Archiwum kategorii: Militaria

Aktywizacja

Polska wzmacnia potęgę… amerykańskiego przemysłu.

Trochę niepostrzeżenie, bez medialnej wrzawy, rząd PiS przepchnął zmiany w budżecie za 2021 r. Jedną z poprawek – dotyczącą zwiększenia o 6,9 mld zł finansowania armii – usiłował zablokować Senat. Zdominowana przez opozycję izba miała inny pomysł na wykorzystanie wspomnianej kwoty. „Są to środki na modernizację sił zbrojnych, a dokładnie na zakup czołgów Abrams. Ministerstwo Finansów wskazywało, że dodatkowe wydatki zapisane w nowelizacji budżetu są wydatkami prorozwojowymi. Zakup tego uzbrojenia nie przyczynia się do większej dynamiki gospodarczej, bo te środki wypłyną za granicę. Dzisiaj priorytetem powinna być służba zdrowia”, argumentował senator Kazimierz Klejna z Koalicji Obywatelskiej, przewodniczący Komisji Budżetu i Finansów Publicznych. Na próżno. Sejm senacką poprawkę odrzucił, a Andrzej Duda – w typowym dla siebie, ekspresowym tempie – podpisał nowelę ustawy budżetowej. Zgodnie z nią, ministerstwo obrony otrzyma w tym roku nie 51,2 mld zł, a 58,1 mld, czyli rekordowe 2,4% PKB.

Tak wielkimi pieniędzmi MON nie dysponowało nigdy po 1989 r. Zaskakuje też dynamika zmian w wydatkach na zbrojenia. W 2015 r. rząd RP przeznaczył na ten cel 38 mld zł, dwa lata później koszty utrzymania armii spadły o ponad miliard, by w 2018 r. przekroczyć 40 mld zł. Rok później na obronność wydaliśmy 44 mld, w 2020 r. 49 mld zł. Tegoroczny budżet oznacza, że w ciągu 6 lat doszło do prawie 70-procentowego wzrostu nakładów. W projekcie budżetu na przyszły rok przewidziano, że MON otrzyma 57 mld zł, ale ten dokument wymaga jeszcze przejścia całej procedury legislacyjnej. Zakładając, że PiS utrzyma sejmową większość, można przyjąć, że kwota ta nie ulegnie znaczącej korekcie. Mając z kolei w pamięci doświadczenia z nowelizacją, prawdopodobny wydaje się scenariusz korekty in plus już w trakcie obowiązywania budżetu. Niezależnie od tego, czy do niej dojdzie, realne nakłady na wojsko w 2022 r. i tak mają szansę przekroczyć 60 mld zł. Większość z dopisanych właśnie MON pieniędzy nie zostanie bowiem wydana w bieżącym roku.

Skarpeta ministerstwa

Zgodnie z ustawą o dyscyplinie finansów publicznych, ministerstwa zobowiązane są zwracać niewykorzystane w danym roku budżetowym środki. Sposobem na uniknięcie takiej sytuacji jest tworzenie funduszy celowych, których nie dotyczy ów reżim. Fundusz Modernizacji Sił Zbrojnych (FMSZ) – gdzie trafi 6,3 mld zł ze wspomnianych 6,9 mld – jest więc czymś w rodzaju „skarpety”, w której MON trzyma swoje „oszczędności”. Po co? W projekcie ustawy budżetowej na 2022 r. przewidziano FMSZ na poziomie 10 mld zł i wydatki w jego ramach nie większe niż 200 mln zł. Żadne z zaplanowanych zakupów nie mają związku z Abramsami, o których wspominał senator Klejna, co wcale nie podważa prawdziwości słów polityka opozycji. Potwierdza ją… Mariusz Błaszczak. „Prezydent podpisał nowelizację ustawy budżetowej na 2021 r., dzięki której będzie prawie 7 mld zł więcej na wydatki obronne. Ustawa gwarantuje dodatkowe środki, które zostaną przeznaczone m.in. na zakup czołgów Abrams”, napisał na Twitterze minister obrony.

Tuż po powrocie z niedawnej wizyty w Stanach Zjednoczonych Błaszczak zadeklarował, że pierwsze Abramsy pojawią się w Polsce już w przyszłym roku. Tymczasem w planach zakupowych ministerstwa – nie tylko dotyczących FMSZ, ale całego budżetu MON – nie ma o tym choćby wzmianki. I być nie może, bowiem nie istnieje jeszcze żadna umowa z Amerykanami. W sprawie czołgów Polska jest dopiero na początku drogi – przed nami m.in. konieczność uzyskania zgody Kongresu na sprzedaż. Ma to nastąpić do końca br., ale na etapie planowania budżetu MON, w tym zapisów dotyczących FMSZ, nie można było domniemywać kongresowej zgody. Stąd zapisy nieuwzględniające transakcji, pozornie sprzeczne z deklaracjami ministra i przewidywaniami opozycji. Dla porządku dodajmy, że całość przyszłej umowy na pozyskanie 250 Abramsów, sprzętu towarzyszącego, amunicji i pakietu szkoleniowego, ma opiewać na kwotę 23 mld zł. To dużo więcej niż zasilony właśnie FMSZ, co pozwala przypuszczać, że gros wydatków zostanie poniesionych po 2022 r.

Armia na zakupach

A na co MON wyda pieniądze w przyszłym roku? 13,5 mld zł pochłoną pensje dla 115 tys. żołnierzy zawodowych, 35 tys. wotowców i 53 tys. pracowników wojska. W tej kwocie mieści się również uposażenie dla funkcjonariuszy SKW i SWW, 8 tys. kandydatów do służby wojskowej oraz tysiąca żołnierzy Narodowych Sił Rezerwy. 156 tys. byłych mundurowych otrzyma 8,24 mld zł z tytułu świadczeń emerytalno-rentowych. Łącznie zatem wydatki osobowe wyniosą 21,7 mld zł, stanowiąc niemal dwie piąte przyszłorocznego budżetu ministerstwa. Podkreślmy przy tej okazji, że jest to istotna jakościowa zmiana, bo przez większość okresu III RP, na pensje i emerytury przeznaczano aż połowę kasy MON (a bywały lata, że więcej). „Przejadanie” budżetu zwykle wiązało się z ograniczaniem zakupów – utrzymanie etatów definiowano jako cel nadrzędny. W planach na 2022 r. lista wydatków na modernizację techniczną sił zbrojnych jest, jak na polskie warunki, imponująca i zamyka się w kwocie niemal 15 mld zł (bez FMSZ).

Prawie 3 mld pochłonie budowa systemu obrony powietrznej, 2 mld – przygotowania do pozyskania samolotów F-35. 1,5 mld zł wydamy na nowy sprzęt dla wojsk rakietowych i artylerii, 1,2 mld będą kosztować śmigłowce dla marynarki wojennej. Ale wojsko to nie tylko broń – na inwestycje budowlane przeznaczonych zostanie 2,1 mld zł, niezależnie od 800 mln zł, jakie planujemy wydać na projekty infrastrukturalne, związane z obecnością w NATO. Ponad 1,1 mld pójdzie na remonty uzbrojenia, w czym mieści się przywracanie do jako takiego stanu czołgów T-72. De facto więc mówimy tu o kroplówce dla rodzimego przemysłu, bowiem utrzymywanie w linii tych przestarzałych wozów już dawno minęło się z sensem. 1,9 mld zł to pieniądze na zakup środków materiałowych – amunicji (1 mld zł), mundurów, paliwa, smarów itp. Planowane jest zabezpieczenie 1,1 mld zł na prace badawczo-rozwojowe. Wojsko – jako instytucja żywotnie zainteresowana stanem infrastruktury drogowej – zapłaci też 500 mln daniny na rzecz Rządowego Funduszu Rozwoju Dróg.

Czy to etyczne?

