Pomoc

Samoloty pojawiły się znienacka, w towarzystwie potężnego huku. Leciały w parze, na bardzo niskiej wysokości – aparat zniekształcił perspektywę, na zdjęciu jedna z uchwyconych maszyn wydaje się maleńkim, odległym punktem. Ale w rzeczywistości śmignęły na tyle blisko, że bez trudu rozpoznałem sylwetki szturmowików i dostrzegłem ich charakterystyczny „cyfrowy” kamuflaż.

Zoja – moja rozmówczyni – patrzyła w niebo z niepokojem. Co prawda jej dom poważnie uszkodził rosyjski pocisk artyleryjski, ale pobliską szkołę rozbebeszyły lotnicze bomby. I to bomby odpowiadały za dużą część zniszczeń w Posad-Pokrowskie – w wiosce, w pobliżu której przez wiele tygodni przebiegała linia frontu.

– To wasze – stwierdziłem na głos, robiąc jednocześnie zdjęcia. – Su-25 – dodałem.

Odrzutowce pomknęły w stronę Chersonia.

– Z Polski? – spytała mnie Zoja, nieco starsza ode mnie kobieta, którą chwilę wcześniej zastałem na porządkowaniu zdemolowanej posesji. W pierwszej chwili nie zrozumiałem pytania; byliśmy już po słowie, Ukrainka wiedziała, że jestem Polakiem. Wnet mnie olśniło.

– Samoloty? – chciałem się upewnić.

– No tak, czy to te z Polski? – usłyszałem.

Byłem zaskoczony. Po prawdzie, nie spodziewałem się u „zwykłych ludzi” takiego rozeznania w temacie pomocy wojskowej. A jednak Zoja dobrze wiedziała, że polskie władze zdecydowały o przekazaniu samolotów bojowych Ukrainie. Nie Suchojów, a MiG-ów 29, ale nieznajomość typu to w tym kontekście nic nieznaczący szczegół.

– Nie, nie – zaprzeczyłem. – My wam dajemy inne. Takich jak te – wskazałem ręką kierunek, w którym odleciały szturmowce – nasze wojsko nigdy nie miało.

Kobieta kiwnęła głową.

– Mój boże – westchnęła. – Dobrze, że nam tak pomagacie – stwierdziła i… objęła mnie mocno. Niby nic, a mało się nie popłakałem ze wzruszenia.

Zoja na terenie własnej posesji. W tle zbombardowana szkoła/fot. Marcin Ogdowski

—–

W okolicach Chersonia regularnie znika zasięg ukraińskich sieci komórkowych. Telefony „przejmują” rosyjscy nadawcy, a na wyświetlaczach pojawia się informacja o roamingu. To samo tyczy się stacji radiowych – im bliżej Dniepru, za którym rozciąga się nadal okupowane terytorium Ukrainy, tym łatwiej wyłapać rosyjskie rozgłośnie.

– Czekaj, posłuchamy, co powiedzą – Lesia, wolontariuszka z Odessy, zwróciła się do Julii, która prowadziła nasze auto. Wcześniej, przez prawie trzy godziny, słuchaliśmy radia Bayraktar („muzyki ukraińskiego zwycięstwa”, jak reklamuje się rozgłośnia). Ale w głośnikach zaczęło trzeszczeć, trzeba więc było poszukać czegoś innego.

Trafiliśmy na wiadomości, czytane po rosyjsku śmiertelnie poważnym tonem. Najpierw mówiła spikerka, potem jakiś korespondent, a ostatecznie puszczono fragment przemówienia Dmitrija Miedwiediewa, poświęcony – jak zdołałem się zorientować – systemowi motywacyjnemu dla pracowników rosyjskiej zbrojeniówki.

– Zrzygam się… – zapowiedziała Julia. – Nie mogę tego słuchać – stwierdziła i skorzystała z prerogatyw kierowcy. Radio zamilkło.

– Słyszałeś Marcin? – upewniała się Lesia. – Co mówili o polskim krabiku…

Przytaknąłem, śmiejąc się szeroko. Nim wybrzmiał głos Miedwiediewa, korespondent donosił o zniszczeniu „na południowym odcinku specjalnej operacji wojskowej polskiej samobieżnej armato-haubicy Krab”.

– Kłamią – dla Lesi było to oczywiste.

„Pewnie tak”, uznałem, wszak rosjanie, jak w filmie z gatunku „zabili go i uciekł”, „zniszczyli” lub „uszkodzili” wszystkie przekazane Ukrainie Kraby – i to tak ze dwa-trzy razy. Szybko jednak spoważniałem – udało się ruskim czy nie, fakt, że mówili o tym w wiadomościach był znamienny. „Druga armia świata” chwaliła się zniszczeniem pojedynczej haubicy – oto sukces na miarę rosyjskich możliwości. Ale i dowód, jak bardzo kremlowskiej propagandzie zależy na podkreślaniu polskiego udziału w tej wojnie. „Zaleźliśmy ruskim za skórę”, skwitowałem w myślach tę sytuację.

