„Międzyrzecze”

Dziś jest ten dzień! Na rynku ukazała się moja nowa książka, powieść pt.: „Międzyrzecze”. O czym traktuje? Pozwolę sobie wykorzystać notkę wydawniczą.

Wojny miało nie być. Rosja boryka się z poważnymi problemami, a Polski strzegą sojusze i silna armia. Znamy te argumenty, prawda? A jednak konflikt wybucha. Pancerne zagony wroga przelewają się przez granicę niepowstrzymaną, zdawać by się mogło, falą. NATO nie śpieszy się ze zbrojną interwencją – musi nam wystarczyć wysłany wcześniej sprzęt i szczupły amerykański kontyngent. Czy dodatkowe bataliony Leopardów, kolejne F-16 i pokaźna liczba baterii Patriot pozwolą wygrać tę wojnę? Przetrwać starcie z gigantem? Naczelne dowództwo Wojska Polskiego decyduje się na wdrożenie kontrowersyjnego planu Międzyrzecze…

„Międzyrzecze” to dla mnie swoisty debiut, po raz pierwszy bowiem napisałem o wojnie od początku do końca wymyślonej. Nie zmienia to faktu, że powieść jest mocno zakotwiczona w rzeczywistości…

(i tu znów oddaję głos wydawcy):

…a Ogdowski – z wykształcenia socjolog – pozostał wierny swojemu stylowi narracji. Oglądamy więc wydarzenia z różnych jednostkowych perspektyw, które złożone w całość dają obraz wojny jako doświadczenia granicznego. W ramach którego nie sposób jednoznacznie osądzić poczynań uwikłanych w dramatyczne wydarzenia ludzi.

Wojna wywleka z nas najlepsze i najgorsze cechy, często obie jednocześnie. I tacy są moi bohaterowi – ani dobrzy, ani źli; po prostu, próbujący przetrwać. Jak osoby, które spotkałem na swojej reporterskiej drodze, włócząc się po różnych wojnach i kryzysach.

Szukajcie w dobrych księgarniach, czytajcie i dawajcie znać, co o „Międzyrzeczu” sądzicie.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Inwazja

Jest październik 2019 roku. Rosja koncentruje duże siły w obwodzie kaliningradzkim i na Białorusi. Moskwa twierdzi, że to ćwiczenia, ale z informacji polskich służb wynika, że manewry są jedynie przykrywką do rozpoczęcia inwazji na Rzeczpospolitą i kraje nadbałtyckie. Czy wyniszczone czystkami i niedoposażone Wojsko Polskie będzie w stanie stawić skuteczny opór? Zdaniem generałów Mieczysława Gocuła, byłego szefa Sztabu Generalnego WP, Mirosława Różańskiego, byłego dowódcy generalnego oraz Waldemara Skrzypczaka, dawnego dowódcy Wojsk Lądowych – autorów okładkowych recenzji „(Dez)informacji” – prawdopodobieństwo poniższego scenariusza jest bardzo wysokie…

[Fragment powieści]

Sześć godzin po rozpoczęciu rosyjskiej inwazji 16 Pomorska Dywizja Zmechanizowana przestała istnieć jako zorganizowany i zdolny do obrony związek taktyczny. Intensywność ataku była tak wielka, że straty – w zależności od brygady – sięgały od 40 do 50 procent stanu osobowego. W sprzęcie zaś były jeszcze wyższe.

„Trudno to nazwać walką…” – generał Radosław Sawicki, szef Sztabu Generalnego Wojska Polskiego, miał ponurą minę. Na pozycje broniącej Warmii i Mazur „szesnastki” Rosjanie zrzucili masę stali, używając rakiet, samolotów i artylerii. Intensywności tej „obróbki” nie dało się porównać z niczym znanym z prowadzonych na przestrzeni ostatnich lat wojen. W efekcie polskie oddziały rozpierzchły się – tylko nieliczne były w stanie podjąć obronę. Tam, gdzie dochodziło do starć, dawały o sobie znać wojskowy kunszt i siła woli Polaków. Rosyjskie czołgi i transportery płonęły, piechota ginęła. Lecz napór Rosjan, ich liczba i determinacja, stworzyły walec nie do zatrzymania. Armia rosyjska wkraczała właśnie do Elbląga, jej czołówki pancerne dotarły do przedmieść Olsztyna. Uderzający z obwodu kaliningradzkiego wróg zajął już Mrągowo, Mikołajki, Ełk.