Armia jest jak studnia bez dna – ile by w nią nie włożyć, zawsze znajdą się niezaspokojone potrzeby. Zwłaszcza w przypadku wojska przez dekady notorycznie niedoinwestowanego – a właśnie w takich warunkach funkcjonowało WP. Zdaniem specjalistów, by osiągnąć poziom natowskiej czołówki, konieczne byłyby zakupy sprzętu i uzbrojenia o wartości 150 mld zł. A to oznacza finansowanie na poziomie 3,5-4% PKB przez dekadę. Przekładając to na konkrety, przyszłoroczny budżet MON powinien zamknąć się w kwocie 80 mld zł. A później tylko rosnąć. Bo lista potrzeb jest długa. W służbie wciąż pozostają ponad 40-letnie transportery BWP-1 (do wymiany jest ponad 1000 sztuk tego sprzętu), marynarka wojenna właśnie straciła zdolności podwodne (jedyny OP trafił do remontu), a program budowy fregat pozostaje wyłącznie programem. Kurczy się flota śmigłowców transportowych, pilnej wymiany wymagają pozbawione już amunicji rakietowej śmigłowce uderzeniowe. Symboliczne możliwości ma, i będzie posiadała w najbliższych latach, obrona przeciwlotnicza.

A to tylko niektóre z priorytetów. Czy najważniejsze? Pandemia obnażyła strukturalną słabość polskiej służby zdrowia. Jasne jest, że bez zwiększenia nakładów, co rusz będziemy mieli do czynienia z zapaściami, podobnymi do tej z przełomu 2020 i 2021 r. I że wówczas – jak w czasie II i III fali COVID-19 – będą umierać ludzie, w skali podobnej do niejednych działań zbrojnych. Wystarczy wsłuchać się w argumenty protestujących z „białego miasteczka”. A obszarów państwa dotkniętych kryzysem jest przecież więcej. Dość wspomnieć edukację, niewydolny i przestarzały system energetyczny czy całe gałęzie gospodarki dotkniętej pandemicznym kryzysem. W takim kontekście zwiększanie nakładów na wojsko wydaje się niewłaściwe, a nawet nieetyczne. Szczególnie gdy uświadomimy sobie, w jakiej kondycji znajduje się polski przemysł zbrojeniowy. Najlepiej świadczy o niej fakt, że 70% środków wydanych na nowy sprzęt trafi za granicę – głównie do USA (a w przyszłym roku istotna część także do Turcji). Zaorana w latach 90. „zbrojeniówka” nie jest w stanie stworzyć i wyprodukować bardziej zaawansowanych rodzajów uzbrojenia. Kupujemy więc za Oceanem, czyniąc z budżetu MON coś na kształt Funduszu Aktywizacji Amerykańskiej Gospodarki…

—–

Pilnej wymiany wymagają pozbawione już amunicji rakietowej śmigłowce uderzeniowe Mi-24/fot. Bartek Bera

Tekst opublikowałem w Tygodniku Przegląd, 44/2021

Prymusi

Lotniskowiec USS Theodore Roosevelt zawinął do wietnamskiego portu w Da Nang 5 marca 2020 r. Część spośród liczącej 4,8 tys. członków załogi zeszła wówczas na ląd. Kilku oficerów zakwaterowano w jednym z miejscowych hoteli, gdzie – jak się wkrótce okazało – przebywały także osoby zarażone Covid-19. Kurtuazyjna wizyta trwała cztery dni, marynarzy, którzy mieli kontakt z chorymi, poddano izolacji po powrocie na pokład. Mimo to 22 marca służby medyczne Roosevelta wykryły pierwszy przypadek koronawirusa. W następnych dniach sprawy potoczyły się błyskawicznie. Niezależnie od potężnych rozmiarów okrętów, załogi atomowych lotniskowców żyją na małych przestrzeniach, w nieustannym ścisku. To idealne warunki do rozprzestrzeniania się wirusa, którego ostatecznie zdiagnozowano u niemal 1,3 tys. załogantów. Kilkudziesięciu marynarzy wymagało hospitalizacji, jeden zmarł. 41-letni starszy podoficer Charles Thacker Jr. był pierwszą ofiarą covidu, pozostającą w służbie czynnej w siłach zbrojnych USA.

Flota na czele

Ofiarą pokładowej epidemii padł również dowódca Roosevelta kpt. Brett Crozier. Gdy choroba atakowała kolejnych podwładnych, Crozier zdefiniował zagrożenie jako niepotrzebne – wszak nie toczyły się działania zbrojne – narażanie życia i zdrowia całej załogi. Oczekiwał więc od przełożonych ewakuacji części personelu, by móc kontynuować rejs. Jego list w tej sprawie – poza admiralicją – dostał się także w ręce dziennikarzy. 31 marca 2020 r. „San Francisco Chronicle” opublikowała treść depeszy, co wywołało natychmiastową reakcję dowództwa floty. Lotniskowiec zacumował w Guam, marynarzy wyokrętowano (pozostawiając jedynie szkieletową obsadę), a kapitana pozbawiono dowództwa. Crozier schodził z mostka, żegnany przez podwładnych wiwatami i oklaskami. Ta reakcja nie powstrzymała pełniącego obowiązki sekretarza marynarki Thomasa Modly’ego – który niebawem odwiedził Roosevelta – przed nazwaniem kapitana „zbyt naiwnym lub zbyt głupim” na dowodzenie jednostką. Nieco później Modly przeprosił i ustąpił ze stanowiska, Croziera przeniesiono do służby na lądzie. USS Theodore Roosevelt odzyskał sprawność bojową dopiero po dwóch miesiącach.

Lotniskowiec to jeden z filarów amerykańskiej potęgi. Dopłynie niemal wszędzie, a jego arsenał – wraz z potencjałem towarzyszącej mu grupy – przewyższa możliwości militarne niejednego państwa. Z faktu, iż niewidzialny gołym okiem „przeciwnik” wyeliminował z akcji tak potężną jednostkę, Marynarka Wojenna USA wyciągnęła odpowiednie wnioski. Jak donosi „Washington Post”, w drugim tygodniu października br. aż 90% personelu US Navy miało za sobą pełen cykl szczepień przeciwko Covid-19. Marynarzy, którzy przyjęli co najmniej jedną dawkę, było z kolei 98%. Dla porównania, w całej populacji Stanów Zjednoczonych te statystki wyglądają następująco: 57 i 66%. Na tle prymusów z floty gorzej wypadali przedstawiciele lotnictwa i armii – w obu rodzajach sił zbrojnych w pełni zaszczepionych było 81% wojskowych. Korpus Piechoty Morskiej (USMC) mógł się pochwalić 77-proc. współczynnikiem wyszczepialności. I na tym koniec dobrych wieści, bowiem w przypadku rezerwy armii oraz Gwardii Narodowej statystki odstawały in minus od średniej populacyjnej i nie przekraczały 40%.

Szczepienia na rozkaz

W Stanach – jak w wielu innych krajach – gros opiniotwórczych środowisk używa do opisu pandemii typowo wojennej narracji. I nic w tym dziwnego – covid zabił do tej pory ponad 700 tys. Amerykanów, więcej, niż wyniosła liczba ofiar wojny secesyjnej, najkrwawszego konfliktu w historii USA. Ów zabieg drażni członków ruchów antyszczepionkowych, zwłaszcza po tym, jak stracili największego zwolennika w postaci Donalda Trumpa (który pomimo denialistycznych poglądów, sam szczepionkę przyjął). Przekłada się bowiem na postępowanie obecnej administracji, traktującej pandemię jako realne i poważne zagrożenie. W sierpniu br. Pentagon – działając na podstawie dekretu Joe Bidena – poinformował 2,1 mln żołnierzy, że szczepienia stają się obowiązkowe, zwolnienia będą udzielane z rzadka, a ci, którzy odmówią zabezpieczenia, zostaną ukarani. Rodzajom sił zbrojnych wyznaczono terminy dla osiągnięcia pełnej immunizacji. Część mija wraz z początkiem listopada, ale gwardzistom i rezerwistom pozostawiono wolną rękę aż do czerwca 2022 r.

Niewykluczone jednak, że okres ten ulegnie skróceniu wobec tak powszechnej obstrukcji w szeregach Gwardii. Pandemia, niepokoje społeczne i wojskowe zaangażowanie Waszyngtonu na całym świecie powodują, że gwardziści – jakkolwiek nie wchodzą w skład regularnego wojska – są masowo powoływani do służby. „Ludzie w mundurach nie mogą stanowić zagrożenia epidemiologicznego” – grzmią krytycy tak długiego odroczenia. W tym kontekście niepokojąca wydaje się sytuacja w Korpusie Piechoty Morskiej. Marines mają czas do końca listopada, ale to najbardziej „zalatana” część amerykańskiej armii. Ponadto średnia wieku w Korpusie jest najniższa w całych siłach zbrojnych, służy tam mało kobiet oraz niewielki odsetek osób z wykształceniem wyższym. Zdaniem specjalistów, sprzyja to większej otwartości na idee antyszczepionkowe. Co więcej, nieustanne zaangażowanie w misje wymaga odpowiedniej kondycji, której często towarzyszy przekonanie o doskonałym zdrowiu, niewymagającym „niepotrzebnych” szczepionek. Czy w obliczu tych czynników USMC dołączy do prymusów z floty? A może będziemy świadkami masowych zwolnień z tej elitarnej formacji?

