Fikołki

Rozmowa z kpt. rez. pil. Witoldem Sokołem, o dronach, przyszłości lotnictwa załogowego oraz o miłości do MiG-a 29.

Marcin Ogdowski: Zrobił Pan na MiG-29 ponad tysiąc godzin nalotu. Poproszę o obiektywną ocenę możliwości bojowych tej maszyny.

Witold Sokół: Wedle starego porzekadła „nie jesteś tak dobry, jak o sobie myślisz, ani tak zły, jak o tobie mówią”. Idealnie pasuje to do MiG-a, który jest ofiarą własnej legendy. Tę maszynę zaprojektowano jako lekki frontowy myśliwiec, czyli samolot, który działa 150-200 km od bazy i zabezpiecza własne wojska przed środkami napadu powietrznego. Miał szybko dolecieć w rejon działań, zniszczyć samoloty zagrażające oddziałom na lądzie, wrócić, zatankować i znowu polecieć. W związku z tym nie potrzebował dobrego radaru o dużym zasięgu. Nie potrzebował uzbrojenia o średnim i dużym zasięgu. Jego walorami miały być manewrowość, łatwość obsługi i skuteczność uzbrojenia krótkiego zasięgu. Do zadań poza pierwszym kręgiem były Su-27, od walki na najdalszym dystansie MiG-i-31.

Czyli żaden dominator pola bitwy, a koń roboczy do ściśle określonych zadań.

Solidne narzędzie.

Mimo paliwożerności?

Fakt, to był problem. Na MiG-u-29 latało się krótko – godzinę, maks półtorej z dodatkowym zbiornikiem. Włączenie dopalania oznaczało, że po minucie było 400 kg paliwa mniej. A więc przewagę w manewrowaniu mogłem wykorzystywać tylko przez pięć minut, bo potem kończyło mi się paliwo…

Jak pilotom Messerschmittów z czasów bitwy o Anglię, którzy po przeskoczeniu Kanału mieli tylko chwilę na walkę z Brytyjczykami.

Dokładnie tak. A MiG ma jeszcze inną wadę – kopci i widać go z daleka. Do tego duża powierzchnia odbicia czyni go łatwym do zauważenia na radarze. W symulowanych walkach powietrznych z F-16, zachodni piloci zawsze próbowali nas zastrzelić z dużej odległości. Wiedzieli, że jak tego nie zrobią, to na bliskim dystansie ich rozszarpiemy. F-16 to taki gość z pistoletem, MiG-29 to karateka. W bliskim kontakcie nie dawał przeciwnikom szans.

Ale najpierw trzeba było „dobiec”…

Nie raz się udało, co budowało MiG-owi legendę, a ta w ostatecznym rozrachunku zrobiła mu krzywdę.

Ma Pan na myśli odwlekanie modernizacji polskich „dwudziestek dziewiątek”?

Skoro to tak dobry myśliwiec, to czego wy jeszcze chcecie? Takie podejście było. Tymczasem mówimy o samolocie, którego pełne walory bojowe wygasły już w latach dziewięćdziesiątych. W NATO zawsze znaleziono dla nas jakąś niszę. Byliśmy wsparciem, tłem, nigdy głównym graczem. Taka rola MiG-a.

Zostawmy przeszłość i wybiegnijmy w przyszłość. Technologia coraz bardziej ogranicza udział pilota, zastępując go coraz bardziej wymyślnymi systemami. To proces, na końcu którego mamy maszyny w pełni bezzałogowe. Czy to nieuchronna przyszłość lotnictwa?

Uważam, że zawsze będzie ten czynnik ludzki – konieczność pilotowania, także z elementami akrobacji, choć pewnie w coraz większym stopniu zdalnego.

To chyba już inne nawyki?

Na emeryturze zbudowałem sobie symulator, wyposażony w okulary do wirtualnej rzeczywistości. Poza tym, że nie ma przeciążeń, odczuwam lot tak, jakbym siedział w kabinie.

Ale Pan spędził mnóstwo godzin za sterami prawdziwych maszyn.