Jedna z przekazanych Ukrainie haubico-armat Goździk – tę rzeczywiście udało się rosjanom zniszczyć/fot. Marcin Ogdowski

—–

Dawno nie czułem się tak dobrze ze swoją polskością, jak przez ostatnich kilka dni w Ukrainie. Zewsząd słyszałem opowieści o córkach i wnuczętach, które znalazły w Polsce schronienie. Niemal każdy z moich rozmówców ma lub miał u nas kogoś bliskiego. Chciałem czy nie, stałem się obiektem, wobec którego wyrażano wdzięczność za ten zbiorowy wysiłek. O co było tym łatwiej, że pojechałem na chersońszczyznę dokumentować wysiłki podejmowane przez Polskie Centrum Pomocy Międzynarodowej (przy współpracy z ukraińską Fundacją Wieża). Brałem zatem udział w dystrybucji żywności i chemii gospodarczej, dotarłem do przyfrontowych wiosek – omijanych przez inne organizacje – gdzie PCPM finansuje odbudowę infrastruktury energetycznej. W takich okolicznościach utożsamiony z pomocą, stałem się adresatem następującego pytania:

– Dlaczego nam tak pomagacie? – jeden z dzielnych ludzi, elektryków, którym zdarza się pracować mimo rosyjskiego ostrzału, nie był podejrzliwy, a zwyczajnie ciekawy.

Co miałem powiedzieć? Wzruszyłem ramionami, bo dla mnie to oczywista powinność, gdy wróg sąsiada okazuje się barbarzyńcą. Gdy grozi i nam, gdy próbuje podważyć sojusze, na których opiera się nasze bezpieczeństwo. A jego ewentualne zwycięstwo i podejście do naszych granic uczyniłoby mój kraj strefą ekonomicznego ryzyka, zbyt dużego dla wielu obcych kapitałów.

– Bo to też nasza wojna – odparłem i wyliczyłem argumenty.

– Moskale was za tę pomoc nienawidzą…

– Więc tym bardziej musimy Was wspierać.

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Przelatujący nad Posad-Pokrowskie ukraiński Su-25. A właściwie próba jego uchwycenia przy pomocy aparatu…/fot. Marcin Ogdowski

Wyprawa

Przez ostatni tydzień przebywałem w Ukrainie, głównie w obwodzie chersońskim. Na Facebooku – gdzie panel administracyjny jest najłatwiejszy do obsługi – prowadziłem na bieżąco relację z wyjazdu. Blog wymaga nieco więcej zabiegów i lepszego niż miałem dostępu do Internetu – stąd taki wybór medium. Nie chcę jednak, by FB pozostał jedynym nośnikiem tej relacji, więc post factum zamieszczam wszystkie wpisy w ich oryginalnej postaci.

21 marca 2023 r.

Co jest na tym zdjęciu? Niby nic, a jednak to kawałek wojenno-podróżniczej rzeczywistości Ukrainy. Kotary w przedziałach i na korytarzach muszą być zasłonięte, tak, by na zewnątrz nie wydostawało się zbyt wiele światła. Zaciemnienie dotyczy również pociągów – o czym przypomina/informuje załoga składu.

Jadę więc przy zaciągniętych.

22 marca 2023 r.

ruskie chciałyby tu być, ale nie dla… nich Odessa. Czają się gdzieś daleko za horyzontem, tchórze, ładując rakietami z okrętów. Wczoraj lokalna OPL zestrzeliła jeden z orkowych pocisków – niestety, odłamki upadły na miasto.

– Zginęły trzy osoby – mówi miejscowy taksówkarz.

—–

Czas na więcej szczegółów. Jutro wieziemy pomoc humanitarną do wiosek w regionie chersońskim. Dziś w Odessie załadowaliśmy samochody – chemią i żywnością. Konwój organizuje miejscowa Fundacja Wieża, od naszej strony Polskie Centrum Pomocy Międzynarodowej.

W składzie, gdzie przechowywane są produkty, znalazłem ciekawą „ekspozycję”.

– To pozostałości ruskiego miru – mówi Ihor z Wieży. Fundacja, poza wsparciem typowo humanitarnym, zajmuje się również rozminowywaniem i zbieraniem amunicyjnych resztek.

Na zdjęciu urobek z jednego tygodnia, z okolic dwóch wiosek na chersońszczyźnie – widoczny na pierwszym planie Grad, resztki bomb kasetowych i pocisków artyleryjskich.

– Śmieci – podkreśla Ihor, a z kontekstu jasno wynika, że nie chodzi mu tylko o żelastwo…

23 marca 2023 r.

Psy wojny/fot. Anna Radecka

—–

Ot, biblioteka, nic niezwykłego. Nieduża, wiejska, w miejscowości Zagaraniwka (region chersoński). Bieda tu aż piszczy, spotęgowana wojną; stąd potrzeba pomocy i nasz humanitarny konwój.

