Remonty

Rosyjskie media donoszą o najnowszych planach tamtejszego ministerstwa obrony. Otóż zamierza ono utworzyć dwa zakłady przeznaczone do gruntownych napraw uszkodzonego sprzętu pancernego. Przedsiębiorstwa powstaną w obwodach moskiewskim i rostowskim – 71. zakład naprawy wozów pancernych będzie się mieścił w Ramienskoje, 72. w Kamieńsku-Szachtyńsku, blisko granicy z Ukrainą. Pierwszy ma dać pracę 365 osobom, w drugim zatrudnionych zostanie 227 pracowników. Resort daje sobie dwa miesiące na pozyskanie odpowiednich działek, w sumie cztery na załatwienie wszystkich formalności.

Pod Ramienskoje w 1980 roku zbudowano lotnisko doświadczalne na rzecz sowieckiego programu kosmicznego (projekt wahadłowca Buran), część terenów nadal należy do wojska, zatem łatwo ustalić, gdzie powstanie ów zakład. Wielkość załogi sugeruje – podobnie jak w drugim przypadku – że nie będzie to przedsięwzięcie obliczone na duży rozmach. Na głębokie tyły ewakuuje się uszkodzony sprzęt wymagający najpoważniejszych napraw – przy takiej obsadzie będzie to najwyżej kilkanaście pojazdów tygodniowo. Oczywiście przy założeniu, że uda się wyposażyć zakłady w odpowiednie zaplecze techniczne.

Co jeszcze mówią nam te doniesienia? Że rosjanie zmuszeni są improwizować. Straty zadane im przez Ukraińców są na tyle wysokie, że z przywracaniem do użytku uszkodzonego sprzętu nie radzą sobie już istniejące fabryki czołgów (dwie). Co więcej, na zajętych terenach nie istnieje wystarczająca do tego rodzaju działań infrastruktura (gdyby agresorzy zajęli Charków i tamtejsze zakłady czołgowe, ich sytuacja uległaby diametralnej zmianie). Nie bez znaczenia jest fakt, że przejęte w różnych miejscowościach warsztaty mechaniczne znajdują się w zasięgu ukraińskiej artylerii, co uniemożliwia odtwarzanie za ich pomocą zdolności bojowych sprzętu.

Przypomnijmy, wedle ukraińskiego sztabu generalnego, rosja straciła do tej pory ponad 2 tys. czołgów i 4,5 tys. innych wozów bojowych. Niezależne źródła – bazujące na danych fotograficznych i filmowych – szacują te straty na kolejno: tysiąc i niemal dwa tysiące. W zgodnej ocenie analityków wojskowych, dostępny materiał multimedialny nie oddaje całości strat i zasadnym jest założenie, że rzeczywiste dane są o 1/3 wyższe (co daje nam 1,3 tys. czołgów i 2,5-2,7 tys. innych pojazdów pancernych). Tak czy inaczej, pogrom, rodzący konieczność pilnego odtwarzania potencjału.

Dodajmy na koniec, że rosyjskie straty osobowe przekroczyły dziś w nocy kolejny symboliczny pułap 50 tys. żołnierzy definiowanych jako bezpowrotnie straconych (zabitych, wziętych do niewoli, poważnie rannych). Zdaniem Bena Wallace’a, brytyjskiego ministra obrony, jak dotąd zabito w walce 25 tys. rosjan, zaś ogólna liczba zabitych, rannych i pojmanych przekroczyła w tym tygodniu 80 tys., co oznacza, że niemal połowa pierwotnych sił inwazyjnych została unicestwiona.

I skoro o symbolicznych kwestiach mowa – potwierdzają się wcześniejsze spekulacje o tym, że rosjanie zmuszeni zostali do pozyskania dronów z Iranu (własne im już „wyszły”…). Na nieszczęście dla Kremla, istotna część tej pomocy to nielotny i niedziałający badziew. Z kolei amerykańskie media donoszą – opierając się o przecieki ze źródeł wywiadowczych – że rosja dokonuje właśnie interwencyjnych zakupów „milionów sztuk pocisków artyleryjskich” w… Korei Północnej. Ot i miara upadku…

—–

Nz. Uszkodzony rosyjski samochód pancerny/fot. Sztab Generalnych Ukraińskich Sił Zbrojnych.

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Siła!

