidzianych etatem czołgów czy transporterów, braki w artylerii są jeszcze większe, a interwencyjne dostawy od Kima to co najwyżej łatanie największych dziur.

Jeśli Kreml chce po wojnie utrzymać półtoramilionową armię, nawet przy najbardziej sprzyjających wiatrach przyzwoite „usprzętowanie” tej masy zajmie kilkanaście lat. To, co mógłby wystawić dziś, rozgnietlibyśmy jak purchawkę. O tym też w Moskwie wiedzą.

Tak jak wiedzą, że Europa – jakkolwiek można mieć zastrzeżenia do dynamiki tego procesu (ja mam…) – nie stoi z założonymi rękoma i podejmuje trud remilitaryzacji. A możliwości finansowe i techniczne ma znacznie większe niż roSSja.

Więc owo „teraz” to takie putinowskie „pierdololo”, podobnie zresztą jak „jutro” czy „pojutrze”. Chyba że roSSjanie opracują jakiś rewolucyjny system broni, który w try miga obezwładni zachodnią technologię. Opracują lub – co byłoby bardziej prawdopodobne – ukradną, jak niegdyś zawinęli tajemnice broni jądrowej. Szczerze mówiąc, nie bardzo widzę tu pole do popisów, wszak przełomów na miarę „atomu” nie należy się spodziewać.

Ale właśnie „atomu”; fakt, iż Moskwa dysponuje bronią jądrową, daje jej spory margines bezkarności. Obrazowo rzecz ujmując, moskale mogę pójść nabroić, a jak dostaną po gębie, zwieją do domu, przekonani, że nikt im na chatę nie wjedzie, bo przecież mają głowice. I nawet jeśli tylko dziesięć procent z nich nadaje się do wystrzelenia – to wystarczy, by „narobić bydła”. Ta atomowa polisa, w połączeniu z wysokim progiem bólu – rozumianym jako nieakceptowalna u nas pogarda dla ludzkiego życia – podbijają ryzyko agresywnych działań roSSji w najbliższej przyszłości. Oni naprawdę mogą coś odwalić, zgodnie z bandycką logiką „ryj nie szklanka, a nuż się uda?”.

Ale właśnie – co „się uda”? Bo przecież nie frontalny atak na całą Europę; nie dla psa kiełbasa, nawet jeśli ten jest wściekły i nie zważa na kije. Więc zadajmy pytanie inaczej – co mogłoby się moskalom udać?

Nim odpowiem, przytoczę analogię, którą już kiedyś się posłużyłem. Zgodnie z nią, rosja jest niczym wyrośnięty łobuz, terroryzujący słabszych i mniejszych kolegów z klasy (która w tej opowieści jest tożsama z Europą; Ameryki tu nie ma). Poza zwalistą posturą i długimi ramionami bezkarność gwarantuje ancymonowi trzymany za pazuchą pistolet (u ucznia; tak wiem, to słabość analogii…). Nasz negatywny bohater nie boi się sięgać po przemoc – ba, lubi to, a na pewno w ten sposób kompensuje sobie życiowe niepowodzenia wynikłe z marnego statusu materialnego. Zwykle działa z zaskoczenia, chociaż w obliczu słabeuszy niespecjalnie się kryguje. Ciosy wyprowadza mocne, nie przejmując się skutkami. Ma też i słabości – nie jest okazem zdrowia, jada byle co, co również przekłada się na kondycję, odkrył już alkohol i bywa nietrzeźwy. Zdarzało się więc, że przegrywał bójki z mniejszymi i słabszymi chłopcami, którzy potrafili wykorzystać jego niedyspozycje. Co nadal nie zmienia faktu, że samą posturą może zrobić krzywdę, no i chwycić za tę nieszczęsną „klamkę”.

Co z takim gagatkiem mogą zrobić dzieciaki z dobrych domów, „mózgowce” świetnie radzące sobie w szkole i poza nią? Niektórzy nawet potrafią się bić i mają na tym polu jakieś sukcesy, ale są pośród nich i maluchy, które nie miałyby prawa przetrwać starcia ze szkolnym lujem. Nawet jeśli udałoby się im raz czy dwa dotkliwie go ugryźć.

Ano, w kupie siła, zwłaszcza że w tej grupie są też posiadacze „klamek”. A więc żadnych pojedynków jeden na jednego, bo w takim zestawieniu łobuz jest w stanie wygrać – nie tylko „teraz”, ale też „jutro” czy „pojutrze”. Zwłaszcza z maluchami, do walki z którymi nie musi się jakoś specjalnie przygotowywać.

