Sojusznicy

Przedpołudnie w Kijowie upłynęło pod znakiem kolejnego rosyjskiego ataku powietrznego. Nie był on zmasowany – moskale użyli zaledwie kilkunastu rakiet – ale sięgnęli wyłącznie po swoje „rodowe srebra”. Na ukraińską stolicę poleciały hipersoniczne kindżały oraz wystrzelone z morza kalibry. Ze wstępnych informacji wynika, że obrona przeciwlotnicza strąciła po sześć sztuk obu typów pocisków. Gdy piszę te słowa nie jest jasne, czy doszło do bezpośredniego porażenia jakichś elementów infrastruktury miasta – doniesienia o wybuchach i pożarach mogą odnosić się do wtórnych skutków zestrzelenia rakiet.

Atak zbiegł się z wizytą w Kijowie delegacji z krajów Afryki. Na jej czele stoi prezydent RPA Cyril Ramaphosa, któremu towarzyszą politycy z Zambii, Senegalu, Ugandy, Egiptu i Komorów. Dyplomaci przyjechali do Ukrainy w ramach „misji pokojowej”, jutro część z nich uda się do Petersburga na rozmowy z putinem. Kremlowski satrapa tymczasem przygotował dla przyszłych gości „małą niespodziankę” – dzisiejszy nalot nie jest bowiem, tak sądzę, przypadkowy. Intencją Moskwy było pokazanie afrykańskim delegatom, że choć rosja nie zajęła Kijowa fizycznie, to i tak sprawuje nad nim siłową kontrolę, spycha Ukraińców do defensywy i skutecznie ich terroryzuje. Nie bez powodu użyto kindżałów – po wydarzeniach z poprzedniego miesiąca wiemy już (wie też putler), że Ukraińcy potrafią je zestrzeliwać, ale szanse, że jednak osiągną wyznaczone cele pozostają wyższe niż w przypadku tradycyjnych pocisków manewrujących.

Oczywiście w obliczu skuteczności kijowskiej OPL, ów zabieg mógł okazać się kontrpoduktywny – i Afrykańczycy wyjadą ze stolicy z przekonaniem, że jakby się rosyjski prezydent nie napinał, to i tak dysponuje ograniczonymi możliwościami. Złudzeń wielkich na „kopernikański przewrót” w głowach delegatów nie mam, mowa wszak o ludziach, którzy przyjechali do Kijowa promować prorosyjskie rozwiązania („pokój za zaanektowane ziemie”). Bardziej niż przejrzenia na oczy (zdania sobie sprawy z niemocy rosji), spodziewam się utwierdzenia Ramaphosa i spółki w przekonaniu, że putin gotowy jest prowadzić wojnę najdłużej jak się da.

Wspominam o tej perspektywie nie bez powodu. 11 lipca w Wilnie zacznie się dwudniowy szczyt NATO, podczas którego ogłoszone zostaną ramy dalszej współpracy Sojuszu z Ukrainą. Natychmiastowe przyjęcie nie wchodzi w grę – to zostało już jasno powiedziane przez wielu czołowych zachodnich polityków. Ale nie ma też mowy po porzuceniu Ukrainy. Nie będę Was zanudzał szczegółami prowadzonych negocjacji (tego, co o nich wiadomo z przecieków) – dość napisać, że Kijów ma otrzymać jasną deklarację o przyszłym członkostwie. Co istotne, z pominięciem Planu Działań na rzecz Członkostwa (MAP) – żmudnej procedury, w ramach której kolejne kryteria związane z obronnością (i nie tylko) są oceniane pod kątem natowskich standardów. Ukraina otrzyma ofertę szybkiej ścieżki, jak Finlandia, która znalazła się w Sojuszu po niespełna roku, uznano bowiem, że „na wejście” spełnia wymogi. Macedonia Północna, która jest w NATO od trzech lat, wdrażanie MAP-u zaczęła w… 2002 roku. Polska, przypomnijmy, przystąpiła do Partnerstwa dla Pokoju (co dla krajów naszej części Europy oznaczało wejście do natowskiej „poczekalni”), w 1994 roku, pełnoprawnym członkiem Sojuszu stając się pięć lat później. Niezależnie od tego ułatwienia, Ukraina nie może liczyć na członkostwo, jeśli na jej terenie będą prowadzone działania zbrojne. I tu jest pies pogrzebany, gdyż putin – świadom tego wymogu – może przeciągać konflikt aż po swój grób. Co niekoniecznie musi wyglądać tak jak dzisiaj – rosja może nawet wycofać się z części zajętych obszarów, ale na przykład dalej prowadzić aktywną kampanię rakietową. Może nie zawrzeć formalnego porozumienia pokojowego (z Japonią nie zawarła go od 1945 roku; przykład obu Korei, które podpisały zaledwie rozejm, też jest pouczający). Pytanie, czym ma być ów „koniec wojny”, nadal pozostaje otwarte i zapewne długo jeszcze będzie oznaczać co innego dla różnych członków NATO. Sojuszu, dodajmy, opartego o mechanizm jednomyślności przy podejmowaniu decyzji.