Druga wojna światowa rozpoczęła się atakiem lotniczym. Dziś to standard, wówczas nowa jakość, zapowiadająca erę powietrznej dominacji jako warunku zwycięstwa w konflikcie zbrojnym. Wczesnym rankiem 1 września 1939 roku 29 niemieckich sztukasów zbombardowało przygraniczny Wieluń. Pierwsze bomby spadły na szpital Wszystkich Świętych, zabijając 32 osoby. Później zbombardowano rynek pozbawionego jakiegokolwiek znaczenia militarnego miasta, ostatecznie burząc je w 75 proc. Była to pierwsza z niemieckich zbrodni wojennych, wcale nieskrywana przez i wobec Niemców. W ówczesnej prasie można na przykład odnaleźć entuzjastyczne relacje mjr Oskara Dinorta, pilota Junkersa, odznaczonego za akcję nad Wieluniem Krzyżem Żelaznym.

Pięć lat temu z niesmakiem przyglądałem się publicznej dyskusji, wywołanej słowami Andrzeja Dudy, który powiedział, że nalot na Wieluń nazwalibyśmy dziś aktem terrorystycznym. AntyPiS orzekł, że prezydent „przesadza, odbiło mu”, pisowcy twierdzili, że ma rację – i tak młócono się od rana do wieczora w kolejną rocznicę wybuchu wojny, sięgając po coraz bardziej absurdalne argumenty. „K… mać!”, przeklinałem w duchu. „Co za idioci”, myślałem o politykach opozycji (zasmucony ich dyspozycją intelektualną, która nie wieszczyła rychłego pokonania PiS-u). Sprawa bowiem była oczywista – zbombardowanie śpiących cywilów (w tym pacjentów dobrze oznakowanego szpitala!), to terroryzm „najczystszej” wody. Niezależnie od tego, czy stoi za tym regularna armia czy jakieś bandyckie ugrupowanie. Uciekanie w zawiłości prawa nie ma tu najmniejszego sensu. Dziś – po wielokrotnych wyczynach rosyjskiego lotnictwa w Ukrainie – panuje w tej materii ponadpartyjny konsensus. Nazywania rosji państwem terrorystycznym unika w zasadzie tylko Konfederacja (tfu!), z oczywistych jak się wydaje powodów. Ale wtedy – te pięć lat temu – chodziło nie o poszanowanie faktów, a o to, by przywalić „pisiurom”.

Boże broń, żadnym niewinnym ofiarom nagonki – były to przecież czasy, kiedy armią trząsł Antoni Macierewicz. Z perspektywy czasu jego ówczesne dokonania jeszcze bardziej jeżą włos na głowie. Typ zafundował wojsku kadrową czystkę i karuzelę awansów niczym Stalin sowietom przed wybuchem II wojny. Skala była rzecz jasna nieporównywalna, bo i armia kilkudziesięciokrotnie mniejsza, zaś oficerowie nie stawali pod ścianą, czekając na strzał w tył głowy – ale nie, nie jest to żadna okoliczność łagodząca. Wojsko było bowiem osłabione jak nigdy po 1989 roku. A z tego mogli się cieszyć wyłącznie rosjanie…

„(…) Z wojen, zwłaszcza z przegranych kampanii, winniśmy wyciągać wnioski. Generalicja Wojska Polskiego w 1939 roku miała marne kompetencje; nasi w lampasach do pięt nie dorastali swoim doskonale wykształconym niemieckim przeciwnikom. Dezercja Rydza-Śmigłego stanowiła zwieńczenie całej serii kadrowych pomyłek, zapoczątkowanej wraz z nastaniem sanacji, wzmożonej po śmierci Piłsudskiego. Awanse na najważniejsze stanowiska – oparte o kryteria politycznej i towarzyskiej lojalności – były jednym z powodów wrześniowej klęski. Jednym z istotniejszych – należy podkreślić. Warto, by pamiętali o tym współcześni politycy, skorzy do czyszczenia szeregów wojska w oparciu o wydumane zarzuty, akceptujący pomysł przyspieszonych awansów i ceniący sobie ideologiczne oddanie nad dowódcze kompetencje. Historia lubi się powtarzać…”, pisałem trzy lata temu. W międzyczasie Amerykanie dopięli swego, „Macier” stracił stołek i realne wpływy na armię, pisowcy zaś się opamiętali. Mógłbym przyczepić się do zasadności części generalskich awansów, które nastąpiły po styczniu 2018 roku, ale wolę skupić się na tym, że lampasy otrzymało wielu solidnych rzemieślników w mundurach. Czy jest pośród nich jakiś współczesny Tadeusz Kutrzeba (ten oryginalny zasługuje na miano diamentu generalicji II RP)? – nie wiem. „Tyle o sobie wiemy, ile nas sprawdzono”, głosi popularne powiedzenie, a nas – naszej armii, naszych możliwości obronnych – lepiej żeby nie sprawdzano.

