Niezłomność

Wieś Zahorianiwka, 10 km na północ od Chersonia. Właśnie zakończyło się wydawanie pomocy humanitarnej, którą do wyzwolonej jesienią 2022 roku osady przywieźli wolontariusze z Polskiego Centrum Pomocy Międzynarodowej i ukraińskiej Fundacji Wieża.

– Może pomogę? – zaproponowałem kobiecie, której chwilę wcześniej zrobiłem zdjęcie.

Ukrainka zatrzymała się, puściła uchwyty jednokołowego wózka.

– Chcesz mnie obrazić, chłopczyku? – wyprostowana niczym struna, zrobiła groźną minę. Zaraz jednak uśmiechnęła się serdecznie. – Chałupa kilometr stąd, na taczce te ciężary nie takie straszne.

– Kilometr to sporo… – nie odpuszczałem.

– Eee – starsza pani machnęła ręką.

– Mąż nie mógł przyjść? – spytałem.

– Męża pochowałam zanim przyszli moskale – usłyszałem w odpowiedzi. Staruszka nie powiedziała, kiedy dokładnie odszedł jej mężczyzna. Nie sądzę, by zapomniała czy nie miało to dla niej znaczenia. Inwazja – na co właśnie zyskałem kolejny dowód – stała się najważniejszym punktem odniesienia dla Ukraińców. Przedzieliła ich życia wyraźną, szeroką kreską.

– Dzieci?

– Młodych we wsi prawie nie ma, zabrała ich wojna. Albo na nią poszli, albo przed nią uciekli – tym razem na twarzy starszej pani zagościł smutek. – Nam, starym, trochę bez nich ciężko, ale przecież nie będę narzekać. Nie wolno nam być ciężarem – stwierdziła, chwytając na powrót ogumione rączki. I popchała dalej tę swoją taczkę.

Stałem przez chwilę, odprowadzając kobietę wzrokiem.

– Chłopczyku! – krzyknęła, nie odwracając głowy. – Ja naprawdę dam sobie radę – brzmiało to jakoś tak zawadiacko.

Skrzywiłem usta w uśmiechu. Ukraińskie babcie rzucające słoikami w rosyjskie drony nigdy nie istniały; to wytwór propagandy, powstały „ku pokrzepieniu”. Rzeczywistość jest mniej widowiskowa, ale niezłomność wcale nie musi nosić oczywistych cech bohaterstwa.

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Czornobajiwka

Wjazd do słynnej Czornobajiwki.

– Używacie lotniska? – spytałem chłopaków na wartowni. – Lądują tu wasze samoloty, śmigłowce? – doprecyzowałem.

– A skąd, wszystko rozjebane – wyszczerzył zęby jeden z nich.

Czornobajiwka to symbol rosyjskiego uporu i głupoty. Najeźdźcy za wszelką cenę próbowali się umocnić na lotnisku, którego potrzebowali jako hubu logistycznego. Od początku był to wysiłek próżny, wystawiony na działanie ukraińskiej artylerii.

A rosjanie i tak robili swoje, ba, w którymś momencie (w drugiej połowie marca 2022 roku) ustanowili na lotnisku dowództwo jednej ze swoich armii, co gen. Jakowa Riezancewa kosztowało życie (inny rosyjski generał, Andriej Mordwiczew, został tam ranny; wykaraskał się, choć w pierwszych doniesieniach i jego uznano za zmarłego).

Między marcem a kwietniem 2022 roku teren lotniska był mielony przez ukraińskie armaty co najmniej 17 razy. Z czasem Ukraińcy zaczęli używać także rakiet, dronów, infrastrukturę lotniska oraz zgromadzony sprzęt atakowali ukraińscy komandosi.

W sumie przeprowadzono ponad 40 mniej lub bardziej spektakularnych uderzeń, na skutek których Czornobajiwka zyskała miano „czarnej dziury”, pochłaniającej rosyjski sprzęt i żołnierzy.