Przykład Węgier i Turcji – ich obstrukcji wynikłych po części z prorosyjskości – nie napawa szczególnym optymizmem. Nie trzeba wyobraźni, by założyć, że Budapeszt i Ankara nie zgodzą się na członkostwo Ukrainy. Z drugiej strony mamy szereg doświadczeń, z których wynika, że ancymonów da się skutecznie pacyfikować. Ostatnio USA wstrzymały sprzedaż himarsów na Węgry, co jest reakcją na blokowanie przez rząd Orbana członkostwa Szwecji w NATO. Nieoficjalnie wiadomo, że gulaszowy autokrata otrzymał jasny sygnał, że to nie musi być jedyna sankcja, sprawa więc właściwie jest już załatwiona. Turcja, która potrzebuje amerykańskich technologii wojskowych jak powietrza, już raz w tym roku ugięła się pod presją administracji Joe Bidena (zgadzając się na członkostwo Finlandii). Nadal blokuje Szwecję, lecz nie potrwa to długo. Rządzony przez Erdogana kraj od lat pozostaje natowskim pariasem, jednak dopiero w ostatnim czasie staje przed perspektywą realnych skutków swoich poczynań. W potocznym dyskursie podkreśla się, że Turcja „wkłada” do NATO drugą co do wielkości armię – tyle że realnie nie jest to istotna wartość. Zaletą Turcji przez dekady było jej położenie, status „miękkiego podbrzusza” ZSRR, a potem rosji. Ukraina wprost granicząca z federacją wnosi tu znacznie więcej, a armię ma obecnie porównywalną, za to znacznie bardziej bitną i doświadczoną. Nikt nikogo z NATO do tej pory nie wyrzucał (ba, brakuje mechanizmów – te istniejące pozwalają jedynie na dobrowolne opuszczenie Sojuszu), ale coraz głośniejsze dyskusje wśród zachodnich elit na temat relegowania obstruktorów muszą być dla Ankary alarmujące.

Perspektywa kłócących się sojuszników nie napawa optymizmem, lecz spójrzmy też na inne ustalenia wykuwające się przed wileńskim szczytem. Ukraina ma uzyskać gwarancje stałej i znaczącej pomocy militarnej. Formalne zobowiązanie będzie podobne do tego, jakie łączy Izrael i Stany Zjednoczone – tyle że wielostronne i o znaczenie większej wartości. Pomoc wojskowa USA dla państwa żydowskiego zwykle nie przekracza 10 mld dol. w skali roku, w bieżącym roku podatkowym Waszyngton przeznaczy na wsparcie Kijowa 47 mld dol., w przyszłym (zaczynającym się w październiku) ma to być 60 mld. Co najmniej drugie tyle uzbiera się od reszty sojuszników, co w perspektywie coraz poważniejszych kłopotów ekonomicznych rosji może doprowadzić do sytuacji, w której to Moskwie, nie Kijowowi, jako pierwszej zabraknie pieniędzy na finansowanie wojny. Izraelsko-amerykańskie porozumienie odnawiane jest co 10 lat, gwarancje dla Ukrainy odświeżano by częściej, na tyle jednak rzadko, by nie gnębić Ukraińców widmem „wyschniętego źródła”.