Gdy putin mówi o wojnie z Europą, tak naprawdę ma na myśli europejskie „maluchy” – Litwę, Łotwę, Estonię. Samodzielnie te kraje nie podołają nawet osłabionej rosyjskiej armii – są za małe, a tamtych jest za dużo. Je rzeczywiście można pokonać „teraz”. Pod warunkiem, że nie zleci się „cała klasa” – i o tym też w Moskwie wiedzą. Nie znosi to ryzyka, że spróbują „wyłuskać małego” – pytanie, co reszta z tym fantem zrobi? Czy da gnojowi popalić, czy odpuści, nie chcąc się angażować w „nieswoje sprawy”?

To tu widzę największe zagrożenie dla przyszłości Europy. Nie brak militarnego czy finansowego potencjału jest naszą słabością, ale rozdrobnienie, które w chwili próby może się przełożyć na niezdecydowanie i brak determinacji. Tymczasem jeśli pozwolimy roSSji poszarpać naszego, to ją rozzuchwali. Pojawi się następna ofiara, i kolejna. Nim reszta oprzytomnieje, dla małych i średniaków może być za późno, a i szczęściarzom jakość życia drastycznie się pogorszy z uwagi na toksyczne sąsiedztwo.

I w Moskwie o tym wiedzą – i usilnie pracują nad tym, by rozbić naszą europejską solidarność. O czym nie raz już pisałem, i do czego pewnie nie raz jeszcze wrócę.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. „Już „tylko” możliwości sojuszniczego lotnictwa są na tyle duże, że rosjanie nie zdołaliby narzucić nam walki, w jakiej są dobrzy: w krótkim dystansie, z masowym użyciem taktycznych dronów i ludzkiego mięsa”. Nz. F-35/fot. Bartek Bera.

Przeczekanie

Niemal cztery lata po rozpoczęciu pełnoskalowej inwazji na Ukrainę, mimo marnych sukcesów i koszmarnych strat, rosja nie wydaje się gotowa, by zakończyć wojnę. Ba, putin wciąż wierzy, i daje temu wyraz, że może ów konflikt wygrać – i że jest już bliżej niż dalej na drodze do zwycięstwa. Stąd sztywne stanowisko Moskwy, którego częścią jest pogardliwe wręcz lekceważenie inicjatyw dyplomatycznych USA i prezydenta Donalda Trumpa.

putin nie jest generałem. Nie dowodzi, nie planuje operacji militarnych, wszystko wskazuje na to, że jest wojskowym dyletantem. To stwierdzenie faktu, nie zarzut – politycy nie muszą znać się na wojennym rzemiośle, mają od tego ludzi. Czy ludzie putina – z gen. gierasimowem na czele – są kompetentni, to już inna historia; temat do rozważań w odrębnym tekście. Na gruncie tego artykułu dość stwierdzić, że rosyjski prezydent nie kalkuluje jak wojskowy. Wciąż za to pozostaje pod wpływem schematów myślowych typowych dla ludzi służb specjalnych. Nawet jako trzeciorzędnego kagiebistę, putina wyuczono, że od doraźnych efektów ważniejsze są długofalowe skutki. Że sukcesy przychodzą po latach mozolnej pracy, że trzeba być cierpliwym i znosić liczne niedogodności po drodze. Więc kremlowski dyktator je znosi, wciąż przekonany, że może – ale też że musi – wygrać. Co konkretnie się za tym kryje?

Zmęczenie

putin gra na czas. Wie, że demokracje są niecierpliwe. Że wyborcy w USA, Niemczech czy Francji nie chcą wojny, która trwa latami (nawet jeśli ich kraje nie są w nią bezpośrednio zaangażowane). Liczy, że zmęczenie społeczne przełoży się na presję polityczną – i że finalnie Ukraina zostanie zmuszona przez swoich sojuszników i donatorów do ustępstw.

W tym kontekście najnowsza decyzja Donalda Trumpa, by nie przekazywać Ukrainie pocisków Tomahawk, jest dla Kremla sygnałem, że Zachód się cofa. Bo jeśli Stany Zjednoczone nie sięgają po jedne ze swoich najpotężniejszych narzędzi, to rosja może kontynuować wojnę bez ryzyka poważniejszej eskalacji.