Ukraińcy wyzwolili osadę 11 listopada. Wcześniej bibliotekę wyzwolili rosjanie – od sprzętu komputerowego i innej elektroniki, będącej oknem na świat dla lokalnej dzieciarni.

Widziałem mnóstwo wojennego kurestwa, ruskie – zdawało się – nie są w stanie mnie zaskoczyć. Ale żeby zajebać dzieciakom laptopa, telewizor i kareoke, to już naprawdę trzeba być… No właśnie – kim, czym, jakim?

—–

Podążałem dziś w okolicach Chersonia śladem prezydenta Zełenskiego – początkowo nieświadomie, choć – jak mawiają – znaki były. Zetknąłem się na przykład z jego „głęboką ochroną” – ludźmi i sprzętem strzegącym nieba w rejonie prezydenckiej wizyty. Mniejsza o szczegóły – nie czuję się upoważniony – tym niemniej nie było zaskoczenia, gdy na gruzach wsi Posad-pokrowskie usłyszałem od nielicznych ocaleńców, że właśnie minąłem się z głową ukraińskiego państwa („jaki on chłopięcy!”, dziwili się miejscowi).

Ufam, że będzie jeszcze okazja, ale ja nie o tym.

Mam nieco staroświeckie podejście do narodowych symboli. „Flaga rzecz święta” – uczyli mnie od dziecka i jakkolwiek po drodze moje relacje z Polską harmonijne nie były, respekt do biało-czerwonej pozostał. I zobaczyłem dziś naszą flagę na dachu zrujnowanej szkoły w Posad-pokrowskie. Budynek zniszczyły rosyjskie bomby (bo tak…), biało-czerwoną zawiesili Polacy z Legionu, walczący o miejscowość w listopadzie zeszłego roku.

Gest zacny, zaakceptowany przez miejscowych, tyle że po drodze flaga zmarniała. Zabrudzona, lekko podarta, częściowo leżała na resztkach dachu, bo drzewiec się obniżył i nadłamał. No więc durny łeb zaprogramował się na misję ratowania biało-czerwonej, co wymagało wspinaczki po zarwanych kondygnacjach i spaceru po strychu, którego podłoga trzymała się na słowo honoru.

Pomógł pan Wiktor, jeden z miejscowych Robinsonów. Pierwotny pomysł był taki, by flagę odwinąć i unieść, by znów dumnie powiewała, ale gdy już do niej dotarliśmy, zmieniłem zdanie.

– Zabiorę ją do domu, do Polski – postanowiłem.

– Pomogę zdjąć – Wiktor z miejsca wziął się do roboty. A ja chwyciłem za aparat i telefon, w głowie układając szatański plan.

Wystawię tę flagę na aukcji, a zebrane pieniądze przeznaczę na pomoc Ukrainie; wojskową/humanitarną – niech to pozostanie decyzją zwycięzcy (który proporzec szanować musi – to jasne jak słońce). Za ułamek (mam nadzieję) zebranej kwoty kupię nową biało-czerwoną, z solidnym drzewcem – i osobiście, bądź przy pomocy przyjaciół, zadbam, by trafiła do Posad-pokrowskie.

– Dobry plan – skwitował pan Wiktor.

A Wy co na to?

Ps. Budynek szkoły idzie do rozbiórki. Jak zapewnił prezydent Zełenski, wieś ma zostać odbudowana.

24 marca 2023 r.

Dziś o 3.30 miałem problem natury egzystencjalnej. Zawył alarm przeciwlotniczy, a mnie przyszło do głowy, że będzie głupio, jak „w razie cuś” znajdą mnie w samych gaciach. No więc wstałem, założyłem koszulkę i poczułem się wyraźnie lepiej.

Przebudzony, zerknąłem w telefon. A tam otagowana moim nazwiskiem twitterowa gówno-burza, z której wynika, że jestem „ośrodkiem dezinformacji, wciągającym polską opinię publiczną w konflikt zbrojny/pod ciężarówkę z gruzem”. Jakiś skarpetkosceptyk z naszym (?) paszportem wykonał zestawienie „szkodliwych influencerów”, zaliczając do nich i mnie.

Ból ruskomirskich tyłków to powód do radości i gwarancja dobrego, mocnego snu. Wyspany, donoszę o tym z satysfakcją.

A teraz wracam do pracy, dla której tu przyjechałem.

Na filmiku powód mojego przebudzenia. Z tego co wiem, syreny wyły dziś nie tylko w Mikołajewie.

—–

Wolną chwilę wykorzystuję na spacer.

A te skur…yny ładują po mieście i okolicy. Łaskawie, bo tylko co kilka minut. Dźwięki eksplozji dochodzą z różnych miejsc (mieszają się z wystrzałami, więc nasi odpowiadają). Jestem w centrum, lokalnych kanonada nie rusza. Snują się leniwie, nie przerywają połączeń, nie wstają z ławeczek. Natykam się na panie, które właśnie wyszły z jakiegoś biura. Papierosek, rozmówki o niczym. Łup!

