Scenariusze

Napięcie między USA, Izraelem a Iranem weszło w fazę otwartej konfrontacji. Dziś pytanie nie brzmi już, czy Iran odpowie, lecz jak daleko ta wojna może się posunąć. Czy będzie to szybka zmiana władzy w Teheranie, długotrwała wojna wyniszczająca, czy początek chaosu porównywalnego z Irakiem po 2003 roku?

Amerykańsko-izraelska operacja rozpoczęła się od klasycznego uderzenia dekapitacyjnego wymierzonego w rdzeń systemu władzy i aparatu bezpieczeństwa. Celem stały się centra dowodzenia, łączność, wybrane instalacje rakietowe oraz kluczowi dowódcy Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej (IRGC). Tego typu operacja ma sparaliżować łańcuch dowodzenia i wywołać dezorganizację, zanim przeciwnik zdoła przejść do skoordynowanej odpowiedzi. Ma też wymiar psychologiczny – pokazuje, że nikt nie jest bezpieczny nawet w najgłębiej chronionych ośrodkach.

Pytanie jednak, czy Iran był na taki scenariusz przygotowany.

Islamska Republika od dekad funkcjonuje w warunkach permanentnego zagrożenia. System władzy zaprojektowano tak, by przetrwać poważne straty kadrowe. IRGC posiada równoległe wobec armii regularnej struktury dowodzenia, a sukcesja polityczna i wojskowa w wielu obszarach została wcześniej zaplanowana. Infrastruktura związana z programem rakietowym jest rozproszona i głęboko bunkrowana, a system dowodzenia w ostatnich latach decentralizowano, by utrudnić jego sparaliżowanie jednym ciosem.

Dlatego pierwsze godziny wojny nie przesądzają o jej wyniku. Uderzenie było spektakularne i kosztowne dla Teheranu, lecz nie musi oznaczać załamania państwa. Jak potoczą się jego losy – i losy tego konfliktu?

—–

W najbardziej korzystnym dla USA i Izraela wariancie obecna operacja nie przerodzi się w długą wojnę regionalną, lecz doprowadzi do pęknięcia wewnątrz irańskiego systemu władzy.

Kluczowe jest tu rozróżnienie między aparatem wojskowo-rewolucyjnym a strukturą państwową jako taką.

Prawdopodobnie nie przez przypadek dotychczasowe uderzenia koncentrowały się przede wszystkim na wojskowych – dowódcach IRGC, centrach dowodzenia. Infrastruktura cywilna i administracyjna nie stała się głównym celem. Jeśli ten schemat się utrzyma, może to oznaczać próbę wywołania kontrolowanej implozji reżimu: osłabienia twardego rdzenia siłowego przy pozostawieniu przestrzeni dla alternatywy politycznej.

Taki scenariusz zakłada, że w Teheranie dojdzie do wewnętrznego przesilenia. Część elit – technokratów, administracji państwowej, biznesu powiązanego z eksportem ropy – może uznać, że dalsza konfrontacja z Zachodem grozi przetrwaniu państwa. Jeśli jednocześnie aparat siłowy zostanie osłabiony personalnie i logistycznie, presja na zmianę kursu może wzrosnąć.

Nie musi to oznaczać natychmiastowego upadku Islamskiej Republiki. Bardziej realna byłaby „korekta systemu”: odsunięcie najbardziej konfrontacyjnych frakcji, ograniczenie roli części struktur IRGC, powrót do negocjacji w sprawie programu nuklearnego i próba wyjścia z izolacji. Dla Waszyngtonu byłby to sukces bez konieczności okupacji czy długotrwałej operacji lądowej.

Warunkiem powodzenia takiego scenariusza jest jednak kilka czynników. Po pierwsze – utrzymanie presji militarnej przy jednoczesnym unikaniu masowych strat cywilnych, które mogłyby skonsolidować społeczeństwo wokół twardej linii. Po drugie – konieczny jest jasny sygnał, że Zachód zaakceptuje „Iran po korekcie”, a nie wyłącznie Iran całkowicie zdemontowany. Po trzecie – nie mniej istotny jest brak bezpośredniej interwencji rosji i Chin, które mogłyby wzmocnić najbardziej radykalne frakcje. Nie chodzi tu o bezpośrednie wejście w wojnę (na to ani Moskwa, ani Pekin nie są gotowe), ale o stworzenie sytuacji analogicznej do zachodniego wsparcia dla Ukrainy. O ile w przypadku rosji to mało realny scenariusz, o tyle Chiny miałyby tu znacznie więcej asów w rękawie.

