Łobuzy

Nie ma we mnie entuzjazmu dla wojny. Trzy z nich widziałem na własne oczy – wiem, „z czym to się je” i jakie są skutki. Te dla ludności cywilnej są dla mnie najważniejsze – najtrudniejsze do zaakceptowania. I nie ma znaczenia, czy chodzi o Kabul, Kijów, czy Teheran – mechanika cierpienia jest wszędzie taka sama.

A jednak – patrząc na sprawę chłodno – amerykańsko-izraelska interwencja w Iranie mnie nie oburza. Nie przyłączę się do grona wykrzykującego argument natury prawno-moralnej – że to atak na suwerenne państwo. Raz, że szafują nim pro-ruSSkie trolle, dwa, nie podzielam niestosowności podnoszonej także przez część uczciwych ludzi. Iran bowiem nie jest normalnym państwem (tak jak nie jest nim rosja czy Korea Północna). To łobuz, który od lat buduje architekturę destabilizacji regionu, finansuje i uzbraja terrorystów, dostarcza drony i rakiety rosyjskim zbrodniarzom. Od  dawna balansuje na krawędzi zdolności nuklearnych, nie kryjąc przy tym, że chciałby atomowej hekatomby dla milionów Żydów. To teokratyczny reżim, który od dekad tłumi własne społeczeństwo. Krwawe pacyfikacje, masowe aresztowania, egzekucje – to nie są incydenty, lecz system, fundament tamtejszej władzy.

A to ta władza, i jej militarne przybudówki, są celem amerykańsko-izraelskiej interwencji.

Można oczywiście powiedzieć: dyplomacja, sankcje, rozmowy. Tyle że te instrumenty były stosowane przez lata. Efekt? Iran nauczył się żyć pod sankcjami.

Spójrzmy na to z naszej, środkowo-europejskiej perspektywy. Iran nie jest „odległą egzotyką”. Irańskie drony uderzały w ukraińskie miasta. Irańska technologia wspiera rosyjską machinę wojenną. Irańska współpraca z Moskwą to nie dyplomatyczna uprzejmość, lecz realny wkład w przedłużanie wojny za naszą wschodnią granicą. Jeśli więc ktoś dziś osłabia irański potencjał militarny, to w pewnym sensie osłabia także zaplecze rosji.

No i jest jeszcze jeden wymiar tej układanki: pryskający mit rosyjskiej tarczy.

Od lat słyszeliśmy o cudownych systemach obrony powietrznej – o S-300, S-400, o „bańkach antydostępowych”, które miały zamykać niebo nad sojusznikami Kremla. Iran był jednym z odbiorców rosyjskich systemów OPL. Jeśli jednak amerykańskie i izraelskie lotnictwo jest w stanie z łatwością penetrować tę przestrzeń, niszczyć wskazane cele, przełamywać obronę – to nie jest to tylko taktyczny sukces. To sygnał strategiczny.

Sygnał dla państw, które rozważają zakupy rosyjskiego uzbrojenia.

Sygnał dla sojuszników Moskwy, że rosyjski parasol może być dziurawy.

Sygnał dla samego Kremla, że jego projekcja siły ma bardzo wyraźne granice. Bezradność Moskwy wobec uderzeń w Iran mówi więcej niż setki przemówień. rosja nie jest w stanie realnie osłonić swojego partnera. Nie wysyła wojska, ba, nawet nie grozi eskalacją, bo wie, że nikt nie potraktuje tego poważnie, tym samym obnażając swój status upadłego imperium.

Dla mnie TO są kluczowe kwestie. Wyłuszczę je jeszcze raz, dla wzmocnienia przesłania.

Po pierwsze, każdy cios w zdolności wojskowe Iranu to potencjalnie mniej dronów, mniej technologii, mniej wsparcia dla rosji. Po drugie, jeśli Kreml nie potrafi realnie ochronić swojego partnera, to jego pozycja słabnie – nie tylko na Bliskim Wschodzie, ale i globalnie.

Na koniec warto wyartykułować jeszcze jedną kwestię. Ten atak to sygnał, że świat zachodni wciąż jest zdolny do projekcji siły. W epoce, w której autokracje testują granice, demonstracja determinacji ma znaczenie.

Niestety, w każdej wojnie – nawet jeśli nie prowadzi się jej na rympał, jak rosjanie w Ukrainie – giną niewinni ludzie. Z tego powodu i ten konflikt jest moralnie skażony. Ale polityka bezpieczeństwa rzadko operuje kategoriami czystości, często sprowadza się do wyboru między złym a gorszym.

A ja wolę świat, w którym to my możemy przywalić łobuzom, a nie łobuzy nam.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Lawina

Podczas zeszłorocznych manewrów Hedgehog w Estonii niewielki zespół operatorów dronów – Ukraińców i estońskich terytorialsów – „wyeliminował” zmechanizowaną formację NATO. W czasie symulacji (!) kilkanaście pojazdów zostało „zniszczonych”, kilkadziesiąt „uszkodzonych”, „rozbito” dwa bataliony. Kilka dni temu o przebiegu epizodu dowiedziały się media i ruszyła lawina. „Drony są wszystkim”, „ciężkie wojska to przeszłość”, „NATO jest niegotowe” i „Ukraina pokazuje Zachodowi przyszłość” – to tylko niektóre wnioski, jakie wyciągają mniej lub bardziej domorośli analitycy. Te opinie, jakkolwiek brzmią efektownie, są koszmarnym uproszczeniem.