Oczywiście do tego dochodzi wsparcie wywiadowcze, szkoleniowe i logistyczne, na przykład w obszarze opieki nad rannymi i rekonwalescentami. Wszystko to ma doprowadzić do sytuacji, w której rosyjska klęska w Ukrainie będzie na tyle dotkliwa, że znacząco zredukuje ryzyko przeciągania konfliktu przez Moskwę.

Na tapecie są też inne rozwiązania, jak choćby wysłanie do Ukrainy natowskich oddziałów (jako wojsk pokojowych, choć bez oglądania się na ONZ) i uznanie przestrzeni powietrznej kraju za no-fly-zone. Miałoby to nastąpić po jednostronnym ogłoszeniu przez Kijów zakończenia działań bojowych i mogłoby stanowić remedium na rosyjskie próby „zamrożenia” wojny. Nie wiem, czy ów pomysł – forsowany przez państwa wschodniej flanki – zyska szerszą akceptację, ale moim zdaniem to właściwa droga. Wkrótce przekonany się, kto jeszcze tak myśli.

Na dziś to tyle – przede mną nocna podróż do Białegostoku, gdzie jutro o 16.00 spotykam się z Czytelnikami. Zainteresowanych zapraszam do Książnicy Podlaskiej im. Łukasza Górnickiego (Filia nr 5 przy ul. Pułaskiego 96). Dla osób spoza Białegostoku mam dobrą wiadomość – organizator, Muzeum Wojska, udostępni nagranie spotkania na swoim kanale na YouTubie. Do zobaczenia osobiście lub na łączach.

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Za jakiś czas podobne zdjęcie zilustruje powitanie ukraińskich żołnierzy w NATO; mimo dostrzeganych na horyzoncie przeciwności, jestem tego pewien/fot. Jared Saathoff, Wisconsin National Guard Public Affairs

Gdyby…

Na załączonym zdjęciu jeden z ukraińskich wozów bojowych Bradley, użytych na Zaporożu. Maszyna została trafiona rakietą w wieżę i stanęła w ogniu. Przewożeni żołnierze bezpiecznie opuścili pojazd, a kierowca wyprowadził Bradleya ze strefy rażenia i ugasił pożar.

W wyniku zdarzenia lekko ranny został jeden z wojskowych. Uszkodzony wóz przechodzi obecnie naprawy i niebawem wróci do linii.

Gdyby na miejscu Bradleya był sowiecki BWP/BMP-2, wóz stałby się wieloosobowym grobem.

Gdyby…

Gdyby rosyjski przemysł rzeczywiście pracował na trzy zmiany i dostarczał – jak przekonuje mój ulubiony rodzimy skarpetkosceptyk – „setki nowych czołgów i wozów bojowych”, widzielibyśmy ten sprzęt na froncie. A satelity rejestrujące poziom zanieczyszczeń nad regionami przemysłowymi rosji – także w miejscach koncentracji zakładów zbrojeniowych – nie notowałyby spadku emisji toksycznych substancji. No, chyba żeby przyjąć, że rosjanie wdrożyli proekologiczne patenty i tłuką czołgi masowo bez zwiększania obciążeń dla środowiska.

Może robią czołgi z drewna?

Może.

„Efekty ukraińskiego natarcia są mizerne, (a) straty ukraińskie przerażająco wysokie”, pisze wspomniany ulubieniec. Widać, że wziął sobie do serca słowa putina, według którego Ukraińcy stracili w Zaporożu setki czołgów i transporterów opancerzonych. Tylko gdzie u licha są te wszystkie wraki?

Pewien orczy propagandysta wskazał wczoraj jeden z nich. Uczynił to w filmie wzbogaconym dramatyczną muzyką i komentarzem, że taki los spotka kolejne ukraińskie wozy. Problem w tym, że filmował gamoń skutecznie zdenazyfikowany rosyjski tank, z mocno charakterystyczną klatką „antyjavelinową”…

Jeśli Was zaintrygowałem, przesłuchajcie rozmowę, którą przeprowadził ze mną serwis WarNews.pl. Poruszam tam zasygnalizowane wątki i mówię nieco więcej o tym, co dzieje się na Zaporożu.

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Fot. ZSU

Sygnał(y)

Najpierw malutka retrospekcja.