Załóżmy jednak, że do niczego takiego nie dojdzie, a Amerykanom i Izraelczykom uda się zrealizować najkorzystniejszy scenariusz. Skutki takiego rozwoju wydarzeń byłyby daleko idące. Regionalne napięcie stopniowo opadłoby, ceny ropy wróciłyby do stabilniejszych poziomów, a Izrael zyskałby większe poczucie bezpieczeństwa strategicznego. Bliski Wschód nie stałby się przestrzenią wieloletniej wojny, lecz przeszedłby przez okres ostrego, ale krótkiego przesilenia.

—–

Najbardziej realistyczny wariant zakłada, że konflikt nie doprowadzi ani do szybkiej zmiany władzy w Teheranie, ani do załamania państwa. Iran przetrwałby pierwszy szok, odbudował łańcuch dowodzenia i przeszedł do strategii przetrwania. Wojna przekształciłaby się w długotrwałą, kontrolowaną eskalację.

W tym scenariuszu USA i Izrael kontynuowałyby precyzyjne uderzenia w infrastrukturę wojskową i program rakietowy. Iran odpowiadałby asymetrycznie: atakami rakietowymi i dronowymi, aktywizacją milicji w Iraku i Syrii, presją na żeglugę w rejonie Cieśniny Ormuz oraz wykorzystaniem Hezbollahu.

Konflikt przybrałby formę wojny na wyczerpanie. Kluczowa byłaby zdolność do utrzymania działań przez miesiące. Iran ponosiłby straty, ale zachowałby możliwość zadawania ograniczonych uderzeń. USA i Izrael utrzymywałyby przewagę powietrzną, lecz nie wyeliminowałyby całkowicie zagrożenia rakietowego.

Region znalazłby się w stanie permanentnego napięcia. Liban pozostałby niestabilny, Irak balansowałby między presją Teheranu a obecnością amerykańską, a państwa Zatoki zwiększałyby inwestycje w obronę powietrzną i ochronę infrastruktury energetycznej. Żegluga w Zatoce Perskiej funkcjonowałaby przy podwyższonym ryzyku, co przełożyłoby się na wyższe koszty transportu.

Gospodarczo oznaczałoby to utrzymywanie się cen ropy na podwyższonym poziomie – niekoniecznie dramatycznym, lecz zwiększającym presję inflacyjną. Politycznie skutkowałoby to dalszą militaryzacją regionu oraz większym zaangażowaniem mocarstw zewnętrznych. Dla Chin, jako największego importera ropy z regionu, kluczowe byłoby utrzymanie minimalnej stabilności szlaków energetycznych, nawet kosztem cichego wsparcia dla Teheranu.

Społecznie Iran nie musiałby eksplodować rewolucją. Zewnętrzna presja mogłaby częściowo konsolidować społeczeństwo wokół państwa, mimo pogarszającej się sytuacji gospodarczej. Reżim adaptowałby się do warunków wojennych, jak w przeszłości w okresach sankcji.

Byłby to scenariusz bez spektakularnego finału – bez upadku Teheranu i bez jednoznacznego zwycięstwa Zachodu. Konflikt stałby się kosztowną, przedłużającą się normalnością.

—–

Najczarniejszy wariant zakładałby nie tylko osłabienie reżimu, lecz jego faktyczne załamanie. Uderzenia dekapitacyjne, dalsze straty wśród dowódców IRGC oraz zniszczenie kluczowych węzłów dowodzenia mogłyby doprowadzić do rozpadu spójności aparatu państwowego. Jeśli równocześnie doszłoby do głębokiego kryzysu gospodarczego i masowych niepokojów społecznych, Iran wszedłby w fazę wewnętrznej destabilizacji.

Taki rozwój wydarzeń nie oznaczałby jednak automatycznie prozachodniego przełomu. Historia Iraku po 2003 roku pokazała, że upadek centralnej władzy w państwie o silnych podziałach wewnętrznych może prowadzić do próżni bezpieczeństwa, a nie do szybkiej demokratyzacji. Iran jest krajem wieloetnicznym i regionalnie zróżnicowanym. Kurdowie na północnym zachodzie, Beludżowie na wschodzie czy Arabowie w Chuzestanie mogliby wykorzystać osłabienie centrum do realizacji własnych aspiracji. Rywalizujące frakcje IRGC, struktur bezpieczeństwa i duchowieństwa mogłyby wejść w otwarty konflikt o kontrolę nad państwem.