„Nigdy więcej wojny!”, inne popularne hasło, jest tu jak najbardziej na miejscu. Ale pozostanie pustym i żałosnym wołaniem, jeśli rosjanom uda się pokonać Ukrainę. Dziś bowiem to rosja stanowi dla środkowo-wschodniej Europy takie samo zagrożenie, jak niegdyś nazistowskie Niemcy. Trzeba ją więc zgruchotać – co wybornie wychodzi Ukraińcom, gotowym do dalszej walki. Trzeba więc ich wspierać, tak długo, jak będzie to potrzebne. Do zwycięstwa.

Trzeba też inwestować we własną armię oraz dbać o sojusze. Kremlowska propaganda – w Polsce za pomocą sieci użytecznych idiotów – przez lata przekonywała, że zachodnie gwarancje bezpieczeństwa są tak naprawdę pustymi obietnicami. Więc gdy raszystowskie hordy ruszyły 24 lutego na Ukrainę, wielu z nas się przelękło. „Przyjdą i po nas”, wieszczono. Przyszli – sojusznicy. Swoisty młyn na naszym niebie stanowił najlepszy dowód, że nie ma mowy o żadnej powtórce z 1939 roku. Peryferyjna dotąd przestrzeń powietrzna RP zaroiła się od natowskich samolotów. I pozostaje gęsta do dziś. W 32. Bazie Lotnictwa Taktycznego w Łasku stacjonuje dla przykładu 12 amerykańskich F-22 Raptor. Dwanaście… – co czyni Łask najsilniejszą bazą sił powietrznych w Europie. Raptory to żadne tam sowieckie popierdółki, a odkurzacze nieba – wymiotą zeń wszystko, co tylko stanowić będzie jakiekolwiek zagrożenie. Impotentne taktycznie, pozbawione przetrenowanych procedur i biedne w kwestii zaawansowanego uzbrojenia precyzyjnego rosyjskie lotnictwo nie stanowi dla nich godnego przeciwnika.

„To jest taka siła, że ciężko sobie wyobrazić”, pisze mi Bartek Bera, autor trzech załączonych zdjęć, wykonanych kilka dni temu w Łasku, doskonale obeznany z tajnikami współczesnego lotnictwa wojskowego.

Szkoda tylko – dodam od siebie – że nie da się ich użyć nad Ukrainą. Byłoby już pozamiatane.

PS. Czołowe zdjęcie zrobił w 2016 roku towarzyszący mi fotoreporter Paweł Krawczyk, w przedszkolnym oddziale jednej ze szkół w powiecie izjumskim. Wieczorem 31 sierpnia, w przededniu kolejnego roku szkolnego. Placówka gotowa była na przyjęcie wychowanków. Nie wiem, czy dziś zainaugurowała kolejny rok, wiem, że ten rejon okupują rosjanie. Wierzę, że to ich ostatni 1 września na ukraińskiej ziemi. Że kolejne spędzą u siebie, albo W ukraińskiej ziemi – bo nikt ich tam nie zapraszał, jak i my nie zapraszaliśmy Niemców rankiem 1 września 1939 roku…

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Umiar!

Oj, rozgrzały się media społecznościowe za sprawą doniesień z okolic Chersonia. „Zaczęła się ukraińska kontrofensywa!”, wieszczy jeden przez drugiego. Spokojnie ludziska, spokojnie…

Kontrofensywa to duży zaczepny zwrot – w realiach ukraińskiej wojny działanie, w które zaangażowano by kilkadziesiąt tysięcy żołnierzy (nie 20-30, a raczej 50-60+). O całej masie sprzętu wspomnę tylko dla porządku.

Nic nie wskazuje na to, byśmy mieli do czynienia z taką skalą operacji. W obwodzie chersońskim zaczęły się dziś rano kontrataki w kilku wybranych punktach, przeprowadzane przez kilkusetosobowe grupy bojowe.