Z Czornobajiwką wiąże mnie też osobiste wspomnienie. Na początku marca minionego roku, podczas kolegium w zaprzyjaźnionej redakcji, zwarłem się nieco z rosyjskolubnym redaktorem. Dla którego kwestia wojny była przesądzona, wszak „rosjanie są zbyt silni, żeby Ukraińcy mogli na cokolwiek liczyć”. Określiłem tę opinię bzdurą, opowiedziałem o spektakularnym ukraińskim ataku na Czornobajiwkę sprzed kilkunastu godzin (jak się później okazało, pierwszym z serii), wprost nazywając go „zapowiedzią dalszych losów rosyjskiej inwazji”. Mój adwersarz puknął się w czoło i uśmiechnął z politowaniem.

Kilka tygodni później ruskie zwiały z północnej Ukrainy.

Zaś Czornobajiwka na dobre zagościła w serwisach informacyjnych. Ostatni raz w postaci większej liczby newsów 10 listopada ubiegłego roku, kiedy przyległą do Chersonia miejscowość wyzwoliły oddziały armii ukraińskiej.

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Widok od strony szosy M14. Zdjęcie z końca marca br. /fot. Marcin Ogdowski

Derusyfikacja

Pozwólcie, że wrócę na chwilę do Chersonia, gdzie pod koniec marca wziąłem udział w spotkaniu z urzędnikami regionalnej administracji. Nigdy wcześniej nie byłem w tym mieście, ucieszyła mnie więc perspektywa obejrzenia na własne oczy centralnego placu Chersonia, który znałem ze zdjęć i materiałów filmowych. Takich ikonograficznych dla tej wojny, bo dokumentujących najpierw obywatelski opór mieszkańców miasta w marcu 2022 roku, a potem ich zbiorową radość, gdy 11 listopada do Chersonia weszły oddziały ZSU.

I owszem, zobaczyłem Plac Wolności, zrobiłem nawet kilka zdjęć, ale w zupełnie innych okolicznościach – nie przy okazji wizyty w urzędzie, a spaceru w wolnej chwili. Okazały budynek władz regionu stoi bowiem pusty, a urząd znajduje się gdzie indziej. W ogóle, cała okolica olbrzymiego skweru sprawiała wrażenie wymarłej.

– Zmieniamy lokalizację co kilka tygodni, ale i tak nie będzie pan mógł zrobić tu zdjęć – usłyszałem tuż przed spotkaniem z osobami odpowiedzialnymi m.in. za współpracę z organizacjami humanitarnymi.

Jak się domyślacie, budynki władz państwowych i samorządu, na przykład merostwa, stanowią zbyt oczywisty cel dla rosyjskiej artylerii. Urzędnicy pracują zatem w na poły konspiracyjnych warunkach – ci od gubernatora w obszernej piwnicy bez okien, zorganizowanej na wzór redakcyjnego newsroomu. Są tam biurka z laptopami, kilka sieciowych drukarek i dużych ekranów telewizyjnych (sprzęt jest nowy, bo wycofujący się rosjanie ukradli całą biurową elektronikę we wszystkich miejscowych urzędach; skubnęli również miejski monitoring). Jest stół konferencyjny oraz głębiej położone pomieszczenie oznaczone jako schron. Są wreszcie siedzący przy wejściu do hali mężczyźni w pełnym oporządzeniu i z długą bronią. Nie ma wizyt interesantów – sprawy załatwia się przez Internet, na telefon i poprzez wizyty urzędników w miejscach zamieszkania obywateli.

Spotkało mnie więc swego rodzaju wyróżnienie, ale nie na tym chciałbym się skupić. Gdy moja towarzyszka – Anna, koordynatorka projektów Polskiego Centrum Pomocy Międzynarodowej w Ukrainie – rozmawiała z przedstawicielami departamentu polityki społecznej, mnie pozostało się przysłuchiwać. Ania już wcześniej – we wioskach, gdzie rozdawaliśmy pomoc humanitarną – na wstępie przepraszała miejscowych, że mówi nie po ukraińsku, a po rosyjsku, którym posługuje się bieglej. Gdy pierwszy raz usłyszałem te przeprosiny, byłem lekko zdumiony. Południowy wschód Ukrainy to „naturalna” rosyjskojęzyczna strefa, tymczasem za przejaw dobrych manier uchodzi tam dziś przepraszanie za nieużywanie ukraińskiego. Sam lepiej znam rosyjski niż ukraiński, ale do tej pory niespecjalnie się tym przejmowałem, przyjeżdżając do kraju, którego miażdżąca większość obywateli od dziecka pozostaje dwujęzyczna (co zresztą jest błogosławieństwem dla takich ancymonów jak ja, nieświadomie mieszających słowa z obu języków).

