„Biali”

Akcja w obwodzie biełgorodzkim, przeprowadzona siłą zaledwie dwóch kompanii (200-250 ludzi), może mieć niebagatelny wpływ na cały rosyjsko-ukraiński front…

Nim rozwinę tę myśl, najpierw mem, który zrobił mi dziś poranek:

Przedni, prawda? Ale do sedna.

Zdaje się, że operacja „wyprawa na Biełgorod” właśnie się kończy. Romantyczny i awanturniczy rajd „białych” Rosjan (nawiązanie do podziałów sprzed wieku to nie mój pomysł, ale kupuję ideę dobrych „białych” i złych „czerwonych”) nie miał na celu trwałego zajęcia fragmentu terytorium federacji. Fakt, iż dywersanci musieli się wycofać na teren Ukrainy, nie oznacza ich porażki. Taki obrót sprawy był nie tyle do przewidzenia, co po prostu skalkulowany.

Akcja miała rosję upokorzyć i w tym aspekcie udała się wybornie. Potężne rzekomo imperium dowiodło, że nie potrafi upilnować własnych granic. Oczywiście, mogę sobie wyobrazić sytuację, w której zbrojna grupa z Meksyku „wjeżdża” na terytorium USA i przejmuje którąś z przygranicznych miejscowości. Żadne państwo nie jest w stanie upilnować każdego metra własnej granicy, w przypadku państw tak rozległych jak Stany i rosja jest to tym bardziej niemożliwe. Ale jeśliby USA prowadziły z Meksykiem wojnę (konflikt z prawdziwego zdarzenia, a nie coś, co przeciwnicy nielegalnej migracji nazywają wojną…), trudno mi wyobrazić sobie, by Waszyngton tolerował takie bezhołowie. I znów, nie byłoby sytuacji, w której granica zostałaby do spodu uszczelniona – bo to niemożliwe. Ale z pewnością nie stałaby otworem, chroniona jakimiś iluzorycznymi betonowymi przeszkodami, do pokonania przy wyższym uniesieniu nogi. No i prędkość oraz zakres reakcji – gwardii narodowej, oddziałów szybkiego reagowania. Stany Zjednoczone utrzymują siły zbrojne w wielkości i kondycji, która umożliwia im jednoczesne zaangażowanie w dwa regionalne konflikty zbrojne o wysokiej intensywności. Hipotetyczna wojna na południu kontynentu pochłonęłaby zatem tylko część potencjału, zostawiając spore luzy.

Tych „luzów” ewidentnie zabrakło rosji. Jak wylicza Aleksander Kowalenko, znany ukraiński analityk wojskowy, w rejonach kurskim, briańskim i biełgorodzkim rosji, jeszcze kilka dni temu granicy z Ukrainą strzegło 25 batalionowych grup bojowych. Niby sporo, ale większość z nich pozostawała niekompletna i słabo wyposażona. Łącznie dawało to około 17 tys. ludzi, dysponujących mniej niż połową niezbędnego sprzętu (czołgów, wozów opancerzonych, artylerii itp.). A do ogarnięcia było 700 km granicy, z krajem, który moskiewska propaganda przedstawia jako śmiertelne zagrożenie dla rosji i rosjan…

Swoją drogą, ciekawe, jak strzeżone są inne, „bezpieczniejsze” granice – szczególnie ta rosyjsko-chińska…

Patrząc z perspektywy wojskowych planistów, żal było takiego stanu rzeczy nie wykorzystać. Oto bowiem mamy ogromne korzyści propagandowe – cierpiący międzynarodowy wizerunek rosji to raz, ale ważniejsze wydaje się kolejne rozchwianie poczucia bezpieczeństwa obywateli federacji. Poczucia, na którym opiera się ich umowa z władzą, w uproszczeniu brzmiąca mniej więcej tak: „róbcie co chcecie, byleby nam nic na łby nie leciało”. No więc leci i trzeba było wiać (brzmię cynicznie, wiem, ale jakoś nieszczególnie zajmuje mnie los przygranicznych rosjan w sytuacji, gdy ich armia zamordowała dziesiątki tysięcy bogu ducha winnych cywilnych Ukraińców). Co z tego rozchwiania wyniknie? Zobaczymy. Grunt, że wirus defetyzmu poszedł po całej rosji.

Idźmy dalej – akcja przeprowadzona siłą zaledwie dwóch kompanii (200-250 ludzi), może mieć niebagatelny wpływ na cały rosyjsko-ukraiński front. Kreml nie ma wyjścia, musi teraz pchnąć na potencjalnie gorącą granicę znacznie większe siły. Żadne zdekompletowane, drugo-i-trzeciorzutowe jednostki, ale „pełnokrwiste” oddziały, których mu jakoś szczególnie nie zbywa. Niezależnie od tego, czy będą to posiłki ściągane z głębi rosji czy „oskubany” zostanie kontyngent inwazyjny, tych kolejnych kilkunastu tysięcy ludzi (a może i kilkudziesięciu), kolejnych tysięcy sztuk sprzętu zabraknie do rozgrywek w Ukrainie. Tymczasem o sukcesach i porażkach działań bojowych często decyduje brak jakiejś pozornie mało istotnej „cegiełki” – pojedynczego pułku, brygady czy dywizji, oddziału, który akurat w tym momencie znajduje się gdzie indziej niż być powinien, z różnych powodów nie ma go na froncie. Sztabowcy z niemieckiego OKH szacowali, że dodatkowe 50 dywizji pozwoliłoby im z sukcesem zakończyć wojnę z ZSRR na przełomie 1941-42 roku. To jakieś 700 tys. żołnierzy – w skali tamtego konfliktu ledwie kilka procent użytego ostatecznie potencjału (Niemcy zmobilizowały podczas wojny niemal 12 mln ludzi).

A skoro jesteśmy przy hitlerowskich Niemczech. Zadyma wokół Biełgorodu wprawiła w konsternację (pro)moskiewskich propagandystów. No bo jak to – Rosjanie atakują rosjan? Pierwszą reakcją było wyparcie – przekonywanie, że dywersanci to Ukraińcy. Wobec nadmiaru materiału filmowego – który nie pozostawiał wątpliwości kim są żołnierze Rosyjskiego Korpusu Ochotniczego – nasi rodzimi wielbiciele ruskiego miru wzięli się na sposób. Zaczęli więc pisać o „kolaborantach”, przyrównując RKO do własowców – sowietów z czasów drugiej wojny, którzy zdecydowali się walczyć po stronie III Rzeszy (to uproszczenie, ale nie czas i miejsce, by wchodzić ze szczegółami w historię rosyjskojęzycznych kolaboracyjnych formacji). Jeden z takich gamoni wrzucił mi na TT zdjęcie gen. Andrieja Własowa w towarzystwie kilku podwładnych i opatrzył je komentarzem – „takie mają wzorce” (bojownicy RKO – dop. MO). I tu zonk – skarpektosceptycy sami się zaorali, wszak Moskwa baaaardzo nie lubi, jak przypomina się światu, że najliczniejszą grupę zdrajców stanowili w tamtym czasie etniczni rosjanie. Do mitu „wielkiej wojny ojczyźnianej” pasuje to jak pięść do nosa…

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Jeden z utraconych przez RKO wozów opancerzonych. Co ciekawe, jest to pojazd znany jako Dzik, wyprodukowany… w Kutnie/fot. MO FR

Możliwości

Sporo działo się w ostatnim czasie, nadrabiam więc weekendowe zaległości oraz reaguję na najświeższe doniesienia. Zacznę od Bachmutu – zgodnie z wczorajszą obietnicą, chciałbym nakreślić panującą tam sytuację oraz jej ewentualne skutki.

„Prezes” Wagnera jewgienij prigożyn poinformował w sobotę o zajęciu miasta. Następnego dnia wiadomość potwierdziły służby prasowe rosyjskiej armii, a putin złożył „wyzwolicielom” gratulacje. Strona ukraińska miotała się w reakcjach – raz przyznając się do utraty Bachmutu, raz temu zaprzeczając. Czegokolwiek byśmy w tej materii nie usłyszeli, faktem jest, że miejscowość w granicach administracyjnych znajduje się obecnie w rękach rosjan. Stacjonuje w niej około 6 tys. wagnerowców, którzy – jak zapowiada „kucharz putina” – mają niebawem opuścić pozycje, by przekazać je regularnej armii. Czy najemnicy rzeczywiście wyjdą ze świeżo zajętego miasta? Neurotyczny z usposobienia progożyn już wielokrotnie twierdził, że jego ludzie lada moment porzucą linię frontu, lecz dotychczas nic takiego się nie działo. Z perspektywy Ukraińców, rejterada „zmęczonych walką bohaterskich bojowników”, byłaby pożądanym scenariuszem. Luzowanie bowiem – przynajmniej w pierwszej fazie – odbyłoby się kosztem oddziałów, które w tej chwili zaangażowane są w starcia z armią ukraińską na flankach bachmuckiego frontu.