Wcześniej zapewne ustalono, że w zaatakowanych miejscach rosyjskie linie są osłabione. W ostatnim czasie obserwowaliśmy również nasilenie ukraińskich ataków artyleryjskich, których celem było odcięcie rosjan zgromadzonych na prawym brzegu Dniepru. I pozbawienie ich zapasów amunicji – temu służyły uderzenia himarsów w mosty i składy.

Na tej podstawie wnioskuję, że Ukraińcom chodzi o dalszą dezorganizację rosyjskiego przyczółku. Wywołanie wrażenia presji i w efekcie paniki wśród rosjan, co mogłoby poskutkować wycofaniem się za rzekę. W obecnych warunkach wiązałoby się to z porzuceniem masy ciężkiego sprzętu, którego nie sposób ewakuować przez tak wielką wodę bez odpowiednio nośnych i sprawnych mostów.

Efekt propagandowy takiego obrotu sprawy byłby miażdżący (widzicie te przebitki z setkami sztuk porzuconej rosyjskiej techniki?).

Myślę, że doprowadzenie do takiej sytuacji to zamiar maksimum ukraińskiego dowództwa na dziś. A najpewniej idzie o dalsze gnębienie ruskich w prawobrzeżnym kociołku.

Oczywiście to wojna i sytuacja może ulec dramatycznej zmianie. Rosyjska obrona możne się posypać do tego stopnia, że Ukraińcy pójdą dalej – i na przykład wyzwolą Chersoń. Ale…

Ale pamiętajmy, że coś, co utrudnia życie rosjanom, utrudni i Ukraińcom – oni też nie będą w stanie pokonać rzeki wpław. No i druga, ważniejsza kwestia – w obwodzie zaporoskim i chersońskim znajduje się w tej chwili ponad 60 proc. rosyjskich sił inwazyjnych. Jest na czym i na kim oprzeć obronę, która przypomnę, jest głęboko urzutowna (ma kilka linii). Ba, to siły nadal posiadające potencjał ofensywny; teoretycznie rzecz jasna, ale nie ignorowałbym tej kwestii.

Zatem raz jeszcze – bez hurraoptymizmu proszę. To raczej nie jest TEN zwrot zaczepny. Poza tym nie zapominajmy, słowa mają znaczenie. Kremlowskie trolle bezwzględnie wykorzystają ograniczony charakter czy ewentualne niepowodzenie dzisiejszych akcji do skompromitowania ukraińskiej armii („jakie wojsko, taka kontrofensywa”), co może się przełożyć na oceny sensowności dalszego wspierania Ukrainy.

A poza wszystkim innym, o czym już pisałem, ukraińska kontrofensywa trwa w najlepsze od wielu tygodni. Ma pełzający charakter i za zadanie stopniowe osłabianie możliwości rosjan. Narzędziem są precyzyjne ataki artylerii, nie zaś ruchy wielkich formacji wojska. Na te jeszcze poczekamy.

—–

Nz. Mapa południa Ukrainy.

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Niedyskrecja

Przywołana w jednym z wcześniejszych wpisów wpadka w Berdiańsku niczego Rosjan nie nauczyła. 2S4 Tulipan to 240-milimetrowy moździerz, niemający odpowiednika w zachodnich armiach. Zainstalowany na gąsienicowym podwoziu, poza wielką siłą rażenia cechuje się też wysoką mobilnością. Niezwykle niebezpieczna broń, gdyby używać jej zgodnie z przeznaczeniem i… z dala od mediów. Pod koniec maja br. jeden z moździerzy trafił na front na przemysłowych przedmieściach Rubiżne w obwodzie ługańskim. Aleksander Kots – reporter „Komsomolskiej Prawdy” i bloger – umieścił na swoim kanale na Telegramie filmik ilustrujący pracę artylerzystów. Materiał poszedł „na żywca”, bez wizualnej obróbki. Efekt? Niespełna dobę później tulipan – wciąż na tej samej pozycji – został trafiony bombą z drona, a ukraińskie dowództwo zwróciło się do autora reportażu na jednym z oficjalnych profili. „Dzięki za cynk!”, napisano, załączając do wpisu wideo z zarejestrowanym atakiem na moździerz.