– Nasi – komentuje jedna z nich.

Posyła mi uśmiech, zaciąga się fajeczką.

Łup!

– Ka… py! – mówi z obrzydzeniem, używając nieprawilnego dla cenzorów fejsbuka określenia orków.

Odpowiadam smutnym uśmiechem, idę dalej.

Naprawdę czuć wiosnę, jest chyba ze 20 stopni. Chodnik skąpany w słońcu, nie widzę, po czym depczę. W końcu dostrzegam wyrysowany kredą napis.

– Bądź światłem dla samego siebie – czytam na głos.

Pozytywna moc tych słów wręcz bije z asfaltu…

Łup!

…na przekór gównianym okolicznościom.

—-

– Ludzie u nas biedni, ale o swoje walczyć potrafią – przekonuje Oleh Pilipienko, starosta gromady Szewczenkowe w regionie mikołajewskim.

Gdy zaczęła się inwazja, Oleh – oficer rezerwy armii ukraińskiej – skrzyknął wokół siebie setkę sąsiadów. Bić się nie było czym, ochotnicy skupili się zatem na utrudnianiu życia rosjanom. Poświęcę temu więcej uwagi w obszerniejszym wpisie – na dziś dość powiedzieć, że ruskim przyszło się mierzyć z plagą jeżyków. Takich, jak ten ze zdjęcia.

„Druga armia świata” jeździ na badziewnych kitajeckich oponach, gumy więc pękały raz za razem.

Za swą zuchwałość Pilipienko zapłacił trzymiesięcznym pobytem w rosyjskiej niewoli.

– Grunt, że napsuliśmy im krwi – uśmiecha się szeroko. – My i nasze jeżyki – ostatnie ze słów wymawia z urzekającą czułością.

25 marca 2023 r.

Czemu ruskie bombardują szkoły? Bo w szkołach są piwnice. A Ukraińcy mają być zaszczuci, przekonani, że nigdzie nie znajdą bezpiecznego schronienia.

Nz. szkoła we wsi Zielony Gaj

—–

Weekend, czyli czas na piękne widoczki. Nad Ingulcem sprawy mają się następująco. Wojna, choć tak blisko (słychać artylerię), wydaje się być tak daleko…

26 marca 2023 r.

To ja jeszcze o Chersoniu, przebitka z przedwczoraj.

Grzmiała artyleria, a panowie ze zdjęcia ani myśleli opuścić skąpanej w słońcu ławeczki.

Przysiadłem na chwilę.

– Przywykliśmy – usłyszałem.

Wczoraj rosyjski pocisk zabił mężczyznę, równolatka moich przypadkowych rozmówców. Chersończyk spacerował nad Dnieprem, wszak znów była piękna pogoda. Prosił się o śmierć – powie ktoś. Niemal na pewno nie – odpowiem.

Miasto od wyzwolenia jest pod stałym ostrzałem rosyjskiej artylerii. Nękający ogień ma mieszkańcom uzmysłowić, że lepiej byłoby im w rosji (fakt, Ukraińcy okupowanego przez orków Chersonia nie ostrzeliwali…). Czy też po prostu ich sterroryzować, ukarać. Czasem jest to ogień na rympał, czasem precyzyjnie kierowany przez kolaborantów, którzy zostali w mieście. W drugim przypadku celem może się stać – jak przed kilkoma dniami – punkt pomocy humanitarnej.

Bandyckie metody, bandyckiej armii.

A cywile? Ileż można siedzieć w piwnicy, kryć się, zredukować życie do czynności ściśle związanych z przetrwaniem? Tydzień, dwa, trzy? Jednym pierwszy szok przechodzi szybko, inni bujają się z nim dłużej, ale większość ostatecznie przywyka. Zwłaszcza gdy ogień nie jest huraganowy, pociski spadają z rzadka, na obszarze niemałego przecież miasta.

Zwłaszcza gdy przychodzi wiosna, a słońce i odradzająca się zieleń są jak zapowiedź lepszego jutra…

—–

Wracam do domu. Przede mną długa droga, większość spędzę w pociągu; będzie okazja, by na spokojnie pomyśleć o tym, co zobaczyłem i usłyszałem przez ostatnich kilka dni.

Odbyłem kilkanaście rozmów, zrobiłem tysiąc zdjęć ilustrujących dramat, jaki na chersońszczyznę sprowadzili rosjanie. Skala materialnej destrukcji i ludzkiej krzywdy poraża; mam grubą skórę, ale zdarzyło mi się uciekać w kąt, by nie ujawniać swych emocji (one są niczym przy doświadczeniach moich rozmówców).

Ten ból zostanie ze mną na dłużej.

Ale wiozę w głowie coś jeszcze – dwie istotne obserwacje.