Dlatego operatorzy bezzałogowych statków powietrznych muszą mieć możliwość normalnego latania. Ci, którzy szkolą się w Dęblinie, są też klasycznymi pilotami.

Natomiast jeśli chodzi o drony FPV, trudno tu mówić o samolotach. To są latające pociski, sterowane. Swoista artyleria, nie lotnictwo.

Rozumiem, że Pańskim zdaniem małe drony nie wyeliminują konieczności posiadania „dużego” lotnictwa załogowego i bezzałogowego?

Nie, one są do innych zadań. Co więcej, nie wierzę, byśmy poszli w skrajną autonomiczność systemów uzbrojenia. Oddanie wszystkiego sztucznej inteligencji to recepta na scenariusze z filmów science-fiction.

To, jak wciąż ważne jest klasyczne lotnictwo załogowe, dobrze pokazuje ostatnia wojna Izraela z Iranem.

Owszem, choć ona udowodniła również, że samo lotnictwo to za mało. By izraelskie samoloty mogły nad Iranem operować, wcześniej należało wyeliminować irańską obronę przeciwlotniczą. W dużej mierze uczyniły to grupy dywersyjne na ziemi. Ktoś musiał zebrać dla nich dane, wskazać cele, przygotować misję. W wojskowej nomenklaturze mówi się o działaniach wielodomenowych, to jest ich dobry przykład.

C.d. rozmowy znajdziecie na portalu TVP.Info – oto link do tego materiału.

—–

Kpt. rez. pil. Witold Sokół, absolwent Wyższej Oficerskiej Szkoły Lotniczej w Dęblinie (1993 rok). Służył m.in. w 1. Eskadrze Lotnictwa Taktycznego w Mińsku Mazowieckim, przez cztery lata był pilotem pokazowym samolotu MiG-29. Z latania akrobacyjnego zrezygnował w 2006 roku. Po odejściu ze służby czynnej zajął się działalnością społeczną i komentatorską. Fani awiacji znają go z prowadzenia największych w Polsce pokazów lotniczych, w tym Air Show w Radomiu. Obecnie wykładowca w Lotniczej Akademii Wojskowej.

—–

Szanowni, do spraw okołoukraińskich wrócę pojutrze. A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Czytelnikowi o nicku Zajcef Fizzlewick, Arkadiuszowi Halickiemu, Piotrowi Maćkowiakowi, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Monice Rani, Maciejowi Szulcowi, Joannie Marciniak, Jakubowi Wojtakajtisowi, Andrzejowi Kardasiowi, Marcinowi Łyszkiewiczowi, Tomaszowi Krajewskiemu i Magdalenie Kaczmarek. A także: Juliuszowi i Elżbiecie Wolny, Piotrowi Rucińskiemu, Tomaszowi Sosnowskiemu, Piotrowi Świrskiemu, Arturowi Żakowi, Łukaszowi Hajdrychowi, Patrycji Złotockiej, Wojciechowi Bardzińskiemu, Bognie Gałek, Krzysztofowi Krysikowi, Mateuszowi Piecuchowi, Michałowi Wielickiemu, Jakubowi Kojderowi, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Bożenie Bolechale, Jarosławowi Terefenko, Marcinowi Gonetowi, Pawłowi Krawczykowi, Joannie Siarze, Aleksandrowi Stępieniowi, Marcinowi Barszczewskiemu, Dinarze Budziak, Szymonowi Jończykowi, Piotrowi Habeli i Annie Sierańskiej.

Podziękowania należą się również moim najhojniejszym „kawoszom” z ostatniego tygodnia – Czytelnikowi o pseudonimie Ron Irondell oraz Pawłowi.

To dzięki Wam powstają także moje książki! A skoro o nich mowa, w sklepie Patronite możecie nabyć moje tytuły w wersji z autografem i pozdrowieniami. Pełną ofertę znajdziecie pod tym linkiem.

Nz. Migi z malborskiej eskadry, zdjęcie sprzed kilku lat/fot. Bartek Bera, zdjęcie pochodzi z albumu „Sięgając nieba”.