W połowie sierpnia br. dotkliwe straty poniosła tzw. Grupa Wagnera, firma najemnicza działająca w Ukrainie na zlecenie Kremla. W pojedynczym ataku ukraińskiej artylerii zginęła setka najemników, przez wiele godzin wydawało się, że był wśród nich założyciel przedsiębiorstwa Jewgienij Prigożyn, bliski współpracownik prezydenta Rosji. „Kucharz Putina” przeżył, ale to jego zdjęcie w towarzystwie współpracowników – umieszczone na propagandowym kanale Grey Zone na Telegramie – posłużyło Ukraińcom do identyfikacji miejsca skoszarowania wagnerowców. Resztę roboty wykonała wyrzutnia Himars, rażąc precyzyjnie zamieszkały do niedawna przez cywilów blok w okupowanej Popasnej.

Pokora i zrozumienie

Nie zamierzam bynajmniej zostawić czytelnika z przekonaniem, że błędy tego typu są charakterystyczne dla konkretnej nacji. Kilkanaście lat temu opublikowałem fotografię spadochroniarzy z 6. Brygady Desantowo-Szturmowej, wykonaną podczas patrolu w Afganistanie. Żołnierze nie nosili na głowach hełmów, co podczas spuszczania migawki nie wydawało mi się niczym nadzwyczajnym (sam unikałem kłopotliwego „garnka”). Gdy tekst ukazał się na prowadzonym przeze mnie blogu, pod „moim” kampem ustawiła się kolejka „petentów”. Okazało się, że popełniłem potencjalnie szkodliwe faux pas. „Jeśli zginę, ubezpieczyciel będzie miał dowód, że nie zawsze postępowałem zgodnie z zasadami BHP. A każdy pretekst do odmowy wypłaty odszkodowania jest dobry…”, wyjaśnił mi jeden z wojskowych. Jakiś czas później poproszono mnie, bym nie informował internautów na bieżąco, gdzie przebywam. W oczach opinii publicznej śmierć żołnierzy nie była już wówczas niczym wyjątkowym, ale zabicie dziennikarza zapewne odbiłoby się szerokim echem – na czym bardzo zależało talibom. „Ruch oporu ma wyspecjalizowane komórki białego wywiadu, czytają też i ciebie”, przekonywał mundurowy ze służb. Troszczył się o swoich, którym towarzyszyłem, a którzy mogliby zginąć przy próbie zabicia reportera. W patrolu przestrzeganie tej zasady nie było trudne – niewidzialny parasol zakłóceń, uniemożliwiający zdalne odpalanie min-pułapek, pozbawiał łącza i mój telefon. Ale z dala od wozów i w bazach, pojawiała się pokusa „bycia on-line”. Skłamałbym, deklarując, że pokora i zrozumienie dla wymogów wojska przyszły automatycznie.

„Pierwszego polskiego Kraba widzę dobre 300 km przed Donbasem. To chyba dobra wróżba”, zatweetował w połowie lipca br. reporter Onetu Marcin Wyrwał. Ów krótki wpis wywołał burzę, łącznie z sugestiami szpiegostwa na rzecz Rosji, w czym celowali medialni funkcjonariusze „dobrej zmiany”. Lecz niesprawiedliwe oskarżenia nie zmieniają faktu, że dziennikarz popełnił błąd. Na zdjęciu widać sporo szczegółów ułatwiających lokalizację. Co więcej, przedstawia ono jedną z podarowanych Ukrainie armato-haubic na lawecie, unieważniając późniejszy argument reportera, że fotografię osadził w sieci kilka dni po wykonaniu. Kilkudziesięciotonowy zestaw ma mobilność ograniczoną przez nośność mostów; informacja, że sprzęt jedzie na front „asfaltem”, a nie koleją (na wschodzie eszelon to nadal domyślny sposób przerzutu wojska i uzbrojenia), pozwala wytypować ograniczoną liczbę możliwych dróg. Potem wystarczy się przyczaić w oczekiwaniu na kolejną okazję. Rosjanom nie powiodły się polowania na kraby ani na froncie, ani na tyłach, co świadczy o słabości ich lotnictwa i niemożności penetracji zaplecza nieprzyjaciela przy użyciu grup dywersyjnych. Ale to może się zmienić.