I tak dochodzimy do sedna rozważań o naturze rosyjskiego sukcesu. Pisałem już wczoraj, że okupiono go potwornymi kosztami – niemal stutysięczne straty oznaczają, że pod Bachmutem poległ lub został ranny co dziesiąty żołnierz bądź najemnik federacji, który służył dotąd w Ukrainie. Za tę cenę zajęto powiatową mieścinę bez większego znaczenia operacyjnego. Gwoli rzetelności – owo znaczenie degradowało się wraz z upływem czasu. Bachmut jeszcze latem zeszłego roku istotnie był „bramą do Kramatorska i Słowiańska”. Zajęty, stanowiłby dobre zaplecze do ataku na dwa wspomniane ośrodki miejskie (de facto „zszyte” w jedną aglomerację). Lecz Ukraińcy uczynili zeń tarczę, o którą rozbijały się kolejne rosyjskie uderzenia. W efekcie, bijący znacząco osłabł, a obrońca pod osłoną tarczy wyszykował sobie nielichą zbroję. Mają Bachmut i nie mają siły iść dalej, a nawet gdyby poszli, odbiliby się od kolejnej linii obrony niczym piłka – tak wygląda bieżąca sytuacja rosjan na bachmuckim odcinku. Tym bardziej skomplikowana, że wokół miasta inicjatywę już kilka dni temu przejęli Ukraińcy. I wyparli rosjan z pozycji na północ i na południe od Bachmutu. Ukraińskie dowództwo deklaruje, że zamierza okrążyć siły wroga w mieście – nawet jeśli taki jest cel podejmowanych przez ZSU działań, idzie im „tak se”. Po początkowych sukcesach opór moskali stężał. Stalowej ukraińskiej obręczy wokół miasta daleko do domknięcia, choć istotnie, najdalej wysunięte rosyjskie pozycje z „góry” i z „dołu” ściskane są przez Ukraińców. Utrzymanie zachodnich fragmentów miejscowości może więc okazać się nie byle jakim wyzwaniem, zwłaszcza że armia ukraińska przejęła kilka otaczających Bachmut wzgórz, co daje sposobność do celnego, nękającego ognia. Gdyby front miał teraz zastygnąć, ruskie nie byłyby w stanie odciąć nawet propagandowych kuponów od swojego „wielkiego sukcesu”. Trudno bowiem mamić opinie publiczne „postępującą normalizacją sytuacji w mieście”, gdy znajduje się ono pod kontrolą ogniową przeciwnika.

—–

W weekend gruchnęła również wieść, której skutki mają poważną moc.

– Ukraina otrzyma od zachodniej koalicji myśliwce F-16 – poinformował Jake Sullivan, doradca prezydenta USA do spraw bezpieczeństwa narodowego. – Wkrótce rozpoczną się także szkolenia ukraińskich pilotów – dodał.

Owo „wkrótce” nastąpiło niezwykle szybko, dziś bowiem pojawiły się doniesienia, że właśnie wystartowały pierwsze treningi. Co może oznaczać próbę publicznej „legalizacji” już trwających przygotowań do przezbrojenia ukraińskich sił powietrznych w amerykański samolot. Cieszą się Ukraińcy, cieszą zwolennicy ich sprawy, ale pojawiły się też wątpliwości. Bo F-16 to niezwykle kosztowna platforma – pojedyncza maszyna w najnowszej konfiguracji to wydatek rzędu 40-50 mln dol. Oczywiście Kijów dostanie – przynajmniej na początek – warte kilka razy mniej używki. Nie będzie ich też wiele – około 30 sztuk (takie są bieżące możliwości donatorów, pośród których jak na razie nie ma USA; wejście Stanów do gry znacząco rozszerzy pulę). Ale przekazany sprzęt nie będzie miał właściwości wunderwaffe – w którymś momencie utracone, uszkodzone czy zużyte maszyny trzeba będzie wymienić. No i docelowo mówimy o pełnej westernizacji ukraińskiego lotnictwa, które do skutecznej realizacji podstawowego zadania na „po wojnie” – czyli odstraszania rosji – będzie potrzebowało około 250 wielozadaniowych maszyn. A to już wielka góra pieniędzy.

„Ile za jednego F-16 można kupić dronów z podwieszanymi granatami F-1? Czy ta ilość nie zmieniłaby więcej? Zdaje się, że to wojna na masę, nie jakość” – zauważa jeden z moich Czytelników.

Rozumiem finansową „bazę” dla wątpliwości, często zresztą zapominaną przez osoby, które dobrze życzą Ukrainie. Tylko część pomocy wojskowej udzielanej przez Zachód stanowią bezzwrotne podarunki. Część to sprzęt leasingowany, który po wszystkim – jeśli przetrwa – trzeba będzie zwrócić bądź wykupić na preferencyjnych warunkach. I wreszcie część wsparcia ma charakter niskooprocentowanej, ale jednak pożyczki. Nie wiem, jaki jest udział konkretnych form w całości strumienia pomocy, tym niemniej trzeba mieć świadomość, że na Ukraińcach wisi perspektywa powojennych spłat. Pomijając inne kwestie (troski), taki stan rzeczy sprzyja refleksjom nad efektywnością procesu wsparcia. Czy można „lepiej za mniej, by później nie utonąć w długach”?

No więc jeśli Ukraina ma pokonać rosjan na polu bitwy, wyrzucić ich z okupowanych terytoriów siłą, bez lotnictwa tego nie uczyni. Posowiecki sprzęt, będący w posiadaniu ukraińskich sił powietrznych, to za mało. Bo po pierwsze, jest go za mało (Ukraina ma obecnie około 80 sprawnych samolotów bojowych) i po drugie, posiadane maszyny ustępują większości rosyjskich odpowiedników, nie były bowiem w takim zakresie modernizowane i zastępowane fabrycznie nowymi egzemplarzami. No i spadają, a zasoby, dzięki którym możliwe jest uzupełnianie strat – także te poza Ukrainą – znacząco się skurczyły (więc już choćby z tego powodu westernizacja ukraińskiego lotnictwa to obiektywna konieczność).

O zaletach F-16 można by długo (może kiedyś się skuszę), ale na potrzeby tego tekstu wystarczą dwie uwagi w nawiązaniu do obserwacji zacytowanego Czytelnika. Otóż stado dronów z podwieszonymi granatami ręcznymi nie będzie (tak) skutecznym środkiem bojowym jak lotniczy pocisk manewrujący, wystrzelony przez wielozadaniowym myśliwiec. Taki pocisk poleci dużo dalej, strzelać nim można z wielkiej odległości (na przykład znad środkowej Ukrainy razić cele na Krymie czy w Donbasie), jego siła (skumulowana energia kinetyczna), zdemoluje podziemne stanowisko dowodzenia czy narobi gigantycznych szkód w infrastrukturze portowej, jakich nie wyrządzi najlepiej skoordynowany atak przerobionych w nośniki granatów dronów. Innymi słowy, wysokość, prędkość i siła pojedynczego ciosu premiują F-16 w użyciu przeciwko dużym celom. Ładowanie granatami po okopach orków też „robi robotę”, ale de facto jest wchodzeniem w wystawione przez nich buty. W wojnę na wyniszczenie zasobów, a tych ludzkich rosja ma więcej niż Ukraina (i większą tolerancję dla strat osobowych). ZSU nie mogą wikłać się w okopowe rzezie (ruskie również używają dronów…), muszą uderzać tak, by bardziej zabolało. Dekapitować „łby” armii najeźdźców, zniszczyć jej zaplecze; współczesne siły zbrojne czynią to przy pomocy lotnictwa.