W takim scenariuszu pojawiłoby się ryzyko rozproszenia arsenału rakietowego oraz infrastruktury związanej z programem nuklearnym. Nawet jeśli nie doszłoby do przejęcia broni przez podmioty niepaństwowe, sama utrata centralnej kontroli oznaczałaby wieloletni chaos. Milicje, które dotąd działały jako narzędzie polityki zagranicznej Teheranu, mogłyby przekształcić się w autonomiczne ośrodki siły.

Konsekwencje regionalne byłyby poważne. Irak i Liban, już dziś kruche politycznie, znalazłyby się pod dodatkową presją. Turcja, rosja czy państwa Zatoki mogłyby próbować zabezpieczać własne interesy poprzez wsparcie wybranych frakcji. Izrael stanąłby przed dylematem: czy chaos w Iranie jest mniejszym zagrożeniem niż stabilny, ale wrogi reżim.

W wymiarze społecznym oznaczałoby to falę uchodźców – potencjalnie liczoną w milionach – kierującą się do Turcji, Azji Środkowej i Europy. Gospodarczo skutkiem byłaby poważna destabilizacja rynku energii. Zakłócenia eksportu z Iranu oraz niepewność w rejonie Zatoki Perskiej mogłyby wywindować ceny ropy do poziomów wyraźnie przekraczających 100 dolarów za baryłkę, z globalnymi konsekwencjami inflacyjnymi.

Największe ryzyko tego scenariusza polegałoby jednak na czymś innym: na utracie kontroli nad procesem. W przeciwieństwie do operacji wojskowej, którą można planować i kalibrować, rozpad państwa jest zjawiskiem trudnym do przewidzenia i jeszcze trudniejszym do zatrzymania. Upadek reżimu nie musiałby oznaczać końca zagrożenia – mógłby stać się początkiem długotrwałej niestabilności.

Ale czy plan na „dzień po” w ogóle istnieje? O tym piszę w dalszej części tekstu, który opublikowałem w portalu TVP.Info – oto link do tego materiału. Zapraszam do lektury!

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Amerykańskie F-35, zdjęcie ilustracyjne/fot. Bartek Bera

Łobuzy

Nie ma we mnie entuzjazmu dla wojny. Trzy z nich widziałem na własne oczy – wiem, „z czym to się je” i jakie są skutki. Te dla ludności cywilnej są dla mnie najważniejsze – najtrudniejsze do zaakceptowania. I nie ma znaczenia, czy chodzi o Kabul, Kijów, czy Teheran – mechanika cierpienia jest wszędzie taka sama.

A jednak – patrząc na sprawę chłodno – amerykańsko-izraelska interwencja w Iranie mnie nie oburza. Nie przyłączę się do grona wykrzykującego argument natury prawno-moralnej – że to atak na suwerenne państwo. Raz, że szafują nim pro-ruSSkie trolle, dwa, nie podzielam niestosowności podnoszonej także przez część uczciwych ludzi. Iran bowiem nie jest normalnym państwem (tak jak nie jest nim rosja czy Korea Północna). To łobuz, który od lat buduje architekturę destabilizacji regionu, finansuje i uzbraja terrorystów, dostarcza drony i rakiety rosyjskim zbrodniarzom. Od  dawna balansuje na krawędzi zdolności nuklearnych, nie kryjąc przy tym, że chciałby atomowej hekatomby dla milionów Żydów. To teokratyczny reżim, który od dekad tłumi własne społeczeństwo. Krwawe pacyfikacje, masowe aresztowania, egzekucje – to nie są incydenty, lecz system, fundament tamtejszej władzy.

A to ta władza, i jej militarne przybudówki, są celem amerykańsko-izraelskiej interwencji.

Można oczywiście powiedzieć: dyplomacja, sankcje, rozmowy. Tyle że te instrumenty były stosowane przez lata. Efekt? Iran nauczył się żyć pod sankcjami.

Spójrzmy na to z naszej, środkowo-europejskiej perspektywy. Iran nie jest „odległą egzotyką”. Irańskie drony uderzały w ukraińskie miasta. Irańska technologia wspiera rosyjską machinę wojenną. Irańska współpraca z Moskwą to nie dyplomatyczna uprzejmość, lecz realny wkład w przedłużanie wojny za naszą wschodnią granicą. Jeśli więc ktoś dziś osłabia irański potencjał militarny, to w pewnym sensie osłabia także zaplecze rosji.