Dlaczego? Manewry w Estonii – ten konkretny epizod – nie były symulacją pełnoskalowej wojny NATO–rosja. Nie odtwarzano całego wachlarza zdolności Sojuszu. Nie było pełnej dominacji powietrznej, kompleksowego, wielowarstwowego parasola obrony przeciwlotniczej, narzędzi walki radioelektronicznej. Nie było zintegrowanej operacji połączonej w klasycznym, doktrynalnym sensie.

Co zatem było? Ano test, który miał sprawdzić, jak dwa „gołe” pododdziały zachowają się w środowisko silnie nasyconym bezzałogowcami. I w tym teście wyszły braki. Jakie?

Po pierwsze: brak skutecznego maskowania i dyscypliny pola walki. Z dostępnych relacji wynika, że nacierające pododdziały poruszały się w sposób stosunkowo przewidywalny i „czytelny” z powietrza. Kolumny pojazdów, ograniczone wykorzystanie maskowania, niewystarczające rozproszenie – w środowisku nasyconym sensorami to zaproszenie do szybkiego wykrycia.

Drugi problem to zbyt wolny łańcuch decyzyjny. Operatorzy dronów działali w modelu skróconej pętli: wykrycie – identyfikacja – przekaz danych – symulowane rażenie. Po stronie formacji konwencjonalnej reakcja była wolniejsza. To klasyczny problem adaptacji do środowiska, w którym czas liczony jest w minutach, nie godzinach.

Po trzecie: wyszła niedostateczna integracja środków przeciwdronowych na poziomie taktycznym. Ćwiczenie pokazało, że nawet jeżeli armia posiada systemy walki radioelektronicznej czy obrony przeciwlotniczej, to na poziomie pododdziału często brakuje organicznych, natychmiast dostępnych narzędzi do zwalczania małych bezzałogowców. Innymi słowy: sprzęt istnieje, ale nie zawsze jest „przy żołnierzu”.

Czwarty ujawniony element to problem z rozproszeniem i mobilnością. Duże, zwarte zgrupowania – nawet jeżeli operują zgodne z klasyczną taktyką – w środowisku permanentnej obserwacji stają się łatwym celem. Ćwiczenie pokazało, że adaptacja do modelu „ciągłej widoczności” wymaga innego myślenia o koncentracji sił.

Piąty wreszcie to brak symetryczności środowiska informacyjnego. W opisywanym epizodzie strona „dronowa” miała wyraźną przewagę w świadomości sytuacyjnej. W realnym konflikcie NATO operowałoby równolegle własnymi dronami, lotnictwem, satelitami, AWACS-ami, systemami SIGINT. Tutaj test polegał właśnie na tym, by sprawdzić, jak zachowa się pododdział pozbawiony takiego wsparcia.

I to jest klucz. Ćwiczenie nie pokazało, że NATO nie ma zdolności. Pokazało, że na poziomie taktycznym – w oderwaniu od całego systemu (!) – klasyczne nawyki mogą być śmiertelnie ryzykowne.

Ale NATO nie będzie walczyć w oderwaniu od systemu, a nawyki można (trzeba!) zmienić.

Sojusz nie prowadzi wojny batalionami rzucanymi „na goło” przeciw środowisku sensorów. NATO walczy w modelu operacji połączonych. To oznacza, że natarcie wojsk lądowych jest zsynchronizowane z lotnictwem, rozpoznaniem satelitarnym, samolotami wczesnego ostrzegania, artylerią dalekiego zasięgu, obroną przeciwlotniczą i walką radioelektroniczną. To oznacza, że przeciwnik nie działa w próżni – jego drony są zakłócane, jego łączność jest atakowana, jego stanowiska dowodzenia są namierzane i niszczone.

W realnym konflikcie pierwszą fazą operacji nie byłoby „kto kogo szybciej zobaczy dronem”, lecz walka o dominację w powietrzu i w domenie elektromagnetycznej. Niszczenie radarów, systemów OPL, węzłów łączności. Paraliżowanie zdolności przeciwnika do obserwacji i koordynacji. Dopiero potem do akcji weszłyby duże zgrupowania lądowe. A to jest poziom, na którym NATO – w przeciwieństwie do Ukrainy – posiada realną, systemową przewagę nad każdym potencjalnym przeciwnikiem.

Epizod z Hedgehog pokazał, że bez systemu nawet dobrze wyszkolony pododdział może zostać szybko „rozpisany” przez drony. Ale – podkreślmy to jeszcze raz – NATO nie projektuje swoich operacji w taki sposób. Jego przewaga nie polega na tym, że ma więcej czołgów czy dronów. Polega na integracji – na zdolności zszycia wszystkich domen w jeden mechanizm.

I dopiero ten mechanizm jest właściwym przedmiotem analizy. Nie pojedynczy, taktyczny epizod wyrwany z kontekstu.