Armia rosyjska też zresztą próbuje. Jej lotnictwo w percepcji zachodnich pilotów to „śmiech na sali”, co nie zmienia faktu, że moskale – dzięki przewadze ilościowej – mają w powietrzu większą swobodę operowania niż przeciwnik. Co w realiach kontrofensywy mogłoby Ukraińcom solidnie pokrzyżować szyki. Stąd potrzeba „wyczyszczenia nieba”. I nie chodzi o epickie pojedynki lotnicze efów szesnastych i ruskich suchojów. Dogfight (powietrzna walka manewrowa) dobrze się sprawdza w filmach takich jak „Top Gun”, w realiach współczesnego konfliktu o sukcesie częściej decydują radary pokładowe samolotów i przenoszone przez nie rakiety powietrze-powietrze, pozwalające rozstrzygnąć starcia bez kontaktu wzrokowego z przeciwnikiem. Te zachodnie są zaś lepsze od rosyjskich.

 —–

I na koniec zejdźmy na ziemię, rosyjską. Od rana dzieją się tam rzeczy, które jeszcze jakiś czas temu określilibyśmy mianem nieprawdopodobnych. Oto bowiem rosjanie stracili kontrolę nad kilkoma przygranicznymi miejscowościami w obwodzie biełgorodzkim. W ruskim internecie panika i wrzask, łatwo odnieść wrażenie, że armia ukraińska zaczęła kontrofensywę i zamiast na Donbas czy Zaporoże, ruszyła na rosję. I za chwilę weźmie Biełgorod i bóg wie, co jeszcze. Tymczasem mamy do czynienia z mocno ograniczoną akcją dywersyjną, choć przeprowadzoną i ogrywaną w sposób, który zasługuje na miano majstersztyku.

Na terytorium rosji rzeczywiście weszły zbrojne oddziały, ale nie ukraińskie. Uczynili to Rosjanie (ci akurat zasługują na zapis z wielkiej litery) z Rosyjskiego Korpusu Ochotniczego, formacji paramilitarnej działającej w Ukrainie. W sumie po stronie Kijowa walczy kilka różnych rosyjskich oddziałów, RKO tym różni się od pozostałych, że nie rekrutuje członków pośród jeńców i dezerterów, a składa się z emigrantów zamieszkujących Ukrainę i inne kraje. „Walczymy przeciwko putinowi i jego reżimowi” – deklarują bojownicy. Formalnie nie mają żadnych związków z ukraińską armią, ale naiwnością byłoby sądzić, że nie koordynują z nią swoich działań.

Działań, do których Ukraina wprost się nie przyzna – by nie karmić wątpliwości „symetrystów” oczekujących, że napadnięty kraj będzie się wyłącznie bronił (i że do niczego innego nie ma prawa). Działań, które (pro)ukraińskie kanały informacyjne chętnie relacjonują, szerząc przy okazji wywołującą panikę u rosjan dezinformację (o potężnym przygotowaniu artyleryjskim, o użyciu do ataku czołgów, o nadchodzących posiłkach itp.). Jaki jest cel tych działań (które, dodam, zapewne wkrótce się zakończą)? Nie chodzi o deklaratywne „wyzwolenie obwodu biełgorodzkiego” – RKO nie dysponuje odpowiednimi siłami, armia ukraińska nie ma takich planów. Ma jednak inne, związane z oswobodzeniem własnych terytoriów. Gdzie stacjonuje w tej chwili około 400 tys. rosyjskich żołnierzy. Kreml wysłał tę masę wojska kosztem m.in. zabezpieczenia formalnej granicy z Ukrainą, zakładając, że Ukraińcy nie odważą się wykorzystać tej sytuacji. No i założenie okazało się niesłuszne. W efekcie, generałowie putina zmuszeni będą do dyslokacji części swoich sił – osłabienia wojsk inwazyjnych czy to na skutek odesłania kilku jednostek do pilnowania granicy, czy też niedosłania rezerw i uzupełnień. Tak czy inaczej, iluś tam ruskich sołdatów zabraknie w Ukrainie, jakiejś puli techniki również. Linie obronne moskali gdzieś tam zostaną osłabione (niewzmocnione). A ukraińskie dowództwo patrzy i szacuje możliwości…

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Magdalenie Kaczmarek, Arkadiuszowi Halickiemu, Piotrowi Maćkowiakowi, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Maciejowi Szulcowi, Przemkowi Piotrowskiemu, Andrzejowi Kardasiowi i Jakubowi Wojtakajtisowi. A także: Michałowi Wielickiemu, Monice Rani, Jarosławowi Grabowskiemu, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Bożenie Bolechale, Jakubowi Dziegińskiemu, Aleksandrowi Stępieniowi, Joannie Siarze, Szymonowi Jończykowi, Annie Sierańskiej, Tomaszowi Sosnowskiemu, Mateuszowi Jasinie, Remiemu Schleicherowi, Grzegorzowi Dąbrowskiemu, Arturowi Żakowi, Bernardowi Afeltowiczowi, Justynie Miodowskiej i Marcinowi Pędziorowi.

Podziękowania należą się również najhojniejszym „Kawoszom” z ostatniego tygodnia: Jakubowi Kojderowi, Katarzynie Byłów, Michałowi Brydakowi i Patrycji Złotockiej.

Szanowni, to dzięki Wam – i licznemu gronu innych Donatorów – powstają moje materiały!

Nz. Fragment Bachmutu, o które toczyły się ostatnie walki. W styczniu, gdy robiłem to zdjęcie, wieżowce stały w zasadzie nietknięte. Dziś są już tylko kupą gruzu…/fot. Marcin Ogdowski

Szczerbata

Dziś w nocy doszło do kolejnego uderzenia rakietowego na Ukrainę. Według danych obrońców, rosjanie użyli 30 pocisków manewrujących, wystrzelonych z samolotów i okrętów. Widać wyraźnie, że na przestrzeni ostatnich kilkunastu dni moskale zintensyfikowali działania – atakują w zasadzie noc po nocy, mniejszą liczbą rakiet niż podczas zimowej ofensywy powietrznej, za to częściej (wówczas interwały między poszczególnymi napadami sięgały dwóch tygodni). Widać też, jakie są ich dwa zasadnicze cele – po pierwsze, zmierzają do obezwładnienia baterii patriotów, słusznie zakładając, że stanowią one poważne zagrożenie. Po drugie, chcieliby sparaliżować ukraińską logistykę, a więc docelowo skomplikować sytuację armii ukraińskiej przed spodziewaną kontrofensywą. Dlatego atakują miejsca rozpoznane jako składy materiałowe ZSU. Nie zawsze trafnie rozpoznane i czasem niecelnie porażone – stąd doniesienia o zniszczonych obiektach niemilitarnych i poszkodowanych cywilach. Tym niemniej jakieś sukcesy mają – w Chmielnickim i Mikołajewie puścili z dymem poważne zapasy amunicji, zdaje się, że i w Odessie coś trafili. Za to na odcinku „wojny z patriotami” poważnych sukcesów brak – wyrzutnia trafiona przedwczoraj odłamkami (spadających, zestrzelonych wcześniej rakiet) wróciła już do służby.

Ukraińcy twierdzą, że zestrzelili dziś 29 z 30 rakiet. Nie mam powodów, by nie wierzyć, że istotnie zdjęli taką właśnie liczbę pocisków. Z biegiem czasu jednak przekonałem się, że obrońcy nagminnie – celowo bądź nie – nie doszacowują skali rosyjskich uderzeń. Rozmiary zniszczeń wywołanych przez kolejne fale ataków nie współgrają z raportowaną skutecznością ukraińskiej OPL. Składu amunicji w Chmielnickim nie mogły zniszczyć spadające odłamki trafionej rakiety, uszkodzenia infrastruktury energetycznej z czasów zimowych napadów były regularnie większe, niż wynikałoby z oficjalnych raportów. Niezestrzelone pięć rakiet nie mogło trafić w dziesięć celów (wybaczcie ten poziom ogólności, ale nie zamierzam dostarczać konkretów rosyjskiej propagandzie).

„Dziś pewnie znów uderzą”, pisze do mnie znajoma z Kijowa. Zapewne tak – rosjanie muszą zniszczyć patrioty także z powodów ściśle propagandowych (by wykazać wyższość swoje super-broni nad zachodnią). Z przyczyn wybitnie pragmatycznych i związanych z „być albo nie być” w Ukrainie, będą dążyć do osłabienia ukraińskiej armii. Na froncie idzie licho, ale przewaga w strategicznych środkach bojowych pozwala im na uderzenia w zaplecze. Gdy przeciwnika nie da się zdzielić w twarz, można skorzystać ze sposobności, by włożyć mu nóż w plecy.