W Ukrainie dokonuje się ZMIANA – celowo zapisana z wielkiej litery. To głęboki psychologiczny i socjologiczny proces rozbratu z szeroko rozumianą rosyjską kulturą. „To nie ludzie, to zwierzęta” – mówią o żołnierzach putina mieszkańcy wyzwolonych terenów. Mówią po ukraińsku, nie rosyjsku, wstyd bowiem używać tego samego języka, co pijane i okrutne żołdactwo. Postrzegane tam, na południowym-wschodzie, jako emanacja rosji. Figura rowu wykopanego między rosjanami a Ukraińcami – dotąd będąca dla mnie przejawem nieco abstrakcyjnej publicystyki – nabrała realnych kształtów. Więc faktycznie putlerze, dokonałeś rzeczy naprawdę wielkiej…

Ale wracam też z czymś bezdyskusyjnie dobrym – z NADZIEJĄ. Zniszczona posesja w Posad-pokrowskie znajduje się przy ul. Zwycięstwa. Trudno o lepszy splot symbolu z brutalną rzeczywistością. W chersońskiej czy mikołajewskiej oblasti nikomu nie trzeba tłumaczyć, że cena oporu była, jest i będzie wysoka.

– Jeszcze wiele domów zostanie zniszczonych, zginie wielu dobrych ludzi, ale zwyciężymy – przekonywała mnie Lesia, wolontariuszka z Odessy. Nie ona jedyna.

27 marca 2023 r.

Tomaryne od Nowej Kachowki dzieli jakieś 8 km, licząc razem z Dnieprem To już poza zasięgiem snajperów i moździerzy, ale wciąż w promieniu rażenia dział. A ruscy polują na elektryków przywracających prąd w wyzwolonych wioskach po naszej stronie rzeki.

Dlatego ukraińscy fachowcy pracują w hełmach i kamizelkach.

Wcześniej robili to z własnej inicjatywy, teraz ich działania finansuje Polskie Centrum Pomocy Międzynarodowej. Zapowiadam tekst na ten temat, a zarazem chciałbym zacząć tydzień optymistycznym akcentem – od wskazania nieoczywistego bohaterstwa.

Ci ludzie mają nerwy ze stali. Ledwie dojechali na miejsce, a kilkanaście metrów od wozu upadł artyleryjski pocisk. Szczęśliwie skończyło się na wyrytym w ziemi leju (widocznym na drugim zdjęciu).

– To było dla nas – uznał Koła, członek ekipy, ów wniosek wywodząc z faktu, że skończyło się na pojedynczym wystrzale. – Chcieli nas przestraszyć.

Przestraszyli?

No jak widać – nie…

28 marca 2023 r.

(…) Jestem farciarzem.

Wczoraj odebrała mnie z pociągu córka, a ja nie musiałem się martwić, że po drodze na dworzec jakiś pijany orczy żołdak zechce jej zrobić krzywdę.

W domu przez kilka godzin czekałem aż wróci z pracy żona – bez lęku o to, czy nie dopadnie jej po drodze artyleryjski ostrzał lub atak rakietowy.

Wcześniej wyściskałem swoje psy (zwłaszcza suczkę, która była tak stęskniona, że z radości aż się posikała). Wąchałem ich futra, mając przed oczyma te biedne czworonogi ze strefy wojny. Straumatyzowane, nieufne, otępiałe, albo przeciwnie – lgnące do człowieka, spragnione jego bliskości i opieki.

W tym, czego wczoraj zaznałem, nie było niczego nowego – moje wojenne czy okołowojenne wyjazdy zawsze kończyły się wrażeniem powrotu z odległej galaktyki. Ale kulturowa i geograficzna bliskość tej wojny i Ukrainy potęgują egzystencjalny lęk, że „to, co tam, mogłoby się przytrafić i tu”. Inaczej przeżywam wojnę w Ukrainie, inaczej niż tę iracką czy afgańską.

Nie chcę uciekać w trywialne moralizatorskie tony, napiszę więc tylko, że żyjemy w lepszej części świata. Przytłoczeni rozmaitymi trudami, często o tym zapominamy. Umyka nam świadomość, jakimi jesteśmy farciarzami.

Na załączonej fotografii zerwany wiadukt kolejowy w okolicach Chersonia. Wysadzili go uciekający za Dniepr rosjanie. Zrobiłem to zdjęcie świadom symboliki obrazka. Tak właśnie się dzieje, gdy na drodze życia staje nam jakiś ork…

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Tym razem pojechałem do Ukrainy wspierać i dokumentować pracę wolontariuszy z Polskiego Centrum Pomocy Międzynarodowej i ukraińskiej Fundacji Wieża. Obie organizacje pracują na terenie wyzwolonej chersońszczyzny, o czym szerzej napiszę w kolejnych postach. Nz. mieszkanka wsi Shidne/fot. Marcin Ogdowski

Zmienne

Jak podaje Reuters, siedem na dziesięć amerykańskich gospodarstw posiada co najmniej jedno zwierzę domowe, najczęściej psa lub kota. Czworonogów przybyło w okresie pandemii i jak na razie nie ubywa. Z ankiet przeprowadzonych przez American Pet Products Association wynika, że zwierzęta traktowane są jako „długoterminowa inwestycja” – w dobrostan członków rodzin, wynikły z procesu budowania i utrzymywania więzi z pupilami. Analitycy agencji Morgan Stanley przewidują, że do 2030 roku mieszkańcy USA wydadzą ponad 275 mld dol. na produkty i usługi związane z posiadaniem zwierzęcego towarzystwa. Średnio to ponad 39 mld dol. rocznie.