No i jest jeszcze jeden wymiar tej układanki: pryskający mit rosyjskiej tarczy.

Od lat słyszeliśmy o cudownych systemach obrony powietrznej – o S-300, S-400, o „bańkach antydostępowych”, które miały zamykać niebo nad sojusznikami Kremla. Iran był jednym z odbiorców rosyjskich systemów OPL. Jeśli jednak amerykańskie i izraelskie lotnictwo jest w stanie z łatwością penetrować tę przestrzeń, niszczyć wskazane cele, przełamywać obronę – to nie jest to tylko taktyczny sukces. To sygnał strategiczny.

Sygnał dla państw, które rozważają zakupy rosyjskiego uzbrojenia.

Sygnał dla sojuszników Moskwy, że rosyjski parasol może być dziurawy.

Sygnał dla samego Kremla, że jego projekcja siły ma bardzo wyraźne granice. Bezradność Moskwy wobec uderzeń w Iran mówi więcej niż setki przemówień. rosja nie jest w stanie realnie osłonić swojego partnera. Nie wysyła wojska, ba, nawet nie grozi eskalacją, bo wie, że nikt nie potraktuje tego poważnie, tym samym obnażając swój status upadłego imperium.

Dla mnie TO są kluczowe kwestie. Wyłuszczę je jeszcze raz, dla wzmocnienia przesłania.

Po pierwsze, każdy cios w zdolności wojskowe Iranu to potencjalnie mniej dronów, mniej technologii, mniej wsparcia dla rosji. Po drugie, jeśli Kreml nie potrafi realnie ochronić swojego partnera, to jego pozycja słabnie – nie tylko na Bliskim Wschodzie, ale i globalnie.

Na koniec warto wyartykułować jeszcze jedną kwestię. Ten atak to sygnał, że świat zachodni wciąż jest zdolny do projekcji siły. W epoce, w której autokracje testują granice, demonstracja determinacji ma znaczenie.

Niestety, w każdej wojnie – nawet jeśli nie prowadzi się jej na rympał, jak rosjanie w Ukrainie – giną niewinni ludzie. Z tego powodu i ten konflikt jest moralnie skażony. Ale polityka bezpieczeństwa rzadko operuje kategoriami czystości, często sprowadza się do wyboru między złym a gorszym.

A ja wolę świat, w którym to my możemy przywalić łobuzom, a nie łobuzy nam.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Aneksja

Choć dla wielu brzmi to jak fantazja czy prowokacja, wydarzenia ostatnich tygodni każą zastanowić się nad scenariuszem aneksji Grenlandii przez Stany Zjednoczone. Jakby to wyglądało, czy byłyby jakiś zewnętrzny i wewnętrzny sprzeciw, no i co by z tego wszystkiego wynikło? – zastanawiam się nad tym w tekście, który opublikowałem w portalu TVP.Info. Oto jego obszerne fragmenty.

Ewentualna interwencja z dużym prawdopodobieństwem nie przybrałaby formy klasycznej wojny lądowej, lecz krótkiej, wielodomenowej operacji wymuszającej zmianę statusu terytorium. Trzon działań stanowiłyby siły morskie i powietrzne USA, wsparte przez ograniczone komponenty wojsk lądowych – przede wszystkim jednostki piechoty morskiej i sił specjalnych, przygotowane do działania w warunkach arktycznych. Nie byłaby to operacja masowa, lecz precyzyjna i punktowa.

Konflikt niskointensywny

Scenariusz działań mógłby przebiegać etapami. W pierwszej kolejności doszłoby do zamknięcia morskich podejść do Grenlandii oraz przestrzeni powietrznej. Równolegle – w oparciu o siły, które Amerykanie już mają na miejscu – zabezpieczone zostałyby kluczowe węzły infrastrukturalne – porty, lotniska oraz obiekty o znaczeniu strategicznym, w tym amerykańska baza Pituffik Space Base. Dopiero w dalszej kolejności możliwy byłby ograniczony desant powietrzno-morski, i to wyłącznie w sytuacji, gdyby wcześniejsze działania napotkały opór.