No więc godzinna niemal rozmowa w zaimprowizowanym urzędzie odbywała się po rosyjsku, a ja w jej trakcie przewracałem ślepiami ze zdumienia. Działo się tak, gdy ukraińscy urzędnicy przerywali swoje wywody, bo nagle brakowało im jakiegoś rosyjskiego słowa. „Jak to będzie po rosyjsku?”, głowili się po ukraińsku. A chodziło o banalne wyrazy, co przywodzi mnie do wniosku, że to nie kwestia braków w słownictwie, a rodzaj ostentacji. Dobrego tonu, który każe dystansować się od rosyjskiego, traktowanego jako język obcy.

Przypomniałem sobie Ihora, wolontariusza z Odessy – i jego uśmiech na twarzy, gdy opowiadał o skutkach raszystowskiego ataku rakietowego na miasto. Miał on miejsce w przededniu mojego przyjazdu do Odessy, w jego trakcie szczątki zestrzelonej rosyjskiej rakiety spadły na budynek zamieszkały przez kleryków z kościoła prawosławnego patriarchatu moskiewskiego. Nikt nie zginął (choć tak twierdził taksówkarz, od którego dowiedziałem się o zdarzeniu), ale trzy osoby zostały ranne.

– Idioci, trafili swoich – kwitował wyraźnie zadowolony Ihor.

Możemy się zżymać na ów mało subtelny, mało polityczno-poprawny wniosek (i postawę) Ihora; to kwestia osobistej wrażliwości. Ja pragnę jedynie – przywołując wspomniane sytuacje – lepiej zilustrować proces zachodzący w głowach mieszkańców Ukrainy, którego skutkiem będzie – nie mam co do tego wątpliwości – derusyfikacja tego kraju.

Rosyjscy barbarzyńcy sami na siebie ukręcili ten bat.

Tyle na dziś, wracam do chorowanie – paskudnie rozłożyło mnie jakieś grypopodobne dziadostwo. Korzystając z okazji, spokojnych świąt Wam życzę.

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Plac Wolności w Chersoniu/fot. Marcin Ogdowski

„Wyzwolenie”

Na początek historia z Sierakowa, z ostatniego spotkania autorskiego. Świetnie poprowadzonego, w fajnej atmosferze intelektualnego fermentu, zwieńczonego osobliwym, ale i ciekawym doświadczeniem.

– Dlaczego rząd w Kijowie nie zostawi w spokoju ludzi ze wschodniej Ukrainy, którzy chcieliby przyłączyć się do rosji? – pytał mężczyzna po pięćdziesiątce.

– A kto im zabrania wyjechać? – odparłem nieco prowokacyjnie. – Mówi pan językiem kremlowskiej propagandy, która kłamie, przeinacza fakty. Przed rokiem 2014 na Donbasie nie było tendencji secesjonistycznych. O oderwaniu regionu od Ukrainy myślał procent-dwa miejscowych; wynika to wprost z badań socjologicznych. Ideę separatystycznych republik, docelowo zintegrowanych z rosją, przynieśli na wschód Ukrainy rosyjscy wojskowi z Girkinem na czele. Rzekomi separatyści, do których przyłączył się miejscowy margines społeczny, by z bronią w ręku odkuć się za lata życiowych niepowodzeń. Ci bandyci sterroryzowali resztę…

– Przeprowadzono referenda – przerwał mi mężczyzna.