Sygnały

– Skracam czas, jaki dałem putinowi – oświadczył przedwczoraj donald trump, po czym sprecyzował, że Moskwa ma 10-12 dni na doprowadzenie do przełomu w rozmowach pokojowych z Ukrainą. – Daję mu mniej czasu, bo sądzę, że już znam odpowiedź, wiem, co się stanie – mówił amerykański prezydent. Przełom?

Przypomnijmy, 14 lipca trump postawił rosjanom ultimatum. Dał im 50 dni na dogadanie się z Ukraińcami i zagroził, że jeśli do tego nie dojdzie, wówczas USA nałożą na rosję wysokie cła, w tym cła wtórne w wysokości 100 proc. na kraje, które kupują rosyjskie surowce (chodzi m.in. o Chiny i Indie). Moskwa zupełnie się tym nie przejęła, kontynuując nie tylko działania na froncie, ale również terrorystyczne naloty rakietowo-dronowe na ukraińskie miasta.

– Jestem bardzo rozczarowany putinem – przyznał w wywiadzie z 28 lipca główny lokator Białego Domu. To pierwsze jego tak dosadne słowa krytyki pod adresem zbrodniarza z Kremla. W porównaniu z dotychczasowym „miękkim kursem” to wręcz zimnowojenna retoryka, być może zwiastująca zwrot w relacjach USA-rosja.

Nadmierny optymizm? Niekoniecznie, sygnałów bowiem jest więcej. Kilkanaście dni temu dowódca sił lądowych USA w Europie i Afryce (USAREUR-AF), gen. Christopher T. Donahue, przyznał, że NATO opracowało plan zneutralizowania Królewca. Wedle publicznych deklaracji generała, do takiej operacji doszłoby w przypadku pełnoskalowego konfliktu z rosją. Jej założenia mają być częścią nowej strategii sojuszniczej, znanej jako „Linia Odstraszania na Wschodniej Flance”.

– Już to zaplanowaliśmy i już to opracowaliśmy. Problem potencjału i dynamiki, który rosja nam stwarza… Opracowaliśmy możliwości, które pozwolą nam rozwiązać ten problem – powiedział Donahue 16 lipca, podczas inauguracyjnej konferencji LandEuro w Wiesbaden, gdzie spotkali się przedstawiciele armii państw NATO oraz przemysłu zbrojeniowego.

Generał mówił o zniszczeniu rosyjskiego potencjału wojskowego w Obwodzie Królewieckim „w niespotykanym dotąd czasie i szybciej niż kiedykolwiek wcześniej”. W odpowiedzi Moskwa użyła swojego stałego argumentu, przypominając o wysokim stopniu gotowości własnych sił nuklearnych.

Tego samego dnia Amerykanie przerzucili swoją broń atomową do Wielkiej Brytanii. Chodzi o co najmniej kilka bomb termojądrowych B61-12, które trafiły do brytyjskiej bazy w Lakenheath. B61-12 to ładunki taktyczne, ich wcześniejsze wersje składowano już na terytorium Wielkiej Brytanii. Ale w 2008 roku władze USA podjęły decyzję o wycofaniu własnych „atomówek” z Wysp. Od tej pory jedyne amerykańskie głowice nuklearne w Europie znajdowały się we wspólnym sojuszniczym zasobie, w ramach natowskiego programu Nuclear Sharing (chodzi o kilkadziesiąt sztuk). Oczywiście własne głowice posiadają również Brytyjczycy i Francuzi.

Nie zrozumcie mnie źle – Amerykanie nie sugerują, że zmiotą Królewiec z powierzchni ziemi taktycznymi atomówkami. Donahue powiedział wprost, że anihilacja obwodu odbyłaby się przy użyciu konwencjonalnych środków – i to bez konieczności zajmowania rosyjskiego terytorium. Posłanie bomb na Wyspy to po prostu sygnał, który Waszyngton wysyła Moskwie – że obecna administracja USA nadal angażuje się w zapewnienie bezpieczeństwa Europie, czego kluczowym elementem jest parasol nuklearny.