Czyżby więc ćwiczenia były bez sensu? Oczywiście że nie. Takie epizody (to nie było pierwsze i zapewne nie ostatnie takie ćwiczenie), są bezcenne, ponieważ pokazują, jak bardzo skrócił się cykl wykrycie–decyzja–rażenie i jak niebezpieczne staje się poruszanie w środowisku permanentnej obserwacji bez natychmiastowej osłony systemowej. Ujawniają luki w procedurach, w integracji środków przeciwdronowych, w dyscyplinie maskowania i tempie reakcji – ale właśnie po są ćwiczenia, by takie „kwiatki” wychodziły w ich trakcie, a nie podczas realnych działań bojowych.

—–

Zostawmy na razie Estonię i przejdźmy na nieco inny poziom analizy. Najpierw jednak odrobina historii. Karabin maszynowy miał zakończyć manewr – nie zakończył. Lotnictwo miało uczynić armie lądowe zbędnymi – nie uczyniło. Broń precyzyjna miała sprawić, że masa przestanie się liczyć – nie przestała. Każda nowa technologia rodzi przekonanie o „końcu epoki”. Każda w praktyce zostaje wchłonięta przez system.

Drony zmieniły pole walki w wymiarze taktycznym – to bezdyskusyjne. Uczyniły je bardziej przejrzystym, skróciły czas reakcji, utrudniły koncentrację wojsk. Ale na poziomie operacyjnym i strategicznym nie wyeliminowały potrzeby posiadania czołgów, dział, samolotów, rakiet. W Ukrainie bezzałogowce nie zastąpiły artylerii. One ją naprowadzają. Nie zastąpiły piechoty. One ją wspierają – nie zajmują terenu, nie utrzymują pozycji, nie przełamują linii obrony samą swoją obecnością. Są elementem systemu, nie systemem.

Tu dochodzimy do najbardziej niebezpiecznej tezy, która pojawiła się przy okazji Hedgehog: że ukraińskie doświadczenie dronowe pokazuje wyższość modelu „taniego, bezzałogowego” nad zachodnią, ciężką strukturą.

Naprawdę? Ukraina dotrwała do obecnego momentu wojny nie dzięki dronom, lecz dzięki pomocy Zachodu. Dzięki dostawom broni przeciwlotniczej, artylerii, amunicji, systemów rakietowych, danych wywiadowczych, łączności (no i wsparcia finansowego, które jest niezwykle istotne, ale wymieniam je w nawiasie, bo znajduje się poza porządkiem ściśle wojskowym).

By tę tezę uzasadnić, zróbmy prosty eksperyment myślowy.

Wyobraźmy sobie, że po 24 lutego 2022 roku NATO nie wysyła Ukrainie systemów obrony przeciwlotniczej, nie dostarcza HIMARS-ów, nie przekazuje danych wywiadowczych, nie wspiera budżetu państwa. Zamiast tego mówi: „Dajemy wam pieniądze. Setki miliardów dolarów. Kupcie za to drony. Tylko drony”.

Na papierze wygląda to imponująco – miliony bezzałogowców. Całe roje nad linią frontu, dające możliwość permanentnej obserwacji oraz szybkich, punktowych uderzeń.

Tyle że w takim scenariuszu rosyjskie lotnictwo operowałoby z dużo większą swobodą. Ukraińskie miasta byłyby bombardowane, infrastruktura energetyczna nie miałaby osłony. Rosyjska artyleria zachowałaby względną swobodę działania, bo nie byłoby precyzyjnych systemów zdolnych razić przyfrontowe magazyny amunicji, centra logistyczne czy stanowiska dowodzenia. No i samych armat, bijących spoza zasięgu dronów FPV.

I można by tak długo wymieniać, dość stwierdzić, że drony nie zastąpią obrony przeciwlotniczej średniego i dalekiego zasięgu. Nie zatrzymają zmasowanych uderzeń rakietowych. Nie przejmą kontroli nad przestrzenią powietrzną. Można sobie wyobrazić miliony dronów, które na pewien czas zmusiłyby rosyjskie oddziały do większego rozproszenia i ostrożności. Ale wojna to nie tylko pojedynek na froncie. To również przemysł, energetyka, logistyka, no i morale społeczeństwa, które w realiach ciągłego zagrożenia i koszmarnych strat zapewne szybko by wyparowało. Fakt, iż do tego nie doszło, jest także zasługą ciężkiego sprzętu – czołgów, armat, samolotów, wyrzutni rakietowych – tych, które Ukraina miała, i tych, które otrzymała z Zachodu. Bez tego, z samymi dronami, już dawno by upadła.

A same drony – bez Starlinków i narzędzi walki osłaniających funkcjonowanie sieci – i tak na niewiele by się zdały – dodajmy na końcu.