Czy Ukraińcy mogą coś z tym zrobić? Zrobili, ile mogli. Atakując dronami lotniska rosyjskich bombowców strategicznych, przegonili je w głąb rosji. Przy okazji – tupolewy przy granicy z Finlandią i Norwegią to nie jest rosyjski pokaz siły i szantaż wobec NATO, a wyraz słabości w konfrontacji z Ukrainą. Na północy samoloty są bezpieczniejsze – ot i cała tajemnica przebazowania. Topiąc krążownik „Moskwa” i wysycając wybrzeże Morza Czarnego rakietami przeciwokrętowymi, Ukraińcy zmusili rosyjską marynarkę do operowania z głębi akwenu. I owszem, ratuje ich to przed desantem morskim (na przykład Odessy, co zakładały pierwotne rosyjskie plany inwazyjne), lecz w perspektywie ataków rakietowych pozostaje bez znaczenia. Strzelane z okrętów floty czarnomorskiej kalibry bez trudu pokonują dodatkowe kilometry. Zysk jest w odniesieniu do bombowców, które muszą przebyć dodatkowe odległości, liczone w setkach kilometrów, aby dokonać zrzutu rakiet. Ukraińcy mają więc nieco więcej czasu, aby uaktywnić systemy obronne i poinformować cywilów o zagrożeniu (o każdorazowych startach rosyjskich bombowców informuje Kijów NATO; dane pochodzą z bieżącego monitoringu i są przekazywane w czasie rzeczywistym).

Wciąż zatem mamy do czynienia z rażącą asymetrią możliwości. I nie da się jej znieść bez pozbawienia rosji lotnictwa strategicznego i floty czarnomorskiej. Ukraińcy nie mają sił i środków, by tego dokonać, NATO – owszem i to przy zaangażowaniu nieznacznej części potencjału. Ale…

Ale rosja jest jak szczerbaty łobuz. Nie ma połowy zębów, mimo to nadal może gryźć. Z dużym prawdopodobieństwem użre, jeśli dostanie w szczękę i straci dodatkowe kły – użre, póki będzie mogła gryźć. Odchodząc od nieprecyzyjnej analogii – w odpowiedzi przeprowadzi na przykład ograniczone uderzenie nuklearne (na Ukrainę bądź któryś z krajów Sojuszu), wyraźnie sygnalizując wolę deeskalacji („oddaliśmy, ale więcej bić nie będziemy, jeśli tylko wy dacie spokój”). Zachód nie chce podejmować takiego ryzyka, stąd samoograniczający się charakter pomocy dla Ukrainy, wykluczający pełne zaangażowanie.

Nie sądzę, by cokolwiek w tej materii się zmieniło.

Czyli Ukraina jest skazana na rosyjskie ataki rakietowe i ich dewastacyjne skutki? Nie. Przedwczorajsza bitwa nad Kijowem wykazała ogromną skuteczność zachodnich systemów przeciwlotniczych. Stopniowo zastępują one zużywające się poradzieckie systemy i dają Ukraińcom nowe, większe możliwości. Ale tych patriotów (i innych) musi być więcej. Kijów jest dziś chyba najlepiej chronionym na wypadek zagrożeń z powietrza miastem w Europie – niech pozostałe ukraińskie aglomeracje zbliżą się do takiego poziomu. Niech rosjanie rzeczywiście tracą 90-95 proc. wystrzeliwanych rakiet. Oczywiście, to będzie kosztować. Od kiedy odeszliśmy od kija i zaczęliśmy intencjonalnie wytwarzać broń, staje się ona coraz droższa. Dziś jest koszmarnie droga, a na szczycie kosztów i kosztochłonności znajdują się systemy OPL.

Tylko czy kilkanaście miliardów dolarów, no dobra, małe kilkadziesiąt, to naprawdę dużo? Wsparcie dla Ukrainy to 2 proc. budżetów obronnych krajów NATO. Promile całościowych budżetów. Tymczasem rosyjskie wydatki na obronność w styczniu i lutym br. stanowiły aż 36 proc. wszystkich wydatków budżetowych Rosji – i to w obliczu spadku dochodów. Reżim putina przeznaczył na armię prawie cztery razy więcej pieniędzy niż na potrzeby „gospodarki narodowej” i prawie dwa razy więcej niż na cele socjalne – podaje agencja Reutera, w oparciu o oficjalne rosyjskie dane. Przychody rosji z eksportu ropy i gazu spadły w okresie styczeń-kwiecień o 52 proc. rok do roku. Wydatki budżetu wzrosły o 26 proc. – przede wszystkim z powodu toczonej wojny. Deficyt budżetowy pod koniec kwietnia wynosił 3,4 bln rubli (45 mld dol.) i już dawno przekroczył całoroczny plan (2,9 bln rubli). Większość rosjan jest na garnuszku państwa – póki dostają wypłaty i emerytury, póty będą siedzieć cicho. Ale co zrobią, gdy pojawią się zatory?

Jak już kiedyś pisałem, wojny to domena księgowych – wygrywa je ten, kogo stać na więcej. Ukraina jest biedna jak mysz kościelna, ale stoi za nią nieprawdopodobnie bogaty Zachód. A rosyjskiego szczerbatego łobuza wkrótce nie będzie stać na dentystę…

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Eksplozja w Chmielnickim, kadr z monitoringu

Spisek?

Nim wrócę do wątku zasygnalizowanego w pierwszej części tekstu – stanu polskiej obrony przeciwlotniczej – chciałbym zwrócić Waszą uwagę na wydarzenia z Kijowa. Dziś w nocy doszło tam do potężnego rosyjskiego ataku powietrznego, w którym wykorzystano m.in. pociski hipersoniczne Kindżał. Ukraińcy raportują zestrzelenie aż sześciu „sztyletów” oraz wielu innych rakiet i dronów. Na razie nie ma informacji o stratach w ludziach, choć w wielu rejonach miasta doszło do pożarów. Kijów się obronił, wykorzystując nowoczesne zachodnie systemy OPL, w tym wyrzutnie Patriot. To one zresztą były nadrzędnym celem rosyjskiego ataku – kolejnego, bowiem moskale polują na Patrioty od momentu ich wejścia do służby operacyjnej. Motywacje wojskowe, wynikłe z wysokiej skuteczności amerykańskiego systemu, zeszły się tu z wymogami czysto propagandowymi – rosjanie koniecznie chcą udowodnić, że ich super-broń jest lepsza od zachodniej. W tym ujęciu utrata sześciu kindżałów byłaby kolejnym policzkiem (przypomnijmy – kilka dni temu Ukraińcom udało się po raz pierwszy zestrzelić taki pocisk właśnie przy użyciu patriotów). Czy w istocie do tego doszło – przekonamy się niebawem. Po pierwszym sukcesie w starciu z „hipersonikiem” Ukraińcy pokazali publicznie szczątki rakiety. Jeśli teraz zrobią to samo, będziemy mieli dowód. Dzisiejsza bitwa toczyła się nad terenem kontrolowanym przez siły zbrojne Ukrainy, w dodatku nad miastem, więc z pozyskaniem wraków nie powinno być większych problemów.

Dla porządku odnotujmy, że rosjanie także raportują sukces, czyli zniszczenie „elementów systemu Patriot”. Być może udało im się trafić którąś ze stacji radiolokacyjnych, te bowiem w trybie bojowym, roboczym, emitują sporo sygnałów. Zwykle jednak lokuje się je z dala od wyrzutni, co mogłoby oznaczać, że dostała „głowa”, ale „ręce” wciąż są sprawne. Ufam, że mimo wszystko tak się nie stało.

Piętra w budowie

A teraz do sedna. Skończyłem poprzednią część artykułu stwierdzeniem, że rodzima OPL jest bezzębna. Do czasu wdrożenia zakupionych kilka lat temu patriotów, średni zasięg (70-100 km), nie jest przez Wojsko Polskie obsługiwany. W kraju są już elementy dwóch baterii Patriot, ale nadal nie pełnią dyżurów bojowych. Na południu Polski rozmieszczono co najmniej dwie baterie patriotów należące do armii USA, które strzegą hubu logistycznego w Rzeszowie. Od lutego br. „wyżej” położonych fragmentów polsko-ukraińskiej granicy pilnują patrioty z Niemiec (można zatem zaryzykować wniosek, że dziś przedrzeć się Ch-55 byłoby trudniej). I to w zasadzie tyle. Do zbudowania samodzielnych zdolności w tym obszarze potrzebujemy jeszcze sześciu baterii Patriot. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z deklaracjami politycznymi, proces pozyskania i wdrażania zakończy się na początku lat 30.

