(Nie)realny

Nie cichną kontrowersje wokół Grenlandii. W USA jeden z republikańskich kongresmenów złożył projekt ustawy, upoważniającej prezydenta do… aneksji wyspy. Ale czy są powody do paniki (a w takim tonie sprawę relacjonuje część polskich mediów)?

Za złożonym w Izbie Reprezentantów projektem ustawy stoi kongresmen Randy Fine z Florydy. W ocenie autora, to inicjatywa wzmacniająca bezpieczeństwo narodowe USA. Przewiduje ona stworzenie ram prawnych umożliwiających prezydentowi podjęcie działań zmierzających do włączenia Grenlandii do Stanów Zjednoczonych. W najbardziej radykalnym wariancie dokument zakłada, że wyspa mogłaby w przyszłości uzyskać status pełnoprawnego stanu USA.

Inicjatywa kongresmena, znana jako Greenland Annexation and Statehood Act, nie ogranicza się do jednego, jasno zdefiniowanego scenariusza, takiego jak wykup wyspy. Projekt ma charakter szerokiej autoryzacji politycznej i prawnej dla prezydenta USA: upoważnia go do podjęcia „wszelkich niezbędnych kroków” w celu aneksji Grenlandii lub „innego jej nabycia” przez Stany Zjednoczone. W praktyce oznacza to otwarcie drogi zarówno do prób negocjacji z Danią (np. w formie umowy międzypaństwowej, porozumienia finansowego czy innego mechanizmu prawnego), jak i do zastosowania innych instrumentów władzy wykonawczej, bez wskazania jednego preferowanego modelu.

Projekt nie zawiera precyzyjnych zapisów dotyczących użycia siły zbrojnej, nie wyklucza jej jednak wprost – zastosowane w nim sformułowania są na tyle pojemne, że w debacie publicznej budzą obawy o możliwość ich bardzo szerokiej interpretacji.

Autor projektu argumentuje, że Grenlandia ma kluczowe znaczenie strategiczne: leży na styku Ameryki Północnej i Europy, pozwala kontrolować dostęp do północnoatlantyckich szlaków komunikacyjnych oraz znajduje się w bezpośrednim sąsiedztwie Arktyki, regionu coraz intensywniej penetrowanego przez mocarstwa globalne. W jego ocenie formalne związanie wyspy z USA miałoby zapobiec rozszerzaniu wpływów rosji i Chin. „Kto kontroluje Grenlandię, ten kontroluje kluczowe arktyczne szlaki żeglugowe oraz architekturę bezpieczeństwa chroniącą Stany Zjednoczone. Ameryka nie może pozostawić tej przyszłości w rękach reżimów, które gardzą naszymi wartościami i dążą do podważenia naszego bezpieczeństwa.”, przekonuje Randy Fine.

Inicjatywa ta nie jest jednak pierwszym przypadkiem, gdy w amerykańskiej polityce pojawiają się pomysły dotyczące „pozyskania” Grenlandii. Już w przeszłości, również podczas poprzedniej prezydentury Donalda Trumpa, Waszyngton sygnalizował zainteresowanie wyspą. Tym razem jednak projekt ma formę konkretnego aktu legislacyjnego, co nadało sprawie większy ciężar polityczny.

No więc jak to jest z tymi powodami do paniki?

Projekt został formalnie zarejestrowany i skierowany do dalszych prac w komisji spraw zagranicznych Izby Reprezentantów, gdzie może zostać poddany analizie, wysłuchaniom i ewentualnym poprawkom. Dopiero po uzyskaniu akceptacji komisji mógłby trafić pod głosowanie całej Izby, a następnie – w przypadku przyjęcia – do Senatu, gdzie musiałby przejść analogiczną ścieżkę. Na końcu procesu konieczny byłby podpis prezydenta USA. W praktyce jednak szanse na „przepchnięcie” projektu są oceniane jako bardzo niewielkie: nie cieszy się on poparciem kierownictwa Partii Republikańskiej. Warto w tym kontekście przytoczyć publiczną wypowiedź partyjnego kolegi Finea, kongresmena Dona Bacona z Nebraski: „To jest oburzające. Grenlandia należy do sojusznika z NATO. Dania jest jednym z naszych najlepszych przyjaciół… sposób, w jaki ich traktujemy, jest upokarzający i nie przynosi żadnych korzyści. Nie przejmiemy Grenlandii. Wiem, że większość mieszkańców Grenlandii chce pozostać niezależna”, komentuje Bacon.