Skradaliśmy się w ciszy, by podejść jak najbliżej frontowej ściany. Gdy już przy niej byliśmy, żołnierze zaczęli ostrożnie zerkać przez wybite otwory. Wtedy zrobiłem załączone zdjęcie, klnąc w duchu na czym świat stoi, bo choć był wieczór, musiałem używać aparatu w trybie „auto” bez lampy (stąd taka a nie inna jakość). Mniejsza o to, cyknąłem fotkę, przykląkłem, by zrobić następną – i nagle rozległ się sygnał incomingu. Donośny jak diabli, w końcu komórka, którą miałem w kieszeni, była chińskim „Pentagramem”, a model nazywał się „Monster” ileś tam.

„Incoming” w oryginale to dźwięk informujący o ostrzale rakietowym i jako sygnał przychodzącego połączenia był moją pamiątką z Afganistanu. Idąc z ukraińskim oddziałem na akcję, nie wyciszyłem telefonu, bo przecież w Szyrokino nie było zasięgu. Tymczasem w górnych pomieszczeniach zrujnowanego ośrodka kolonijnego „Majak” akurat był…

Zerknąłem na wyświetlacz: „Rafał”. Kolega, wówczas wzięty wojenny reporter. Tego lata 2015 roku byliśmy w Ukrainie razem, ale dzień wcześniej rozdzieliliśmy się na dwa zespoły. Rafał z kamerzystą stacjonował kilka kilometrów dalej, ja z fotoreporterem na rumowisku „Majaka”.

Skuliłem się i wyszeptałem:

– Tak?

– Co tam u Was, ciotki? – usłyszałem figlarną zaczepkę.

Wnet udzielił mi się nastrój.

– No właśnie idziemy na małą wojnę – odpowiedziałem, kątem oka dostrzegając rozbawione miny żołnierzy.

Naprawdę się uśmiechali, choć później – już po akcji – ich dowódca opierdolił mnie jak młodego rekruta. Sygnał mógł sprowokować tamtych do ostrzału, a już raz tego dnia – kilka godzin wcześniej – wpakowaliśmy się pod rusko-separski ogień (słowo harcerza, nie ja go sprowokowałem, a Ukrainiec, który zaczął okładać z granatnika okopy „watników” – a robił to z najwyższego piętra najwyższego w okolicy budynku…).

Przeprosiłem, wyłączyłem telefon w diabły, sprawa rozeszła się po kościach.

Dlaczego naszło mnie na wspominki? Branżowy internet żyje dziś wydarzeniami spod Kreminnej, których charakter i skutki przyprawiają o białą gorączkę ruskich propagandystów. Znów bowiem mamy twardy dowód, że rosyjska armia i głupota bardzo lubią chadzać pod rękę…

A było tak. Dowódca 20. Armii gen. Surab Achmedow zamierzał pogadać z żołnierzami, nim ci ruszą do boju. Na motywacyjną pogadankę spędzono więc kilkuset bojców, ale pan generał niespecjalnie się śpieszył, więc skoncentrowane wojsko czekało na niego dwie godziny. „Spicza” ostatecznie nie wygłosił, bo szybsze od generała okazały się ukraińskie pociski – z ruskich źródeł wynika, że grady i himarsy. Położyły one trupem i poharatały dwustu ludzi, puszczając przy okazji z dymem kilkadziesiąt sztuk sprzętu.

Ot, zabójcza efektywność.

Ale to nie koniec historii. Branża wnioskuje, że ruskich namierzyły ukraińskie bezzałogowce, mnie znajome ptaszki doniosły, że pierwotne rozpoznanie celu było możliwe po zlokalizowaniu źródeł nasilonych transmisji komórkowych. Żołnierze rosyjscy mają zakaz używania telefonów w strefie bezpośrednich walk (ukraińscy zresztą również), ale wspomniana jednostka nie weszła jeszcze w kontakt z wrogiem. A że była blisko…

Stał więc znudzony Sasza godzinę, z rękoma nie było co robić, to sięgnął po smartfona i zadzwonił do Wali. I pogadali sobie o tym, co kupią za zarobione na spec-operacji pieniądze. Iwan żony nie miał, ale znajoma Katia właśnie zesłała kolejne nudesy. A Pietia, poczciwy Pietia, chciał poskarżyć się matuli, że w tej Ukrainie, suka-blać, to zamiast kwiatami ich witać, walą jak najęci z czego popadnie.