Gorzej wygląda sytuacja z obroną krótkiego zasięgu (do 40 km) – tu wciąż bazujemy na sprzęcie poradzieckim. Co istotne, część systemów przekazaliśmy Ukrainie, obniżając i tak już niskie zdolności. To rodzaj inwestycji długofalowej – Ukraińcy bowiem robią z wyrzutni i rakiet odpowiedni użytek (przydają się one m.in. do zestrzeliwania rosyjskich dronów), korzystny z punktu widzenia naszego interesu narodowego. Lecz musimy mieć świadomość, że na krótką metę wszelkie darowizny oznaczają zmniejszanie potencjału Wojska Polskiego. Dotyczy to nie tylko OPL – w większym stopniu na przykład sił pancernych, które w ciągu roku pozbyły się na rzecz wschodniego sojusznika połowy czołgów. Co do obrony krótkiego zasięgu – wiosną zeszłego roku podpisano umowę z brytyjską firmą MBDA UK na dostawę baterii pocisków kierowanych CAMM i wyrzutni iLauncher. Docelowo w ramach programu „Narew” WP ma pozyskać 23 baterie krótkiego zasięgu. Plan jest ambitny, gdyż zakłada częściową polonizację – wyposażenie baterii w nasze radary i rakiety produkowane na licencji – a to wszystko do końca dekady.

Najlepiej sprawy mają się z „najniższym piętrem” – systemami umożliwiającymi obronę do zasięgu 5 km. Zmagania w Ukrainie udowodniły wysoką skuteczność produkowanych w Mesko ręcznych wyrzutni przeciwlotniczych Grom/Piorun. Wiele takich zestawów posłaliśmy na wschód – mówi się, że połowę zapasów WP. Braki jednak mają być uzupełniono z naddatkiem poprzez zakup w najbliższych latach 3,5 tys. rakiet i 600 mechanizmów startowych. Pioruny użytkowane są w wojsku także w formie mobilnych platform, zintegrowanych z 23-milimetrowymi armatami – taki zestaw nosi nazwę Pilica, pierwsze pojawiły się w linii w 2020 roku. Pioruny, w dowolnej konfiguracji, służą do zestrzeliwania samolotów, śmigłowców i bezzałogowców, ale i z Ch-55 dałyby sobie radę. Konkludując tę część rozważań, o zbudowaniu całego wielowarstwowego systemu OPL będzie można mówić najwcześniej w połowie przyszłej dekady – gdy wszystkie elementy zostaną zintegrowane, także z samolotami F-35, których dostawy zaczną się na przełomie 2025/26 roku i potrwają pięć lat. Zaś na morzu pojawią się fregaty „Miecznik”, będące de facto mobilnymi wyrzutniami i stacjami radarowymi.

Ogromne szkody

Dach jest dziurawy i choć trochę go połatano, cudów nie ma i nie będzie. Oczywiście, moglibyśmy oczekiwać od polityków partii rządzącej bardziej asertywnej postawy wobec sojuszników z NATO. Mówiąc wprost, zabiegów o przysłanie do Polski większej liczby zachodnich systemów OPL, zbudowania „pomostowej zdolności”, jak mówi się w wojsku. Realnie rzecz oceniając, to marzenie ściętej głowy. Ryzyko utraty życia lub zdrowia przez obywateli RP na skutek „rykoszetów” z ukraińsko-rosyjskiego placu boju jest bowiem zbyt niskie. A relokacje i przede wszystkim używanie nowoczesnej broni kosztują dziś ogromne pieniądze. Jakkolwiek brutalnie to zabrzmi – musiałyby nam spadać na głowy ze dwie-trzy rakiety w miesiącu, żeby NATO zyskało odpowiedni pretekst do większego wzmocnienia polskiego „parasola”. Nieco paradoksalnie, historia z Ch-55 może służyć za uzasadnienie dla wstrzemięźliwości – w końcu pocisk wylądował w lesie i nikomu nie zrobił krzywdy.

Fizycznie, bo szkody, jakie wywołał post factum, są ogromne. Tyle że o nie trudno już obwiniać rosjan. Gdy stało się jasne, że pod Bydgoszczą znaleziono wrak rosyjskiej rakiety, opinii publicznej w Polsce (i nie tylko) zafundowano demoralizujący spektakl pt.: „Ja nic nie wiedziałem!”. Nic o tym, że coś do Polski wleciało, dodajmy dla porządku. Nad kwestią (nie)wiedzy premiera i przede wszystkim ministra obrony pochylę się w dalszej części tekstu. Na tym etapie chciałbym skupić się na skutkach wojny między cywilnym kierownictwem a wojskiem. Jak trafnie zauważył Marek Świerczyński, publicysta Polityki Insight, mamy tu do czynienia z najpoważniejszym kryzysem na najwyższych szczeblach zarządzania siłami zbrojnymi od czasu niesławnego „obiadu drawskiego” z 1994 roku (kiedy część generalicji wymówiła posłuszeństwo ówczesnemu ministrowi obrony) – z nieco inaczej rozłożonymi akcentami. Oto bowiem szef MON publicznie zarzucił dowódcy operacyjnemu (trzeciemu generałowi w armii), rażące zaniedbania i kłamstwo. Sprowadzały się one do rzekomego niepoinformowania ministra o incydencie z 16 grudnia oraz zatajenia zdarzenia w oficjalnej dokumentacji. Mariusz Błaszczak wypowiedział te słowa, gdy gen. Tomasz Piotrowski dowodził największymi w tej chwili natowskimi ćwiczeniami „Anakonda 23” – podważył zatem jego kompetencje w niezwykle wrażliwym momencie, gdy oficer WP stał na czele wielonarodowego komponentu sił Sojuszu. Gen. Piotrowski najpierw milczał, a potem wydał własne oświadczenie – literalnie niejednoznaczne, w przesłaniu oczywiste – gdzie zaapelował o „rozsądek i sprawiedliwość”. W sukurs przyszedł mu przełożony, szef sztabu generalnego WP, gen. Rajmund Andrzejczak, który dobitnie stwierdził, że przełożeni (premier, minister, prezydent) zostali przez niego poinformowani o wszystkim, co działo się w polskiej przestrzeni powietrznej wspomnianego dnia. „Wtedy, kiedy miało to (incydent – dop. MO) miejsce”, zaznaczył pierwszy żołnierz Rzeczpospolitej.

W takich okolicznościach posłaliśmy w świat kilka istotnych komunikatów, a wieści dotarły nie tylko do zachodnich sojuszników, ale również do rosjan. Ktoś na górze kłamie, ktoś fałszuje dokumenty, między cywilnym a wojskowym kierownictwem nie ma zaufania, obie strony nie potrafią współpracować i dla zachowania własnej wiarygodności gotowe są „iść na noże” – takie rzeczy dzieją się w Polsce w kluczowych obszarach zarządzania państwem. I pal licho nadwyrężoną (znowu…) wiarygodność u sojuszników, ale taka diagnoza jest dla Moskwy darem niebios. Ujawnia bowiem istnienie atrakcyjnej przestrzeni dla działań zakulisowych, dla rozgrywania napięć między wojskiem a cywilnym kierownictwem. Jeśli minister nie ma zaufania do generała, jak zareaguje, gdy „umyślny” dostarczy mu obciążający wojskowego „kwit” – a choćby i spreparowany? Taki Macierewicz nie miał problemów z czystką w armii, opartą o niewydarzone i niesprawdzane (!) zarzuty wobec najwartościowszych oficerów WP. A mechanizm podkręcania konfliktów może działać w obie strony i wcale nie musi bazować na sfabrykowanych oskarżeniach. W żadnym demokratycznym kraju współpraca cywilno-wojskowa nie układa się idealnie, wiele napięć wynika z samej natury wymuszonego „małżeństwa” dwóch tak różnych światów. I żeby nie pozostać gołosłownym – rosjanie już próbują wykorzystać iskrzenia na linii kadra dowódcza-kierownictwo MON. Na pro-rosyjskich profilach kwitnie teoria spiskowa, „wyjaśniająca” okoliczności incydentu z Ch-55. Zgodnie z nią, wojskowi rzeczywiście nie poinformowali polityków o rakiecie, bo bali się, że „szaleni pisowcy”, „rusofobiczny rząd”, „nieodpowiedzialni polscy przywódcy” w odpowiedzi pchną Polskę ku otwartej wojnie z rosją. Nawet jeśli te bzdury nie przekonają żadnego z polskich VIP-ów, „kupi je” jakaś część zwykłych obywateli. Co tylko nasili kryzys zaufania do instytucji państwa.