—–

Ukraina ma ogromne doświadczenie taktyczne w użyciu dronów – to, jak mawia klasyk, oczywista oczywistość. Ale NATO dysponuje zdolnościami, których Ukraina nie ma i mieć nie będzie: globalnym rozpoznaniem satelitarnym; rozbudowanymi systemami ISR; strategicznym lotnictwem; logistyką operacyjną na niespotykaną skalę; zintegrowaną obroną powietrzną wielu warstw; potężnym zapleczem przemysłowym. W potencjalnym konflikcie przeciwko NATO rosja zapewne próbowałaby używać dronów masowo. Ale to nie sama liczba bezzałogowców decydowałaby o wyniku. Decydowałaby integracja systemów, zdolność do walki o dominację w powietrzu i w domenie elektromagnetycznej, możliwość niszczenia zaplecza przeciwnika setki kilometrów od frontu, odporność infrastruktury i gospodarki.

NATO powinno się od Ukrainy „uczyć dronów”. Choćby dlatego, że mimo swoich przewag dających możliwość walki na dystans, nie zawsze zwarcia da się uniknąć. I część pododdziałów wejdzie w bliski kontakt z wrogiem, w zasięg jego dronów, i może się zdarzyć, że przeciwnik zachowa możliwość ich użycia; wojsko musi być gotowe na najgorsze scenariusze. Ale pobieranie takich nauk wynika z zupełnie innego rodzaju przymusu, niż wyobrażają to sobie zwolennicy „dronozy”, przeceniający znaczenie bezzałogowców.

Konkludując: Ukraina opanowała do perfekcji jeden z elementów współczesnego pola walki. NATO buduje i utrzymuje cały ekosystem wojenny. Dron sam w sobie nie daje przewagi strategicznej. Przewagę daje system, w którym dron jest tylko jednym z narzędzi. Inne jego postrzeganie to tzw. widzenie tunelowe. To bardzo groźne zjawisko, bo jeśli uznamy, że przyszłość to wyłącznie drony, zaczniemy ograniczać inwestycje w lotnictwo, zaniedbywać obronę powietrzną, redukować ciężkie wojska, ignorować logistykę i przemysł, mylić taktykę ze strategią. A to droga do porażki. Bo jeśli pozwolimy rosjanom prowadzić wojnę wedle reguł, które oni znają lepiej, przegramy…

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Tomaszowi Krajewskiemu, Piotrowi Rucińskiemu, Magdalenie Kaczmarek, Arkadiuszowi Halickiemu, Monice Rani, Maciejowi Szulcowi, Joannie Marciniak, Jakubowi Wojtakajtisowi, Andrzejowi Kardasiowi oraz Czytelnikowi o nicku Zajcef Fizzlewic. A także: Krzysztofowi Krysikowi, Mateuszowi Piecuchowi, Jakubowi Kojderowi, Adamowi Cybowiczowi, Bożenie Bolechale, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Jarosławowi Terefenko, Marcinowi Gonetowi, Przemysławowi Kowalskiemu, Joannie Siarze, Aleksandrowi Stępieniowi, Marcinowi Barszczewskiemu, Dinarze Budziak, Szymonowi Jończykowi, Annie Sierańskiej, Tomaszowi Sosnowskiemu, Piotrowi Świrskiemu, Juliuszowi i Elżbiecie Wolny, Arturowi Żakowi, Łukaszowi Hajdrychowi, Patrycji Złotockiej i Piotrowi Habeli.

Podziękowania należą się również moim najhojniejszym „kawoszom” z ostatniego miesiąca: Remigiuszowi Zarzyckiemu, Krzysztofowi Martynie i Bożenie Smorczewskiej-Mickiewicz.

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. ukraińska artyleria rakietowa na froncie/fot. SzG ZSU

Oszukany

Afganistan to była dla mnie wspaniała przygoda, „turbomęska”, jak mówił o tej misji jeden z moich mundurowych kolegów. Adrenalina, egzotyka, przyjaźń – to słowa-klucze, które dobrze oddają istotę tego doświadczenia.

Zawodowo spełniłem się po całości, budując wyjątkowy warsztat i pozycję.

To dzięki Afganowi wszedłem w świat twórców literackich.

Ale Afganistan to także wspomnienie bólu po urazie ciśnieniowym i długa relacja ze stresem pourazowym. Poczucie wyplucia, gdy wojna się skończyła, a redakcja stanęła na stanowisku „kij ci w oko, radź sobie teraz sam”. Wyrzuty sumienia wobec najbliższych, których przez lata dręczyłem swoją nieobecnością i ryzykiem, że nie wrócę. Sporo mógłbym tu jeszcze dodać, ale nie w tym rzecz. Chcę tylko napisać, że gdybym rachunek sumienia oparł wyłącznie o osobiste zyski i straty, uznałbym, że nie warto było. Że cała ta wojenna reporterka na chuj mi była potrzebna, że lepiej, bym niektórych rzeczy nigdy nie zobaczył i nie usłyszał.

Ale ja tak nie myślałem. Sądziłem, że widzę i w jakiejś mierze współtworzę historię, że jestem częścią czegoś większego. Brałem udział w odkłamywaniu fatalnej narracji o misji stabilizacyjnej, która tak naprawdę była wojną. Pisząc o tym, jak ta wojna wygląda, dawałem świadectwo wysiłków podejmowanych przez chłopców i dziewczęta w mundurach Wojska Polskiego. Oni nie stali z tyłu, jak mówi dziś Trump. Bywałem srogim recenzentem, zwłaszcza dla tych na górze, ale zawsze towarzyszyło mi przekonanie, że misja naszych żołnierzy ma sens. Bo „jeden za wszystkich, wszyscy za jednego”; byliśmy w Afganistanie z sojusznikami i dla sojuszników. Przekonywałem do tego swoich Czytelników, wprost pisząc, że jutro to my możemy poprosić o pomoc – i że ją dostaniemy, skoro jej udzieliliśmy, jadąc na amerykańską wojnę.