Nie ma śladu po emocjach

Spektakularnych zwolnień nie należy spodziewać się w Wojsku Polskim. Nie ma u nas szczepień na rozkaz – trudno zatem o podstawę prawną. Formalnie stosunek armii do sprawy reguluje decyzja gen. Rajmunda Andrzejczaka, szefa sztabu generalnego WP, z sierpnia br. Warunkuje ona udział w szkoleniach, kursach i misjach zagranicznych od posiadania certyfikatu immunizacji. De facto więc wojsko uniemożliwia normalnie funkcjonowanie tym, którzy bez wyraźnych przeciwskazań sprzeciwiają się przyjęciu preparatów ochronnych. Na początku roku – gdy Departament Kadr MON opuściło pismo o podobnym brzmieniu jak późniejsza decyzja szefa sztabu – pośród wojskowych zawrzało. „Pojawią się skutki uboczne i nie będziemy w stanie pełnić służby. Wylecimy z armii i co dalej? Kto weźmie odpowiedzialność za nasze zdrowie i sytuacje rodzin?” – pytano. I zwracano uwagę, że szczepienie na rozkaz załatwiłoby problem – odpowiedzialność przełożonych byłaby wówczas oczywista. I choć brzmiało to sensownie, trudno było oprzeć się wrażeniu, że wojskowi darzyli państwo polskie nieufnością. Zapewne nie bez znaczenia był w tym kontekście fakt, że w historiach rannych w Iraku i Afganistanie żołnierzy nie brakowało przykładów umywania rąk przez urzędników MON.

Dziś nie ma już śladu po tamtych emocjach. Jak wynika z informacji przekazanej nam przez Dowództwo Generalne, w pełni zaszczepionych jest obecnie 88% żołnierzy. Pierwszą dawkę zaś przyjęło 91% wojskowych.

– Szczepienia trwają, a różnice między rodzajami sił zbrojnych są niewielkie, rzędu procenta-dwóch – mówi ppłk Marek Pawlak. – Przygotowujemy się do szczepień dawką przypominającą – dodaje.

Dowództwu Generalnemu nie podlegają wojskowi z obrony terytorialnej, a tam sytuacja nie wygląda już tak dobrze. Co prawda w pełni zaszczepionych jest 85% kadry zawodowej, ale pośród ochotników (cywilów powoływanych do służby w razie potrzeby oraz na cykliczne ćwiczenia) odsetek ten nie przekracza 60%. Jak podkreśla płk Marek Pietrzak, rzecznik Wojsk Obrony Terytorialnej, proces szczepień trwa – i wkrótce należy spodziewać się lepszych wyników. Dla porządku odnotujmy, że pełen cykl szczepień przeszło zaledwie 51% wszystkich Polaków (dane z 14 października br.). Co sprawia, że mundurowi – nawet ci z WOT – wykazują się większą niż reszta społeczeństwa zapobiegliwością? Poza wspomnianą decyzją szefa sztabu, istnieją też inne czynniki.

– Jeśli ktoś miał wątpliwości, zwyciężył nawyk podporządkowania – twierdzi dr Grzegorz Winogrodzki z Katedry Technologii Informacyjnych i Mediów Wydziału Humanistycznego AGH, sam niegdyś wojskowy. – Poza tym środowisko mundurowe jest do szczepień przyzwyczajone, udział w misji zagranicznej wiąże się z przyjęciem kilku preparatów. Zwróćmy też uwagę na specyfikę służby, która wymaga stałego monitorowania stanu zdrowia, choćby po to, by stanąć do corocznego egzaminu z WF-u. Żołnierz nie powie, że nie był u lekarza przez ileś tam lat, bo to niemożliwe. Cywilom nierzadko się to zdarza. Częste kontakty owocują zaufaniem, co w przypadku szczepionek na covid mogło mieć znacznie. Zaufanie jest istotne także na innej płaszczyźnie. Jeśli podwładny nie ufa przełożonym, armii nie ma, nie jest w stanie funkcjonować. Więc jeśli dowódcy oczekują szczepień, sami się szczepią, to żołnierze idą ich śladem. No i nie zapominajmy o etosie – żołnierz ma być gotowy do poświęceń. Nawet jeśli boi się powikłań, zakładając mundur zgodził się narażać zdrowie i życie dla dobra innych.

—–

Szczepienia to wyraz zapobiegliwości/fot. autor

Tekst opublikowałem w Tygodniku Przegląd, 43/2021

Potęga…

… bez militarnych aktywów. Jak Merkel rozbrajała niemiecką armię.

Przekonanie o sile niemieckiej gospodarki jest w Polsce powszechne i niezależne od preferencji wyborczych. Towarzyszy mu pewność, że tak było „od zawsze”. Tymczasem 16 lat temu – gdy urząd kanclerza obejmowała Angela Merkel – Niemcy pozostawały najwolniej rozwijającym się krajem grupy G-7. Miały 11-procentowe bezrobocie i strukturę gospodarki w dużym stopniu opartą o tradycyjne przemysły. Federalne władze zdawały się być przytłoczone finansowymi skutkami zjednoczenia, wydatki publiczne z trudem dźwigały – jak z przyganą mówiono w niemal całej Europie – „rozbudowany socjal”. Sami Niemcy widzieli przyszłość w ciemnych barwach, bardziej przejęci wizją niedostatku niż słabnącej pozycji międzynarodowej ich państwa. Ono jednak okazało się zadziwiająco wytrzymałe i nieźle przygotowane na trudne czasy, jakie nastały wraz z globalnym kryzysem z 2008 r. Państwowy interwencjonizm uratował gospodarkę przed większymi kłopotami, pozwalając jej ponowie rozwinąć skrzydła. Dziś bezrobocie utrzymuje się poniżej 6%, a niemieckie firmy – mimo pandemii – wciąż otwierają kolejne biznesy za granicą. Specjaliści widzą w tym zasługę ustępującej kanclerz i dodają, że Merkel umiejętnie przekuła sukcesy gospodarcze na polityczne korzyści. RFN znów bowiem cieszy się niekwestionowaną pozycją europejskiego lidera i gracza wagi światowej. W tym samym czasie gros niemieckich żołnierzy opuszcza szeregi armii. Wielu z nich ma dość służby w siłach zbrojnych, będących cieniem samych siebie sprzed lat.

Afgański test i parodia wojska

Bundeswehra powstała w 1955 r. i przez ponad 40 lat funkcjonowała jako armia przewidziana do obrony przed zmasowanym atakiem ze wschodu. W dniu zjednoczenia Niemiec liczyła 585 tys. żołnierzy – trzy razy więcej niż obecnie. Dysponowała silnym lotnictwem i potężnymi wojskami pancernymi. Wraz z końcem zimnej wojny siły zbrojne zaczęto poddawać redukcjom, zmieniono też ich charakter. Jeszcze w 1991 r. Berlin nie zdecydował się na udział w antyirackiej koalicji; rząd bał się reakcji pacyfistycznie nastawionego społeczeństwa. Rok później – gdy wojna zbliżyła się do granic Republiki – Niemcy posłały żołnierzy w ramach sił pokojowych do Bośni. Ówczesny kanclerz Helmut Kohl zapowiedział zwiększanie zaangażowania armii w misje międzynarodowe, co skutkowało przebudową Bundeswehry w formację w większym stopniu ekspedycyjną. Zaczęta w 2001 r. operacja NATO w Afganistanie okazała się ogromnym wyzwaniem. Armia, której kilka dekad wcześniej bał się cały świat, nie była w stanie skompletować wyposażenia dla kilku tysięcy żołnierzy. Ze sprzętu ogałacano więc jednostki, które pozostały w kraju. A i tak część wyposażenia wojskowi nabywali za własne pieniądze, narzekając na magazynowe sorty jeszcze z lat 60. Na miejscu Niemcom długo doskwierał brak odpowiedniej broni – dopiero po kilku latach rząd zdecydował się wysłać do Afganistanu haubice, którymi można było odpowiadać na talibskie ataki rakietowe. A do tego doszły jeszcze koszmarne wpadki. We wrześniu 2009 r., na rozkaz niemieckiego oficera, amerykańskie samoloty zbombardowały w Kunduzie dwie cysterny uprowadzone wcześniej przez rebeliantów. Nim bomby spadły, talibowie się wynieśli – wybuchy zabiły 142 cywilnych Afgańczyków. Rok później, w Mula Kuli – nieopodal bazy z ponad tysiącem Niemców – rebelianci ukamienowali parę młodych ludzi. Ich związek uznano za nieobyczajny, pastwiono się nad nimi kilkadziesiąt minut. Wojskowi z Bundeswehry nie wytknęli nosa z obozowiska.