A nie tylko USA są w tej grze. W Niemczech rośnie presja, by ograniczyć kosztowną pomoc wojskową. We Francji prezydent Macron balansuje między twardą retoryką, akceptowaną przez liberalną część społeczeństwa, a realną niechęcią do eskalacji, popularną na prawicy. Nawet w Brukseli, gdzie jeszcze niedawno mówiono o „strategicznej cierpliwości”, dziś coraz częściej słychać głosy o „strategicznym kompromisie”.

Na tym tle Polska jawi się jako wyjątek. Warszawa – niezależnie od tego, kto akurat rządzi – utrzymuje twardą linię wobec rosji. Wspiera Ukrainę militarnie, politycznie, logistycznie. Ale i tu widać zmęczenie, nade wszystko jednak rosnącą skalę antyukraińskich nastrojów, która sprawia, że poparcie dla dalszego zaangażowania w konflikt nie jest już tak jednoznaczne jak w 2022 roku. Dlatego rosja prowadzi wobec Polski grę równoległą: z jednej strony grozi, z drugiej – próbuje destabilizować. Kampanie dezinformacyjne, ataki cybernetyczne, prowokacje na granicy z Białorusią – to nie przypadek, to strategia. Działająca, wszak antyukraińskie nastroje są w istotnej mierze efektem inspirowanej przez rosjan nagonki.

Reasumując wątek, putin jest przekonany, że nie musi pokonać Ukrainy militarnie. Wystarczy mu, że Zachód się cofnie, że Polska się zawaha (i na przykład zamknie lotnisko w Jasionce). Że Waszyngton powie „nie teraz”, Berlin „może później”, a Paryż „spróbujmy negocjacji”. Wtedy Ukraina zostanie sama. A samotna Ukraina to taka, którą można zmusić do kapitulacji – nie na polu bitwy, ale przy stole rozmów.

Przewaga

rosja nie ma przewagi technologicznej – przynajmniej nie w takim zakresie, który pozwalałby jej pokonać Ukrainę w sposób szybki i decydujący. Nie dysponuje systemami, które mogłyby zneutralizować zachodnie uzbrojenie, nie ma przewagi w zakresie precyzyjnych uderzeń, nie kontroluje przestrzeni powietrznej. Ale ma coś innego. Ma ludzi. I gotowość do ich poświęcenia.

Według danych Center for Strategic and International Studies (CSIS) – jednego z najważniejszych amerykańskich think tanków zajmujących się analizą polityki zagranicznej i bezpieczeństwa międzynarodowego – tylko w 2025 roku rosja straciła bezpowrotnie ponad 100 tys. żołnierzy. To liczba, która w każdym innym kraju wywołałaby kryzys polityczny, społeczne protesty, może nawet zmianę władzy. Ale nie w rosji. Tam Kreml wciąż nazywa wojnę „zrównoważoną” i liczy na zwycięstwo w konflikcie na wyczerpanie.

rosyjskie społeczeństwo, choć zmęczone, nie wykazuje oznak masowego sprzeciwu. Dlaczego tak się dzieje napiszę za chwilę, na razie dość stwierdzić, że putin wie, że może rzucać kolejne fale rekrutów – nawet jeśli są słabo wyszkoleni, nawet jeśli giną tysiącami. Dla niego to nie koszt, to narzędzie. Mięso armatnie, które ma zmiękczyć ukraińskie pozycje, ujawnić punkty obrony, wyczerpać amunicję. Po „mięsie” do akcji wchodzą jednostki szturmowe – lepiej wyposażone, lepiej dowodzone, ale wciąż będące częścią tej samej logiki wojny totalnej.

Do tego dochodzi przemysł zbrojeniowy, który – mimo sankcji – wciąż funkcjonuje. Nie w skali, którą obiecuje rosyjska propaganda, ale wystarczająco, by podtrzymać wojenny wysiłek. Fabryki w Tatarstanie, za Uralem czy w obwodzie moskiewskim pracują na trzy zmiany, remontując czołgi, produkując amunicję i drony. Częściowo z rosyjskich komponentów, częściowo z importu – bo Iran, Korea Północna i Chiny dostarczają to, czego rosji brakuje. Silniki, układy optyczne, materiały wybuchowe, elektronikę. „Na lewo” – poza systemem sankcyjnym – i zupełnie legalnie, gdy rzecz dotyczy komponentów podwójnego zastosowania.