W głośnym wywiadzie dla „The Economist”, którego w połowie grudnia udzielił gen. Walery Załużny, pada kilka niezbyt optymistycznych prognoz na najbliższe miesiące. Dowódca ukraińskiej armii przewiduje kolejną rosyjską ofensywę, z użyciem 200 tys. zmobilizowanych jesienią rezerwistów. „Oni nie odpuszczą…” – zapowiada – spodziewając się m.in. ponownego uderzenia na Kijów. „Ale ukraińskie siły są w stanie odnieść zwycięstwo nad silniejszym przeciwnikiem” – konkluduje Załużny, podkreślając, że w tym celu niezbędne jest wsparcie Zachodu.

– Konkretnie potrzebuję 300 czołgów, 600-700 bojowych wozów piechoty i 500 haubic. Myślę, że wówczas całkowicie realne byłoby osiągnięcie na polu walki granic z 23 lutego – mówi generał.

Licząc na szybko, po średnich cenach – uwzględniając przyzwoite bazowe pakiety amunicji, wsparcie logistyczne i szkoleniowe – wartość wskazanego przez Załużnego sprzętu waha się między 9 a 12 mld dol. Nie mam na myśli uzbrojenia wprost z hal fabrycznych, a zmagazynowane zapasy, w większości dostępne „na już”, przede wszystkim amerykańskie. Wystarczająco nowoczesne, by zapewnić Ukraińcom technologiczną przewagę na froncie.

Suma ta wzrasta do 20 mld dol., jeśli przyjmiemy straty sprzętu na poziomie 30 proc. w pół roku (tyle mniej więcej zachodniej artylerii udało się rosjanom zniszczyć między czerwcem a grudniem ub.r.) i związaną z tym konieczność uzupełnień. Owo podwojenie byłoby też skutkiem kolejnych dostaw amunicji (cały czas operujemy w obrębie wspomnianych czołgów, bwp-ów i haubic), szkoleń dla kolejnych załóg oraz obsługi logistycznej uszkodzonego i częściowo zużytego sprzętu (wymiana luf, remonty silników itp.).

To zestawienie nie obejmuje kosztów stałych jak żołd czy aprowizacja; czy ukraiński żołnierz będzie walczył na sowieckim BWP-ie (BMP-ie) czy na amerykańskim Bradleyu, pieniędzy dostanie tyle samo. Za tyle samo też zje. Inna sprawa, że poprawią się wówczas wskaźniki przeżywalności – co zmniejszy nakłady w obszarze pomocy medycznej i ubezpieczeń – no ale nie wchodźmy w szczegóły, bo nie o to chodzi.

A o co? Nie mam za złe Amerykanom, że dbają o zwierzęta, gdy pomocy potrzebują ludzie z drugiego końca świata. Ostatecznie mówimy o prywatnym majątku, którym każdy ma prawo rozporządzać wedle własnego uznania. Nie miejsce to i czas na traktaty etyczne, wskazywanie czy definiowanie powinności. Chciałbym tylko zwrócić uwagę na wielkość „amerykańskiego portfela”. Kluczową zmienną, gdy rozważamy losy tej wojny, wiedząc, że Stany Zjednoczone zamierzają stać za Ukrainą. Potęga ekonomii USA to oczywista-oczywistość, ale i abstrakcja, której nie potrafimy odnieść do realiów (spójrzmy na wartość PKB – niemal 23 biliony dol. – „to pewnie dużo”, pomyśli Kowalski, gdyby mu rozpisać te dwanaście zer po dwudziestce trójce). No więc proszę bardzo – za połowę sumy, którą zwykli Amerykanie wydają rocznie na pupile, we wschodniej Europie można przechylić szalę wojny. Wojny z rosją, największym obszarowo krajem na Ziemi, posiadającym rzekomo drugą armię świata i nieprzebrane zasoby, niezbędne do prowadzenia działań zbrojnych.