Co zrobią rosjanie w obliczu amerykańskiej wolty? Póki co ich giełda zareagowała paniką na zapowiedź wysokich ceł – 28 lipca, w ciągu godziny, akcje notowanych w Moskwie spółek spadły o 1,4 mld dol. Ale jak zareaguje putin? Zdaniem ekspertów, kluczem jest determinacja i asertywność trumpa. Za groźbami wojskowymi musi pójść także presja ekonomiczna, która pomnoży rosyjskie koszty wojny w Ukrainie oraz koszty drastycznej remilitaryzacji. Wojowanie i grożenie wojną musi się przestać rosjanom opłacać.

—–

Szanowni, gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

To dzięki Wam powstają także moje książki!

A skoro o nich mowa, w sklepie Patronite możecie nabyć moje tytuły w wersji z autografem i pozdrowieniami. Pełną ofertę znajdziecie pod tym linkiem.

Nz. ilustracyjnym amerykański samolot transportowy C-17. To na pokładzie takiej maszyny „atomówki” trafiły do Wielkiej Brytanii/fot. własne

Ostrożność

Kilkanaście dni temu rozmawiałem z dowódcą nowo formowanej 1 Dywizji Piechoty Legionów, gen. Norbertem Iwanowskim. Cały wywiad (oraz wybrane fragmenty wideo) znajdziecie w „Polsce Zbrojnej” pod tym linkiem. Na potrzeby tego wpisu i mojego ukraińskiego raportu (do wsparcia którego nieodmiennie zachęcam) wybrałem fragment dotyczący wniosków, jakie nasza armia wywodzi z wojny w Ukrainie. W tym konkretnym przypadku chodzi o drony.

Dodam, że percepcja gen. Iwanowskiego jest powszechna pośród kadry dowódczej WP. Moim zdaniem całkiem słusznie, wszak nie wolno nam ulegać myśleniu tunelowemu i zakładać, że drony to Wunderwaffe XXI wieku, które „załatwią wszystko”.

Ale do rzeczy:

„(…)

A czy doświadczenia płynące z wojny w Ukrainie, przede wszystkim tzw. dronizacja pola walki, zmieniły coś w koncepcji formowania dywizji?

Analizujemy wnioski z wojny w Ukrainie, a niektóre rozwiązania wprowadzamy do procesu szkoleniowego. Ale w mojej ocenie powinniśmy być ostrożni. Natura wojny jest zmienna. Zmieniać się może obszar prowadzenia działań bojowych, użyte uzbrojenie czy technika działań. Przecież inny konflikt w Ukrainie widzieliśmy w 2014 roku, inną wojnę w 2022 roku. Niemal z miesiąca na miesiąc zmieniają się taktyka, technika i procedury. To oczywiście antidotum na działanie przeciwnika, a każda akcja rodzi reakcję. W efekcie nie wiemy, co pokaże przyszłość. Czy pójdziemy w stronę robotyki? A może znów najważniejsze będą kompetencje człowieka? W Donbasie obie strony okopały się i ukryły za polami minowymi. Front stoi, choć oczywiście pojawiają się rajdy i dochodzi do przebicia się przez siły wroga. Wydaje się, że kluczową zdolnością jest przetrwanie, siła fizyczna i odporność psychiczna.

Dlatego rosjanie próbują atakować społeczeństwo…

Usiłują wywołać poczucie zagrożenia, paniki i braku nadziei na przetrwanie. Liczą, że wyczerpane wojną społeczeństwo coraz bardziej będzie wpływało na decyzje polityczne dotyczące zakończenia wojny, oczywiście na zasadach rosyjskich. Cóż, rosjanie tacy są… Co do dronów, musimy budować własne zdolności w tym zakresie, na poziomie taktycznym od najniższych szczebli dowodzenia i operacyjnym, zarówno w domenie rozpoznania, jak i rażenia. Ale musimy też być czujni i efektywnie prowadzić rozpoznanie oraz wskazywać cele do oddziaływania kinetycznego i niekinetycznego. Proszę zwrócić uwagę na kwestie maskowania operacyjnego. rosyjska maskirowka jest tak bardzo wiarygodna, że sztuczne oko nie zawsze prawidłowo oceni, czy cel jest faktyczny, czy pozorny. Rzetelnej oceny dokonać może jedynie człowiek, z wykorzystaniem na przykład minidronów – co uwydatnia znaczenie oddziałów specjalnych, rozpoznania, operujących na tyłach przeciwnika. W kontekście przyszłej wojny musimy zadbać o to, by zdolności w zakresie wykorzystania dronów były rozwijane oraz by nie marnować potencjału na obiekty czy cele pozorne (…)”.