putin wierzy, że Ukraina nie wytrzyma tej jednoczesnej presji wojny i wyścigu zbrojeń. Że pęknie pierwsza. Nie trzeba mu więc spektakularnych zwycięstw – jego wojska mogą dreptać w miejscu. Nie znaczy to, że terenowe zdobycze zupełnie się nie liczą – machina propagandowa musi „mieć co jeść”. Dlatego żołdacy putina powinni czasem coś zdobyć. Coś w zasięgu ich ograniczonych możliwości, jak „twierdzę Pokrowsk” czy „fortecę Kupiańsk”, o które toczą się właśnie zacięte walki. Nie są to Charków czy Odesa, ale na użytek człowieka rosyjskiego wystarczy…

Narracja

W rosji nie ma wolnych mediów. Nie ma debaty. Jest przekaz: „bronimy się przed NATO”, „walczymy z nazistami”, „ratujemy Donbas”. To nie slogany – to fundament rosyjskiej narracji wojennej, powtarzany w telewizji, radiu, internecie, w szkołach i na billboardach. Według analizy RAND Corporation z maja 2025 roku, ponad 80 proc. rosyjskich obywateli deklaruje, że czerpie informacje o wojnie z państwowych źródeł, takich jak Kanał Pierwyj, Rossija 24 czy RIA Novosti.

putin nie musi tłumaczyć strat, nie musi odpowiadać na pytania. Może prowadzić wojnę w rytmie, który sam narzuca. Może zmieniać cele, redefiniować sukces, ogłaszać zwycięstwo nawet tam, gdzie go nie ma. Dla społeczeństwa rosyjskiego liczy się obraz – nie rzeczywistość. A obraz jest starannie konstruowany: przez ministerstwo obrony, przez propagandystów, przez duchownych, którzy błogosławią „świętą wojnę”.

Według badania CSIS z września 2025 roku, 72 proc. rosjan popiera kontynuację „specjalnej operacji wojskowej”, choć jednocześnie ponad połowa nie potrafi wskazać, gdzie dokładnie toczą się walki ani jakie są cele strategiczne tej wojny. To nie poparcie – to efekt propagandy. To zgoda na wojnę, której nie rozumieją, ale której nie kwestionują.

Mechanizm ten działa, bo w rosji nie ma alternatywy informacyjnej. Niezależne media zostały zdelegalizowane lub wypchnięte za granicę. Dostęp do zagranicznych źródeł jest blokowany – zarówno technicznie, jak i prawnie. A ci, którzy próbują mówić inaczej, trafiają do więzienia. Według danych organizacji OVD-Info, od początku 2022 roku ponad 20 tysięcy osób zostało zatrzymanych za „dyskredytację armii”, a kilkaset skazano na wieloletnie wyroki.

To daje putinowi swobodę strategiczną. Może prowadzić wojnę nie tylko bez społecznej kontroli, ale wręcz z aktywnym wsparciem – choćby milczącym. Może ogłaszać sukcesy tam, gdzie są porażki. Może zmieniać cele – z „denazyfikacji” na „ochronę ludności rosyjskojęzycznej”, z „demilitaryzacji” na „walkę z NATO”. I nikt nie zapyta: „dlaczego?”. Bo pytania są nielegalne.

rosja prowadzi wojnę nie tylko na froncie, ale też w głowach. I to właśnie ta wojna – informacyjna, propagandowa, psychologiczna – pozwala Kremlowi kontynuować działania mimo strat, mimo izolacji, mimo braku realnych sukcesów. Bo jeśli społeczeństwo wierzy, że wygrywa – to władza nie musi się tłumaczyć.

Strach

Ale nawet najbardziej zniewolone umysły potrafią się czasem wybić na chwilę niezależności. I właśnie ta chwila – krótka, niepozorna, ale potencjalnie wybuchowa – jest ostatnią zmienną, która determinuje działania putina.

Przeczytacie o tym w dalszej części tekstu, który opublikowałem w portalu TVP.Info – oto link do tego materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Mężczyzna wynoszący dziecko z zaatakowanego przez rosjan przedszkola w Charkowie (do tego zdarzenia doszło kilka dni temu)/fot. DSNS

Martwi

Komendant, którego odwiedziliśmy, był postawnym jak na afgańskie warunki mężczyzną. Wyprostowany niczym struna, miał czyściutki mundur i starannie przystrzyżoną brodę. Gdy śmiał się – a uśmiech właściwie nie schodził mu z twarzy – obnażał garnitur równiusieńkich białych zębów. Chłop mógłby robić za reklamę swojej formacji – Afgańskiej Policji Narodowej – tak dobrze się prezentował.