Istotnym elementem operacji byłoby postępowanie wobec lokalnej administracji Grenlandii. Zamiast jej fizycznego usuwania bardziej prawdopodobny byłby scenariusz „zamrożenia” kompetencji w obszarze bezpieczeństwa i polityki zagranicznej, przy jednoczesnym pozostawieniu władz autonomicznych odpowiedzialnych za sprawy wewnętrzne. W praktyce oznaczałoby to utrzymanie ciągłości funkcjonowania instytucji cywilnych przy równoczesnym przejęciu realnej kontroli nad kluczowymi decyzjami przez stronę amerykańską.

Równolegle prowadzone byłyby działania osłonowe o charakterze politycznym i dyplomatycznym. Obejmowałyby one intensywną komunikację z sojusznikami w ramach NATO, akcentowanie wyjątkowego charakteru sytuacji oraz argumentację opartą na bezpieczeństwie Arktyki i interesach całego Zachodu. Celem byłoby opóźnienie lub rozmycie ewentualnej reakcji sojuszniczej, zanim powstałyby podstawy do uruchomienia formalnych mechanizmów odpowiedzi.

Całość miałaby charakter szybkiej „operacji faktu dokonanego”: zakończonej zanim doszłoby do jednoznacznej, wspólnej reakcji międzynarodowej. Z wojskowego punktu widzenia byłby to scenariusz niskointensywny, lecz obciążony ogromnym ryzykiem politycznym i strategicznym.

Równi czy jednak nie?

Ewentualny spór o Grenlandię od początku miałby charakter asymetryczny. USA i Dania pozostają formalnie równoprawnymi członkami NATO, jednak ich realne możliwości polityczne i wojskowe są nieporównywalne. USA dysponują globalnym potencjałem militarnym, zdolnością do samodzielnego prowadzenia operacji we wszystkich domenach oraz dominującą pozycją wewnątrz Sojuszu. Dania, mimo wysokiego poziomu interoperacyjności i aktywnego udziału w misjach NATO, nie posiada narzędzi pozwalających na samodzielne przeciwstawienie się presji ze strony Waszyngtonu.

Z punktu widzenia USA kluczowe znaczenie miałaby kalkulacja kosztów politycznych, a nie militarnych. Otwarta konfrontacja z Danią – nawet ograniczona – niosłaby ryzyko kryzysu wewnątrz NATO, osłabienia wiarygodności sojuszniczej oraz napięć z innymi państwami europejskimi – o czym szerzej w dalszej części tekstu. Z drugiej strony Waszyngton mógłby zakładać, że żaden z sojuszników nie byłby gotów na eskalację konfliktu z USA w obronie Grenlandii, zwłaszcza w sytuacji, gdy działania zostałyby przedstawione jako wyjątkowe, związane z bezpieczeństwem Arktyki i rywalizacją globalnych mocarstw.

Dla Kopenhagi scenariusz ten oznaczałby ograniczone pole manewru. Odpowiedź stricte wojskowa byłaby nierealna, a presja dyplomatyczna – zależna od zdolności zbudowania szerokiego poparcia wśród sojuszników. Jednocześnie Dania znalazłaby się w trudnej sytuacji politycznej: z jednej strony jako państwo odpowiedzialne za terytorium Grenlandii, z drugiej – jako członek NATO, starający się uniknąć otwartego konfliktu z jego najsilniejszym uczestnikiem.

W tym sensie potencjalny kryzys wokół Grenlandii byłby nie tylko testem relacji dwustronnych USA–Dania, lecz także sprawdzianem realnych mechanizmów solidarności sojuszniczej. Pokazywałby, w jakim stopniu NATO funkcjonuje jako wspólnota równych państw, a w jakim jako struktura oparta na przywództwie jednego dominującego aktora.

„Jeden za wszystkich…”, ale…

Choć artykuł 5 Traktatu Północnoatlantyckiego bywa postrzegany jako automatyczny mechanizm zbiorowej obrony, w praktyce jego uruchomienie ma charakter polityczny, a nie techniczny. Każdorazowo wymaga jednomyślnej decyzji państw członkowskich NATO, poprzedzonej oceną sytuacji i uznaniem, że doszło do zbrojnej napaści na jedno z nich. W przypadku Grenlandii proces ten od początku byłby obarczony poważnymi wątpliwościami interpretacyjnymi.