—–

No więc gdybyście chcieli wesprzeć mnie w dalszym pisaniu, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

To dzięki Wam powstają także moje książki!

A skoro o nich mowa, w sklepie Patronite możecie nabyć moje tytuły w wersji z autografem i pozdrowieniami. Pełną ofertę znajdziecie pod tym linkiem.

Podcast

Seria dziwnych pożarów, blackouty – zarówno w Polsce, jak i w innych krajach zachodniej wspólnoty – rodzą podejrzenia, że mamy do czynienia ze skoordynowaną akcją. O którą, z oczywistych powodów, podejrzewamy rosjan. Czy to już wojna hybrydowa „na pełnej” czy jeszcze „tylko” zwykłe wypadki, nasilone z zupełnie innych powodów niż rosyjskie złe intencje?

Na załączonym filmie przestrzegam przed ferowaniem wyroków i uleganiem teoriom spiskowym, czy po prostu łatwym wyjaśnieniom. Przed postrzeganiem rosjan jako demiurgów, wobec których jesteśmy bezsilni – bo tym sposobem sami sobie robimy krzywdę.

Zachęcam do obejrzenia tego krótkiego materiału na profilu „Polski Zbrojnej”. Jeśli formuła szybkiego wideo-komentarza się przyjmie, moja macierzysta redakcja częściej będzie mnie delegować do takich zadań.

PS. Wybaczcie tę „naruszoną buźkę” (na filmie; grafika jest łaskawsza) – miałem drobny wypadek. Mówią, że „gęba nie szklanka” (i w sumie nie kłamią), ale nie mówią, że pod pięćdziesiątkę to trzeba jednak trochę uważniej skakać po drzewach z piłą łańcuchową…

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mnie w dalszym pisaniu, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

To dzięki Wam powstają także moje książki – w tym „Międzyrzecze”, które opowiada o wojnie polsko-rosyjskiej, dziejącej się współcześnie. Zapraszam do lektury, także innych pozycji. A jeśli o nich mowa… – możecie je nabyć, w wersji z autografem i pozdrowieniami. Ofertę znajdziecie pod tym linkiem.

Postpolityk(a)

Otwarty konflikt między Izraelem a Iranem możemy już chyba uznać za zjawisko historyczne. Obie strony ogłosiły zwycięstwo, a relacje między nimi wróciły w koleiny zimnej wojny. Sukces odtrąbiły również Stany Zjednoczone – i właśnie na tym aspekcie tzw. wojny dwunastodniowej chciałbym się skupić. Amerykański atak na Iran dużo nam bowiem mówi, zarówno o możliwościach militarnych Ameryki, jak i o politycznej woli rządzących supermocarstwem. Dla Polski nie są to dobre wnioski…

Jak wiemy, donald trump szybko uznał, że sprawa z Iranem jest zakończona, wielokrotnie powtarzając tezę o zniszczeniu irańskiego programu nuklearnego. Wtórował mu wiceprezydent J.D. Vance, przy okazji rozpływając się nad militarnym i politycznym geniuszem swojego szefa. Mocno przypominało to zachwyty rosyjskiej propagandy nad geopolityczną przenikliwością i determinacją putina – dodam uszczypliwie, choć po prawdzie to symptomatyczna i ważna kwestia, do której wrócę jeszcze w tym tekście.

No więc co nam mówi amerykański atak o możliwościach USA? Że są imponujące. Do ataku wykorzystano bombowce strategiczne (wraz z całym towarzyszącym im lotniczym zapleczem) oraz atomowy okręt podwodny. Oba rodzaje uzbrojenia wchodzą w skład amerykańskiej strategicznej triady, a ta utrzymywana jest w rygorze wysokiej operacyjności. Innymi słowy, jest zawsze gotowa do działania. Skontrastujmy to z możliwościami rosyjskiej triady, której bombowce potrzebują tygodni przygotowań do ograniczonych uderzeń na Ukrainę, realizowanych w „cieplarnianych warunkach”, znad terytorium rosji. Czy z możliwościami floty podwodnej, trapionej usterkami, niezdolnej do wysyłania okrętów w wielotygodniowe patrole z dala od wód macierzystych.