Siły inwazyjne, które rozpoczęły atak z terenu Białorusi, wbiły się we flanki pozycji obronnych 16 Dywizji, a niżej – na wysokości Białegostoku – stanęły naprzeciw najdalej wysuniętym oddziałom 1 Warszawskiej Dywizji Zmechanizowanej. Stolicę Podlasia poddano bez walki – nie licząc krótkiej wymiany ognia między rosyjskimi zwiadowcami a żołnierzami z podlaskiej brygady WOT. Skoncentrowane wcześniej między białoruskim Grodnem a Wołkowyskiem trzydywizyjne zgrupowanie parło na Warszawę, by oskrzydlić ją od północy. Oś natarcia była doskonale widoczna – biegła wzdłuż drogi ekspresowej E-8. „Dopiero co skończyliśmy modernizację tej trasy…” – gorzkie myśli zagościły w głowie Sawickiego. „Czteropasmówka posłuży teraz Ruskim do szybszego przemieszczania”.

– Nie tak to powinno wyglądać – szepnął.

Na drodze Rosjan – poza oddziałami osłonowymi wojsk operacyjnych – w Zambrowie stał batalion „terytorialsów”. Generał nie liczył na spektakularną obronę – wiedział, że nieprzyjaciel zatrzyma się dopiero na wysokości Ostrowi Mazowieckiej. Tam na rosyjskie czołgi czekały polskie Leopardy 2. Jeśli wcześniej nie zniszczy ich lotnictwo wroga, Sawicki zyska kilkanaście godzin. Kiedyś dowodził brygadą Leopardów, znał wysoką wartość tych niemieckich pojazdów. Mogły zniszczyć właściwie wszystko, czym dysponowali Rosjanie, lecz czy zdołają podjąć równorzędną walkę?

Maszyny były na wyposażeniu żołnierzy 1 Dywizji od niedawna – wcześniej Leopardy znajdowały się na stanie 14 Lubuskiej Dywizji Pancernej. Odwodowej, rozlokowanej przy granicy polsko-niemieckiej. Zmiana koncepcji rozmieszczenia polskich sił – przeforsowana przez Partię Sprawiedliwości – zakładała przesunięcie większego potencjału na wschód kraju. W jej ramach odtworzono 1 Dywizję, a należące do niej cztery bataliony pancerne wyposażono w czołgi dotąd stacjonujące na zachodzie. „Czternastka” – przez lata najsilniejszy związek taktyczny tego typu w Europie – dostała czołgi z wojskowego muzeum. Ta roszada, w efekcie której 250 Leopardów znalazło się w okolicach Warszawy, podzieliła środowisko mundurowych. Ale dziś rozmowy na ten temat były właściwie bezprzedmiotowe. Liczył się fakt, że najwcześniej przezbrojony z batalionów 1 Dywizji jeździł Leopardami już dwa lata – dość, by mówić o gotowości operacyjnej. Pozostałe trzy raptem kilka miesięcy.

Na domiar złego kończyła się amunicja wyprodukowana w Niemczech. Zapasów zaś nie odświeżono. Pancerniacy zmuszeni byli używać pocisków polskiej produkcji. Lepszych niż pierwotne partie – których egzemplarze potrafiły wybuchać w lufie – lecz nadal mniej skutecznych niż niemieckie oryginały. Taki był praktyczny wymiar obsesji polityków, by dostawy dla sił zbrojnych RP oprzeć na nieefektywnym rodzimym przemyśle obronnym.

A to nie było jedyne zmartwienie szefa sztabu. Rosyjskie ugrupowanie, skoncentrowane na wysokości białoruskiego Brześcia, też nie próżnowało. Nieprzyjacielskie dowództwo rozdzieliło je na dwie części. Siły operujące bardziej na północ wzięły z marszu Terespol, dwie godziny później Białą Podlaską, a teraz zmierzały w kierunku Siedlec. Nie trzeba było wielkiej wyobraźni i znajomości planów nieprzyjaciela, by wiedzieć, że celem tej grupy było podejście pod polską stolicę od strony wschodnich i południowych dzielnic.