„Po co tam jesteśmy?” – pytały niemieckie media. Pod Hindukuszem poległo 59 żołnierzy Bundeswehry, tylko niewielu w bezpośredniej walce. Wedle własnych zasad, Niemcy mogli co najwyżej się bronić. Jeden z amerykańskich generałów nazwał ów stan „parodią wojska”, co w gruncie rzeczy bliskie było rzeczywistości. Lecz dużo gorsze – z perspektywy mundurowych – procesy zachodziły w kraju. Pod pozorem kryzysowych oszczędności w latach 2010-2014 budżet armii obcięto o ponad 8 mld euro. A od 2011 r. było to już wojsko zawodowe, wymagające zatem większych wydatków osobowych. Finansową zapaść najlepiej oddają liczby (z uwagi na historyczny kontekst podane w dolarach) – w 1980 r. RFN przeznaczyła na siły zbrojne 25,5 mld dol., co stanowiło 3% PKB. W 1990 r. było to odpowiednio 40,4 mld i 2,6%, w 2000 r. 26,9 mld i 1,4%, a w 2010 r. 44,8 mld i 1,3%. Udział wydatków na obronność względem PKB zmniejszył się zatem niemal 2,5-krotnie, co przy jednoczesnym spadku siły nabywczej pieniądza oznaczało coraz mniejszą pulę dostępnych środków. Kilka lat później stało się to przedmiotem międzynarodowych kontrowersji, prezydent Donald Trump mówił wprost: „Niemcy (…) są bardzo nieuczciwe w swoim finansowym wkładzie w NATO, bo przeznaczają tylko 1%. PKB na obronność, a powinni przeznaczać 2%. A nawet te 2% to bardzo mało. (…) Oszukują nas na miliardy dolarów już od lat”.

Skala technicznej degrengolady

Trump nie był wzorem powściągliwości, ale miał sporo racji. W świecie dyplomacji problem niemieckiej armii definiowano jako „jazda na gapę”. „Niemcy czerpią z dywidendy pokoju”, mówiono w NATO, oczekując od Berlina większego wkładu we wspólne wysiłki obronne. Wspomniane 2% PKB ustalono jako wymóg w 2014 r., po rosyjskiej agresji na Krym i wschodnią Ukrainę. Działania Moskwy – jakkolwiek nie zagroziły bezpośrednio żadnemu z krajów Sojuszu – zinterpretowano jako powrót na ścieżkę zimnowojennej konfrontacji. „NATO musi się obudzić i ponownie uzbroić” – zadeklarowano na szczycie państw członkowskich w Walii. Poza USA – które tradycyjnie łożyły na wojsko gigantyczne kwoty – poziom 2% PKB zdołały osiągnąć Bułgaria (3,2%), Grecja (2,3%), Wielka Brytania i Estonia (2,1%) oraz Rumunia, Litwa, Łotwa i Polska (2%). W Niemczech wydatki również zaczęły rosnąć (w 2014 r. wynosiły 33 mld euro), lecz masę pieniędzy przeznaczano na zakup nowego sprzętu – samolotów Eurofighterów, wielozadaniowych okrętów MKS-180 czy śmigłowców NH-90. Koszty tych programów były na tyle wysokie, że Bundeswehra na kilka lat zrezygnowała z nabywania części zamiennych, niezbędnych do utrzymania już posiadanego wyposażenia. „Armia jest w złym stanie” – alarmował w 2017 r. Jochen Both, emerytowany niemiecki generał. „Czy dalibyśmy radę obronić własny kraj i sojuszników? Oczywiście, że nie. W przypadku rosyjskiego ataku, bez ogromnego wsparcia Amerykanów, nie przetrwalibyśmy” – przekonywał w magazynowym wydaniu „Bilda”. Fakt, iż głosu udzieliła mu bulwarówka, służby prasowe rządu wykorzystały do zdeprecjonowania tej opinii. Szczególnie, że Both wprost zaatakował niemiecką kanclerz. „Jestem rozczarowany Angelą Merkel. W czasie jej rządów została zaniedbana poważna i długotrwała debata o tym, co może i musi robić Bundeswehra. Przez te lata nie wzrosło też społeczne zaufanie do armii” – mówił. Czas przyznał mu rację.

Raport, którego fragmenty ujawniono w 2018 r., wskazywał na porażkę polityki kadrowej. Nieobsadzonych pozostawało 10% etatów – wojsku, postrzeganemu jako niezbyt atrakcyjne miejsce pracy, brakowało ponad 20 tys. ludzi. Dokument obnażył też skalę technicznej degrengolady Bundeswehry. Oficjalnie armia posiadała 244 czołgi Leopard 2, ale tylko 176 znajdowało się w jednostkach, a przeciętnie 105 wozów miało pełną zdolność operacyjną. W tym miejscu warto przypomnieć, że 249 czołgów przekazano Polsce (pierwszą partię w latach 2002-03, drugą – 2014-15), gdzie stanowią one trzon sił pancernych. Wozy starszej generacji (A4) trafiły do Wojska Polskiego za symboliczną opłatą, nowsze (A5 z drugiej transzy) kosztowały budżet Rzeczpospolitej 180 mln euro. Niezależnie od tego, oba zakupy należy rozpatrywać w kategoriach niezwykłej okazji, Niemcy pozbyły się bowiem pełnowartościowego sprzętu. Wróćmy jednak do raportu – w przypadku haubic PzH 2000 spośród nominalnych 121 egzemplarzy, na stanach konkretnych oddziałów znajdowało się 75 szt., w gotowości do użycia zaledwie 42. Imponująca flotylla Eurofighterów (128 maszyn) w dwóch trzecich okazała się nielotna. Jeszcze gorzej wyglądała sytuacja w przypadku uderzeniowych Tornado – spośród 93 będących rzekomo w linii samolotów latało przeciętnie 26 maszyn. Z 52 szturmowych śmigłowców Tiger o pełnej sprawności można było mówić w przypadku 12 helikopterów. Dodajmy do tego chlubę niemieckiej marynarki wojennej – okręty podwodne typu 212. Żaden z czterech u-bootów nie był w stanie wypłynąć w samodzielny rejs. A to tylko przykłady. „Jest źle, trzeba to zmienić” – przyznała wówczas Angela Merkel. Wydatki wzrosły – w 2019 r. osiągnęły poziom 51,4 mld euro, w kolejnym roku – 53 mld. W przyszłorocznym budżecie rząd w Berlinie planuje przeznaczyć na cele obronne równie pokaźną kwotę, ale to wciąż ledwie 1,57% PKB. Widać po tym wyraźnie, że niemiecka kanclerz – nawet w perspektywie odejścia z urzędu – tylko nieznacznie koryguje jedno ze swoich politycznych credo, jakim było schlebianie pacyfistycznym nastrojom większości niemieckiego społeczeństwa.