W tym upatrywałem sens Afganu, osobiste wysiłki, by ludzie w ten sposób myśleli, nadawały „większy” sens mojej pracy.

I Trump, serią wyplutych z siebie zdań, zadał temu wszystkiemu kłam. Mówiąc, że my, Polacy, nie byliśmy im, Amerykanom, potrzebni, dotknął mnie do żywego. I nawet nie chodzi o to, że bredził. Rzecz w tym, że jego „niepotrzebni” oznacza również, że w jego mniemaniu Ameryka nie ma wobec nas żadnych zobowiązań.

A przecież o te zobowiązania chodziło. Po to to wszystko było, cały ten pierdolony Afganistan.

Czuję się oszukany i czuję się źle, że oszukiwałem innych – stąd mój piątkowy wpis, i ten dzisiejszy też.

Ps. Wiem, że Trump nie jest depozytariuszem opinii większości Amerykanów. Wierzę, że nie doczeka końca kadencji i odejdzie w niesławie. Ale bardzo się boję tego, co może się wydarzyć, nim ów koniec nadejdzie…

Zdjęcie z czasów, gdy „staliśmy w tyle”/fot. Krzysiek Żuczkowski

Uzależnienie

Skala amerykańskiej obecności wojskowej na terytorium RP oraz tempo modernizacji Sił Zbrojnych, opartej w dużej mierze na sprzęcie z USA, sprawiły, że relacje Warszawy z Waszyngtonem weszły w nową fazę. Stany Zjednoczone są nie tylko głównym gwarantem bezpieczeństwa Polski, lecz także partnerem realnie wpływającym na zdolności obronne państwa w perspektywie dekad. Taka koegzystencja „na dziś” wzmacnia odstraszanie, ale jednocześnie niesie poważne ryzyka operacyjne i strategiczne.

Po 1989 roku relacje Polski z USA miały głównie wymiar polityczny. Waszyngton odegrał kluczową rolę w procesie włączania Warszawy do zachodnich struktur bezpieczeństwa, zwieńczonym wejściem do NATO w 1999 roku. Przez kolejne lata współpraca wojskowa koncentrowała się jednak na misjach ekspedycyjnych – Iraku i Afganistanie – nie przekładając się ani na stałą obecność wojsk USA w Polsce, ani na głęboką integrację operacyjną. Przełom przyniósł dopiero rok 2014 – rosyjska agresja na Ukrainę uruchomiła proces, który w ciągu dekady radykalnie zmienił znaczenie Polski w amerykańskiej architekturze bezpieczeństwa w Europie.

—–

Jeszcze na początku lat 2010. obecność wojsk USA w Polsce miała charakter epizodyczny. Dziś mówimy o stałej, choć formalnie rotacyjnej obecności liczonej w tysiącach żołnierzy oraz o infrastrukturze o znaczeniu regionalnym. Kluczową rolę odegrały amerykańskie programy wzmacniania wschodniej flanki NATO – najpierw European Reassurance Initiative, a następnie European Deterrence Initiative. W ich ramach USA sfinansowały przerzut sił, magazynowanie sprzętu, rozbudowę infrastruktury oraz intensyfikację ćwiczeń. Po 2022 roku skala obecności została dodatkowo zwiększona. W efekcie Polska pełni dziś funkcję jednego z głównych węzłów logistycznych i dowódczych dla wschodniej flanki NATO, a na jej terytorium ulokowano elementy amerykańskiego systemu dowodzenia i wsparcia operacyjnego.

Ramy prawne tej obecności stworzyła podpisana w 2020 roku umowa o wzmocnionej współpracy obronnej (EDCA). Otworzyła ona drogę do długofalowego planowania obecności wojsk USA oraz wieloletnich inwestycji infrastrukturalnych, współfinansowanych przez stronę polską. Ich łączna wartość liczona jest w miliardach złotych.

Po 2014 roku Stany Zjednoczone stały się dla Polski także dominującym dostawcą uzbrojenia. Według danych Stockholm International Peace Research Institute (SIPRI), w latach 2014–2023 USA odpowiadały za około 60–70 procent wartości importu ciężkiego uzbrojenia do Polski. Żaden inny dostawca nie zbliżył się do tego poziomu.

Jeszcze dekadę wcześniej struktura importu była wyraźnie bardziej zróżnicowana. Polska korzystała z dostawców europejskich, izraelskich i amerykańskich, a istotną rolę odgrywał przemysł krajowy. Po aneksji Krymu, a szczególnie po 2022 roku, ten model został zastąpiony strategią szybkiej koncentracji zakupów u jednego partnera.