Co więcej, Demokraci zapowiadają inicjatywy mające blokować finansowanie jakichkolwiek działań zmierzających do przejęcia Grenlandii. Dodatkowo projekt stoi w sprzeczności z obowiązującym prawem międzynarodowym, jednoznacznym sprzeciwem Danii i władz grenlandzkich oraz interesami sojuszniczymi USA w ramach NATO, co sprawia, że jest postrzegany raczej jako gest polityczny i element wewnętrznej debaty w USA niż realny scenariusz legislacyjny.

Ten tekst, w obszerniejszej wersji – zawierającej także informacje o europejskich reakcjach na amerykańskie zakusy (w tym planowanych wojskowych) – opublikowałem w portalu „Polska Zbrojna”. Oto link do tego materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Grenlandia na zdjęciu satelitarnym/fot. NASA

Grenlandia

Największa wyspa świata, formalnie autonomiczne terytorium Danii, przez dekady pozostawała w cieniu wielkiej polityki. Aż nastał Donald Trump i zażądał wyspy dla swojego kraju, uzasadniając to względami bezpieczeństwa USA. Rzecz w tym, że gdyby chodziło wyłącznie o kwestie militarne, nic nie musiałoby się zmieniać.

Grenlandia leży w miejscu szczególnym. Jest wysuniętym na północ pomostem między kontynentami. To położenie sprawia, że wyspa od dawna znajduje się w centrum amerykańskiego myślenia strategicznego – nawet jeśli rzadko przebija się to do politycznych deklaracji.

– Grenlandia nadaje się do ulokowania stacji radiolokacyjnych oraz baz morskich i lotniczych pozwalających na obserwację sytuacji w Arktyce – mówi dr Michał Piekarski z Polskiego Towarzystwa Bezpieczeństwa Narodowego. – Innych potencjalnych korzyści wojskowych w zasadzie nie ma – podkreśla mój rozmówca i od razu dodaje, że te instalacje już tam są. Amerykanie korzystają z grenlandzkiej infrastruktury od dziesięcioleci, a symbolem tej obecności jest baza lotniczo-kosmiczna w Pituffik (dawniej Thule), pełniąca ważną rolę w systemie wczesnego ostrzegania przed atakiem rakietowym.

Jak wyjaśnia dr Piekarski, trajektorie międzykontynentalnych pocisków balistycznych wystrzelonych z Azji w kierunku Stanów Zjednoczonych prowadzą najkrótszą drogą przez biegun północny. To czyni Grenlandię idealnym miejscem do rozmieszczenia radarów i sensorów. Równie istotny jest aspekt morski – w miarę ocieplania klimatu możliwe staje się coraz szersze operowanie sił nawodnych na Oceanie Arktycznym.

W tym kontekście pojawia się GIUK Gap, czyli pas akwenów między Grenlandią, Islandią i Wielką Brytanią. To naturalna „brama”, przez którą rosyjskie okręty – zwłaszcza podwodne – muszą przejść, by wyjść z Arktyki na Atlantyk. Kontrola tego obszaru oznacza możliwość wczesnego wykrywania i śledzenia rosyjskiej aktywności morskiej, a w konsekwencji ochronę transatlantyckich linii komunikacyjnych łączących Amerykę z Europą. Grenlandia stanowi skrajny, północno-zachodni element tej bariery. I znów: nie jest to nowość. Systemy obserwacyjne, bazy lotnicze i morskie funkcjonowały tam już w czasach zimnej wojny, a po 1991 roku zostały zredukowane, nie zlikwidowane.