Źródło i narzędzie

Od zawsze jednym z elementów decydujących o zwycięstwie w wojnie był dostęp do informacji. Wygrywała zwykle ta strona, która więcej wiedziała o przeciwniku – jego planach, uzbrojeniu, miejscach dyslokacji wojsk. Dziś – jakkolwiek większość takich informacji jest niejawna i ma charakter rozproszonej wiedzy – nie trzeba „siedzieć w głowach” wrogich dowódców czy cieszyć się dostępem do supertajnych baz. Mnóstwo użytecznych danych pozostaje „na wyciągnięcie ręki”, za sprawą sieci komórkowych i Internetu, będących zarazem źródłem wiedzy i narzędziem jej pozyskiwania. Zajmują się tym komórki OSINT (ang. Open-Source Intelligence; rozpoznanie na podstawie ogólnodostępnych źródeł), działające jako formalne struktury sił zbrojnych, zajmują też detektywi-amatorzy, często skupiający wokół siebie liczne sieci współpracowników. Pojedyncze zdjęcie wykonane dla ilustracji jakiegoś zdarzenia najczęściej zawiera dodatkowy pakiet danych. Elementy zabudowy mieszkalnej, w tym wnętrza domów i uchwycone didaskalia, miejska infrastruktura – od znaków drogowych po wielkie konstrukcje jak mosty – obiekty przyrodnicze, budowle symboliczne i wiele innych szczegółów pozwalają zidentyfikować miejsce i czas wykonania fotografii. W geolokalizacji pomocne okazują się kąty padania światła czy charakter chmur. Przy dostępie do baz danych meteo – gdzie odnotowuje się rodzaje zachmurzeń dla danych regionów – niewinne tło w postaci obłoków na niebie może zadecydować o trafności wskazania.

Oczywiście, bez odpowiednich mocy obliczeniowych i właściwej przepustowości łącza, zawiodą najlepsze algorytmy zaprojektowane do szukania podobieństw w zbiorach obrazów. Wymogi sprzętowe i techniczne (oraz dostęp do zasobów różnych instytucji) premiują więc legalnych osintowców, ale ci nieformalni czerpią ze społecznościowego charakteru swoich przedsięwzięć. Justin Peden, Amerykanin posługujący się nickiem „Intel Crab”, weryfikuje przypuszczenia w gronie 255 tys. użytkowników. Większość to Europejczycy, co ma ogromne znaczenie, Peden bowiem śledzi postępy rosyjskich wojsk w Ukrainie. „Tak, to moja okolica!”, „to z pewnością punkt X, byłem tam, proszę, mam takie zdjęcia” – reakcje społeczności są niczym rekordy w wyszukiwarce. Parający się białym wywiadem amatorzy i zawodowcy to dwa różne światy, działające w oparciu o inne motywacje. Gdy pierwszym chodzi o zaspakajanie ciekawości, drudzy idą dalej i robią bojowy użytek ze zdobytych informacji. Jednym z oblicz wojny w Ukrainie jest inwigilacja środowisk osintowych przez wyspecjalizowane służby i związany z tym transfer wiedzy. Po prawdzie, wielu detektywów-amatorów ochoczo na taki układ przystaje, wykorzystywanie własnych ustaleń przez ukraińską armię traktując jako wkład w wojenny wysiłek. Po drugiej stronie działa to tak samo, czego przykładem może być społeczność skupiona wokół kanału Rybar na Telegramie. Na motywacji patriotycznej bazuje także mechanizm stosowany w aplikacji telefonicznej Diia. Jej użytkownicy wysyłają dane na temat obserwowanych przez siebie ruchów rosyjskich wojsk. Z dostępnych informacji wynika, że Dii użyło w tym celu co najmniej ćwierć miliona osób.