Skala tej zmiany jest bezprecedensowa. W latach 2022–2024 Polska podpisała z USA kontrakty zbrojeniowe o wartości liczonej w dziesiątkach miliardów dolarów, obejmujące systemy obrony powietrznej, artylerię rakietową, lotnictwo bojowe oraz ciężkie wojska lądowe. W krótkim czasie amerykańskie technologie stały się podstawą kluczowych zdolności bojowych Sił Zbrojnych RP.

Istotne jest nie tylko tempo zakupów, lecz ich struktura. Polska importuje z USA przede wszystkim systemy o znaczeniu strategicznym, a nie jedynie wyposażenie uzupełniające. Oznacza to, że realna gotowość bojowa wojska – od obrony powietrznej po zdolności uderzeniowe – jest coraz silniej powiązana z amerykańskimi łańcuchami logistycznymi, serwisowymi i szkoleniowymi.

Na tle innych państw regionu skala tej koncentracji jest wyjątkowa. Rumunia czy państwa bałtyckie również zwiększyły zakupy w USA, jednak w ich przypadku amerykański sprzęt nie dominuje całej struktury sił zbrojnych. Polska, modernizując niemal wszystkie kluczowe komponenty armii w krótkim czasie, przyjęła model, w którym jeden dostawca odgrywa rolę systemową.

Z punktu widzenia krótkoterminowego bezpieczeństwa jest to rozwiązanie skuteczne: przyspiesza modernizację, zwiększa interoperacyjność z NATO i wzmacnia odstraszanie. W dłuższej perspektywie oznacza jednak koncentrację ryzyka. Im większy udział jednego państwa w kluczowych zdolnościach bojowych, tym większe znaczenie mają decyzje podejmowane poza granicami kraju – nie tylko polityczne, lecz także budżetowe, prawne i przemysłowe.

—–

Skala zakupów uzbrojenia z USA nie oznacza automatycznie utraty suwerenności decyzyjnej. Oznacza jednak rosnącą zależność funkcjonalną, która ujawnia się nie na etapie podpisywania kontraktów, lecz podczas eksploatacji sprzętu – w czasie pokoju, kryzysu i wojny.

Nowoczesne systemy bojowe nie są samowystarczalne. Ich realna wartość zależy od dostępu do serwisu, części zamiennych, oprogramowania i amunicji. W przypadku sprzętu pochodzącego z USA oznacza to uzależnienie od certyfikowanych procedur, decyzji administracyjnych oraz zdolności przemysłu zbrojeniowego poza Polską. Nawet krótkotrwałe ograniczenia w tym obszarze mogą wpływać na gotowość bojową.

Szczególnie wrażliwym elementem jest oprogramowanie. Współczesne platformy wojskowe funkcjonują w sieciach cyfrowych, wymagają aktualizacji i integracji z systemami dowodzenia NATO. Dostęp do pełnej funkcjonalności bywa regulowany przepisami eksportowymi i zapisami kontraktowymi. W praktyce oznacza to, że sprawność sprzętu nie zależy wyłącznie od decyzji użytkownika.

Kolejnym obszarem ryzyka jest amunicja i logistyka. Zaawansowane systemy uzbrojenia są projektowane pod konkretne typy amunicji, produkowane w ograniczonej liczbie zakładów. Jeśli państwo nie posiada własnych mocy produkcyjnych lub licencji, tempo prowadzenia działań bojowych staje się pochodną dostępności dostaw z zagranicy.

Zależność dotyczy także szkolenia i kadr. Obsługa najbardziej zaawansowanych systemów wymaga długotrwałych programów szkoleniowych i certyfikacji, często realizowanych z udziałem zagranicznych instruktorów. Zdolność do szybkiego zwiększenia liczby wyszkolonych załóg w sytuacji kryzysowej jest więc ograniczona nie tylko zasobami ludzkimi, lecz także procedurami.

Wreszcie pojawia się wymiar planowania operacyjnego. Głęboka interoperacyjność z siłami USA i NATO zwiększa skuteczność wspólnych działań, ale jednocześnie sprawia, że część zdolności jest projektowana pod scenariusze sojusznicze. Samodzielne użycie sił w warunkach ograniczonego wsparcia staje się bardziej wymagające – technicznie i logistycznie.

Nie jest to zależność polityczna w klasycznym sensie. Nikt nie podejmuje decyzji za Warszawę. Jest to jednak zależność systemowa, w której realna sprawność wojska coraz silniej zależy od czynników zewnętrznych. W sprzyjających warunkach wzmacnia to bezpieczeństwo. W mniej sprzyjających – ogranicza pole manewru.

A dodajmy do tego czynnik czynnik politycznej nieprzewidywalności, o którym więcej w dalszej części tekstu. Opublikowałem go w portalu TVP.Info – oto link do całości materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Ćwiczenia 6BPD na Pustyni Błędowskiej, na pierwszym planie amerykański wóz typu Humvee/fot. 6BPD

Aneksja

Choć dla wielu brzmi to jak fantazja czy prowokacja, wydarzenia ostatnich tygodni każą zastanowić się nad scenariuszem aneksji Grenlandii przez Stany Zjednoczone. Jakby to wyglądało, czy byłyby jakiś zewnętrzny i wewnętrzny sprzeciw, no i co by z tego wszystkiego wynikło? – zastanawiam się nad tym w tekście, który opublikowałem w portalu TVP.Info. Oto jego obszerne fragmenty.