Ale nie za wygląd mu płacono, a za utrzymanie porządku w jednym z sektorów miasta Ghazni. Był 2013 rok, talibska rebelia rozkręciła się już na dobre, więc nie o zwykłą policyjną robotę tu chodziło. ANP de facto pełniła rolę lekkiej piechoty i brała udział w antypartyzanckich akcjach. Jej przeciwnikiem byli bojownicy, nie złodzieje czy inni pospolici przestępcy. Policjanci regularnie się z nimi strzelali, regularnie ginęli i zostawali ranni.

Robota niebezpieczna, lecz przyzwoicie płatna, rzecz jasna jak na realia ówczesnego Afganistanu (szeregowy funkcjonariusz dostawał jakieś 150 dolarów za miesiąc).

Niech Was jednak nie zwiedzie ton tych akapitów – ANP to nie byli dobrzy chłopcy, a łobuzy. Najbardziej skorumpowana i inwigilowana przez talibów struktura w Afganistanie. Nasze wojsko współpracowało z nią – tak jak z afgańską armią – z konieczności. Przy czym współpraca to duże słowo, wszak wszelkie wspólne działania regulowała zasada bardzo ograniczonego zaufania. W praktyce wyglądało to tak, że afgańscy dowódcy dowiadywali się o zadaniach w ostatniej chwili. I nawet wówczas ich wiedza była szczątkowa. Kablowali bowiem ile wlezie…

No ale mimo wszystko to byli swoi i to im, my – NATO, ISAF, Zachód – płaciliśmy. Walizkami żywej gotówki, którą odbierali lokalni komendanci, po to, by rozprowadzić hajs pośród podwładnych. Tak to powinno było wyglądać.

A jak wyglądało? Gość, którego wizytowałem w towarzystwie wysokich rangą oficerów WP, miał pod sobą 120 chłopa; tak przynajmniej deklarował. Lecz z jakiegoś powodu, mimo tego ludzkiego dostatku, nie potrafił upilnować swojego kurnika, co zrodziło wątpliwości naszych sztabowców. Jednym z celów wizyty było policzenie oddziału, na co ów komendant z ochotą przystał. A potem wystawił na dziedzińcu posterunku trzydziestu paru ludzi. Część nieobecnych miała być na mieście (choć wszystkie wozy stały na parkingu), a część – no cóż, pojechała do domów w innych prowincjach, wykonywała jakieś tajne zadania, pochorowała się i wylądowała w szpitalu; jakich tam nieszczęść, dramatów i nieoczekiwanych historii nie było… „Ju-noł mister, jak przyjedziecie następnym razem, będą miał ich wszystkich pod ręką”.

Taaaaa…

W afgańskiej armii i policji przez lata funkcjonował system tzw. „martwych dusz” – fikcyjnych żołnierzy i funkcjonariuszy, których nazwiska widniały w dokumentach, ale którzy nie istnieli, dawno zginęli, zdezerterowali albo zostali odesłani do domów. Dowódcy pobierali za nich pensje, premie i racje żywnościowe.

Według raportu SIGAR (Special Inspector General for Afghanistan Reconstruction) z 2023 roku, system „ghost soldiers” funkcjonował przez całą misję NATO w Afganistanie, a jego istnienie było znane zarówno afgańskim władzom, jak i zachodnim doradcom.

W sierpniu 2021 roku, gdy talibowie rozpoczęli ofensywę, okazało się, że wiele jednostek ANA i ANP nie istnieje. Dowództwo w Kabulu operowało na danych, które były fikcyjne – liczba żołnierzy, dostępnego sprzętu i amunicji była zawyżona nawet o 30–50 proc. W efekcie fronty się załamały, a talibowie zajmowali kolejne miasta niemal bez walki.

Tak się ten pic na wodę skończył.

Zostawmy Afganistan i zerknijmy na armię rosyjską w Ukrainie.