Bundeswehra w służbie… Polski

No i budżet najprawdopodobniej będzie realizowany w zupełnie innych uwarunkowaniach. Rządząca dotąd chadecja z CDU/CSU nie wygrała wrześniowych wyborów parlamentarnych, zajmując drugie miejsce po SPD. Na kolejnych pozycjach uplasowali się Zieloni, liberalna FDP i nacjonalistyczna AfD. W Berlinie trwają próby sformowania koalicji. Niezależnie od wyników negocjacji jasne jest, że kształt polityki bezpieczeństwa będzie efektem kompromisów. W najbardziej prawdopodobnym scenariuszu – rządu SPD, Zielonych i FDP – nie należy spodziewać się kolejnych budżetów na poziomie 2% PKB. I socjaldemokraci, i Zieloni opowiadają się za utrzymaniem obecnej skali wydatków zbliżonych do 1,6%. Co więcej, Zieloni i część SDP sprzeciwiają się dalszemu udziałowi Niemiec w tzw. nuklearnej partycypacji (ang. nuclear sharing). To stary natowski program, wywodzący się jeszcze z czasów zimnej wojny. USA rozlokowały wówczas w Europie Zachodniej broń atomową jako straszak na Związek Radziecki. Po 1991 r. większość głowic wróciła za Ocean, jednak ponad setka bomb pozostała we Włoszech, w Turcji, w Belgii, Holandii i w Niemczech. Kontrolę nad nimi sprawują Amerykanie, jednak w razie potrzeby ładunki zostaną przekazane miejscowym siłom powietrznym. W przypadku RFN byłby to 33. Pułk Lotnictwa Taktycznego Luftwaffe, stacjonujący w bazy lotniczej Büchel w Nadrenii-Palatynacie. Piloci tej elitarnej jednostki od dekad szkolą się w zrzucaniu „atomówek”. W latach 80. XX w. pułk wyposażono w samoloty Tornado, które mają zostać wycofane ze służby do 2030 r. Berlin zapowiedział już kupno następców – 45 amerykańskich F-18 – nie sposób jednak wykluczyć, że z decyzji tej się wycofa. Otwarte wypowiedzenie udziału w nuclear sharing jest mało prawdopodobne z uwagi na koszty wizerunkowe (pozostali sojusznicy odebraliby to jako podważenie jednej z fundamentalnych zasad NATO – koncepcji kolektywnej obrony). Co innego stopniowa reedukacja personelu, spowodowana brakiem odpowiednich nośników, której towarzyszyłyby zapewne zakulisowe próby podważania sensowności projektu. Na marginesie warto wspomnieć, że niemiecką niechęć do atomu chętnie wykorzystałaby Polska, której obecne władze widziałby u siebie amerykańskie głowice.

Czyżby więc zanosiło się na ciąg dalszy „jazdy na gapę”? W niemieckiej polityce możliwe są również inne scenariusze, włącznie z wielką koalicją wygranych (SPD-CDU/CSU). I w tym kontekście warto wspomnieć o deklaracji obecnej minister obrony RFN. Annegret Kramp-Karrenbauer – podczas spotkania ze swoimi odpowiednikami z NATO – przyznała, że ambicją Niemiec jest posiadanie do 2030 r. sił zbrojnych stanowiących 10% potencjału obronnego NATO. Specjaliści wątpią w tak szybką odbudowę Bundeswehry, co nie zmienia faktu, że dziś stanowi ona trzecią (po armiach Francji i Włoszech) siłę wojskową w zjednoczonej Europie. I choć dalece nie odpowiada to politycznej pozycji Berlina, nie zapominajmy o potencjale ludnościowym, bazie przemysłowej oraz możliwościach inwestycyjnych Niemiec. Zwłaszcza dwa ostatnie czynniki sprawiają, że RFN – w razie realnego zagrożenia – byłaby w stanie stosunkowo szybko osiągnąć pozycję wojskowego lidera w Unii Europejskiej. Czy stanie się to ze szkodą dla Polski? Jak zauważa „Die Welt”, w 2020 r. Polska wyeksportowała do Niemiec towary i usługi o wartości 58,1 mld euro. Obroty handlowe między oboma krajami wyniosły 122,9 mld euro i stale rosną. Te dane nie pozostają bez wpływu na wyniki Barometru Polsko-Niemieckiego, reprezentatywnego badania postaw obywateli obu krajów. Wynika z nich, że 57% Niemców i 65% Polaków ocenia wzajemne stosunki jako bardzo dobre lub raczej dobre. Połowa z nich upatruje przyczyny we wspólnych interesach gospodarczych. Co istotne, obie nacje są niemal w równym stopniu zgodne w kwestii niemieckiej armii: 48% Polaków i 51% Niemców jest przekonanych, że zwiększenie niemieckich wydatków na obronność przysłuży się bezpieczeństwu Polski. „Jest to spory znak zaufania, bo przecież zbrodnie popełnione przez Niemców na Polakach w czasie II wojny światowej są wciąż obecne w polskiej świadomości” – pisze gazeta. Jak widać, większą moc mają podzielane przez oba narody lęki związane z poczynaniami Rosji i Chin. Niewykluczone też, że Polacy nie ufają w zdolności własnej armii, od lat trapionej permanentnym kryzysem. Ale to już zupełnie inna historia…

—–

Nz. Niemiecka baza w afgańskim Mazar-i-Szarif. Daleko od domu, ale z zachowaniem niemieckiego ładu i porządku… Jesień 2009 r./fot. autor

Tekst opublikowałem w Tygodniku Przegląd, 42/2021

Pakt

Australia – z uwagi na geografię i demografię – skazana jest na posiadanie stosunkowo silnej marynarki wojennej. Wysunięte przedpole dla kraju-wyspy – zamieszkałego przez relatywnie niską liczbę ludności – stanowią bowiem wody Pacyfiku i Oceanu Indyjskiego. Australijskie „być albo nie być”, to uniemożliwienie nieprzyjacielowi desantu, zniszczenie jego armady inwazyjnej jeszcze na morzu. Do tego celu doskonale nadają się m.in. okręty podwodne – obecnie pod banderą RAN (ang. Royal Australian Navy) pływa ich sześć. To względnie nowoczesne jednostki, przekazane flocie w latach 1996-2003. Wszystkie mają zostać już wkrótce zmodernizowane, zatem należy spodziewać się ich dalszej służby przez co najmniej kilkanaście lat. Ale Canberra już od dawna myślała o następcach. Nie było więc wielkiego zaskoczenia, gdy australijski rząd ogłosił w połowie września decyzję o zakupie ośmiu okrętów. Poruszenie pośród polityków i wojskowych z kilku państw wywołał fakt, że mają to być jednostki o napędzie atomowym.

Takimi okrętami dysponują wyłącznie mocarstwa jądrowe – i to nie wszystkie (nie mają ich np. Izrael i Pakistan). Prym wiodą, co oczywiste, marynarki wojenne USA (71 szt.) i Rosji (31 szt.), w II lidzie pozostają Wielka Brytania (11 szt.), Francja (10 szt.) i Chiny (ok. 10 szt.). Zaledwie pojedynczy sprawny okręt pływa pod banderą Indii. Ogłoszony zakup sprawi więc, że Australia przebojem wedrze się do elitarnego grona – co istotne, nie tylko użytkowników, ale i producentów tego rodzaju uzbrojenia. Umowa zawarta między Canberrą, Waszyngtonem i Londynem zakłada bowiem transfer technologii, dzięki czemu okręty powstaną w Australii. Oznacza to wydłużenie realizacji kontraktu – zdaniem niektórych ekspertów, aż o dekadę. W praktyce zatem pierwsze okręty wyjdą w morze w połowie lat 30. To dość odległa perspektywa, ale mówimy o jednostkach, których eksploatacja potrwa co najmniej 40 lat. Stąd też bierze się zawrotna suma całego przedsięwzięcia, sięgająca 50 mld dol.

Atomowe ambicje wyspiarzy

RAN potrzebuje nowych okrętów dla zwiększenia efektywności. Tradycyjny napęd dieslowsko-elektryczny pozwala użytkowanym obecnie jednostkom na 11-dniowe patrole. W teorii, reaktory jądrowe stworzą możliwość nieograniczonego w czasie rejsu. Biorąc pod uwagę czynnik ludzki i mechaniczny (zmęczenie załogi i zużycie podzespołów), realne staną się 2,5-miesięczne wyprawy. Co ważne, realizowane bez konieczności pobierania paliwa, przy większych prędkościach i zasięgach, okrętami cichszymi i wytrzymalszymi. Czy lepiej uzbrojonymi? Zapewne tak, choć trudno na razie o szczegóły. Zapowiedziany zakup nie łamie układu o nierozprzestrzenianiu broni jądrowej – kraje nieposiadające takich głowic, mogą dysponować okrętami o napędzie atomowym. Niemniej pośród australijskiej klasy politycznej nie brakuje zwolenników radykalnego zwiększenia potencjału odstraszania. W myśl tej idei, okręty powinny móc wystrzeliwać pociski manewrujące z ładunkami jądrowymi.