Po pierwsze, potencjalne działania USA mogłyby zostać przeprowadzone poniżej progu otwartego konfliktu zbrojnego. Ograniczona blokada morska, przejęcie kontroli nad infrastrukturą czy zmiany administracyjne, nawet jeśli byłyby postrzegane jako naruszenie suwerenności Danii, nie musiałyby jednoznacznie spełniać kryteriów „zbrojnego ataku” w rozumieniu Traktatu. To z kolei otwierałoby pole do sporów prawnych i politycznych wewnątrz Sojuszu.

Po drugie, podmiotem potencjalnych działań byłyby same USA – państwo pełniące kluczową rolę w strukturach NATO i stanowiące filar jego zdolności wojskowych. Dla wielu sojuszników oznaczałoby to realny dylemat: poparcie formalnego uruchomienia art. 5 przeciwko USA wiązałoby się z ryzykiem głębokiego kryzysu sojuszniczego, którego konsekwencje mogłyby wykraczać poza sam spór o Grenlandię.

Po trzecie, reakcja NATO byłaby uzależniona od tempa rozwoju wydarzeń. W scenariuszu szybkiej, punktowej operacji – zakończonej zanim Rada Północnoatlantycka zdołałaby wypracować wspólne stanowisko – Sojusz mógłby znaleźć się w sytuacji faktu dokonanego. Historia pokazuje, że w takich przypadkach mechanizmy kolektywne reagują wolniej niż działania jednostronne, zwłaszcza gdy brak jest jednoznacznego obrazu sytuacji w pierwszych godzinach i dniach kryzysu.

W efekcie NATO mogłoby zostać zepchnięte do roli forum konsultacyjnego, a nie bezpośredniego instrumentu odpowiedzi wojskowej. Nie oznaczałoby to jednak bierności Sojuszu, lecz raczej przeniesienie ciężaru reakcji na dyplomację, presję polityczną oraz próby mediacji – przynajmniej w początkowej fazie kryzysu.

Zarządzanie ryzykiem

W hipotetycznym scenariuszu działań wobec Grenlandii kluczową rolę odgrywałaby postawa amerykańskich sił zbrojnych. Armia USA jest strukturą silnie sprofesjonalizowaną, opartą na cywilnej kontroli władzy, ale jednocześnie głęboko zakorzenioną w myśleniu sojuszniczym i wielostronnym. Z tego punktu widzenia ewentualna operacja wymierzona w terytorium państwa NATO mogłaby spotkać się z wyraźnym oporem części kadry dowódczej, zwłaszcza na poziomie strategicznym.

Ten opór nie musiałby jednak mieć charakteru otwartego sprzeciwu. W realiach amerykańskiego systemu dowodzenia wojsko wykonuje decyzje legalnie wybranych władz cywilnych, nawet jeśli są one postrzegane jako politycznie kontrowersyjne lub obarczone wysokim ryzykiem strategicznym. W praktyce oznacza to, że sprzeciw armii mógłby przybrać formę prób ograniczania skali operacji, nacisku na warianty minimalizujące eskalację lub opóźniania decyzji, a nie odmowy wykonania rozkazów.

Nie można przy tym wykluczyć, że część środowiska wojskowego mogłaby zaakceptować taki scenariusz, jeśli zostałby on przedstawiony jako działanie o charakterze wyjątkowym, związane z długofalowym bezpieczeństwem USA w Arktyce oraz rywalizacją z innymi mocarstwami. W takim ujęciu operacja na Grenlandii mogłaby być postrzegana nie jako konflikt sojuszniczy, lecz jako rozszerzenie istniejącej obecności i odpowiedzialności strategicznej.

Przykład wojny secesyjnej pokazuje, że armia USA ma doświadczenie funkcjonowania w warunkach głębokiego napięcia politycznego i niejednoznaczności lojalności, co pozostaje ważnym, choć pośrednim punktem odniesienia. Współcześnie bardziej prawdopodobny byłby nie rozłam, lecz wewnętrzna debata o granicach odpowiedzialności wojska w realizacji decyzji politycznych. Kończąc wątek najrozsądniej uznać, że armia USA nie byłaby ani jednolitym hamulcem, ani bezrefleksyjnym narzędziem eskalacji. Jej rola sprowadzałaby się raczej do zarządzania ryzykiem, ograniczania kosztów politycznych i militarnych oraz realizacji decyzji władz cywilnych w możliwie najbardziej kontrolowany sposób.

A czy NATO by przetrwało taki kryzys? O tym w dalszej części tekstu – oto link do tego materiału.