„Nie tak łatwo, skurwysyny” – pogroził w myślach Sawicki. W Siedlcach i okolicy czekały na Rosjan liczne oddziały 1 Dywizji, które – jak wynikało z raportów – mimo poważnych strat zachowały zdolność bojową. Generał pokładał nadzieję głównie w izraelskich przenośnych wyrzutniach rakietowych Spike. Polska miała ich ćwierć tysiąca, na tym odcinku około trzydziestu. W ostatnim półroczu kończyły się terminy przydatności niemal dwustu najstarszych rakiet – wojsko więc sporo strzelało. Teraz – Sawicki zatarł ręce – doświadczenie operatorów powinno przynieść odpowiedni skutek. Oczyma wyobraźni generał widział dziesiątki płonących rosyjskich czołgów.

Ta bitwa miała dopiero nadejść, inne starcia toczyły się już na drugiej osi natarcia zgrupowania brzeskiego armii rosyjskiej. Na przedmieściach Lublina krwawą jatkę czołówkom zmechanizowanym wroga sprawiały właśnie oddziały 6 Brygady Powietrznodesantowej. W polskich planach nie przewidywano obrony tego miasta – spieszonych spadochroniarzy użyto w działaniach opóźniających. „Czerwone berety” wywiązywały się z zadania znakomicie, ale było jasne, że niebawem będą musiały opuścić pozycje. Spadochroniarzy szkolono do walk w okrążeniu – mogliby zostać w Lublinie i wytrwać w nim jeszcze kilka dni – szkoda jednak było tracić w ten sposób jedną z najlepszych brygad Wojska Polskiego. W tym rejonie obronę zamierzano ustanowić na Wiśle, z silnymi punktami oporu w Dęblinie, Puławach, Kazimierzu Dolnym i Sandomierzu.

Rosjanie mogli tu utknąć na dłużej – pod warunkiem, że nie użyją swoich sił skoncentrowanych na Ukrainie.

Południowy front, póki co, nie został otwarty.

– Chociaż tyle… – westchnął Sawicki.

Właśnie mściła się na Polsce odkładana przez lata decyzja o zakupie systemu obrony przeciwrakietowej. Nie było czym zestrzeliwać rosyjskich rakiet, samoloty przeciwnika niemal bezkarnie hasały po polskim niebie. Obrona przeciwlotnicza istniała jedynie w zalążkowej formie, biało-czerwone lotnictwo już na początku otrzymało potężne uderzenie. Rosjanom udało się zniszczyć jeszcze na ziemi jedną trzecią samolotów F-16. Rakiety podobne do tych, które obróciły w perzynę bazę w Łasku, bez trudu raziły wiele innych najważniejszych instalacji obronnych Rzeczpospolitej. Wróg zaatakował między innymi wszystkie porty i stałe lotniska, fabrykę amunicji i zakłady remontowe. Zniszczył siedem z dwunastu baz materiałowych WP, liczne budynki dowództw oraz elementy wojskowego systemu łączności. I wciąż zadawał Polakom kolejne ciosy.

– Zambrów padł – ten komunikat prędzej czy później musiał wybrzmieć. Sawicki spojrzał na dowódcę WOT. Pająk zachowywał się jak ojciec na meczu szkolnej ligi, w którym drużyna syna właśnie dostawała solidne baty.

– A czego się spodziewałeś? Że twoi chłopcy zrobią tam Stalingrad? – zadrwił pod nosem szef sztabu. Mimo to było mu żal kolegi. Właściwie to żałował wszystkich, którzy w tych dniach nosili mundur Wojska Polskiego.

Omiótł wzrokiem Strategiczne Centrum Dowodzenia, pełne mężczyzn i kobiet ze wszystkich rodzajów sił zbrojnych. Siedział przy długiej ławie, w wygodnym fotelu. Niczym w kinie miał poniżej kilka rzędów z podobnymi siedziskami, a na wprost gigantyczny ekran z mapą Polski i najbliższego sąsiedztwa. To był prawdziwy cud techniki, bodaj najnowocześniejsze urządzenie w Wojsku Polskim. Zawarte na nim dane odwzorowywały sytuację na teatrze działań wojennych niemalże w czasie rzeczywistym. Aktualizowano je w oparciu o meldunki spływające z poszczególnych dowództw – część z tych czynności odbywała się automatycznie, część za sprawą ludzi siedzących poniżej Sawickiego. On sam miał przed sobą komputer, na który otrzymywał wszystkie raporty – te ważniejsze anonsowali mu podwładni z niższych rzędów, dzwoniąc na telefon stojący przy klawiaturze.