Samo posiadanie „nośników” nie jest jednoznaczne ze statusem atomowego mocarstwa. Niemieccy piloci od dekad szkolą się w zrzucaniu „atomówek”, choć RFN takiej broni nie ma w arsenale. Program „nuklearnej partycypacji” służy zwiększeniu puli wyszkolonych załóg, będących w dyspozycji NATO – i mimo kontrowersji, wciąż jest kontynuowany. Podobnie należy spojrzeć na australijskie zabiegi, tym uważniej, że okręty z opcją atomowych pocisków to nie jedyny pomysł wpływowych polityków. W Australii coraz częściej mówi się też o nabyciu amerykańskich samolotów B-21. To bombowce strategiczne (nadal w fazie testów), o międzykontynentalnym zasięgu. Oba te „nośniki” – choć po prawdzie także każdy z osobna – wyposażone w bomby i pociski jądrowe, zasłużyłyby na miano „game changerów” w południowo-wschodniej Azji i Oceanii. Nic dziwnego więc, że zapowiedź Canberry dotycząca kupna okrętów wzburzyła Pekin. Chińska propaganda określiła te plany jako wrogie i wymierzone w interesy Państwa Środka.

Eliminacja dużego gracza

Bo takimi w istocie są. Kwestia okrętów to jedynie fragment porozumienia, zawartego 15 września br. przez Australię, Wlk. Brytanię i USA. Nosi ono nazwę AUKUS (od ang. Australia, United Kingdom, and the United States) i zakłada szereg działań zwiększających zachodnią obecność wojskową na Pacyfiku. Poza rozbudową „zdolności podwodnych” członków paktu, umowa przewiduje współpracę w zakresie cyber-wojny oraz uderzeń dalekiego zasięgu. Są w niej też zapisy dotyczące utrzymywania i rozwoju „infrastruktury obrony jądrowej”. Wspólne oświadczenie australijskiego premiera Scotta Morrisona, brytyjskiego szefa rządu Borisa Johnsona i prezydenta USA Joe Bidena nie wymieniło z nazwy żadnego kraju-przeciwnika. Brudną robotę wykonali anonimowi współpracownicy polityków, którzy już bez ogródek zapewniali media, że AUKUS ma na celu przeciwdziałanie wpływom Chin w obszarze Indo-Pacyfiku. Chiński ekspansjonizm od dawna definiowany jest jako zagrożenie dla Waszyngtonu i, w mniejszej skali, Londynu. Canberra przez lata lawirowała pomiędzy Pekinem a Zachodem. Chiny są największym partnerem gospodarczym Australii, na kontynencie mieszka 650 tys. Australijczyków chińskiego pochodzenia. Jednoznaczny kierunek na anglosaską wspólnotę oznacza, że rząd Australii postawił bezpieczeństwo nad ekonomię.

I działa przy tym bezkompromisowo. Zapowiedź kupna ośmiu atomowych okrętów podwodnych wywołała szok w Paryżu. Tym samym bowiem Australijczycy zerwali umowę z Francuzami, w 2019 r. nazwaną „militarnym kontraktem stulecia”. Finalnie opiewał on na sumę niemal 60 mld euro i przewidywał zbudowanie aż 12 tradycyjnie napędzanych okrętów podwodnych. Co istotne, Francuzi posiadają odpowiednie know-how i byliby w stanie zaproponować Australijczykom budowę jednostek wyposażonych w napęd jądrowy. Canberra wybrała jednak opcję amerykańsko-brytyjską, o czym Paryż dowiedział się w ostatniej chwili przed podpisaniem paktu AUKUS. I właśnie ów styl zerwania umowy szczególnie mocno ubódł prezydenta Francji Emmanuela Macrona. Do tego stopnia, że Paryż odwołał „na konsultacje” ambasadora w Stanach Zjednoczonych – postrzeganych jako główny sprawca zamieszania – i Australii. Nad Sekwaną mówi się wręcz o „zdradzie Waszyngtonu” i o dramatycznym schłodzeniu relacji Francji z USA. Ów ton wynika z faktu, że nie chodzi „tylko” o okręty i utracone miliardy zysków.

Europejska potrzeba jedności

Francja, jakkolwiek istotnie osłabiona po II wojnie światowej, nigdy nie wyrzekła się mocarstwowych ambicji. Konsekwentnie budowała potęgę armii, dużą wagę przykładając do możliwości ekspedycyjnych. W efekcie, francuskie siły zbrojnie to dziś niekwestionowany europejski lider, zdolny do operowania w najdalszych zakątkach globu. Z uwagi na ekonomiczne znaczenie Indo-Pacyfiku oraz historyczne uwarunkowania, francuska „projekcja siły” dociera i tam. Gigantyczna umowa z Canberrą wpisywała się w te działania, stwarzając naturalne podglebie dla ściślejszych relacji polityczno-wojskowych. Teraz – w ocenie Paryża – wszystko trafił szlag. Jak na razie nie wiadomo, w jakim kierunku podąży prezydent Macron. Czy przełknie żabę i przyłączy się do Anglosasów? Poszuka innych sojuszników w regionie? A może zdecyduje się na samodzielną konfrontację z Chinami? Niezależnie od wybranej opcji, już dziś nie brak opinii, że policzek wymierzony Francuzom będzie rezonował także w Europie. Paryż utwierdził się w przekonaniu, że USA zdolne są wywinąć świństwo zaprzyjaźnionemu państwu. I że przenoszą uwagę na Daleki Wschód, przygotowując się do wojny z Chinami. „Europa potrzebuje większej jedności i własnej armii, bo zdani jesteśmy sami na siebie” – mogą od teraz jeszcze mocnej przekonywać francuscy politycy.

Możliwe są także inne skutki australijskiej wolty. Po pierwsze, Rosja i Chiny mogą pójść drogą USA i Wlk. Brytanii – i podzielić się własnymi technologiami, do tej pory zastrzeżonymi dla atomowych mocarstw. Po drugie, antychiński sojusz łączy Amerykę także z Japonią i Koreą Płd. Oba kraje dysponują potężniejszymi budżetami obronnymi niż Australia – szybciej i łatwiej byłby w stanie opanować tajniki budowy atomowych okrętów podwodnych. Ich jednak Waszyngton nie wybrał do współpracy. Dlaczego? Odpowiedź znajdziemy na mapie – oba kraje leżą za blisko Chin, nie potrzebują dalekosiężnych jednostek o napędzie jądrowym. Ale w obu rośnie liczba zwolenników posiadania „atomowego asa w rękawie”. W obu istnieje zaplecze naukowo-techniczne, zdolne w ciągu kilku-kilkunastu lat wyprodukować własną broń jądrową. Atomowe ambicje Australii i pierwszy krok w ich kierunku (zakup okrętów), mogą sprawić, że Koreańczycy i Japończycy poczują się zmuszeni do podkręcenia wyścigu zbrojeń. Canberrę, Seul i Tokio łączą przyjazne relacje, ale sojusze się zmieniają, a współczesne systemy uzbrojenia służą przez długie dekady. I w Japonii, i w Korei Płd, stacjonują amerykańskie wojska – jako gwarant bezpieczeństwa przed zakusami Korei Płn. i Chin. Problem w tym, że sojusznicza wiarygodność USA mocno w ostatnim czasie ucierpiała. A to sprzyja myśleniu o konieczności samodzielnego poradzenia sobie w razie problemów. Koreańczykom będzie prościej – Seul właśnie ujawnił, że dysponuje pociskami balistycznymi wystrzeliwanymi z okrętów podwodnych. Póki co przenoszą one konwencjonalne głowice…

—–

Nz. Australijskie konwencjonalne okręty podwodne typu Collins/fot. Royal Australian Navy

Tekst opublikowałem w Tygodniku Przegląd, 40/2021

(bez)Sens

Świat nadal rozwodzi się nad okolicznościami i skutkami klęski Zachodu w Afganistanie. Z uwagi na nasze zaangażowanie militarne, podobne dyskusje toczone są również w Polsce. Większość opiera się o błędne wyobrażenia na temat charakteru działań Wojska Polskiego. Z jednej strony, wciąż pokutuje mit misji pokojowej, z drugiej, wyłania się obraz przypominający kadry z rosyjskiego filmu „9. Kompania”. Tymczasem codzienność „polskiego Afganistanu” ani nie sprowadzała się do dystrybucji pomocy humanitarnej, ani też nie była naznaczona częstymi, spektakularnymi starciami. Na czym więc polegała służba naszych żołnierzy i w jakich przebiegała warunkach? Czy pod Hindukusz wysyłano ochotników, ilu, i za jakie pieniądze? I wreszcie, jak ginęli i w jakich okolicznościach odnosili rany wojskowi z Polski?