– Znaczenie Grenlandii w obszarze GIUK jest istotne tylko wtedy, gdy zakładamy aktywną politykę wojskową USA w Europie – zauważa dr Piekarski. – Nie jest więc logiczne wszczynanie konfliktu z sojusznikiem o Grenlandię, chyba że jedyne, co się liczy dla ekipy Trumpa, to efekt wizerunkowy.

A może jednak coś jeszcze – na przykład surowce? O tym przeczytacie w dalszej części tekstu, który opublikowałem w portalu „Polska Zbrojna” – oto link do tego materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. baza lotniczo-kosmiczna w Pituffik (dawniej Thule), rok 2005/fot. domena publiczna

Fasada

Po kilkunastodniowym pościgu na Atlantyku Stany Zjednoczone przejęły tankowiec „Marinera” (wcześniej „Bella-1”), będący częścią tzw. floty cieni, pracującej dla rosji.

Według ustaleń amerykańskich władz, statek był wcześniej objęty sankcjami jako „Bella-1”. Jednostka miała uczestniczyć w przewozach ropy realizowanych z naruszeniem restrykcji, a w trakcie rejsu zmieniła nazwę i banderę na rosyjską, co – w ocenie Waszyngtonu – miało utrudnić identyfikację i egzekwowanie prawa. Gdy amerykańskie służby podjęły próbę kontroli, załoga przez pewien czas odmawiała podporządkowania się poleceniom, co zapoczątkowało pościg trwający ponad dwa tygodnie.

Do przejęcia doszło na wodach międzynarodowych. Strona amerykańska podkreśla, że działania były zgodne z prawem: oparto je na nakazie sądowym i przepisach dotyczących egzekwowania sankcji. Po wejściu na pokład ekipy abordażowej, jednostka została zabezpieczona i skierowana do USA. Amerykańscy urzędnicy wskazują, że ładunek oraz dokumentacja przewozowa będą przedmiotem dalszego postępowania.

Sprawa ma także wymiar polityczno-wojskowy. Media odnotowały sygnały o obecności rosyjskich jednostek w rejonie trasy tankowca, jednak – według dostępnych informacji – nie doszło do bezpośredniej interwencji w momencie przejęcia. Moskwa krytycznie odniosła się do działań USA, argumentując, że statek pływał pod rosyjską banderą i znajdował się poza wodami terytorialnymi. Waszyngton odpowiada, że zmiana bandery nie znosi odpowiedzialności za naruszenie sankcji.

Operacja wobec „Marinery” wpisuje się w szerszą kampanię USA przeciwko tzw. „flocie cieni” – sieci starszych tankowców, które zmieniają nazwy, bandery i właścicieli, by przewozić ropę z krajów objętych restrykcjami (jak rosja czy Wenezuela). Amerykańska administracja sygnalizuje, że podobne działania będą kontynuowane, a przypadek „Marinery” ma być sygnałem odstraszającym wobec podmiotów próbujących omijać sankcje.

Tyle, jeśli idzie o warstwę informacyjną. Sprawa jest jednak na tyle ciekawa, że wymaga pogłębionego komentarza.

—–

Amerykanie nie przejęli się ewentualną reakcją rosyjskiej floty wojennej. Waszyngton (przy dyskretnym, ale czytelnym wsparciu Londynu) wykonał swoje zadanie spokojnie, metodycznie i bez nerwowych gestów. Tak postępuje państwo, które nie traktuje przeciwnika jako równorzędnego.

To zresztą kolejne – po wenezuelskiej kompromitacji – upokorzenie władimira putina w tym roku, i to takie, które boli szczególnie. Nie chodzi o sankcje, dyplomatyczne połajanki czy medialne docinki, lecz o demonstrację siły na morzu, czyli w domenie, którą Kreml od dekad próbuje sprzedawać jako jeden z filarów swojego „mocarstwowego” statusu. Przejęcie tankowca pod rosyjską banderą wpisuje się w dłuższą serię zdarzeń, które obnażają fasadowość rosyjskiej potęgi.