Fotka z wakacji

Sieciowa niedyskrecja, która tworzy obfite łowiska dla speców od OSINT-u, nie jest oczywiście skutkiem działalności li tylko mediów. Przydatne ślady zostawiają – bądź mogą zostawiać – w zasadzie wszyscy przebywający w rejonie konfliktu, podłączeni do globalnego systemu wymiany informacji. 27 lutego br. – trzy dni po rozpoczęciu rosyjskiej inwazji – firma Google wyłączyła na swoich mapach dla Ukrainy warstwę natężenia ruchu drogowego. Stało się to na prośbę ukraińskich władz, które argumentowały, że ogólnodostępne dane o zatorach mogą stanowić dla Rosjan pośrednią informację o ruchach ukraińskiej armii. Casus już istniał, co więcej, był „świeżutki” i pochodził z okresu tuż przed atakiem, kiedy światowe media informowały o koncentracji rosyjskich wojsk. Część doniesień oparta była o googlowskie mapy, które rejestrowały poważne zatory w Rosji i Białorusi przy granicy z Ukrainą. Występowanie korków wielokrotnie pokrywało się z obserwowanymi na inne sposoby ruchami rosyjskich kolumn pancernych i transportowych – co pozwoliło uznać „czytanie Googla” za pełnoprawną metodę OSINT. Gwoli wyjaśnienia, Google Maps wykorzystuje do monitorowania natężenia ruchu dane lokalizacyjne smartfonów używanych przez okolicznych kierowców. „Wyłączcie geolokalizację w telefonach”, prosiło obywateli ukraińskie MSW. Gdy padły pierwsze strzały, Ukraińcy z zagrożonych rejonów zniszczyli znaki na drogach i budynkach. „Rosjanie zaczynają orientować się na intensywność mobilnego ruchu, nie ułatwiajmy im zadania”, apelowano. Przy tej okazji wyszło na jaw, że rosyjski system nawigacji satelitarnej Glonass – w założeniu pełnoprawny odpowiednik GPS – jest zbyt „dziurawy” i niewydolny. Do tego stopnia, że wojska inwazyjnie albo były ślepe, albo ratowały się cywilnymi urządzeniami GPS (co wyjaśnia, dlaczego Rosjanie – mimo posiadania odpowiedniej technologii – nie zagłuszają tego rodzaju sygnałów i nie niszczą naziemnych urządzeń odbiorczych; po prostu, są na nie skazani).

Cyfrowy ślad zostawiany przez wojskowych ma też bardziej prozaiczną postać i wynika z codziennych nawyków czasu pokoju. Dmitrij Kartaszow ze 175. Brygady Dowodzenia Południowego Okręgu Wojskowego regularnie aktualizował swój profil na Vkontakte, rosyjskim Facebooku. W maju 2015 r. wrzucił do ogólnodostępnego serwisu selfie, nie zadbał jednak o usunięcie metadanych, dodanych przez smartfon, które zdradziły miejsce wykonania fotografii. Przeoczył również specyficzną „drobnostkę” – znajdujące się za plecami anteny systemu walki radioelektronicznej Rtuć-BM, będącego na wyposażeniu wyłącznie rosyjskiej armii. W tamtym czasie Kreml stanowczo odżegnywał się od udziału swoich żołnierzy w wojnie na Donbasie. Twierdził, że to wewnątrz ukraiński konflikt, z którym Rosja nie ma nic wspólnego. Zdjęcie – jedno z wielu, które wówczas namierzono i spopularyzowano – dowodziło kłamstw Moskwy. Nieznane są dalsze losy Dmitrija Kartaszowa, tak jak nie wiemy, co stało się z rosyjskim turystą, który kilkanaście dni temu postanowił zrobić sobie pamiątkę z wakacji. I podzielić się nią z użytkownikami Vkontakte. Zdjęcie opalonego 60-parolatka na krymskiej plaży nie byłoby niczym godnym uwagi, gdyby nie tło – zestaw obrony przeciwlotniczej S-400 Triumf. Plaża okazała się bardzo charakterystycznym miejscem, fotografię z cyfrowego morza danych wyłowił ukraiński wywiad. Reszty łatwo się domyśleć, co przywodzi do wniosku, że dla świętego spokoju lepiej nie fotografować wojskowych instalacji. O czym mówi się także w Polsce przy okazji każdych większych ćwiczeń, a ostatnio w kontekście licznych transportów uzbrojenia, zmierzających naszymi drogami i torami do Ukrainy.