– Niby-referenda, których wyniki znano na długo przed „głosowaniem” – kontynuowałem. – Wracając do sedna, myli pan prorosyjskie sympatie czy sowiecki sentyment, obecne pośród części mieszkańców wschodniej Ukrainy nawet po 2014 roku, z gotowością do zdrady własnego kraju. Nie przeczę, byli tacy Ukraińcy, nadal są. Ale miażdżąca większość potraktowała armię rosyjską jako najeźdźców. Twierdzenie, że było/jest inaczej, to kłamstwo.

– Obraża mnie pan… – usłyszałem.

– Nie pana, tylko pańskie źródła informacji, jeśli już – powiedziałem. – Ale okłamujcie się tak dalej – dodałem. – Sam putin uwierzył w bzdury własnej propagandy. I założył, że Ukraińcy na wschodzie powitają jego żołdaków chlebem i solą. W efekcie stracił najlepszą część armii.

– A wie pan, jakiego pochodzenia jest prezydent Zełenski? – mężczyzna zmienił temat.

– No wiem, jest Żydem. I co z tego?

– Wszystko. To wszystko wyjaśnia…

Ciągu dalszego nie było. Mam w zwyczaju zamykać dyskusje, gdy pojawiają się antysemickie i teorio-spiskowe „argumenty”. Moderator myślał tak samo. Po wszystkim mój antagonista nie miał ochoty na rozmowę twarzą w twarz w kuluarach. No ale pojawił się na spotkaniu, co było dla mnie czymś nowym. Do tej pory stykałem się ze zwolennikami ruskiego miru wyłącznie wirtualnie, zwykle w formie komentarzy. Miałem wrażenie, że boją się konfrontacji (nie raz już odgrażali się, że wpadną na jakieś spotkanie i „zmiażdżą mnie retorycznie” – i na zapowiedziach się kończyło). Jak się okazuje, niektórym starcza odwagi – o czym nie piszę z uznaniem, boże broń; dla mnie to niczym hydra unosząca łeb, przejaw zepsucia debaty, w ramach której można dziś publicznie wyrażać swoje uznanie, sympatię dla zbrodniczego reżimu.

Kwestia wolności słowa to temat do odrębnych rozważań, a ja przytaczam tę historię z innego powodu. Spędziłem ostatnio trochę czasu z Ukraińcami ze wschodu. Z tymi, którym dane było poznać dobrodziejstwa włączenia do rosji. Oto mała próbka tych doświadczeń.

Olga Bunczuk, sołtyska ze wsi Zahorianiwka/fot. Marcin Ogdowski

Wieś Zahorianiwka leży 10 km na północ od Chersonia. Osada przetrwała okupację niemal nietknięta – większe rosyjskie oddziały tylko przez nią przejechały, wiosną zeszłego roku jako zdobywcy, jesienią jako uciekinierzy.

– Przez chwilę mieszkało u nas kilku rosyjskich oficerów – opowiadała Olga Bunczuk, sołtyska. – Gdy zaczęła się inwazja, część mieszkańców uciekła, zostawiła chałupy; okupanci potraktowali je jak własne.

– Prześladowali was fizycznie, dokuczali?

– Właściwie nie – Bunczuk pokręciła głową. – Czasem nagabywali, żeby przyjąć ich paszporty, ale ludzie kazali im iść w diabły. Na początku okupacji obsesyjnie szukali po domach atowszczików (weteranów operacji antyterrorystycznej w Donbasie z lat 2014-22 – dop. MO), a w sąsiedniej osadzie zabili trzech młodych mężczyzn, właściwie chłopców, cywilów. Rozstrzelali ich za współpracę z partyzantką – doprecyzowała kobieta.

– Bez sądu? – dopytywałem.

– A skąd, całą okupację traktowali nas jak gorszy gatunek. Niby chcieli z nas zrobić rosjan, a tak naprawdę mieli gdzieś, jak i z czego będziemy żyć. Zniszczyli sieć elektryczną, przez pięć miesięcy żyliśmy bez prądu. Rozkradli urządzenia z kurzej fermy, w której pracowało trzysta osób z okolicznych wiosek. Zaminowali pola, odbierając pracę tym, którzy żyli z roli. Nie musieli bić, by uprzykrzyć nam życie – Bunczuk uśmiechnęła się smutno.