Amerykanie i Brytyjczycy mogą sobie na takie operacje pozwolić, bo rosyjska flota nie jest dla nich przeciwnikiem. I – co warto powiedzieć wprost – nigdy nim nie była. Nawet w czasach Związku Radzieckiego, gdy liczby wyglądały imponująco, a propagandowe parady robiły wrażenie, flota nawodna Moskwy nie stanowiła realnej przeciwwagi dla morskiej potęgi NATO. Była głośna, liczna na papierze i kosztowna, ale technologicznie oraz doktrynalnie zawsze krok (albo dwa) za Zachodem.

Wyjątkiem była atomowa flota podwodna końca lat 80. – w momencie, w którym ZSRR rzeczywiście zbliżył się do Amerykanów pod względem technologii i możliwości bojowych. To właśnie wtedy powstała aura grozy wokół radzieckich atomowych okrętów podwodnych, a jej kulturowym echem stało się „Polowanie na Czerwony Październik” – ikona zimnowojennej wyobraźni, w której radziecka technologia na moment dorównuje, a nawet wyprzedza zachodnią. Był to jednak krótki moment historyczny, nie trwały trend.

Potem przyszedł rozpad ZSRR, a wraz z nim powolne gnicie floty podwodnej: brak pieniędzy, odpływ kadr, zapaść infrastruktury i chaos organizacyjny. Symbolicznym, tragicznym domknięciem tej epoki była katastrofa „Kurska” – wydarzenie, które pokazało nie tylko techniczne zaniedbania, ale też systemową niezdolność państwa do ratowania własnych marynarzy (i mówienia prawdy).

Flota nawodna wchodziła w XXI wiek w stanie nie mniejszego kryzysu. Przedłużające się, często groteskowe remonty największych jednostek, chroniczne problemy logistyczne i finansowe oraz serialowe perypetie jedynego lotniskowca – „Admirała Kuzniecowa” – stały się symbolem tej degrengolady. Ostatecznym, niemal podręcznikowym przykładem była historia „odpicowanej po wierzchu” „Moskwy”, flagowego krążownika floty czarnomorskiej, spuszczonego na dno przez Ukraińców. Kolejne porażki tej floty w wojnie z krajem, który nawet nie posiada marynarki wojennej z prawdziwego zdarzenia, tylko podbiły skalę rosyjskiej kompromitacji.

Dlatego obecność rosyjskich okrętów podczas amerykańskiej operacji nie zmieniła(by) niczego. rosyjska flota pozostaje fasadowym atrybutem mocarstwowości, użytecznym w paradach i propagandowych narracjach, lecz bez znaczenia w konfrontacji z państwami, które naprawdę panują na morzach.

Cieszmy mnie, że USA Trumpa znów zademonstrowały swoją siłę wobec rosji i jej sojuszników. Martwi, a raczej smuci, że czynią to tak selektywnie. To jak chodzenie na palcach wokół trupa…

Ps. Amerykańskie wojsko przejęło także drugi tankowiec powiązany z flotą cieni, tym razem na Karaibach. „Przechwycony statek M/T Sophia, operował na wodach międzynarodowych i prowadził nielegalne działania na Morzu Karaibskim” – czytamy w oświadczeniu Pentagonu.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. niesławny, kopcący „Admirał Kuzniecow”/fot. mofr

Honor

Dokumenty, które przynieśli moi rozmówcy, pachniały tytoniowym dymem. Kilka lat wcześniej wyprowadziłem się z domu palaczy – świadom korzyści płynących z detoksu, alergicznie reagowałem na tę woń. Stąd moja początkowa niechęć. Szybko jednak zrozumiałem, że z opowieści małżeństwa w średnim wieku oraz z przedstawionych papierów, układa się historia godna pierwszej strony. Co zresztą niebawem się ziściło.

Mój ówczesny szef, po zapoznaniu się z gotowym tekstem, nie miał wątpliwości, jak go zatytułować. „Honor armii” – wystukał na klawiaturze i pobiegł do sekretariatu redakcji zapowiedzieć mocny materiał.