Niepokojące przypuszczenia

Po prawdzie i bez ruskich interwencji ów kryzys się nasila. Bo ktoś w sprawie Ch-55 kłamać musi i nie jest to zwyczajny Kowalski. Możliwe, że z prawdą w różnych zakresach mijają się obie strony. Ujawnione w zeszłym tygodniu dokumenty – świadczące na korzyść Błaszczaka – nie są w każdym razie przesądzające. Nie jest bowiem tak, że minister obrony czerpie informacje tylko z jednego źródła, jakim są raporty dowództwa operacyjnego (w tym z 16 grudnia 2022 roku nie ma wzmianki o naruszeniu/przekroczeniu przestrzeni powietrznej RP). No i Mariusz Błaszczak wielokrotnie już udowodnił, że ma skłonność do – delikatnie mówiąc – koloryzowania rzeczywistości. 14 października 2022 roku napisał na Twitterze: „Zbudowaliśmy wielowarstwowy system obrony przeciwlotniczej. Mamy Pioruny, zestawy Pilica, Małą Narew i Patrioty. Dzięki staraniom rządu PiS nasze niebo jest bezpieczne. Nie musimy przystępować do proponowanych przez Niemcy programów zakładających budowę mniej zaawansowanego systemu”. No więc nie zbudowaliśmy, a zaczęliśmy budować – i wciąż jesteśmy bardzo głęboko w lesie, z czego szef MON zdaje sobie sprawę jak mało kto w tym kraju.

Gdy Ch-55 wleciał nad Polskę, nie dało się w oparciu o odczyty ze stacji radiolokacyjnej stwierdzić, czym dokładnie jest. Ale dzięki parametrom lotu – prędkości i wysokości – jasnym było, że nie mamy do czynienia z balonem lub awionetką z jednej strony, samolotem pasażerskim z drugiej (pociski manewrujące są szybsze od pierwszych, latają dużo niżej od drugich). Do takich wniosków doszedł zresztą personel Centrum Operacji Powietrznych, dlatego uruchomiono parę dyżurnych F-16. I choć piloci myśliwców nie dostrzegli gołym okiem pocisku, radar co najmniej jednej z maszyn zarejestrował ostatnią fazę lotu Ch-55. A mówimy o urządzeniu – najogólniej rzecz ujmując – dużo „czulszym” niż naziemne stacje radiolokacyjne. Jeśli wcześniej ktokolwiek miał wątpliwości, czym jest tajemniczy obiekt, po analizie danych z F-16 mieć ich nie powinien. I teraz zwróćmy uwagę, że oskarżenia Mariusza Błaszczaka są wymierzone nie tylko w gen. Piotrowskiego, ale w kilkadziesiąt innych osób, które z racji pełnionych dyżurów wiedziały o zdarzeniu i miały na ten temat co najmniej niepokojące przypuszczenia. Te oskarżenia obejmują też Amerykanów, którzy – jak pamiętamy – wysłali w powietrze własne samoloty. I mamy wierzyć, że nikt panu ministrowi nic nie powiedział? Ignorując nie tylko wewnętrzne, ale i sojusznicze zobowiązania. O najgroźniejszym incydencie, mogącym posłużyć za casus belli, jaki w relacjach NATO-rosja wydarzył się po 1991 roku. Wolne żarty…

Wspominałem już o tym, że sami rosjanie – za pośrednictwem NATO – poinformowali o zaginionej rakiecie. Stało się to tuż po niefortunnym lądowaniu Ch-55. Jeśli rzeczywiście tak było, ministra oszukali również (ukryli przed nim ważne informacje), wojskowi i cywilni przedstawiciele Polski przy NATO. Nazywając rzeczy po imieniu, mielibyśmy wówczas do czynienia ze spiskiem wymierzonym w najwyższe władze RP, realizowanym, w najlepszym razie, przy obojętności USA i, zapewne, pozostałych członków Sojuszu. Jak mawia klasyk, „toć to we łbie się nie mieści”. Jak to, że choć na podstawie danych pozyskanych przez F-16 udało się wyznaczyć prawdopodobny rejon upadku pocisku (jak się w kwietniu okazało, uczyniono to z dużą dokładnością), poszukiwań z prawdziwego zdarzenia nigdy nie przeprowadzono. Dlaczego? Skąd wzięła się potrzeba „zamiecenia sprawy pod dywan” i będące jej skutkiem dzisiejsze „ja o niczym nie wiedziałem!”? O tym przeczytacie już jutro, w kolejnej, ostatniej części tekstu.

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. muzealny egzemplarz Ch-55/fot. domena publiczna

Wabik

Morze słów wylano już w temacie rosyjskiej rakiety, która 16 grudnia ub. r. spadła pod Bydgoszczą. Tyle dobrego, że nie muszę niczego streszczać, bo podstawowe fakty są Czytelnikom dobrze znane. Ale obok faktów w przestrzeni publicznej pojawiło się mnóstwo niedomówień, przeinaczeń, nadinterpretacji i zwyczajnych kłamstw. Zaciemniają one obraz niezależnie od tego, czy mają na celu podkręcenie paniki czy przeciwnie – totalne umniejszenie/unieważnienie incydentu. Postaram się z tym zmierzyć, stworzyć w miarę klarowny opis wydarzeń – w oparciu o rozmowy z kilkoma wysokiej rangi wojskowymi oraz własne intuicje i przypuszczenia. Nie narzucam nikomu wniosków, zwłaszcza z drugiej części tekstu. Namawiam jedynie do namysłu, sprawa bowiem jest bardzo poważna.

Jest poważna nie dlatego, że mieliśmy do czynienia z rosyjską prowokacją. Wedle teorii, która ją zakłada, pocisk manewrujący Ch-55 przyleciał pod Bydgoszcz celowo tam wysłany. W opcji „hard” miał trafić w któryś z istotnych obiektów w mieście, w wersji „soft”, już samo jego pojawienie się w naszej przestrzeni powietrznej miało nam (Polsce, NATO) „dać do myślenia”. W obu ujęciach fakt, iż Ch-55 nie posiadał głowicy bojowej – a betonowy wkład – ma być dowodem dobrej woli rosjan. Wpisującym się w logikę rosyjskiej doktryny wojennej, zakładającej deeskalację przez eskalację. „Owszem, idziemy po bandzie, śląc wam rakietę, ale ona była ‘pusta’. Moglibyśmy wysłać ‘pełną’, mamy możliwości. Nie zrobimy tego, a w zamian wycofajcie wsparcie dla Ukrainy” – tak, w skrócie, miałby brzmieć przekaz. Wzmocniony rodzajem użytej broni – pociski Ch-55 pierwotnie przeznaczono do przenoszenia głowic jądrowych.

Pechowe zapętlenie

Brzmi groźnie, prawda? Tymczasem „Bydgoszcz to polska stolica NATO”, podkreślają media. „W mieście znajdują się Wojskowe Zakłady Lotnicze!”, czytamy, zostając z przeświadczeniem o nieprzypadkowym wyborze rosjan. Ale… WZL to żadna fabryka, a warsztat, gdzie obsługuje się przede wszystkim starsze typy maszyn używane przez Siły Powietrzne RP. W kategoriach wojskowych, cel zastępczy, niższej kategorii. Centrum Szkolenia Sił Połączonych Sojuszu istotnie, ma siedzibę w Bydgoszczy. W stolicy województwa kujawsko-pomorskiego (jednej z dwóch obok Torunia) stacjonuje też m.in. Grupa Integracyjna Sił NATO, znajduje się Centrum Eksperckie Policji Wojskowych, działa sojuszniczy Zespół Wsparcia Teleinformatycznego. Zacne „firmy”, lecz mówienie o istotnym elemencie struktur Sojuszu Północnoatlantyckiego jest nieporozumieniem. Najważniejsze natowskie komórki w Polsce znajdują się w Warszawie – są nimi dowództwa Wojska Polskiego oraz Ministerstwo Obrony Narodowej. W ich pobliżu żadnych wraków rakiet nie odnaleziono.