– Pamięta pani moment wyzwolenia? – celowo zmieniłem temat.

– O tak! – tym razem uśmiech kobiety był szeroki i radosny. – Miałam kontakt z synem, który służy w obronie terytorialnej. Pisał, że idą na Chersoń, że jego koledzy przejdą przez Zahorianiwkę. Noc z 10 na 11 listopada spędziłam w piwnicy. Słyszałam jakieś głosy, ruch na drodze, ale bałam się, że to rosjanie, że mnie zabiją. Wyszłam z ukrycia jedenastego, była czternasta, gdy zobaczyłam pierwszych naszych chłopców.

Ostatni rosjanie przeszli przez wioskę kilka godzin wcześniej. Zahaczyli o bibliotekę, skąd ukradli dwa laptopy, telewizor i karaoke.

– Książek nie wzięli. Znamienne… – zauważyła miejscowa bibliotekarka. – A elektroniki szkoda, bo była jak okno na świat. To biedna okolica, dzieciaki przesiadywały tu na internecie, co piątek robiliśmy imprezy z karaoke. Biblioteka uczyła, bawiła, tętniła życiem. Aż rosjanie postanowili nas wyzwolić – w głosie kobiety słychać było nutę rozgoryczenia.

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Bartoszowi Wojciechowskiemu, Maciejowi Szulcowi, Przemkowi Piotrowskiemu, Andrzejowi Kardasiowi, Jakubowi Wojtakajtisowi, Magdalenie Kaczmarek i Piotrowi Maćkowiakowi. A także: Mateuszowi Jasinie, Remiemu Schleicherowi, Grzegorzowi Dąbrowskiemu, Arturowi Żakowi, Bernardowi Afeltowiczowi, Justynie Miodowskiej, Marcinowi Pędziorowi, Michałowi Wielickiemu, Monice Rani, Jarosławowi Grabowskiemu, Bożenie Bolechale, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Aleksandrowi Stępieniowi, Joannie Siarze, Szymonowi Jończykowi i Tomaszowi Sosnowskiemu.

Podziękowania należą się również najhojniejszym „Kawoszom” z ostatniego tygodnia: Bogusławowi Topolskiemu, Czytelnikowi o imieniu Paweł, Arkadiuszowi Wiśniewskiemu i Marii Machole.

Szanowni, to dzięki Wam – i licznemu gronu innych Donatorów – powstają moje materiały!

Nz. Cztery miesiące po wyzwoleniu mieszkańcy Zahorianiwki wciąż borykają się ze skutkami okupacji. Zniszczona i rozgrabiona infrastruktura oznacza brak pracy, a więc i potrzebę elementarnego wsparcia. Świadczy je – w postaci paczek z żywnością i chemią gospodarczą – m.in. Polskie Centrum Pomocy Międzynarodowej/fot. Marcin Ogdowski

Niedogodności

Piszę dziś „do papieru”, więc w ramach relacji tylko dwie króciutkie retrospekcje.

– Obudził Was alarm? – spytała właścicielka pensjonatu w Mikołajewie.

Pokiwałem głową – wycie syren o 3.30 rzeczywiście przerwało mi sen.

Ania – wolontariuszka z Polski – machnęła ręką.

– Coś tam słyszałem, ale niespecjalnie się rozbudziłam – dodała.

– Tak to już u nas jest, wojenne niedogodności, do których można się przyzwyczaić – skwitowała Ukrainka. I za chwilę uśmiechnęła się szeroko. – Na was nie zrobiło to wrażenia, miałam ostatnio gości z Anglii, którzy reagowali podobnie. Ale Włosi – kobieta zawiesiła głos. – Mój boże, cały pensjonat na nogi postawili, tak głośno szukali schronu…

Prawdę powiedziawszy, nie wiem, czy w pensjonacie był jakiś schron. Na pewno były płyty pilśniowe w oknach na parterze, co sprawiało, że w skąpo oświetlonej jadali panował z lekka piwniczny klimat. Jak w schronie.