W czasie największego zaangażowania – w latach 2010-11 – Wojsko Polskie utrzymywało w Afganistanie kontyngent liczący 2600 osób. Drugie tyle przygotowywało się do misji w kraju, słaliśmy bowiem żołnierzy do Azji na półroczne tury. „Letnia” zaczynała się w kwietniu, „zimowa” w październiku. Rotacje nie odbywały się płynnie, proces wymiany personelu co rusz się blokował. Polska nie dysponowała (nadal nie dysponuje) lotnictwem transportowym, zdolnym do działań o charakterze strategicznym, międzykontynentalnym. W tym zakresie zdani byliśmy na Amerykanów, a ci, często, mieli własne priorytety. W efekcie, zdarzały się tygodnie, kiedy w Afganistanie przebywało znacznie więcej żołnierzy niż by to wynikało z oficjalnego stanu osobowego bieżącej zmiany. „Korek” największych rozmiarów utworzył się wiosną 2010 r. Zamieszanie wywołane katastrofą smoleńską oraz warunki atmosferyczne (erupcja wulkanu na Islandii na wiele dni zamknęła korytarze powietrzne nad Europą), sprawiły, że wojskowi z VI zmiany Polskiego Kontyngentu Wojskowego (PKW) wracali do kraju ponad miesiąc.

Większość pechowców przedostatni etap podróży spędzała w bazie Manas w Kirgistanie – dzierżawionej przez NATO na użytek afgańskiej misji. Daleko od domu, ale też z dala od „teatru działań wojennych”, który każdej wiosny stawał się areną rozkręcającej się spirali przemocy. Jedną ze specyficznych cech afgańskiej wojny było bowiem jej sztywne powiązanie z kalendarzem. Zimą mocno spadała aktywność rebeliantów. Bo twarda ziemia utrudnia zakładanie min-pułapek, śnieg poruszanie się, a niska temperatura wyganiała z prowizorycznych kryjówek. Oczywiście, nie oznaczało to całkowitego wygaszenia walk, zwłaszcza że druga strona starała się uniemożliwić talibom zimowy odpoczynek i przegrupowanie. Generalnie jednak ci – wchodząc w „hibernację” na przełomie listopada i grudnia – „rozkręcali się” dopiero w okolicach Nowego Roku. Z tym że mowa tu o lokalnym kalendarzu i święcie Nowruz, które wedle naszych rachunków przypada na 21 marca. Dowództwo WP także zaakceptowało reguły pór roku – na „zimowe” zmiany wysyłano kontyngenty budowane w oparciu o słabsze jednostki. Elitarne formacje naszego wojska – przede wszystkim oddziały powietrznodesantowe – zawsze obstawiały „lato”.

Jedno z największych oszustw

Podstawowym zadaniem Polaków było sprawowanie kontroli nad prowincją Ghazni. Przez region przebiegała autostrada łącząca Kabul z Kandaharem, najważniejszy w Afganistanie trakt, którego drożność miała znaczenie zarówno dla wojska, jak i ludności cywilnej. Talibowie regularnie go minowali, urządzali zasadzki, stawiali własne posterunki, na których pobierali myto od cywilów. Tamtędy szły też ich własne transporty z opium i bronią. „Bitwa o hajłej” (od ang. highway – autostrada) oraz jego odnogi angażowała dużą część polskiego kontyngentu. Ale istotna była również demonstracja siły w miasteczkach i wioskach prowincji. Krajem administrowały lokalne struktury, jednak w zakresie bezpieczeństwa w dużej mierze polegały one na siłach koalicji. Mówiąc wprost, przez lata ostatecznym gwarantem władzy Kabulu nad regionem był polski żołnierz. Gwarantem nierzadko iluzorycznym, bo liczący maksymalnie 2,6 tys. osób kontyngent, choć wsparty tysiącem Amerykanów, nie był w stanie upilnować częściowo górzystego obszaru o powierzchni 23 tys. km kw. (to prawie dwa razy więcej niż województwo śląskie). Wioski, w których za dnia zjawiali się Polacy, nocą nawiedzali talibowie. Tak naprawdę o kontroli można było mówić wyłącznie w miejscach, w których obecność Polaków miała stały charakter. Takimi obszarami były… bazy.

Uwikłanie w politykę – związane z koniecznością zabezpieczenia miejscowych struktur władzy – oznaczało także udział w niechlubnych przedsięwzięciach. „Mamy znów obstawiać tę farsę!?” – taka była reakcja żołnierzy na wieść o tym, że w październiku 2009 r. odbędzie się druga tura wyborów prezydenckich w Afganistanie. I w związku z tym opóźni się rotacja kontyngentu – by głosowanie ochraniali ludzie, którzy znali teren od kilku miesięcy. Rozeźlonych wojaków zapewniano wtedy, że wrócą do domów w terminie, a druga tura – jeśli w ogóle dojdzie do skutku – przeprowadzona zostanie wiosną. Po pierwszej w polskich bazach pozostał niesmak, nasze wojsko brało bowiem udział w jednym z największych oszustw początku wieku. Afgańczycy, głownie zwolennicy ówczesnego prezydenta Hamida Karzaja, fałszowali głosy na potęgę. On sam w wywiadzie dla jednej z francuskich agencji przyznał, że w młodej demokracji oszustw uniknąć się nie da. A zatem i w „polskiej” prowincji frekwencja wyniosła niemal sto procent. Ba, niejednokrotnie była wyższa niż liczba uprawnionych do głosowania. W punktach wyborczych mężczyźni nagminnie oddawali głosy za kobiety, a do komisji trafiały niezłożone karty do głosowania. Pytanie, jak przedostawały się przez otwory w urnach, byłoby oczywiście nie na miejscu…

Za równie „niegrzeczne” uznano moje dociekania z jesieni 2010 r., kiedy zorientowałem się, że gubernator prowincji Ghazni regularnie gości u siebie przywódców rebelii. Afgańczycy w swoim stylu – w trakcie wielogodzinnych, wypełnionych dygresjami rozmów – usiłowali się dogadać. Co na to Polacy? Nie przeszkadzali. Czasami wręcz dyskretnie zabezpieczali przejazdy talibskich przywódców. Takie działania wynikały z dyrektyw dowództwa ISAF (ang. International Security Assistance Force – Międzynarodowe Siły Wsparcia), które już na przełomie 2009 i 2010 r. uznało, że tylko wchłonięcie w legalny system części ruchu oporu może zakończyć wojnę. „Ale tym, którzy bezpośrednio odpowiadają za śmierć naszych żołnierzy, nie odpuścimy” – usłyszałem w dowództwie PKW. Te słowa, choć brzmiały groźnie, w istocie były dowodem porażki. Nikt już wtedy (!) nie mówił o nowym Afganistanie, równych prawach dla kobiet, demokracji. Po kilku latach podjazdowej wojny wielki sojusz skupił się na odławianiu ewidentnych łajdaków.

„Szwadrony śmierci”

Zajmowały się tym jednostki specjalne – TF-49, utworzona na bazie żołnierzy Gromu, i TF-50, w skład której wchodzili komandosi z Lublińca. Polowanie na ludzi pokroju Mullaha Janana, Bashira Ahmada czy Abdula Manana wpisane było w strategię określaną mianem capture or kill (ang. dopaść lub zabić). Pierwszy z mężczyzn był odpowiedzialny nie tylko za planowanie i organizowanie ataków na żołnierzy ISAF – to on stał za porwaniem i zabójstwem kilku afgańskich inżynierów w 2008 r. Kilka dni przed zatrzymaniem Janan zastrzelił dwóch pracowników prywatnej firmy afgańskiej, zajmującej się eskortą i konwojami. Z kolei Bashir Ahmad specjalizował się w konstruowaniu min-pułapek. Abdul Manan, odpowiedzialny za liczne ataki na Polaków, był też współorganizatorem porwania kilkudziesięciu południowokoreańskich wolontariuszy w lipcu 2007 r. Warto przypomnieć, że wówczas – w wyniku żądań porywaczy – rząd Korei Płd wycofał z Afganistanu część swoich wojsk. Manan, w alternatywnej administracji talibskiej, pełnił funkcję głównego sędziego dla prowincji Ghazni.