—–

B-2 przeleciały pół świata, niepostrzeżenie, rosyjskie Tupolewy świecą na radarach niczym choinki (co w przypadku ataków na Ukrainę ogranicza ich skuteczność, daje bowiem Ukraińcom czas na przygotowanie się do odparcia nalotów). Łącznie „duchy” spędziły w powietrzu po niemal 40 godzin (dolot i powrót), co nie byłoby możliwe bez flotylli samolotów-tankowców, których Amerykanie mają setki (!), rosjanie zaś raptem kilkanaście. Całą operację wspierały maszyny wczesnego ostrzegania – i tu znów mamy do czynienia z miażdżącą asymetrią w relacji USA-rosja. Pierwszy z krajów ma dziesiątki tego typu samolotów, drugi dwa; cztery, jeśli przyjąć niższe wymagania dotyczące operacyjności maszyn.

I można by tak wymieniać długo, dość stwierdzić, że amerykański show of force nad Iranem był mocnym sygnałem – nie tylko dla Moskwy, ale i dla Pekinu – demonstracją technicznych możliwości i, w jakiejś mierze, determinacji USA. Amerykanie potwierdzili, że mogą zaatakować dowolny cel na Ziemi, przy czym owa dowolność ma też wymiar polityczny. Iran to bliski sojusznik rosji – i co z tego? I nic, Kreml nie był w stanie powstrzymać Białego Domu przed atakiem, na tym etapie wykazał się zerową sprawczością. A to bardzo demotywujący sygnał dla krajów-fanów „wielkiej rosji”. Ten przekaz jest o tyle istotny, że USA trumpa stały się wręcz pośmiewiskiem, na skutek swej dramatycznie złej i nieefektywnej polityki wobec rosji i nie tylko. Stanom nic ostatnio nie idzie, a ich słabość rozzuchwala rosjan i Chińczyków. Z tej perspektywy patrząc, Amerykanie zrobili krok w stronę odzyskania przez USA mocarstwowej podmiotowości.

—–

Polska mogłaby na tym skorzystać, zyskując potwierdzenie, że należy do wspólnoty, której przewodzi prawdziwe supermocarstwo. Mogłaby, gdyby trump nie okazał się… sobą. Egotykiem i produktem czegoś, co określa się mianem „postpolityki”, w ramach której nie liczą się skutki podjętych działań, ale narracja na ich temat. „Nieważne, co przeżyłeś, co zrobiłeś, ważne, jak o tym opowiesz”, to naczelne hasło, które definiuje współczesną politykę, nie tylko w Stanach. Zostańmy jednak przy trumpizmie, który ów nadmiar narracji i niedomiar faktów ubrał dodatkowo w szaty kultu jednostki. Cokolwiek zrobi trump, jest sukcesem, dowodzi jego geniuszu, przebiegłości, zręczności, dalekowzroczności – cech, o istnieniu których każdego dni przypomina sam prezydent i rzesze wiernych mu akolitów. Cła wcale nie paraliżują amerykańskiej gospodarki, ale znów czynią ją wielką. Atak na Iran zaś skończył się bezdyskusyjnym zwycięstwem – koniec kropka.

Kto twierdzi inaczej, jest zdrajcą – taką łatkę przypiął trump dziennikarzom, którzy poddali w wątpliwość efektywność amerykańskiego uderzenia. Medialne doniesienia opierały się o wstępne dane wywiadu – tym gorzej dla wywiadu. Kilka dni później przedstawiciele amerykańskich spec-służb zaraportowali, że – a jakże – uderzenie zakończyło się bezdyskusyjnym sukcesem. Oczywiście, wywiad mógł po drodze uzyskać dodatkowe informacje i stąd zmiana w ocenie, trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że dane na publiczny użytek zostały zmanipulowane, skrojone pod polityczną tezę. Jeśli tak jest, to amerykańskie uderzenie na Iran – choć imponujące od strony technicznej – jawi się jako słomiany zapał. Efektowny ruch, po którym trump stracił zainteresowanie tematem. Rzucił zabawki i wyszedł z piaskownicy.