I znów walnęli, skutecznie demotywując czekających na motywację żołnierzy.

Znacie nagrody Darwina, prawda? Być może pamiętacie, że zestawienie za 2022 rok otwiera rosyjski żołnierz, którego ciało znaleziono w marcu ub.r. pod Irpieniem. Bojec wyjął z kamizelki kuloodpornej płytę balistyczną i w to miejsce włożył Macbooka, skradzionego z opuszczonego przez Ukraińców domu. Gdy trafiła go karabinowa kula, wsad na piersi okazał się niewystarczający.

Mają zatem ruskie swojego pośród uhonorowanych, ale w obecnej sytuacji zasługują na więcej. Proponuję Darwina-Lux dla pana generała i nagrodę super-specjalną dla ukatrupionych nadawców sygnałów.

PS. Odnosząc się do logicznych implikacji niniejszego wpisu – tak, to co zrobiłem w Szyrokino było kretyńsko-darwińskie. Ale ja żyję, moim towarzyszom włos z głowy nie spadł, a gamoni spod Kreminnej nadal szukają po krzakach. Cóż…

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

„Świeżynki”

Jest w „Szeregowcu Ryanie” scena, w której sierżant Mike Horvath (w tej roli nieodżałowany Tom Sizemore), wsypuje garść ziemi z normandzkiej plaży do metalowego zasobnika. Następnie wkłada go do torby, gdzie są już dwa identyczne pojemniki – jeden opatrzony napisem „Afryka”, drugi „Sycylia”. Króciutki kadr mający uzmysłowić widzowi, że podoficer to doświadczony żołnierz, który brał już udział w dwóch operacjach desantowych. Znałem kiedyś mundurowego kolekcjonera naturalnych artefaktów zbieranych na pamiątkę, nie sądzę zatem, by scenarzyści nadużyli wyobraźni kosztem realiów. Mogli jednak ze swą sugestią posunąć się odrobinę za daleko, bo choć faktycznie pośród żołnierzy lądujących na plaży Omaha byli weterani walk w Algierii, Tunezji i we Włoszech, miażdżącą większość wojska stanowiły „świeżynki”.

USA zmobilizowały podczas II wojny światowej kilkanaście milionów ludzi, jednocześnie przez sporą część konfliktu trzymały się od niego z daleka. Skala mobilizacji i zakres uczestnictwa sprawiały, że nie sposób oczekiwać, by wiosną 1944 roku jakiś istotnie duży odsetek armii miał doświadczenie bojowe. Niemniej kilkaset tysięcy żołnierzy już w boju było (część poza obszarem tych rozważań, bo na pacyficznym froncie), można by zatem oczekiwać, że to oni będą stanowić awangardę sojuszniczego natarcia. Bo przecież – jak sugeruje zdroworozsądkowa logika – trudne zadanie wymaga zaangażowania najlepszych ludzi. Owszem, tyle że w wojskowym planowaniu jest jak w szachach – należy mieć w perspektywie także kolejne ruchy.

Dowództwo sprzymierzonych wiedziało, że lądowanie na francuskim wybrzeżu nie będzie „bułką z masłem”. Że nawet uchwycenie przyczółków nie przesądzi o sukcesie. Zarazem planowano ów desant jako zaledwie wstęp do uderzeń w głąb Europy – wyzwolenia Francji, krajów Beneluksu, zajęcia części Niemiec. Nie można więc było na początku stracić tego, co najlepsze, ale i należało zrobić wszystko, żeby zapewnić sobie początkowe powodzenie. Jak pogodzić dwa tak różne porządki? Alianci posłali do walki oddziały doskonale wyekwipowane, zapewniając im wsparcie potęgi morskiej i lotniczej USA i Wielkiej Brytanii. Na najniższym poziomie „wplatając” w nieopierzone składy osobowe weteranów. Tymi sposobami zmniejszano ryzyko niepowodzenia, zwiększano szanse (na przeżycie) żółtodziobom, zachowując balans między możliwościami a potrzebami. Dałoby się lepiej? Być może, ale nim popłyniemy w ahistoryczne rozważania warto pamiętać, że cała trzymiesięczna operacja „Overlord” (desant w Normandii, a następnie utworzenie frontu), przyniosła aliantom straty porównywalne do niemieckich, gdy regułą jest, że to strona atakująca ma je wyższe.