Wspomniana trójka – tak jak setki talibskich dowódców różnego szczebla – znajdowała się na tzw. JPEL (ang. Join Prioritized Effective List – priorytetowej liście celów), która wyznacza ramy operacji capture or kill. Jej tworzeniu przyświecało przekonanie, że likwidacja bądź uwięzienie wskazanych osób doprowadzą do przynajmniej częściowego paraliżu rebelianckich struktur. Bo miejsca dotychczasowych komendantów będą zajmować coraz mniej doświadczeni ludzie. Taka argumentacja brzmiała logicznie, choć sama strategia zdobyła wielu przeciwników. Zachodnie media donosiły o zabijaniu cywilów, przez pomyłkę wciągniętych na JPEL. Co bardziej radykalne tytuły nazywały przeznaczone do realizacji tych zadań oddziały „szwadronami śmierci”.

Znacznie mniej kontrowersji budziły działania szkoleniowe, w teorii nakierowane na stworzenie wydolnych afgańskich sił bezpieczeństwa. Zwłaszcza po 2010 r. – kiedy NATO ogłosiło, że nie zamierza tkwić w Afganistanie po wsze czasy – nadano im priorytetowy charakter. Wraz z końcem 2014 r. Afgańczycy mieli przejąć obowiązki sił ISAF – i tak też się stało. Misję formalnie rozwiązano, zachodnie oddziały w znakomitej większości wróciły do domów. Ale kilkanaście lat temu była to pieśń przyszłości. By scenariusz wycofania uczynić możliwym, także w ramach polskiego kontyngentu powołano zespoły OMLT (ang. Operational Mentor and Liaison Team – Zespoły Doradczo-Łącznikowe) i POMLT (Police… – Policyjne…). Afgańskie jednostki – mimo niedostatków – zaliczały certyfikacje. Panowało przekonanie, że jakoś dadzą sobie radę. Patrząc z perspektywy czasu – gdy wiemy już, jak marnej jakości okazały się armia i policja w konfrontacji z talibami – proces szkolenia (i wyposażania) można uznać za największą składową porażki NATO. A dodajmy dla porządku – w sumie koalicja przeznaczyła na ten cel 80 mld dol.

Zyski i straty

A skoro jesteśmy przy finansach. Misja w Afganistanie kosztowała polski budżet – w zależności od roku – od 300 mln do miliarda zł. Łącznie z pieniędzy polskiego podatnika wydano 6,5 mld zł. Projekty pomocowe i humanitarne angażowały najwyżej kilkadziesiąt osób z konkretnej zmiany, wydawano na nie po 20 mln zł rocznie. Patrząc całościowo, było to 120 mln zł. Zestawienie kosztów operacji militarnych oraz działań, jak mówią wojskowi, „o charakterze niekinetycznym”, nie przeszkadzało politykom mówić o misji stabilizacyjnej czy wręcz pokojowej.

I misji ochotniczej. Tak zwane oświadczenia woli, potwierdzające dobrowolność decyzji o wyjeździe, od początku były fikcją. „Spróbuj się nie zgodzić, to ciekawe, czy przedłużą ci kontrakt…?” – pytał retorycznie wielokrotny „misjonarz”, gdy zimą 2009 r. rozmawialiśmy o sprawie. Nie znaczy to, że mieliśmy do czynienia z powszechnym przymusem – większość wojskowych wyjeżdżała z własnej woli. „Pojechałem, bo taki był rozkaz, bo jechali koledzy, bo kariera, przygoda, chęć sprawdzenia się”, mówiono. Bo wreszcie „niezła kasa”. Jaka? Zakładając maksymalne stawki – od 10 tys. zł w przypadku szeregowca do ponad 21 tys. zł dla generała. Do tego pensja w kraju oraz darmowy wikt, opierunek i kwaterunek. Porównując do średnich zarobków w Polsce, nawet obecnych – dużo. Ale czy te korzyści warte były ponoszonej ceny?

W 2009 r. ponad 60% zabitych żołnierzy ISAF padło ofiarą improwizowanych ładunków wybuchowych (ang. improvised explosive device, IED). Był to najwyższy podczas całej afgańskiej wojny wskaźnik zgonów wywołanych IED. Wcześniejsze i późniejsze statystyki dotyczące zabitych z powodu min-pułapek oscylowały w granicach 50% wszystkich zgonów. IED wykonywano z bomb, pocisków czy granatów, bądź tworzono od podstaw z materiałów wybuchowych, z wykorzystaniem rozmaitych nośników: wiader, garnków, rur itp. Zamaskowane, najczęściej wkopane w ziemię, detonowały pod wpływem nacisku lub poprzez zdalne odpalenie – z użyciem kabla i wiązki elektrycznej bądź fal radiowych. Wśród Polaków przyjęła się nazwa „ajdik”, będąca spolszczeniem akronimu IED. „Ajdiki” zabiły 31 naszych żołnierzy, co odpowiada 70% wszystkich strat.

Śmiertelna profesja

Większość polskich ofiar IED zginęła w pojazdach, których nie projektowano z myślą o przetrwaniu wybuchu miny-pułapki. Wozami, które z założenia miały lepsze możliwości w tym zakresie, były różnego rodzaju MRAP-y. Istotę ich unikalnej konstrukcji stanowiło podwozie w kształcie litery „V”, które powodowało, że znaczna część energii wybuchu rozchodziła się na boki. Stacjonujące w Afganistanie kontyngenty – w tym polski – dysponowały kilkoma typami takich pojazdów. I choć zasadniczo wozy te ocaliły życie wielu żołnierzy, i one zawodziły. 21 grudnia 2011 r. wybuch IED zabił całą 5-osobową załogę jednego z MRAP-ów. W historii afgańskiej misji była to największa jednorazowa strata Wojska Polskiego.

Nie wszyscy ginęli od razu. Trafiony elementem zniszczonego pojazdu w głowę Artur Pyc w maju 2009 r. został ewakuowany z Afganistanu. Zmarł w Polsce, trzy miesiące później. Z dala od pola walki umierał też Paweł Staniaszek. 9 października 2009 r. ubezpieczał konwój logistyczny, gdy doszło do eksplozji „ajdika”. Na miejscu zginęli saperzy Radosław Szyszkiewicz i Szymon Graczyk, a czterech żołnierzy zostało rannych. Jadący na wieżyczce jako strzelec Staniaszek stracił nogi (zmiażdżone po przewróceniu się MRAP-a). Przez wiele miesięcy leczono go w amerykańskim szpitalu w Ramstein i w Wojskowym Instytucie Medycznym w Warszawie. W marcu 2011 r. znów trafił do WIM, gdzie zmarł kilkanaście dni później. Bezpośrednią przyczyną śmierci osłabionego organizmu było zapalenie płuc.

W opisanym zdarzeniu kryje istotna prawda o afgańskim konflikcie, który był przede wszystkim minową wojną. „Ajdiki” mogły kryć się wszędzie: pod mostkiem, przez który musiał przejechać patrol, w stercie kamieni na poboczu, w leżących tam zwłokach psa czy osła. Każdy z takich punktów musieli sprawdzić saperzy, zanim kolumna ruszyła dalej. Tymczasem talibowie znali wartość saperów i na nich polowali. Często „ajdiki” miały skomplikowaną konstrukcję – jeden krył się pod drugimi, niektóre wystawiano na wabia, tylko po to, by wciągnąć żołnierzy w pole rażenia właściwych ładunków. W efekcie, co trzeci poległy w Afganistanie żołnierz był saperem, choć stanowili oni zaledwie ułamek poszczególnych kontyngentów.

—–

Nz. Polski patrol na ulicach Ghzni, jesień 2010/fot. Marcin Ogdowski

Tekst opublikowałem w Tygodniku Przegląd, 39/2021