Oprócz tego aparatu generał miał jeszcze do dyspozycji urządzenie do łączności niejawnej, za pomocą którego mógł się łączyć ze wszystkimi abonentami sieci. Jedna z linii zarezerwowana była dla zwierzchnika sił zbrojnych RP. Sawicki właśnie uświadomił sobie, że niebawem będzie musiał jej użyć.

Sytuacja, w jakiej znalazła się Rzeczpospolita, była dramatyczna.

(Dez)informacja

A więc wszystko już jasne. Moja najnowsza książka ukaże się na rynku 4 kwietnia. Już dziś zachęcam do lektury, a na pobudzenie apetytu podrzucam krótki fragment:

„Sawicki wstał od biurka i podszedł do wielkiej mapy Europy, wiszącej na jednej ze ścian. Z zazdrością popatrzył na kraje nadbałtyckie. Już poprzedni „Zapad” uruchomił w NATO alarmowe dzwonki. Rosjanie przeprowadzili ćwiczenia z wielkim rozmachem, co w Europie Środkowo-­Wschodniej wywołało lęki zbliżone do obecnych – choć w mniejszym natężeniu. Przewidując podobny bieg wydarzeń za dwa lata, Sojusz – pod naciskiem Waszyngtonu – zaplanował własne manewry „z przytupem”. W ramach „Allied Shield” na Litwie, Łotwie i w Estonii wylądowały trzy ciężkie brygady armii amerykańskiej oraz sześć batalionów zmechanizowanych z innych krajów NATO. To nie była nawet połowa sił niezbędnych do skutecznej obrony „Pribałtyki”, lecz ich potencjał wymagał w razie wojny zaangażowania nawet pięćdziesięciu tysięcy żołnierzy Federacji. Dużo za dużo, jeśli Moskwa chciała jednocześnie atakować Polskę. Rosyjscy sztabowcy mieli tego świadomość – kto potrafił czytać przejęte mapy, widział, że „Zapad” zakładał wycofanie się sojuszników Bałtów bez jednego wystrzału. Jednak ci wciąż tam byli, Trump zaś – który lokatora Kremla traktował niczym szefa wrogiego gangu – w typowy dla siebie sposób oświadczył światu, że Amerykanie ani myślą o oddaniu Wilna czy Rygi bez walki. Wal się, panie Putin! Jeśli nie chcesz w zęby, trzymaj się z dala od naszych bałtyckich przyjaciół… – tweetował prezydent USA.

Ile ta deklaracja była warta, najlepiej wiedział sam Trump. O Polsce w każdym razie już tak nie mówił i nie pisał. Sawicki zaś nie dysponował tyloma asami w rękawie, co jego koledzy z północno­-wschodnich krajów Sojuszu – w Rzeczpospolitej stacjonowała zaledwie jedna brygadowa grupa bojowa US Army. Jej wartość – w zestawieniu z możliwościami wojsk inwazyjnych – była nieduża. Szef sztabu generalnego nawet bez uzyskanych map miał świadomość, że Rosjanie bardzo się przyłożą, by w ciągu dwóch­-trzech dni rozbić główne polskie siły. To dlatego scenariusz „Zapadu” przewidywał użycie w pierwszym rzucie aż dwunastu dywizji. Sawicki tymczasem mógł wystawić do walki cztery związki taktyczne tej wielkości. Razem z Amerykanami i pozostałymi jednostkami WP – miał ekwiwalent pięciu. A potrzebował co najmniej ośmiu”.

Ps. Kto czytał poprzedni wpis, może się poczuć lekko skołowany. Tak, zmieniłem ostateczny tytuł. „(Dez)informacja” trafniej definiuje istotę książki.

(dez)informacja_okladka_duza

Postaw mi kawę na buycoffee.to

„Rozkład”

Czas zdradzić pewien sekret. A zatem:

Szef sztabu generalnego Radosław Sawicki ma poważny problem – Rosja koncentruje duże siły w obwodzie kaliningradzkim i na Białorusi. Moskwa twierdzi, że to ćwiczenia, ale z informacji uzyskanych przez służby specjalne wynika, że manewry są jedynie przykrywką do rozpoczęcia inwazji na Polskę i kraje nadbałtyckie. Wyniszczone czystkami i dramatycznie niedoposażone Wojsko Polskie, nie będzie w stanie stawić skutecznego oporu. Tymczasem sojusznicy zwlekają z udzieleniem deklaracji pomocy.