—–

Po weekendzie wracam do tematyki ukraińskiej. A gdybyście chcieli już dziś wesprzeć mój wschodni raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Zdjęcie ilustracyjne, wykonane przeze mnie zimą 2012 roku w Afganistanie/fot. własne

Wyczerpywanie

„No to Ukraina już przegrała”, napisał jeden z moich Czytelników w reakcji na tekst, który opublikowałem w TVP Info. Dotyczył on przewidywań na 2026 rok i opisywał trudną sytuację władz w Kijowie. O niczym w artykule nie przesądzałem, ale materiał istotnie nie był hurra-optymistyczny (bo być nie mógł…), ponieważ jednak pisałem głównie z perspektywy ukraińskiej, rzeczywiście można było odnieść wrażenie pewnej „asymetrii pesymizmu”. Nie było moją intencją przekonanie Czytelnika, że rosja jest w wyjątkowo lepszej sytuacji niż Ukraina. Bo nie jest, o czym pisałem wielokrotnie, ale najwyraźniej muszę napisać raz jeszcze, w kontrze do defetystycznych nastrojów.

Zatem nie, rosja nie wygrała (już) wojny z Ukrainą. Teza o rosyjskim zwycięstwie jest nieprawdziwa nie w myśl zasady „zależy, jak spojrzeć”, tylko w sensie elementarnym – nie zgadza się ani z logiką wojny, ani z faktami, ani z tym, jak w historii kończą się konflikty zbrojne.

—–

Problem zaczyna się już na poziomie definicji zwycięstwa. Jeśli zwycięstwo ma oznaczać realizację celów politycznych i wojskowych, to rosja tych celów nie osiągnęła. Wojna nie miała być długotrwałym konfliktem pozycyjnym, lecz operacją zmieniającą układ sił w regionie. Ukraina miała zostać złamana, jej elity zastąpione, a państwowość podporządkowana rosyjskiej woli. Tymczasem Ukraina nie tylko przetrwała, ale zbudowała armię zdolną do zadawania rosji realnych, bolesnych strat. Państwo, które po prawie czterech latach pełnoskalowej wojny nadal walczy, zachowuje ciągłość władzy i zdolność mobilizacyjną, nie jest dowodem czyjejś wygranej – jest dowodem porażki planowania agresora.

W wymiarze czysto wojskowym rosja nie osiągnęła rozstrzygnięcia: nie zdobyła przewagi strategicznej, nie zniszczyła sił przeciwnika i nie narzuciła tempa działań. Linia frontu, tak często przywoływana jako dowód „faktów dokonanych”, jest miarą impasu okupionego ogromnym kosztem ludzkim, zużyciem sprzętu i koniecznością permanentnej mobilizacji. Państwo, które musi rok po roku dosypywać ludzi i zasobów tylko po to, by utrzymać stan posiadania, nie znajduje się w fazie zwycięstwa, lecz w fazie strategicznego wyczerpywania.

Jeszcze wyraźniej widać to na poziomie politycznym. Wojny wygrywa się wtedy, gdy przeciwnik uznaje porażkę, a otoczenie międzynarodowe akceptuje nowy stan rzeczy. Tego nie ma. rosja nie uzyskała legitymizacji swoich zdobyczy, nie stworzyła nowego ładu bezpieczeństwa i nie zmusiła Zachodu do powrotu do „business as usual”. Wręcz przeciwnie: wojna doprowadziła do trwałego wypchnięcia Ukrainy z rosyjskiej strefy wpływów i do wzmocnienia zachodnich struktur bezpieczeństwa. Narracja o „zmęczonym Zachodzie” funkcjonuje dobrze w mediach społecznościowych, ale słabo radzi sobie z faktami. Pomoc bywa wolniejsza, bardziej targowana i mniej entuzjastyczna niż na początku wojny, lecz nie została cofnięta – mimo częściowej obstrukcji USA – a kluczowe decyzje – dotyczące produkcji amunicji, szkolenia czy przekazywania coraz bardziej zaawansowanych systemów – zapadły i są realizowane.

—–

Argument gospodarczy również nie wytrzymuje krytyki. Owszem, rosyjska gospodarka funkcjonuje, a wskaźniki wzrostu można pokazać na wykresach. Tyle że jest to wzrost charakterystyczny dla państwa w trybie wojennym, opartego na masowej produkcji zbrojeniowej i wydatkach publicznych podporządkowanych frontowi. To nie jest historia o sukcesie, lecz o przestawieniu całego organizmu na jeden cel. Kosztem inwestycji cywilnych, elastyczności i długofalowego rozwoju rosja stała się państwem coraz bardziej uzależnionym od wojny – bo bez niej model ten zaczyna się chwiać. Trudno uznać to za wygraną; to raczej opis sytuacji, w której konflikt staje się warunkiem stabilności systemu.