Podobne dylematy musieli rozstrzygnąć ukraińscy generałowie. Przy czym w ich przypadku ograniczonej podaży doświadczonego żołnierza towarzyszą niedostatki nowoczesnego uzbrojenia (problem nieznany aliantom, działającym w realiach gigantycznej materiałowej przewagi). Dodajmy do tego brak atutu zaskoczenia i jego skutki – Zaporoże było oczywistym kierunkiem uderzenia dla obu stron, co sprawiło, że rosjanie przygotowali teren do obrony. Nie bez znaczenia jest również fakt rosyjskiej przewagi w powietrzu (kolejna różnica w odniesieniu do wydarzeń z 1944 roku, kiedy to sprzymierzeni zdominowali niebo). Właściwości ukraińskiej artylerii (donośność i precyzja) pozwoliły zniwelować niektóre z rosyjskich atutów, ale ktoś te pierwsze rubieże wroga pokonać musi. Część ustawionych przez okupantów pół minowych można zniszczyć artylerią, to samo tyczy się zlokalizowanych punktów stałego oporu, ale nawet najlepsza „podgotowka” nie znosi wszystkich ryzyk związanych z pierwszym atakiem. Nie, gdy przeciwnik zdołał „wgryźć się” w ziemię. Wykrwawić w takich uderzeniach „kwiat armii” byłoby grzechem, rozbić się o pierwsze linie obrony i zaprzepaścić szanse na strategiczny sukces (rozdarcie korytarza na Krym) – jeszcze większym błędem.

I właśnie dlatego gen. Walery Załużny nie rzucił w pierwszej kolejności do walk na Zaporożu najlepszych jednostek. Nadal – poza wybranymi elementami – trzyma je w zapasie. Uderzenie wykonały oddziały o mniejszym doświadczeniu bojowym, ze sporym odsetkiem frontowych „świeżynek”. Zachodni sprzęt, w który je (częściowo!) wyposażono, miał zwiększyć szanse powodzenia działań i przeżycia. Bradley jest dużo lepszy niż poradziecki BWP, jeśli idzie o parametry uzbrojenia i te związane z ochroną żołnierzy – dlatego ukraińska piechota ruszyła w bój korzystając z tej platformy. Ale ów wóz („taksówka” z niedużą armatą), nie powinien operować bez wsparcia cięższej broni – stąd w awangardzie także czołgi Leopard, znów jakościowo lepsze niż posowieckie odpowiedniki używane przez ZSU.

Nie znam szczegółowych planów ukraińskiego sztabu, więc nie podejmę się oceny skali powodzenia działań. W zakresie zwiększenia szans na przeżycie pierwszego rzutu sprawa jest dużo prostsza. Mamy dość materiału filmowego i zdjęciowego, by ocenić, że Bradleye i Leopardy nie są trumnami na gąsienicach (w takim stopniu, w jakim są nimi sowieckie maszyny).

„Tak czy inaczej, to marnowanie potencjału, ograniczonego w ukraińskich realiach”, mógłby rzec ktoś, komentując użycie zachodniej techniki w pierwszym natarciu. No nie, bo Ukraińcy nie mogą sobie pozwolić na tak duże straty osobowe jak rosjanie. Nie jest też tak, że Leopardy i Bradleye znalazły się na froncie kosztem wspomnianej ukraińskiej elity. Najlepsze ukraińskie brygady wciąż bazują na posowieckim sprzęcie, na jego najlepszych dostępnych modyfikacjach (pancerniacy na przykład używają naszych „Twardych”). Bo to na nim „hartowała się stal”, zdobywano bojowe doświadczenie, a doskonała znajomość możliwości sprzętu to istotna składowa elitarności. Oczywiście, w świecie bardziej dla Ukrainy łaskawym „kwiat armii” już dziś miałby na wyposażeniu niemieckie czy amerykańskie wozy oraz wielką umiejętność ich wykorzystania. W tym realnym na przeszkodzie stanął czas i harmonogram dotychczasowych dostaw. Leopardy czy Bradleye to wciąż novum, a biegłości w obsłudze – zwłaszcza w bojowym zastosowaniu – nie da się nauczyć w kilkanaście tygodni, z książek i instrukcji. Zapewne w docelowej formule dzisiejsze „świeżynki” – uczące się walczyć na zachodnich maszynach – przejmą pałeczkę elitarności, bo obok świetnego sprzętu będą miały również bojowe doświadczenie. „Ci, którzy przeżyją”, podpowiada mi w głowie złośliwy chochlik. Zgadza się. 1. Dywizja Piechoty USA, która przeszła przez rzeźnię na plaży Omaha, podczas całej kampanii w Europie straciła 21 tys. żołnierzy. Oznacza to więcej niż całkowitą wymianę pierwotnych składów osobowych. Ale oznacza też nieprzerwaną reprodukcję wiedzy – chłopcy z uzupełnień uczyli się od weteranów, ostatecznie dołączając do ich grona. Ginęły obie kategorie, ale wartość dodana rosła do tego stopnia, że 1. DP zakończyła wojnę jako jedna z najlepszych jednostek US Army. Dość napisać, że między czerwcem 1944 roku a majem 1945 roku wzięła do niewoli 100 tys. niemieckich żołnierzy.