Oczywiście, można napisać „jeszcze nie odnaleziono” lub założyć, że rosjanie celowo wybrali obiekty o mniejszym ciężarze gatunkowym, na tyle jednak ważne, by swój przekaz uprawdopodobnić. Ale czy naprawdę są powody do wiary w intencjonalne działania Moskwy? Przyjrzyjmy się sytuacji Kremla w grudniu 2022 roku (Kremla, bowiem to interesy klasy rządzącej są wyznacznikiem rosyjskiej polityki zagranicznej). Armia federacji uwikłała się w wojnę z Ukrainą, której konwencjonalnymi metodami nie sposób wygrać. Jest to jasne dziś, było jasne i zimą. Zarazem Moskwa nie może sobie pozwolić na przegraną – ryzyko utraty władzy na skutek wewnętrznych ruchawek i degradacji międzynarodowej pozycji rosji jest zbyt duże. Sądząc po działaniach Kremla, putin i jego otoczenie już jesienią ub.r. zorientowali się, że jedynym wyjściem jest dla nich kontynuacja wojny. I nie tyle chodzi o nadzieję, że „a nuż się uda”, a raczej o strategie „odraczania nagrody”. „Walczymy i w końcu zwyciężymy, ale wróg jest silny, więc ta walka musi trwać”, oto sedno rosyjskiego przekazu na użytek wewnętrzny. Coś jak znane z czasów sowieckich budowanie komunistycznego raju, wymagające kolejnych poświęceń. Póki te poświecenia są relatywnie nieduże – rosjanom jakoś się żyje, nad istotną większością męskiej populacji nie wisi widmo poboru – póty da się tak funkcjonować.

Ale – patrząc z perspektywy Kremla – to spacer na linie wymagający ostrożności także w relacjach zewnętrznych. Zastanawialiście się, dlaczego Moskwa tak potulnie znosi przekraczanie przez Zachód kolejnych tabu w zakresie pomocy wojskowej dla Ukrainy? Bo nie ma wyjścia. Konwencjonalnie nie istnieje dla NATO jako przeciwnik, zwłaszcza gdy 90 proc. jej wojsk lądowych tkwi w Ukrainie. Opcja atomowa z kolei to bilet w jedną stronę, gdyż na końcu tej podróży jest niewygrana przez nikogo wojna i zagłada. Warianty pośrednie, w których mieszczą się również wymierzone w NATO prowokacje, niosą mniejsze, ale i tak potencjalnie dotkliwe skutki. Ograniczona, konwencjonalna odpowiedź Sojuszu, skokowe wzmocnienie potencjału armii ukraińskiej, multiplikacja sankcji – to wszystko mogłoby putina i ekipę zrzucić z liny. Będąc w takiej pozycji lepiej nie siać wiatru, by nie zebrać burzy. NATO jest istotnym źródłem rosyjskich kłopotów w Ukrainie. Zniwelowanie możliwości Sojuszu mogłoby te problemy znieść, a więc i pozwolić wygrać wojnę. Ale próba zniwelowania otwiera worek z ogromnymi ryzykami – do tego sprowadza się pechowe i tragiczne dla rosjan (na pewno dla Kremla) zapętlenie. Zatem nie, nie widzę możliwości tak daleko posuniętej prowokacji. Moskwa miała w grudniu ub.r. za dużo zmartwień (a dziś ma jeszcze więcej), by „otwierać kolejny front”.

Beton nie wybucha

Zdaniem jednego z moich rozmówców, 16 grudnia 2022 roku rosjanie wpadli w panikę. Korzystając z kanałów komunikacji z NATO dali znać, że zgubili rakietę – tym sposobem próbując zapobiec ewentualnej reakcji. To od nich wiadomo, że Ch-55 nie był pociskiem bojowym. Jeśli rzeczywiście tak się sprawy miały, łatwiej zrozumieć działania polskich władz po 16 grudnia – czym zajmę się w dalszej części tekstu. Na tym etapie poprzestańmy na stwierdzeniu, że incydent nie był prowokacją a wypadkiem – co wcale nie odbiera mu powagi. Wrak Ch-55 spadł w lesie, nikomu nie zrobił krzywdy, przeleżał tam nieodkryty przez cztery miesiące. Gdy już go znaleziono, eksperci potwierdzili, że zamiast ładunku wybuchowego pocisk miał tzw.: ekwiwalent gabarytowo-masowy głowicy. Nie był więc klasycznym niewybuchem, stwarzającym zagrożenie dla przypadkowego znalazcy. „O co więc ten hałas?”, pytają niektórzy. O to, że historia i tak mogła skończyć się tragicznie. Nim to rozwinę, wyjaśnię, o co chodzi z tak przerobionym pociskiem. Ch-55 to konstrukcja z przełomu lat 70. i 80., licznie produkowana i wciąż zalegająca w magazynach armii rosyjskiej. Jej zmodernizowana wersja (z dodatkową piątką w nazwie) używana jest przez rosjan do ataków w Ukrainie. Mówimy o rakiecie zrzucanej z bombowca, która kontynuuje lot do zaprogramowanego celu, oddalonego maksymalnie o 2,5 tys. km (wedle niektórych źródeł – o 2,8 tys. km). Od jakiegoś czasu starsze egzemplarze Ch-55 – niezwykle zawodne, spadające przed czasem, zatem nienadające się do użycia bojowego – wykorzystuje się do tzw.: ataków saturacyjnych, „rozrzedzających” ukraińską OPL. Nieuzbrojone pociski pełnią rolę wabików – na radarach nie widać, czym są w istocie, więc do ich strącenia broniąca się strona posyła pełnowartościową amunicję. A tej, jak wiemy, Ukraińcy nie mają w nadmiarze. By zapewnić odpowiednie parametry lotu głowica wabika nie może być pusta – stąd ekwiwalent w postaci bryły betonu. I właśnie takie coś przyleciało do nas 16 grudnia.

Tego dnia nad ranem (a właściwie w nocy) rosjanie przeprowadzili kolejny zmasowany atak rakietowy na ukraińską infrastrukturę krytyczną. Nie znamy dokładnych okoliczności, w jakich uciekł im Ch-55. Te pociski nawet w czasach świetności miały problemy z celnością, nie najlepiej radziły sobie z manewrowaniem. Wiek zapewne zwiększył ryzyko, że rakieta w którymś momencie „zwariuje” i poleci gdzie indziej, niż było to planowane. „Nasza” wpadła do Polski z terenu Białorusi, na wysokości Brześcia. Nie ma jasności, czy wystrzelono ją nad rosyjską kolonią zarządzaną przez Aleksandra Łukaszenkę czy znad Morza Kaspijskiego, skąd zwykle oddają salwy bombowce strategiczne rosji. W tym drugim przypadku mówimy o operowaniu Ch-55 w granicach maksymalnego zasięgu (co również może podważyć celowość działań rosjan, w planowaniu ataków z użyciem pocisków manewrujących zwykle bowiem uwzględnia się spory zapas zasięgu). Ch-55 leci z prędkością mniej więcej 700 km/h, co oznacza, że w polskiej przestrzeni powietrznej pocisk znajdował się około 40 min. Sporo, byśmy mogli liczyć na jakieś przypadkowe zdjęcia, filmiki, no i relacje świadków. Pociski manewrujące poruszają się na niskiej wysokości (100-1000 metrów), można więc je dostrzec nieuzbrojonym okiem. W sieci sporo jest teorii spiskowych, w których pojawia się pytanie: „dlaczego nikt nic nie widział?”. Odpowiedź wydaje się prozaiczna – bo było bardzo wcześnie i ciemno. Nikt też nie zarejestrował eksplozji, bo rakieta z ładunkiem z betonu nie wybucha.