Bo mocny w istocie był. „Nasz syn nie popełnił samobójstwa” – twierdzili państwo, z którymi rozmawiałem. I na dowód przedstawili masę dokumentów. Ich chłopak zginął w wojsku – miał wyskoczyć przez okno koszar. Ale nic w papierach nie potwierdzało tej tezy. Protokół z oględzin miejsca wypadku, protokół sekcji zwłok, zeznania; wszystko to kompletnie nie współgrało z ustaleniami wojskowej prokuratury (dość napisać, że ciało, które dostarczono do sekcji, najprawdopodobniej należało do kogo innego…).

Zgłosiłem te wątpliwości podczas rozmowy z prokuratorem. Jego argumentacja brzmiała nieprzekonująco, a na koniec usłyszałem coś znamiennego: sprawa została zakwalifikowana jako samobójstwo, nie zaś zabójstwo z handlem narkotykami na terenie jednostki w tle. To rodzicom zabitego żołnierza nie pasuje, dlatego szukają dziury w całym. A przecież tak nie można, gdyż takie zachowanie godzi w honor armii…

Ów dramat sprzed ćwierć wieku – mimo nagłośnienia, także w ogólnopolskich mediach, nierozstrzygnięty na korzyść rodziców, którym odmówiono ekshumacji i ponownego śledztwa – przypomniał mi się podczas oglądania filmu Romana Polańskiego pt.: „Oficer i szpieg” (tytuł oryginału: „Oskarżam”). Widziałem go kilka temu w kinie, obejrzałem ponownie podczas ostatniej świąteczno-noworocznej przerwy. I wciąż we mnie pracują – i film, i tamta sprawa; stąd mój dzisiejszy wpis.

Afera Dreyfusa, której poświęcona została produkcja, nie schodziła z czołówek francuskich gazet na przełomie XIX i XX wieku. Alfred Dreyfus, oskarżony o szpiegostwo na rzecz Niemiec, został zdegradowany i uwięziony. Dla sądu – i dużej części wojskowego establishmentu – istotne znaczenie miał fakt, że kapitan artylerii był Żydem. Z zasady więc musiał być winny. Rzecz w tym, że dowody przeciwko niemu były marne i, co gorsza, częściowo spreparowane. I preparowano je dalej, gdy na trop oszustwa wpadł pułkownik Georges Picquart, szef jednej z sekcji francuskiego wywiadu.

W filmie pieczołowicie odtworzono śledztwo prowadzone przez Picquarta. Człowieka, który nie krył niechęci wobec Żydów, a mimo to nie był w stanie zaakceptować bezpodstawnego skazania Dreyfusa. Zaryzykował więc własną karierę, by doprowadzić do oczyszczenia kapitana z zarzutów. Sam stając się ofiarą oszczerstw ze strony przełożonych (i podwładnych). „Tu chodzi o coś więcej niż o jednego oficera. Nie możemy przyznać, że wojskowy sąd się pomylił, bo tym sposobem armia straci zaufanie ludu” – taka argumentacja generałów nie przekonała śledczego. Drążył dalej, aż w końcu sam znalazł się w więzieniu. Antysemickie nastroje panujące w społeczeństwie okazały się tu pomocne – pułkownik, na równi z Dreyfusem, został przez część Francuzów uznany za zdrajcę. Gdy już trafił za kraty, uznano, że dobre imię armii zostało zachowane.

Gdy sensacyjne ustalenia Picquarta przeciekły do prasy, wywołały nad Sekwaną powszechny szok. Efektem społecznej presji były kolejne procesy, w których ostatecznie całkowicie uniewinniono Dreyfusa. Ten, już jako podpułkownik, wziął udział m.in. w bitwie pod Verdun. Zmarł jako Oficer Orderu Legii Honorowej w 1935 roku. Georges Picquart, po zwolnieniu z więzienia, również wrócił do armii. Dosłużył się stopnia generała dywizji, pełnił nawet funkcję ministra wojny. Zmarł jeszcze przed wybuchem I wojny, na skutek nieszczęśliwego wypadku.