I jest jeszcze jedna istotna kwestia – realny wymiar ukraińskich strat. Czy rzeczywiście są one tak duże, jak sugerują (pro)rosyjskie źródła? Bzdura – nad którą pochylę się w kolejnym wpisie.

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. ukraińskie rezerwy/fot. Sztab Generalny ZSU

Bradleye

Trudno dziś napisać cokolwiek istotnego i nowego o sytuacji na Zaporożu. Wynika to z dwóch powodów – ponownego zacieśnienia przez ZSU blokady informacyjnej oraz ukraińskiej pauzy operacyjnej (chwilowego zawieszenia działań), o której w jakiejś mierze zadecydowała także pogoda; na deszcze przede wszystkim narzekali rosjanie, ale i Ukraińcom nie były one na rękę. Z nielicznych dostępnych informacji wynika, że faza względnego spokoju – jaki nastąpił po odparciu wczorajszych kontrataków rosjan – właśnie się skończyła i Ukraińcy wznowili natarcie. Znów – jak przed kilkoma dniami – na zasadzie „śnieżnej kuli”, czyli stopniowo wprowadzając do boju kolejne oddziały.

Sądząc po tonach moskiewskiej propagandy (jakże innych niż hurraoptymistyczne doniesienia sprzed weekendu…), rosjanie „dzielnie się bronią”. Powinienem już przyzwyczaić się do emocjonalnej labilności ruskich propagandystów i do ich logiczno-retorycznych fikołków, które wykonują za każdym razem, gdy idzie źle. Ale – przyznam Wam – ciągle mam wrażenie jakiejś nierzeczywistości, gdy czytam o „bohaterskiej obronie” ruSS-armii, świadom, że w lutym 2022 roku weszła ona do walki z zamiarem pokonania Ukrainy w trzy dni. „Daj spokój, przecież nie od dziś wiesz, jacy to są szmaciarze…”, kwituje moje dylematy dobry kolega.

Mniejsza o nie, wracajmy do sedna. Wczorajszy wieczór przyniósł wieści o śmierci gen. Siergieja Goriaczowa, szefa sztabu 35. Armii. Co ciekawe, jako pierwsi informacje podali rosjanie. Nie wiemy, w jakich dokładnie okolicznościach poległ rosyjski dowódca. Po serii generalskich dekapitacji z początkowych miesięcy inwazji, wyżsi rangą moskale już tak chętnie nie zapuszczają się na pierwszą linię, można więc uznać, że nie była to śmierć w walce. Rosyjskie źródła twierdzą, że Goriaczow zginął w wyniku „ataku rakietowego”, co z dużym prawdopodobieństwem oznacza porażenie kwatery. Jeśli było to dowództwo 35. Armii, zabitych i rannych wyższych rangą oficerów musi być więcej – jak na razie brakuje jednak wiarygodnych doniesień na ten temat.