Wojna obnażyła nie tylko jej brutalność wobec przeciwnika. Z coraz częstszych doniesień wynika, że rosyjscy oficerowie dopuszczają się morderstw na własnych żołnierzach – nie z powodów dyscyplinarnych, lecz dla pieniędzy. Żołd, który frontowcy otrzymują za udział w walkach, stał się łakomym kąskiem dla dowódców, którzy w warunkach chaosu i bezkarności traktują podwładnych jako źródło dochodu.

Według danych niezależnego rosyjskiego portalu Mediazona, od początku pełnoskalowej inwazji na Ukrainę prawie tysiąc rosyjskich żołnierzy zostało oskarżonych o morderstwo lub umyślne spowodowanie ciężkiego uszczerbku na zdrowiu ze skutkiem śmiertelnym. Rosyjskie sądy wojskowe notują stały wzrost takich spraw, a rok 2025 wskazuje na dalsze przyspieszenie tego trendu. Choć wiele z tych zbrodni dotyczy przemocy wobec cywilów lub jeńców, coraz częściej pojawiają się przypadki wewnętrznych egzekucji – dokonywanych przez oficerów na własnych żołnierzach.

Rosyjscy żołnierze w Ukrainie zarabiają co najmniej sześciokrotność średniej pensji w kraju. Pozorny dostatek, bo żołnierze płacą oficerom za urlopy, za przeniesienie do bezpieczniejszych sektorów, za dostęp do narkotyków i alkoholu. Albo po prostu płacą – za to, że oddychają. Ci, którzy nie płacą, znikają. W niektórych przypadkach ich śmierć jest tuszowana jako „polegli w boju”, choć nie ma żadnych dowodów na udział w walkach.

Wiosną 2025 roku ukraiński wywiad wojskowy HUR opublikował przechwycone rozmowy rosyjskich żołnierzy z jednostki stacjonującej pod Bachmutem. Jeden z rozmówców opowiadał, że dwóch młodych rekrutów zostało zastrzelonych przez oficera po tym, jak odmówili oddania premii bojowej. Ich ciała miały zostać wrzucone do leja po bombie, a oni zgłoszeni jako „zaginieni w akcji”.

W rosyjskiej armii nie istnieje realny system kontroli wewnętrznej. Oficerowie są chronieni przez hierarchię, a żołnierze – często rekrutowani z biednych regionów – nie mają żadnych narzędzi, by dochodzić sprawiedliwości. System martwych dusz ma się więc dobrze.

Nie bez powodu zacząłem od Afganistanu – i nie chodziło mi tylko o ilustrację pt. nihil novi. Znając rosyjską pogardę dla „dzikich ludów” chciałbym podkreślić różnicę między ANP/ANA a armią putina. Afgańscy komendanci nie robili krzywdy swoim ludziom – po prostu kazali im spierdalać do domów. Albo ich wymyślali, co w kraju analfabetów i szczątkowej biurokracji gwarantowało bezkarność. „Cywilizowani” rosyjscy oficerowie łasi na kasę podwładnych sięgają po przemoc i śmierć. Co kraj, to obyczaj…

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Czytelnikowi o nicku Zajcef Fizzlewick, Arkadiuszowi Halickiemu, Piotrowi Maćkowiakowi, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Monice Rani, Maciejowi Szulcowi, Joannie Marciniak, Jakubowi Wojtakajtisowi, Andrzejowi Kardasiowi, Tomaszowi Krajewskiemu i Magdalenie Kaczmarek. A także: Juliuszowi i Elżbiecie Wolny, Piotrowi Rucińskiemu, Tomaszowi Sosnowskiemu, Piotrowi Świrskiemu, Arturowi Żakowi, Łukaszowi Hajdrychowi, Patrycji Złotockiej, Wojciechowi Bardzińskiemu, Bognie Gałek, Krzysztofowi Krysikowi, Mateuszowi Piecuchowi, Michałowi Wielickiemu, Jakubowi Kojderowi, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Bożenie Bolechale, Jarosławowi Terefenko, Marcinowi Gonetowi, Joannie Siarze, Aleksandrowi Stępieniowi, Marcinowi Barszczewskiemu, Dinarze Budziak, Szymonowi Jończykowi, Piotrowi Habeli i Annie Sierańskiej.

Podziękowania należą się również moim najhojniejszym „kawoszom” z ostatniego tygodnia: Julii Dubno i osobie o nicku Mar bli.

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Funkcjonariusze ANP z prowincji Ghazni, zdjęcie ilustracyjne/fot. własne