Ale o tym już film nie opowiada. Kończy go scena spotkania Dreyfusa i Picquarda, w ministerialnym gabinecie tego drugiego. W tej rozmowie dwóch niemłodych już żołnierzy zawiera się najważniejsze przesłanie produkcji – żadna instytucja nie jest świętą krową. Lojalność, dbałość o jej wizerunek, to cnota. Lecz wartością nadrzędną jest dobro pojedynczej ludzkiej jednostki. Bo to na tym poziomie buduje się kondycję państwa. Wspomniani przeze mnie rodzice żołnierza na zawsze pozostali wrogo nastawieni wobec armii i wymiaru sprawiedliwości. A państwo kojarzyło im się z przemocą, jakiej doznali. Z zalutowaną trumną, której nie mogli otworzyć, by zmierzyć się ze swoimi wątpliwościami.

—–

Dziś wpis z cyklu „filmowe polecajki”, ale jutro wracam do tematyki okołoukraińskiej. A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. kadr z filmu „Oficer i szpieg”/fot. materiały prasowe

Piątka

21 grudnia 2011 roku Rawza, maleńka wioska tuż przy głównej drodze Afganistanu Highway 1, stała się miejscem największego dramatu w historii misji zagranicznych Wojska Polskiego.

Tego dnia, w eksplozji miny-pułapki, zginęło pięciu polskich żołnierzy. Najmłodszy z nich miał 22,  najstarszy 33 lata. Jechali jednym wozem – pojazdem M-ATV, popularnym „mrapem”. Nie brali udziału w operacji bojowej, ochraniali pracowników PRT (Provincial Reconstruction Team), zespołu odbudowy prowincji; cywilno-wojskowej struktury zajmującej się projektami pomocowymi.

Szokujące meldunki medyków

Nic nie zapowiadało nadchodzącej tragedii. Konwój czterech mrapów dotarł do wioski bez problemów, sama wizyta przebiegła sprawnie. Gdy się zakończyła, specjaliści i ochraniający ich żołnierze wrócili do pojazdów. Kolumna ruszyła i wówczas nastąpiła eksplozja co najmniej kilkudziesięciokilogramowego IED. Plac spowiły tumany kurzu, kamienie i odłamki tłukły w pancerze wozów. Minę „wyłapał” czwarty w kolumnie „mrap”. Medycy, którzy dotarli do wraku jako pierwsi, podali dramatyczną ocenę stanu załogi…

Tysiące kilometrów dalej, w Warszawie, rozdzwoniły się telefony. Jeden z nich na biurku ówczesnego ppłk. Mirosława Ochyry, rzecznika Dowództwa Operacyjnego Rodzajów Sił Zbrojnych. „Skontaktował się ze mną oficer z dyżurnej służby operacyjnej”, opowiada Ochyra. „Pierwszy komunikat mówił o trzech zabitych i kilku rannych; takie informacje spłynęły od zaatakowanych do centrum dowodzenia w Afganistanie. Zaraz potem zadzwonił do mnie dowódca operacyjny, wtedy był nim gen. Edward Gruszka. »Przyjdź, mamy poważną sprawę«, powiedział krótko. Już u szefa dowiedziałem się, że wszyscy polegli byli z tej samej 20 Bartoszyckiej Brygady Zmechanizowanej”, wspomina.

Szczęściem w nieszczęściu nie doszło też do eskalacji napięcia po ataku. Zaraz po wybuchu trzy pozostałe wozy zajęły pozycje obronne, a niebawem do Polaków dołączył patrol ANA (Afghan National, czyli armii afgańskiej). Wkrótce na miejsce dotarły też polskie Rosomaki. W Afganistanie eksplozja IED zwykle była wstępem do kolejnych działań. Napady często miały postać zasadzek kombinowanych, w trakcie których używano również broni ręcznej, a niekiedy moździerzy i dział bezodrzutowych. W tym przypadku prawdopodobnie wiadomość o zbliżającym się wsparciu odstraszyła napastników. Zaczęła się ewakuacja – zabitych i żywych. Ciała poległych zabrały śmigłowce i wozy ewakuacji medycznej, a reszta patrolu, osłaniana przez Rosomaki, wróciła do Ghazni.