Jak w ogóle możliwy jest atak na taką kwaterę? Siedziba sztabu armii to w końcu nie byle jaki element łańcuchu dowodzenia, w tym konkretnym przypadku mówimy o strukturze, której podlega 50 tys. rosyjskich żołnierzy stacjonujących na okupowanych terenach obwodu donieckiego i zaporoskiego. „Czy Ukraina ma tak skuteczną agenturę, która wie, gdzie oni (sztabowcy – dop. MO) siedzą?” – pyta mnie jedna z Czytelniczek. Być może, choć bardziej prawdopodobny wydaje mi się scenariusz wykorzystania „urobku” natowskiego SIGINT-u, wywiadu technologicznego, zbierającego sygnały elektromagnetyczne m.in. przy użyciu środków satelitarnych i lotniczych. Dowództwo armii musi emitować masę specyficznych transmisji, jest w końcu „głową” „rozsiewającą” rozkazy do podległych jednostek. Logika nakazuje, a technologia umożliwia, by takie sygnały na różne sposoby maskować, czego albo zabrakło, albo rosyjskie zabiegi okazały się niewystarczające. Tak czy inaczej, obiecujący rzekomo generał (na przestrzeni dwóch ostatnich lat szybko chłop awansował…) już nie zdoła się wykazać.

Gwoli rzetelności dodać należy, że namierzenie i w konsekwencji atak rakietowy (przeprowadzony zapewne przy użyciu himarsów), wcale nie musiały dotyczyć sztabu 35. Armii. Goriaczow mógł przebywać w którymś z podległych dowództw (dywizji, pułku), mógł być w miejscu zakwaterowania lub gdziekolwiek indziej, gdzie ciągnął się za nim elektromagnetyczny ślad. Współczesna technika ułatwia życie, ale bywa i powodem śmierci; przejście na gołębie pewnie by rosjan uchroniło przed możliwościami SIGINT-u.

Z kronikarskiego obowiązku – rosyjscy niezależni dziennikarze ustalili dotąd nazwiska czterech zabitych podczas inwazji generałów ruSS-armi, brytyjski wywiad mówi o ośmiu, Amerykanie o dziesięciu. Wedle trudnych do zweryfikowania szacunków Ukraińców, rosja straciła do tej pory 20 najwyższych rangą wojskowych.

Niech mnie ktoś poprawi, jeśli się mylę, ale ZSU nie odnotowały dotąd żadnych tego typu strat bojowych.

Skoro o stratach mowa. Z braku innych sukcesów rosyjscy propagandyści nadal zaciekle eksploatują wątek zniszczonych na Zaporożu bradleyów. W tym celu powołują się nawet na znienawidzoną CNN, która podała, że armia ukraińska utraciła w ostatnich dniach 16 tego typu wozów, co stanowi 15 proc. ze 110 dotychczas otrzymanych maszyn. Skromnie przy tym przemilczają wspomniani Z-blogerzy, że armia rosyjska po wejściu do Ukrainy zubożała o co najmniej 1,7 tys. pojazdów tego typu – a mam na myśli wyłącznie maszyny, których zniszczenie zostało udokumentowane zdjęciowo lub filmowo. Realne rosyjskie straty w kategorii „bojowe wozy piechoty” są co najmniej o jedną trzecią większe. Ale własne to własne, po kiego grzyba drążyć? No i przede wszystkim fetysz nie ten… Bawi mnie nieustająco ów rosyjski (a wcześniej sowiecki) kompleks niższości wobec Zachodu i jego technologicznych wytworów. Ta usilna potrzeba wykazania, że dorównujemy, ba, mamy lepsze…

Nie zmienia to faktu, że ukraińskie straty są jak najbardziej realne. Szczęśliwie w ciągu najbliższych kilkunastu godzin Biały Dom ogłosi nowy pakiet pomocy dla Ukrainy – tym razem w wysokości 325 mln dol. W jego ramach przekazanych zostanie co najmniej 18 bradleyów oraz nieznana liczba wozów bojowych Stryker (a poza tym zapas pocisków rakietowych ziemia-powietrze i amunicji do himarsów). Bieżące ubytki zostaną zatem powetowane, a przecież to nie koniec amerykańskich dostaw.

Na dziś to tyle. Jutro chciałbym m.in. odpowiedzieć na wątpliwości Czytelnika, który zastanawia się, dlaczego Ukraińcy wyposażyli w najlepszy swój sprzęt niedoświadczone jednostki – i rzucili je do walki.

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Bradleye gdzieś w Ukrainie/fot. ZSU