Ewentualna interwencja z dużym prawdopodobieństwem nie przybrałaby formy klasycznej wojny lądowej, lecz krótkiej, wielodomenowej operacji wymuszającej zmianę statusu terytorium. Trzon działań stanowiłyby siły morskie i powietrzne USA, wsparte przez ograniczone komponenty wojsk lądowych – przede wszystkim jednostki piechoty morskiej i sił specjalnych, przygotowane do działania w warunkach arktycznych. Nie byłaby to operacja masowa, lecz precyzyjna i punktowa.

Konflikt niskointensywny

Scenariusz działań mógłby przebiegać etapami. W pierwszej kolejności doszłoby do zamknięcia morskich podejść do Grenlandii oraz przestrzeni powietrznej. Równolegle – w oparciu o siły, które Amerykanie już mają na miejscu – zabezpieczone zostałyby kluczowe węzły infrastrukturalne – porty, lotniska oraz obiekty o znaczeniu strategicznym, w tym amerykańska baza Pituffik Space Base. Dopiero w dalszej kolejności możliwy byłby ograniczony desant powietrzno-morski, i to wyłącznie w sytuacji, gdyby wcześniejsze działania napotkały opór.

Istotnym elementem operacji byłoby postępowanie wobec lokalnej administracji Grenlandii. Zamiast jej fizycznego usuwania bardziej prawdopodobny byłby scenariusz „zamrożenia” kompetencji w obszarze bezpieczeństwa i polityki zagranicznej, przy jednoczesnym pozostawieniu władz autonomicznych odpowiedzialnych za sprawy wewnętrzne. W praktyce oznaczałoby to utrzymanie ciągłości funkcjonowania instytucji cywilnych przy równoczesnym przejęciu realnej kontroli nad kluczowymi decyzjami przez stronę amerykańską.

Równolegle prowadzone byłyby działania osłonowe o charakterze politycznym i dyplomatycznym. Obejmowałyby one intensywną komunikację z sojusznikami w ramach NATO, akcentowanie wyjątkowego charakteru sytuacji oraz argumentację opartą na bezpieczeństwie Arktyki i interesach całego Zachodu. Celem byłoby opóźnienie lub rozmycie ewentualnej reakcji sojuszniczej, zanim powstałyby podstawy do uruchomienia formalnych mechanizmów odpowiedzi.

Całość miałaby charakter szybkiej „operacji faktu dokonanego”: zakończonej zanim doszłoby do jednoznacznej, wspólnej reakcji międzynarodowej. Z wojskowego punktu widzenia byłby to scenariusz niskointensywny, lecz obciążony ogromnym ryzykiem politycznym i strategicznym.

Równi czy jednak nie?

Ewentualny spór o Grenlandię od początku miałby charakter asymetryczny. USA i Dania pozostają formalnie równoprawnymi członkami NATO, jednak ich realne możliwości polityczne i wojskowe są nieporównywalne. USA dysponują globalnym potencjałem militarnym, zdolnością do samodzielnego prowadzenia operacji we wszystkich domenach oraz dominującą pozycją wewnątrz Sojuszu. Dania, mimo wysokiego poziomu interoperacyjności i aktywnego udziału w misjach NATO, nie posiada narzędzi pozwalających na samodzielne przeciwstawienie się presji ze strony Waszyngtonu.

Z punktu widzenia USA kluczowe znaczenie miałaby kalkulacja kosztów politycznych, a nie militarnych. Otwarta konfrontacja z Danią – nawet ograniczona – niosłaby ryzyko kryzysu wewnątrz NATO, osłabienia wiarygodności sojuszniczej oraz napięć z innymi państwami europejskimi – o czym szerzej w dalszej części tekstu. Z drugiej strony Waszyngton mógłby zakładać, że żaden z sojuszników nie byłby gotów na eskalację konfliktu z USA w obronie Grenlandii, zwłaszcza w sytuacji, gdy działania zostałyby przedstawione jako wyjątkowe, związane z bezpieczeństwem Arktyki i rywalizacją globalnych mocarstw.

Dla Kopenhagi scenariusz ten oznaczałby ograniczone pole manewru. Odpowiedź stricte wojskowa byłaby nierealna, a presja dyplomatyczna – zależna od zdolności zbudowania szerokiego poparcia wśród sojuszników. Jednocześnie Dania znalazłaby się w trudnej sytuacji politycznej: z jednej strony jako państwo odpowiedzialne za terytorium Grenlandii, z drugiej – jako członek NATO, starający się uniknąć otwartego konfliktu z jego najsilniejszym uczestnikiem.

W tym sensie potencjalny kryzys wokół Grenlandii byłby nie tylko testem relacji dwustronnych USA–Dania, lecz także sprawdzianem realnych mechanizmów solidarności sojuszniczej. Pokazywałby, w jakim stopniu NATO funkcjonuje jako wspólnota równych państw, a w jakim jako struktura oparta na przywództwie jednego dominującego aktora.