Takiego wała…

O tych zasobach mówi się ostatnio nieco więcej, także u nas (dostrzegam to również pośród swoich dyskutantów). To skutek działań kremlowskiej propagandy, która znów odpaliła protokół „no teraz to my wam pokażemy” (teraz, po mobilizacji), ale i zupełnie naturalnego pesymizmu, będącego efektem przedłużającej się wojny („kurde, końca nie widać…”). Diagnoza, wedle której konflikt na wschodzie stał się „wojną materiałową”, na wyniszczenie, jest oczywiście poprawna. Takie reguły gry narzucili rosjanie, gdy przekonali się, że nie potrafią odnieść szybkich i błyskotliwych zwycięstw. „(…) państwo rosyjskie, wbrew wcześniejszym prognozom, nie załamało się po ciężarem strat wojennych i sankcji gospodarczych, a jego ustrój przechodzi coraz szybszą ewolucję w stronę wojennego totalitaryzmu na wzór faszystowski”, trafnie zauważa Piotr Osęka, historyk z PAN. „Z Moskwy dobiega crescendo polityków i propagandystów (w istocie zapoczątkowane przez ultimatum z grudnia 2021): Rosja zmobilizuje wszystkie zasoby i rzuci na szalę życie wszystkich obywateli, aby odbudować strefę wpływów z czasów konferencji poczdamskiej. (…)”, pisze. Ale i zaraz dodaje: „Oczywiście, te wojownicze deklaracje za kilka lat mogą okazać się fanfaronadą. Nie brakuje przesłanek do optymizmu – nadziei, że wspierana przez Zachód Ukraina pokona Rosję i na długo pogrzebie jej imperialne ambicje”.

Otóż to. W dyskusji poświęconej „wojnie materiałowej/totalnej” nieustannie przewija się wątek demograficzny. Konkluzje płynące z prostego zestawienia potencjałów ludnościowych (rosja 140 mln ludzi, Ukraina 40) są zwykle ponure. Tyle że klucz demograficzny wcale nie jest odpowiedzią na pytanie, kto przedłużającą się wojnie zwycięży. 10-krotnie mniejszy Wietnam ostatecznie pokonał USA w połowie lat 70., siły zachodniej koalicji – nominalnie mniejsze o połowę – rozniosły w pył wojska Saddama Husajna podczas drugiej Pustynnej Burzy w 2003 roku. Maleńki Afganistan upokorzył olbrzymie sowieckie imperium w latach 80., a 70-milionowe Niemcy hitlerowskie w trzy lata zawojowały kawał Europy, zamieszkały przez 150 mln ludzi (wiem, jaki był finał, ale załóżmy, że ta historia kończy się wiosną 1941 roku…). Już po tych przykładach widzimy, że istotnych zmiennych jest więcej. Występują one razem, osobno, w rozmaitych konfiguracjach i miarach, na różnych etapach historii dowolne z nich mają do odegrania kluczową rolę. Poza „masą demograficzną” mówimy o przewadze technologicznej, organizacyjnej, o determinacji (rozumianej jako wola walki i nieustępliwość), o bazie przemysłowej czy wreszcie o potężnym sojuszniku, który wcale nie musi angażować się wprost w działania wojenne, by mieć na nie istotny czy wręcz decydujący wpływ.

Co z tego, że rosyjskie rezerwy ludzkie są większe niż ukraińskie? Wiem, że skrajny cynizm i bezduszność to endemiczne cechy rosyjskiej władzy i generalicji. I że na froncie widać to w postaci ludzkiej fali, pchanej na ukraińskie pozycje bez sensownego taktycznego zamysłu, bez należytego przygotowania i wyposażenia. Ale „luksus” szafowania ludzkim życiem nie jest dany raz na zawsze. W ostatecznych rozrachunku z kijami bambusowymi „mobików” do walki nie rzucą – nawet kremliny. A zapasy rosji okazują się równie mityczne jak sprawność armii. Pytanie, ile zapewni im zbrojeniówka postawiona w na wojenne tryby. Na razie nie zaskakuje i nie ma przesłanek, by sądzić, że zaskoczy.

Nie sposób wyobrazić sobie ukraińskiej wojny bez czołgów, poświęćmy im więc odrobinę uwagi. Ruskie mają obecnie około 1,5-2 tys. sprawnych wozów (w całej armii, nie w samej Ukrainie). Między końcem lutego, a końcem roku stracili co najmniej półtora tysiąca maszyn – a mam na myśli wyłącznie straty udokumentowane w oparciu o ogólnodostępne materiały. Realny ubytek jest zapewne na poziomie 2 tys. tanków (Ukraińcy twierdzą, w mojej ocenie nazbyt optymistycznie, że zniszczyli ich 3 tys.). Przy zachowaniu intensywności działań na poziomie z ostatnich 10 miesięcy, cały ekwiwalent obecnie sprawnych rosyjskich czołgów do jesieni ulegnie zniszczeniu.

Co na to przemysł? Ano jeszcze jesienią ub. r. otrzymał zadanie przywrócenia do użytku 800 starych (50-letnich…) T-62 – w ciągu trzech najbliższych lat. Pesymista uzna to za dowód, że rosjanie planują wojować jeszcze długo – co najmniej te trzy lata. Optymista sięgnie pod dane dotyczące możliwości produkcji nowych czołgów, których w warunkach reżimu sankcyjnego może powstać około dwustu rocznie.