Prokurator Justyna Konieczna rozpoczyna śledztwo w sprawie śmierci wysokiego rangą oficera kontrwywiadu. Jeden z tropów wiedzie ją na południowy wschód kraju, gdzie trwa właśnie operacja „Płot”. Kilka miesięcy wcześniej współpraca Rosji, Ukrainy i Turcji doprowadziła do uruchomienia szlaku czarnomorskiego, którym pod granicę Rzeczpospolitej dociera dwieście tysięcy uchodźców z Syrii. W przygranicznych rejonach dzieją się dramatyczne historie.

Dziennikarz Michał Bera ujawnia jedną z nich, wywołując medialno-polityczny skandal. A gdy na zaproszenie rosyjskiego ministerstwa obrony wyjeżdża do obwodu kaliningradzkiego, trafia w sam środek wydarzeń, których konsekwencje mrożą krew w żyłach. I dotkną bezpośrednio miliony Polaków.

Jan Szaga przygląda się wydarzeniom z pozycji szefa prezydenckiej kancelarii. Jest świadkiem i częściowo uczestnikiem sytuacji ilustrujących kryzysowe reagowanie w coraz bardziej monopartyjnym państwie, izolowanym na arenie międzynarodowej.

Zwieńczeniem dwutygodniowego maratonu są wybory parlamentarne. Czy Partia Sprawiedliwości – mimo narastającego ekonomicznego kryzysu wciąż ciesząca się wysokim społecznym poparciem – utrzyma władzę? Tytuł „Rozkład” nie odnosi się do analogii z szachami. Nowela – jakkolwiek jest utworem political-fiction – to próba sportretowania współczesnej Rzeczpospolitej i Polaków. Pokazująca ich dobre i złe strony, sięgająca głęboko po gnijący fundament krajowej polityki.

Tak, jestem na finiszu kolejnej książki. Więcej szczegółów już niebawem.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Marcin

Osiem lat temu brałem udział w patrolu, w którym zginął mój imiennik. Rok temu napisałem o plutonowym Porębie reportaż, który został zamieszczony w książce „W naszej pamięci. Irak-Afganistan 2003-2014”. Publikuję go dziś na blogu – w kolejną rocznicę śmierci Marcina.

—–

Plutonowy Marcin Poręba, żołnierz V zmiany Polskiego Kontyngentu Wojskowego w Afganistanie. Dowódca sekcji rozminowania w bazie Giro. Służbę wojskową rozpoczął w 1997 roku, w kraju służył w 5 Pułku Inżynieryjnym w Szczecinie. Poległ 4 września 2009 roku, miał 32 lata. Postanowieniem prezydenta Lecha Kaczyńskiego pośmiertnie odznaczony Krzyżem Kawalerskim Orderu Krzyża Wojskowego i Gwiazdą Afganistanu. Decyzją ministra obrony narodowej Bogdana Klicha awansowany na stopień sierżanta. Wyróżniony wpisaniem zasług do „Księgi Honorowej Wojska Polskiego”.

*          *          *

Marcin Poręba pochodził ze Szczecyna, niewielkiej miejscowości w województwie lubelskim. Miał trzy siostry i dwóch młodszych od siebie braci.

– To był wesoły dom – Zofia Poręba uśmiecha się serdecznie.

– A sam Marcin był wesołym dzieckiem? – dopytuję.

– Pewnie! – matka poległego nie ma wątpliwości. – I takim wciąż zajętym. Najpierw podwórko, później harcerstwo i ochotnicza straż pożarna. Ciągle chodził na zbiórki i gdzieś wyjeżdżał. A potem przynosił nowe dyplomy i wyróżnienia. Oj, jakie one były dla niego ważne…

Młody Poręba udzielał się także artystycznie – był członkiem zespołu ludowego w pobliskim Gościeradowie.

– Służył już, a mimo to przyjeżdżał i brał udział w przedstawieniach – opowiada pani Zofia. – Na przykład w Herodach, w których zwykle grał rolę diabła.

*          *          *

Przygoda z wojskiem zaczęła się dla Poręby od służby zasadniczej.