—–

O ile z alarmami musi żyć cała Ukraina, o tyle jedna niedogodność ma wybitnie lokalny charakter. Mikołajów nie posiada własnego ujęcia wody pitnej – najbliższa stacja, czerpiąca wodę z Dniepru, znajduje się w Chersoniu. Ale rosjanie – wzorem hitlerowców z czasów II wojny światowej – stosują taktykę spalonej ziemi. I w jej ramach zniszczyli zarówno punkt poboru, jak i infrastrukturę przesyłową. W efekcie, półmilionowe miasto zmuszone jest korzystać z wody morskiej, która w żadnym razie nie nadaje się do picia. Władze Mikołajewa zdecydowały, że wodociągi będą ją podawać wyłącznie w celach technicznych – można tym spłukać klozet, można się umyć (choć śmierdzi i wygląda zielonkawo), od biedy da się i prać. Ale picie grozi poważnymi problemami zdrowotnymi.

Piją więc „mikołajewscy” wodę dostarczaną przez wojsko, miejskie służby i organizacje pomocowe – w beczkowozach, wielkich zbiornikach i butelkach, które stały się nieodłącznym elementem tamtejszego krajobrazu.

Stały się nim również wozy techniczne, co rusz jeżdżące do kolejnych awarii, bo słona woda „nie lubi się” z rurami i pompami. Niszczy też urządzenia domowe, więc rosjanie mają na sumieniu nie tylko te pralki i zmywarki, które zdołali ukraść.

Odbudowa infrastruktury? Owszem, raz już tego dokonano, ale orki nie dały za wygraną i ostrzelały z artylerii przywróconą do życia stację.

– Nic mnie nie swędzi – raportowałem żonie po dwóch kąpielach w mikołajewskich „solankowych źródłach”. Nadal nie swędzi.

—–

Obwód chersoński to nie Kijów i jego okoliczne gminy. Tu nie ma mowy o szybkiej odbudowie zniszczonych domów i obiektów użyteczności publicznej. Pamiętam serię zdjęć ze stolicy i satelickich miasteczek, zestawionych tak, by pokazać, że kilka miesięcy po uszkodzeniu jakiegoś budynku, wygląda on jak nowy.

Południowy wschód nie jest tak zasobny, a i wciąż wisi nad nim groźba eskalacji jeśli nie walk, to przynajmniej ostrzałów i bombardowań, które zniszczyłyby to, co właśnie odbudowane.

Posad-Pokrowskie, do którego wraca życie, wracają ludzie, dobrze ilustruje ów problem. W całej dużej wiosce widziałem raptem jeden odbudowywany dom. Widziałem też sporo chałup zakrytych niebieskimi płachtami – chronią one resztki dobytku przed całkowitym zniszczeniem przez śnieg i deszcz. To inicjatywa jednej z organizacji wolontariackich, podjęta pod nieobecność właścicieli posesji (o czym wspominam, bo na początku wydawało mi się, że to wstęp do odbudowy i że chodzi o domy obecnych na miejscu mieszkańców).

„Wioska ruin”, przyszło mi do głowy, gdy z dachu lokalnej szkoły – także zniszczonej – kontemplowałem widok.

Ale życie pośród ruin również musi trzymać pewne standardy. Odbudowę można/trzeba odłożyć, ciał zasypanych ludzi (albo po prostu zabitych, bo nie wszyscy ginęli na skutek zawałów) zostawiać nie wolno. Z różnych powodów, także tych pragmatycznych. Rozkładające się zwłoki śmierdzą, a to już nieakceptowalna niedogodność.

Rzecz w tym, że niektóre ciała nawet po uprzątnięciu zostawiały po sobie zapachowy ślad. Jak sobie z tym poradzić? Mieszkańcom wyzwolonych terenów południowo-wschodniej Ukrainy pomógł… COVID. A konkretnie zapasy płynów dezynfekcyjnych, zalegające w magazynach. Wystarczyło rozlać ciecz w miejscach, gdzie leżały rozkładające się zwłoki.

Ot, ponura wojenna pomysłowość.

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Widok na Posad-Pokrowskie/fot. Marcin Ogdowski