Lecz i tak może zrobić krzywdę – co podkreślam, wracając do argumentacji, wedle której był to poważny incydent. Rozpędzony, ponad półtoratonowy obiekt mógł nie spaść w lesie, a uderzyć w dom (budynek użyteczności publicznej; cokolwiek) – sama kinetyka tego zdarzenia mogłaby uśmiercić nawet kilka osób. A teraz rozważmy inny scenariusz, za punkt wyjścia biorąc „skłonność” rosyjskich pocisków do ucieczki (akceptując prawdopodobieństwo takiego obrotu sprawy). Niechby zatem rosjanom zwiał nie wabik, a rakieta z 300-kilogramową głowicą bojową – gdziekolwiek by uderzyła, gdzie byliby ludzie, doszłoby do ogromnej tragedii. Zakładając, że nie nastąpiłaby eksplozja – że wada rakiety objęłaby także zapalnik – mielibyśmy u siebie niewybuch. Pal licho, gdyby został z miejsca namierzony i przejęty przez wojsko – ale co w sytuacji, z jaką realnie mieliśmy do czynienia? Zapomniany, nieodkryty, śmiertelnie niebezpieczny artefakt czekałby na przypadkowe odkrycie. A nuż sprowokowałoby one wybuch… Naprawdę, machanie ręką na zasadzie „przecież nic się nie stało”, to nieodpowiedzialna postawa. Bo stać się mogło, a na szczęście nie zawsze można liczyć.

Bezzębna obrona

Co przywodzi nas do rozważań o tym, czy penetracji polskiej przestrzeni powietrznej przez Ch-55 dało się uniknąć. Za naszą wschodnią granicą toczy się pełnoskalowy konflikt zbrojny o wysokiej intensywności. Jego odsłona lotniczo-rakietowa nie jest tak „gęsta” jak lądowa, tym niemniej amunicji krąży w powietrzu na tyle dużo, że coś, czasem, po prostu musi tu przylecieć. Incydent spod Bydgoszczy podkopał wiarę opinii publicznej w oficjalne doniesienia sygnowane przez władze RP. Dziś nie jest łatwo uwierzyć, że „nawiedziły” nas tylko dwie rakiety – rosyjska Ch-55, a miesiąc wcześniej ukraińska S-300, która spadła w Przewodowie. Czyli mało jak na 15 miesięcy wojny. „O ilu rakietach nie wiemy?”, to pytanie zadaje sobie teraz wielu Polaków. Jest ono zasadne, choć moim zdaniem, uczciwa odpowiedź wcale nie musi być sensacyjna. Nawet gdyby rząd i wojsko chciały takie wydarzenia przed opinią publiczną ukryć, wielkość Polski i jej gęstość zaludnienia znacząco utrudniłyby sprawę. Jakie jest prawdopodobieństwo, że znów nikt by niczego nie zauważył, a pocisk spadł na niezamieszkały rejon? Chyba mniejsze niż odwrotna sytuacja. Dodajmy do tego nieograniczony przepływ informacji i mamy niemal pełną transparentność. Dość zauważyć, że gdy pocisk spod Bydgoszczy został już odkryty, wieść o nim rozniosła się po kraju lotem błyskawicy (nie od razu zdawano sobie sprawę, czym są resztki, ale i to szybko stało się wiedzą publiczną). Bez względu na to, na ile świadomi, żyjemy zatem w realiach ryzyka rażenia rykoszetem – nie jest ono duże, ale jest. Dla porządku należy odnotować, że pełną odpowiedzialność za owo ryzyko ponosi rosja jako agresor miotający rakietami i zmuszający obrońców do miotania własnymi.

Da się to ryzyko zredukować? Technicznie rzecz ujmując – tak. Ch-55 – z uwagi na relatywnie niską prędkość – dla samolotu byłby łatwym celem. Ale najpierw musiałby zostać wizualnie zidentyfikowany. Radar nam „nie powie”, co dokładnie obserwuje, dlatego w stronę namierzonych obiektów wysyła się samoloty dyżurne. Tak też działo się 16 grudnia ub.r., gdy obrona powietrzna dostrzegła nadlatujące „coś”. Nie ma jasności, czy zbiegło się to z informacją od ukraińskiej OPL, która powiadomiła polski odpowiednik o zagrożeniu. Tak czy inaczej, para dyżurna F-16 wzbiła się w powietrze, publiczne są już informacje, że własne samoloty podnieśli również stacjonujący w Polsce Amerykanie. Niestety, ani naszym, ani amerykańskim pilotom nie udało się przechwycić rosyjskiego pocisku – naprowadzanie zawiodło, bo obiekt znikł z radaru (z radaru polskiej OPL dwa razy). Jak to możliwe? Odpowiedź może wiązać się z tym, że rodzimy system obrony przeciwlotniczej funkcjonuje w rygorze pokojowym. Opiera się zatem o stałe stacje radiolokacyjne (będące częścią natowskiego systemu wczesnego ostrzegania). Teoretycznie radary dalekiego zasięgu (tzw. Backbony) „widzą” na odległość niemal 500 km – ale tylko cele znajdujące się na odpowiednim pułapie. Mniejsza o szczegóły – generalna zasada jest taka, że im niżej jakiś cel leci, tym później zostanie przez radar wykryty. Jeśli pocisk manewrujący „szedł” na wysokości 100 metrów, skuteczny zasięg działania Backbona zmniejszył się dziesięciokrotnie. To daje tylko kilka minut na uruchomienie pozostałych elementów systemu OPL. Załogi samolotów dyżurnych nie wzniosą się ot tak – trzeba na to około kwadransa – no i muszą dolecieć na miejsce ewentualnego spotkania z intruzem. Im bardziej precyzyjne wskazania otrzymają, tym szybciej się to stanie. W przypadku pocisków manewrujących sprawa jest tym bardziej skomplikowana, że nie lecą one torem balistycznym. Gdy znikną z ekranu radaru, trudno w oparciu o działania matematyczne wyliczyć, gdzie za chwilę się pojawią. Zamierzona zmiana kursu to raz, dwa – w tym przypadku mówimy o rakiecie uszkodzonej, nie da się wykluczyć, że „wariującej” całkiem nieprzewidywalnie.

Nie było więc na nią sposobu? Byłby. Po pierwsze, musielibyśmy prowadzić stały dozór przestrzeni powietrznej poniżej wysokości 3 tys. metrów. Czyli działać w trybie wojennym i poza Backbonami używać także mobilnych stacji radiolokacyjnych (obecnie wykorzystywanych jedynie częściowo, w ramach dyżurów bojowych i ćwiczeń). Konflikt w Ukrainie jest chyba odpowiednim pretekstem do zmiany trybu i baczniejszego obserwowania tego, co dzieje się na niższych wysokościach, choć uczciwie trzeba przyznać, że Wojsko Polskie nie ma aż tylu mobilnych stacji, żeby myśleć o pełnym pokryciu. Coś się zatem zawsze przebije, pozostanie niezauważone bądź zniknie w nieodpowiednim momencie. Po drugie, wykorzystywanie samolotów do zestrzeliwania pocisków manewrujących jest jakimś sposobem, ale do niwelowania takich zagrożeń służą przede wszystkim systemy antyrakietowe. Te klasy Patriot radzą sobie bardzo przyzwoicie, ale… trzeba je mieć. I tu jest pies pogrzebany, nasza OPL jest bowiem w istotnej mierze bezzębna. O czym więcej w kolejnej części tekstu, już jutro.

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Magdalenie Kaczmarek, Arkadiuszowi Halickiemu, Piotrowi Maćkowiakowi, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Maciejowi Szulcowi, Przemkowi Piotrowskiemu, Andrzejowi Kardasiowi i Jakubowi Wojtakajtisowi. A także: Piotrowi Pszczółkowskiemu, Bożenie Bolechale, Jakubowi Dziegińskiemu, Aleksandrowi Stępieniowi, Joannie Siarze, Szymonowi Jończykowi, Annie Sierańskiej, Tomaszowi Sosnowskiemu, Mateuszowi Jasinie, Remiemu Schleicherowi, Grzegorzowi Dąbrowskiemu, Arturowi Żakowi, Bernardowi Afeltowiczowi, Justynie Miodowskiej, Marcinowi Pędziorowi, Michałowi Wielickiemu, Monice Rani i Jarosławowi Grabowskiemu.

Podziękowania należą się również najhojniejszym „Kawoszom” z ostatniego tygodnia: Czytelnikowi imieniem Krzysztof oraz Adamowi Wasielewskiemu.

Szanowni, to dzięki Wam – i licznemu gronu innych Donatorów – powstają moje materiały!

Nz. Rakieta Ch-55 i bombowiec Tu-95/fot. defence-ua.com