– Najpierw trafił do szkółki do Koszalina, na trzy miesiące – wspomina Zofia Poręba. – Mówił, że jest ciężko, ale chwalił sobie warunki. Aż przenieśli go do Szczecina… Wiem pan, Marcin to był taki trochę delikatny chłopak. Zaczął narzekać na jedzenie, że byle jakie. „Ja, mamo, to bym w wojsku nie chciał być dłużej niż trzeba” – mówił.

Niebawem jednak zmienił zdanie. Został w szczecińskiej jednostce przeciwlotniczej na służbę nadterminową, a w 2001 roku przeniósł się do tamtejszego pułku saperów. Latem 2003 roku wyjechał na pierwszą zmianę polskiego kontyngentu do Iraku.

Wcześniej ożenił się z Anną, którą poznał będąc już w wojsku. Para doczekała się syna, Szymona, ale związek nie przetrwał próby czasu.

*          *          *

– Dla Marcina syn był pierwszą miłością, zaraz potem było wojsko – twierdzi chorąży Jarosław Kościelak, przyjaciel poległego. – Niektórzy traktują armię jako miejsce pracy, lecz nie Poręba. Pamiętam, jak jeździł na urlop w swoje rodzinne strony. Co drugi dzień dzwonił i pytał, czy w jednostce wszystko okej. Ze Szczecyna do Szczecina jest kawał drogi, jakieś siedemset kilometrów. Ale on w każdej chwili gotów był wracać.

– Mój ojciec był akowcem, więc Marcin miał się na kim wzorować – mówi Zofia Poręba. – Z kijem na ramieniu maszerował już jako trzy-czterolatek. Wciąż widzę go z tym kijem – drobnego blondaska, powtarzającego w równym rytmie „chojsko”, „chojsko”, „chojsko”.

– Chciał jechać do Afganistanu? – pytam chorążego Kościelaka.

– Oczywiście – zapewnia podoficer. – Marcin lubił wyzwania. Przed wylotem doszkalał się w saperce, jeździł na różne kursy. Naprawdę tym żył.

– Ucieszył się, że wyjazd wypadł na 2009 rok – mówi Zofia Poręba. – Że już zimą będzie w domu. Syn był religijnym człowiekiem i bardzo zależało mu na tym, by osobiście towarzyszyć Szymonowi w przygotowaniach do komunii wiosną następnego roku.

*          *          *

Poręba trafił najpierw na posterunek w Karabachu, a później do bazy Giro. Oba miejsca znajdowały się na terenach, w których bardzo aktywnie działały rebelianckie komanda. Sekcja Marcina odnalazła wiele zaimprowizowanych ładunków wybuchowych, popularnych „ajdików”, podkładanych w miejscach przejazdu polskich pojazdów.

*          *          *

– Dla nas to też był trudny czas – przyznaje matka Marcina. – Ale po śmierci kapitana Ambrozińskiego (w lipcu 2009 roku – dop. MO), zaczęłam się martwić jeszcze bardziej. Któregoś razu rozmawiam z synem przez telefon, a on do mnie: „mamo, ale pamiętajcie ogrodzić moją działkę”.

– Miał własną działkę? – pytam.

– Tak, w naszej wsi. Kupił trochę ziemi, jakieś zabudowania. Po wojsku chciał wrócić do Szczecyna. Mówię mu: „synku, przyjedziesz, sam ogrodzisz”. A on: „nie, zróbcie to już teraz”. Jakby jakieś przeczucia miał – moja rozmówczyni wzdycha głośno. – Parę dni później zaczęliśmy z młodszym synem i synową huśtawkę robić. Mówiliśmy: „dla Marcina i Szymona”, bo przecież jak już będzie huśtawka, to Marcin musi wrócić. Tak zaklinaliśmy rzeczywistość.

Książka, z której pochodzi reportaż, jest zbiorem sylwetek wszystkich poległych w Iraku i Afganistanie żołnierzy Wojska Polskiego. Wydano ją w zeszłym roku, nakładem Wojskowego Centrum Edukacji Obywatelskiej, z inicjatywy Centrum Weterana.
Książka, z której pochodzi reportaż, jest zbiorem sylwetek wszystkich poległych w Iraku i Afganistanie żołnierzy Wojska Polskiego. Wydano ją w zeszłym roku, nakładem Wojskowego Centrum Edukacji Obywatelskiej, z inicjatywy Centrum Weterana.