—–

W postpolityce fakty się zakłamuje, ale one nadal są. Gdy ujrzą światło dzienne, wymyśla się na ich temat kolejną opowieść. W tym konkretnym przypadku warto też pamiętać, że twarda weryfikacja twierdzeń trumpa raczej mu nie zaszkodzi. Gdy okaże się, że Irańczycy jednak zdołali uchronić najcenniejsze jądrowe aktywa i wreszcie wyprodukują bombę, obecny prezydent USA zapewne będzie już martwy. A póki co może budować swój wizerunek tego, który mocnym uderzeniem nie tylko wyeliminował atomowe zagrożenie, ale i zakończył wojnę.

Dlaczego to niekorzystne dla Polski? Wyobraźmy sobie sytuację, w której realizuje się mało prawdopodobny (ale nie niemożliwy) scenariusz rosyjskiego ataku na nasz kraj. USA, wypełniając sojusznicze zobowiązania, wysyłają potężną armadę bombowców, a ta funduje siłom inwazyjnym „jesień średniowiecza”. trump ogłasza zwycięstwo i odwołuje chłopców do domu. „władimirze, czas usiąść do rozmów pokojowych”, pisze na swoi profilu w Truth Social. Ale putin wciąż ma nadzieję, że mimo dotkliwych strat jednak mu się uda i próbuje dalej prowadzić działania zbrojne. Co zrobi prezydent USA, który właśnie obwieścił swój wielki sukces? W erze przed trumpem i postpolityką wcale byśmy się nad tym nie zastanawiali, dziś musimy. Czas przyjąć do wiadomości, że choć Ameryka nadal pozostaje jedynym supermocarstwem z ogromnymi możliwościami projekcji siły, dysponenci tego potencjału to showmeni, a nie mężowie stanu, którzy biorą na klatę trudne decyzje i nie uciekają przed ich konsekwencjami…

Ten tekst w pełnej wersji znajdziecie na portalu TVP Info – oto link do materiału.

—–

Szanowni, zachęcam Was do wsparcia mojej publicystyczno-reporterskiej działalności.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Czytelnikowi o nicku Zajcef Fizzlewick, Arkadiuszowi Halickiemu, Piotrowi Maćkowiakowi, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Monice Rani, Maciejowi Szulcowi, Joannie Marciniak, Jakubowi Wojtakajtisowi, Andrzejowi Kardasiowi, Marcinowi Łyszkiewiczowi, Tomaszowi Krajewskiemu i Magdalenie Kaczmarek. A także: Juliuszowi i Elżbiecie Wolny, Piotrowi Rucińskiemu, Tomaszowi Sosnowskiemu, Piotrowi Świrskiemu, Arturowi Żakowi, Łukaszowi Hajdrychowi, Patrycji Złotockiej, Wojciechowi Bardzińskiemu, Bognie Gałek, Krzysztofowi Krysikowi, Mateuszowi Piecuchowi, Michałowi Wielickiemu, Jakubowi Kojderowi, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Bożenie Bolechale, Jarosławowi Terefenko, Marcinowi Gonetowi, Pawłowi Krawczykowi, Joannie Siarze, Aleksandrowi Stępieniowi, Marcinowi Barszczewskiemu, Dinarze Budziak, Szymonowi Jończykowi, Piotrowi Habeli i Annie Sierańskiej.

Podziękowania należą się również moim najhojniejszym „kawoszom” z ostatnich dwóch tygodni – Pawłowi Drozdowi, Martcie Müller-Reczek i Arkadiuszowi Wiśniewskiemu.

To dzięki Wam powstają także moje książki! A skoro o nich mowa, w sklepie Patronite możecie nabyć moje tytuły w wersji z autografem i pozdrowieniami. Pełną ofertę znajdziecie pod tym linkiem.

Nz. Bombowiec B-2/fot. USAF