„Jeden za wszystkich…”, ale…

Choć artykuł 5 Traktatu Północnoatlantyckiego bywa postrzegany jako automatyczny mechanizm zbiorowej obrony, w praktyce jego uruchomienie ma charakter polityczny, a nie techniczny. Każdorazowo wymaga jednomyślnej decyzji państw członkowskich NATO, poprzedzonej oceną sytuacji i uznaniem, że doszło do zbrojnej napaści na jedno z nich. W przypadku Grenlandii proces ten od początku byłby obarczony poważnymi wątpliwościami interpretacyjnymi.

Po pierwsze, potencjalne działania USA mogłyby zostać przeprowadzone poniżej progu otwartego konfliktu zbrojnego. Ograniczona blokada morska, przejęcie kontroli nad infrastrukturą czy zmiany administracyjne, nawet jeśli byłyby postrzegane jako naruszenie suwerenności Danii, nie musiałyby jednoznacznie spełniać kryteriów „zbrojnego ataku” w rozumieniu Traktatu. To z kolei otwierałoby pole do sporów prawnych i politycznych wewnątrz Sojuszu.

Po drugie, podmiotem potencjalnych działań byłyby same USA – państwo pełniące kluczową rolę w strukturach NATO i stanowiące filar jego zdolności wojskowych. Dla wielu sojuszników oznaczałoby to realny dylemat: poparcie formalnego uruchomienia art. 5 przeciwko USA wiązałoby się z ryzykiem głębokiego kryzysu sojuszniczego, którego konsekwencje mogłyby wykraczać poza sam spór o Grenlandię.

Po trzecie, reakcja NATO byłaby uzależniona od tempa rozwoju wydarzeń. W scenariuszu szybkiej, punktowej operacji – zakończonej zanim Rada Północnoatlantycka zdołałaby wypracować wspólne stanowisko – Sojusz mógłby znaleźć się w sytuacji faktu dokonanego. Historia pokazuje, że w takich przypadkach mechanizmy kolektywne reagują wolniej niż działania jednostronne, zwłaszcza gdy brak jest jednoznacznego obrazu sytuacji w pierwszych godzinach i dniach kryzysu.

W efekcie NATO mogłoby zostać zepchnięte do roli forum konsultacyjnego, a nie bezpośredniego instrumentu odpowiedzi wojskowej. Nie oznaczałoby to jednak bierności Sojuszu, lecz raczej przeniesienie ciężaru reakcji na dyplomację, presję polityczną oraz próby mediacji – przynajmniej w początkowej fazie kryzysu.

Zarządzanie ryzykiem

W hipotetycznym scenariuszu działań wobec Grenlandii kluczową rolę odgrywałaby postawa amerykańskich sił zbrojnych. Armia USA jest strukturą silnie sprofesjonalizowaną, opartą na cywilnej kontroli władzy, ale jednocześnie głęboko zakorzenioną w myśleniu sojuszniczym i wielostronnym. Z tego punktu widzenia ewentualna operacja wymierzona w terytorium państwa NATO mogłaby spotkać się z wyraźnym oporem części kadry dowódczej, zwłaszcza na poziomie strategicznym.

Ten opór nie musiałby jednak mieć charakteru otwartego sprzeciwu. W realiach amerykańskiego systemu dowodzenia wojsko wykonuje decyzje legalnie wybranych władz cywilnych, nawet jeśli są one postrzegane jako politycznie kontrowersyjne lub obarczone wysokim ryzykiem strategicznym. W praktyce oznacza to, że sprzeciw armii mógłby przybrać formę prób ograniczania skali operacji, nacisku na warianty minimalizujące eskalację lub opóźniania decyzji, a nie odmowy wykonania rozkazów.

Nie można przy tym wykluczyć, że część środowiska wojskowego mogłaby zaakceptować taki scenariusz, jeśli zostałby on przedstawiony jako działanie o charakterze wyjątkowym, związane z długofalowym bezpieczeństwem USA w Arktyce oraz rywalizacją z innymi mocarstwami. W takim ujęciu operacja na Grenlandii mogłaby być postrzegana nie jako konflikt sojuszniczy, lecz jako rozszerzenie istniejącej obecności i odpowiedzialności strategicznej.

Przykład wojny secesyjnej pokazuje, że armia USA ma doświadczenie funkcjonowania w warunkach głębokiego napięcia politycznego i niejednoznaczności lojalności, co pozostaje ważnym, choć pośrednim punktem odniesienia. Współcześnie bardziej prawdopodobny byłby nie rozłam, lecz wewnętrzna debata o granicach odpowiedzialności wojska w realizacji decyzji politycznych. Kończąc wątek najrozsądniej uznać, że armia USA nie byłaby ani jednolitym hamulcem, ani bezrefleksyjnym narzędziem eskalacji. Jej rola sprowadzałaby się raczej do zarządzania ryzykiem, ograniczania kosztów politycznych i militarnych oraz realizacji decyzji władz cywilnych w możliwie najbardziej kontrolowany sposób.

A czy NATO by przetrwało taki kryzys? O tym w dalszej części tekstu – oto link do tego materiału.

—–

Po weekendzie wracam do tematyki ukraińskiej. A gdybyście chcieli już dziś wesprzeć mój wschodni raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Zdjęcie ilustracyjne, wykonane przeze mnie zimą 2012 roku w Afganistanie/fot. własne