Najsmutniejsza wigilia w życiu

Gdy zdziesiątkowany patrol dotarł do bazy, jego uczestnicy uformowali pieszą kolumnę za WEM-em wiozącym ciało Piotra Ciesielskiego, dowódcy, odprowadzając je do dyżurnego punktu medycznego. „Potem były oficjalne pożegnania i wigilia… najsmutniejsza w życiu”, przyznaje Przemysław Kapuściński, w 2011 roku specjalista w PRT.

A jeszcze potem były pogrzeby w Polsce. Wszyscy polegli zostali pośmiertnie awansowani. Spoczęli w swoich rodzinnych miejscowościach. Pogrzeb mł. chor. Piotra Ciesielskiego odbył się w Ostródzie. Sierż. Marcin Szczurowski został pochowany w Morągu, sierż. Krystian Banach w Pieckach koło Mrągowa, sierż. Marek Tomala w Borowie koło Annopola, a sierż. Łukasz Krawiec w Jelnie koło Nowej Sarzyny.

Ale to wcale nie był koniec tej historii. W połowie listopada 2012 roku, w prowincji Ghazni, w starciu z sojuszniczymi siłami specjalnymi został zabity Hafiz Sardar. Jego śmierć stanowiła zwieńczenie kilkumiesięcznej operacji wywiadowczej, rozpoczętej po zamachu w Rawzie. „Zabity talibski dowódca odpowiedzialny był m.in. za organizację i przeprowadzenie (…) ataku na patrol z 21 grudnia 2011 roku, w wyniku którego zginęło pięciu polskich żołnierzy”, podano w komunikacie Dowództwa Operacyjnego RSZ. „Sardar był nierozważny”, mówi Mirosław Ochyra. „Po takich atakach ich organizatorzy zwykle uciekali z Afganistanu, on został. Kilka razy wymknął się komandosom, ale ci ostatecznie go dopadli”.

Rozmiar tragedii nie przeszedł w Polsce bez echa. „Mam wrażenie, że po 21 grudnia Polacy zaczęli trochę inaczej myśleć o naszym udziale w misjach zagranicznych”, dzieli się swoim spostrzeżeniem Przemysław Kapuściński. „Zaczęło to bardziej przypominać postawę charakterystyczną dla Amerykanów, ujętą w haśle »szacunek i wsparcie«”. Społecznym nastrojom poszli w sukurs politycy, „szacunkowi i wsparciu” nadając zinstytucjonalizowanej formy. By uczcić zabitych, w 2015 roku ustanowiono 21 grudnia Dniem Pamięci o Poległych na Misjach. „Cieszy mnie to upamiętnienie”, przyznaje Kapuściński. „Chłopaki na to zasłużyły”, dodaje. „To nie byli zwykli wojskowi”, napisała w swojej książce „Jej Afganistan…” Magdalena Pilor, która w 2011 roku również pracowała w PRT. „To byli przyjaciele, koledzy. Mieli rodziny, marzenia, mieliśmy wspólny cel – wrócić”.

Piątce z czwartego wozu się nie udało…

Rozszerzoną wersję tego reportażu opublikowałem w „Polsce Zbrojnej” – oto link do tego materiału.

—–

PS. Doniesienie o ataku pojawiło się w depeszy Reutersa już kilkanaście minut po fakcie. Do dziś nie wiadomo, skąd agencja miała tak szybko informację o wydarzeniach z 21 grudnia 2011 roku. Jest to o tyle istotne, że depeszę zilustrowano wykonanym na miejscu zdjęciem, przedstawiającym zniszczonego „mrapa”. Agencja zasłoniła się niejawnością źródeł, podkreślając, że dane pochodziły od współpracowników na miejscu, ale nie od dziennikarzy.

Nz. Świąteczny stół upamiętniający poległych, przygotowany w Ghazni, podczas wigilii w 2011 roku, trzy dni po tragedii/fot. archiwum blogu zAfganistanu.pl