Nz. 2S4 Tulipan z materiału Aleksandra Kotsa

Tekst opublikowałem w Tygodniku Przegląd, 36/2022

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

„Ropuchy”

24 marca br. dowódca okupacyjnego garnizonu w Berdiańsku przecierał oczy ze zdumienia. W normalnych okolicznościach z położonej na wzniesieniu komendantury rozpościerał się doskonały widok na port. Tego ranka nadbrzeżne instalacje spowiły potężne kłęby dymu, co rusz rozlegał się dźwięk eksplodującej amunicji. Chwilę wcześniej duży okręt desantowy Floty Czarnomorskiej wyleciał w powietrze, a dwie inne jednostki (swoją drogą, zamówione i zbudowane w Polsce „ropuchy”) właśnie salwowały się ucieczką. Do dziś nie ma jasności, czego konkretnie użyli Ukraińcy – czy był to atak dywersantów czy uderzenie precyzyjnymi pociskami (rakietami Neptun, które kilka tygodni później posłały na dno flagowy krążownik „Moskwa”). Pewne jest, że w dniu poprzedzającym spektakularny pożar, w jednej z rosyjskich telewizji nadano krótki materiał z Berdiańska. Autor przechadzał się po placu składowym i z przejęciem opowiadał o masie wojskowego sprzętu, który na pokładach wspomnianych okrętów przypłynął właśnie z Krymu. Równie dobrze mógłby podświetlić zacumowane jednostki znacznikiem laserowym, używanym przy naprowadzaniu „inteligentnych” bomb…

Taki akapit popełniłem wczoraj. To wstęp do większego tekstu, którego obszerny fragment ukaże się w poniedziałek w papierze, a całość – jako jeden z rozdziałów – zawrę w swojej najnowszej książce. Przy okazji – jeśli chcecie pomóc w jej powstaniu, polecam Wam przycisk buycoffee.to u dołu wpisu.

Wracając do Berdiańska i ataku na rus-flotę – dziś rano doszły do mnie echa tamtego zdarzenia. Najpierw jednak – tytułem wprowadzenia – chciałbym zwrócić Waszą uwagę na nie najlepszą kondycję rosyjskiego przemysłu stoczniowego. Zaraz ktoś mi powie, że przecież wodują nowe jednostki. No tak, ale jakie? W jakich liczbach? I ile zajmuje ich budowa? No więc drobnicę i średniaki (w rosji nie powstaje nic o tonażu powyżej 10 tys. ton), niewiele, z opóźnieniami sięgającymi lat. O fatalnej terminowości i niskiej jakości napraw stoczniowych piszą nawet otwarcie branżowe rosyjskie media. Jako przykład degradacji możliwości niech posłuży ciężki krążownik rakietowy „Admirał Nachimow”, remontowany i modernizowany od… 23 lat. Z najświeższych doniesień wynika, że okręt ma wrócić do służby w przyszłym roku. Podobna sytuacja ma miejsce z krążownikiem lotniczym „Admirał Kuzniecow” – to ten dymiący „lotniskowiec”, który swego czasu można było oglądać na Morzu Śródziemnym, gdy próbował – wzorem amerykańskich jednostek – zabezpieczać lotniczo kontyngent lądowy w Syrii. Skończyło się na kilku katastrofach samolotów i powrotem na kolejny remont, który trwa od czterech lat. I którego końca nie widać. Przy okazji okręt przeszedł pożar (ahh te zaprószenia…), zatonął też dok pływający, w którym go umieszczono.

I mógłbym tak dużo i długo, ale nie w tym rzecz. 24 marca ogień strawił duży okręt desantowy „Saratow”, a uszkodzeniu uległy dwie mniejsze jednostki – „Kunikow” i „Nowoczerkawsk”, wspomniane „ropuchy”. Pięć miesięcy później okazuje się, że oba desantowce jednak nie wrócą do służby. I tu zaczyna się ciekawie, winę bowiem przypisują rosjanie… Polakom. Problemem nie są rzekomo zniszczenia wywołane pożarem (i nieumiejętność ich usunięcia), a wadliwe dysze silników wysokoprężnych, które rosyjska marynarka zakupiła w Polsce w 2019 roku. Diesle obnażyły swe słabości dopiero teraz, akurat na dwóch jednostkach poturbowanych w Berdiańsku. Inne „ropuchy”, wyposażone w te same podzespoły, pozostają sprawne. Z powodu sankcji nie ma możliwości zakupu jednostek napędowych w Polsce – skarżą się rosjanie.

Cóż, w tej sytuacji nie pozostaje nic innego, jak oba desantowce zalać betonem i posadzić na dnie. Najlepiej koło „Moskwy”, będzie im raźniej.

—–

Nz. Berdiańsk w momencie ataku. Na pierwszym planie jedna z „ropuch”, w tle płonący „Saratow”.

Postaw mi kawę na buycoffee.to