Co więcej, fabryki pracują, broń schodzi z taśm, ale efektywność produkcji maleje, koszty rosną szybciej niż zdolność państwa do ich absorpcji, a brak rąk do pracy i inflacja stają się problemami strukturalnymi. Nad rosją cały czas wisi widmo załamania importu krytycznych komponentów, bez których zbrojeniówka i przemysł wydobywczy sobie nie poradzą. To nie jest pozycja siły, lecz kruchej równowagi.

Idźmy dalej, rosja ma większą populację niż Ukraina, ale ponosi też wielokrotnie wyższe straty. Wojna wyciąga z rynku pracy setki tysięcy mężczyzn w wieku produkcyjnym, zwiększa presję demograficzną i pogłębia nierównowagi regionalne. Każda kolejna fala mobilizacji jest droższa niż poprzednia, a mechanizmy zachęty finansowej wymagają sięgania do topniejących oszczędności. Na 2026 rok jeszcze ich wystarczy, ale co będzie dalej?

Skąd więc w ogóle bierze się przekonanie, że rosja „już wygrała”? Z przesunięcia znaczeń. Dla wielu obserwatorów zwycięstwo nie oznacza dziś jednoznacznego rozstrzygnięcia, lecz sam fakt, że wojna trwa, że jest kosztowna, że wspierający Ukrainę Zachód nie potrafi jej szybko zakończyć. Tyle że zmęczenie wojną nie jest jej przegraniem, a brak szybkiego sukcesu jednego z przeciwników nie oznacza automatycznie triumfu drugiego. Wojna, w której jedna ze stron nie potrafi ani wygrać, ani się wycofać bez strategicznej i symbolicznej porażki, rzadko bywa zapamiętana jako zwycięska. I żadna propaganda tego nie zmieni.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Zdjęcie ilustracyjne, za SzG ZSU

Aksjomat?

Polityka zagraniczna Stanów Zjednoczonych coraz częściej wymyka się próbom sensownej syntezy. Łaska Trumpa na pstrym koniu jeździ, o czym boleśnie przekonują się Ukraińcy. Co z tego wynika dla Polski?

Po pierwsze: czas porzucić przekonanie, że sojusz z USA to aksjomat. To układ dynamiczny – zależny od polityki, nastrojów, kalkulacji. Polska, jako państwo frontowe, musi przyjąć do wiadomości, że amerykańska polityka zagraniczna jest podatna nie tylko na zmiany administracji, ale w jakiejś mierze zależy też od kaprysów głowy państwa. Że pomoc może być uzależniona od kalkulacji geopolitycznych, a nie od zobowiązań traktatowych. I że nawet najbardziej spektakularne deklaracje – o „niezachwianym wsparciu” czy „strategicznym partnerstwie” – mogą zostać zrelatywizowane, gdy w grę wchodzi szybki deal.

Po drugie: przykład Ukrainy pokazuje, że nawet bliski partner może zostać wezwany do „ustępstw na rzecz pokoju”. Że gwarancje bezpieczeństwa mogą być reinterpretowane, a zasady, na których zbudowano ład międzynarodowy – negocjowane. I że w sytuacji kryzysowej to nie katalog zobowiązań, lecz bieżący interes polityczny decyduje o tym, kto otrzyma pomoc, a kto zostanie wezwany do „realizmu”.

Po trzecie wreszcie: musimy mieć własną strategię – nie tylko wobec rosji, lecz także wobec zmieniającej się roli Ameryki. Musimy inwestować we własne zdolności obronne, budować regionalne koalicje, rozwijać niezależne systemy technologiczne. Być gotowymi na moment, w którym wiarygodność sojusznicza USA zostanie wystawiona na próbę. Przetrwanie naszego kraju nie może być zależne od wyniku tego testu…

—–

To mój krótki komentarz do wydarzeń z ostatnich dni. Jego bardziej rozwiniętą wersję, opublikowaną na portalu „Polska Zbrojna, znajdziecie pod tym linkiem.

Zdjęcie ilustracyjne, wykonałem je latem tego roku na przygranicznym pasku. Za trzcinami jest już Białoruś, czyli de facto roSSja.