Dla mnie to obraz marności bazy przemysłowej i dowód mocno ograniczonych możliwości armii. Która stratę na poziomie 2 tys. maszyn zniweluje dwustu pięćdziesięcioma starymi T-62 i dwoma setkami nowych T-90, z powodu sankcji pozbawionych nowoczesnej optoelektroniki.

I tu wjeżdżają – cali na czerwono – zwolennicy narracji „rosja jest wielka i ma wielkie zasoby”. Bo! – wykrzykną – „są jeszcze tysiące składowanych czołgów T-72/80, które można przywrócić do służby!”. Są. Wedle różnych szacunków, od czterech do sześciu tysięcy skorup. Celowo piszę „skorup”, bo miażdżąca większość „nawisu mobilizacyjnego” do niczego się nie nadaje. To skutek m.in. złych warunków składowania, wcześniejszych kanibalizacji (gdy nowych podzespołów nie produkowano, a maszyny w linii usprawniano tym, co było pod ręką) oraz złodziejstwa – zarówno tego drobnego (gdy znikały elementy wykonane z metali szlachetnych), jak i hurtowego (gdy opychano za granicę po kilkadziesiąt kompletnych maszyn). Jak z tej puli uda się wyłuskać kilkaset sztuk, to będzie sukces.

Tyle że taki sukces wygranej nie gwarantuje.

Goni zatem rosjan czas, by „póki w kupie siła”, zadać Ukraińcom na tyle bolesny cios, że odechce im się walczyć. Nie sądzę, by w kremlowskich kalkulacjach chodziło o coś więcej niż zmuszenie Kijowa do rozmów na dogodnych dla Moskwy warunkach. Ta wojna nie toczy się już o ukraińską niepodległość, a o kształt ukraińskich granic. Zarazem dla putina jest walką o przetrwanie, co przekłada się na rosyjską determinację. Szczęśliwie dla cara, naród nie oczekuje już zajęcia Ukrainy – wystarczy mu utrzymanie zdobyczy i chociaż jeden dodatkowy spektakularny sukces (który jednym pozwoli podtrzymać iluzję wielkiej rosji, dla innych będzie dowodem na rzeczywistą wielkość).

Tak dochodzimy do finalnej rozprawki, wieńczącej cykl moich przewidywań na 2023 rok. Czego zatem możemy spodziewać się po rosjanach? Gdzie będą chcieli osiągnąć ów wymarzony sukces?

Nie sądzę, by przeprowadzili generalny szturm na Kijów – i nie wynika to ze zmiany politycznych celów wojny, a z kalkulacji czysto wojskowej. Armia rosyjska już raz wybiła sobie zęby, usiłując zająć miasto. Zwycięzcy nie spoczęli na laurach, przeciwnie, przygotowali stołeczny region na ewentualność ponownego uderzenia. Najprościej rzecz ujmując, obecnie rosjanie napotkaliby więcej, lepiej przygotowanych punktów oporu. Dodajmy do tego trudne warunki terenowe i gorszy niż przed rokiem stan infrastruktury drogowej (dziś prawdopodobieństwo utopienia czołgu – w wodzie lub błocie – jest znacząco wyższe niż w lutym/marcu 2022 roku). Co więcej, ilość i jakość ukraińskich wojsk zgromadzonych w pobliżu stolicy nie pozwala rosjanom na stworzenie odpowiednio dużej przewagi, koniecznej przy operacjach ofensywnych. Musiałoby się to odbyć kosztem innych odcinków frontu, co niesie zbyt wiele ryzyk. Moim zdaniem, najeźdźcy poprzestaną na ograniczonych działaniach, co najwyżej markując uderzenie na stolicę – by odciągać uwagę i rezerwy gen. Załużnego.

Prawdziwy atak wyprowadzą w Donbasie? Nie. Ruskie już wiedzą, że Ukraińcy okopali się „po szyję” i nic ich stamtąd nie ruszy. Bachmut to dla skarpetkosceptycznych najświeższa lekcja na ten temat.

Południe z osią natarcia wymierzoną w Odessę? Oj, zajęcie tego miasta (i de facto odcięcie Ukrainy od morza) byłoby spektakularnym sukcesem, ale ucieczka z Chersonia pozbawiła rosjan dogodnego obszaru do wyprowadzenia ofensywy. Teraz musieliby pokonać Dniepr, a przecież z mniejszymi rzekami nie byli w stanie sobie poradzić.

I tak (drogą eliminacji) dochodzimy do Charkowa, owszem, dużego miasta, które już raz się wybroniło i zostało do obrony nieźle przygotowane. Ale gdyby rosjanie skupili na nim cały ofensywny wysiłek, zaangażowali na tym odcinku większość szkolonych obecnie rezerw, Charków mógłby upaść. Zwłaszcza że bliskość granic z rosją pozwoliłaby nacierającym uniknąć logistycznego koszmaru, który przyczynił się do klęski pod Kijowem.

Czy tak się stanie – zobaczymy. Graczy na boisku jest dwóch, a trybuny pełne dopingujących.

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Ukraiński moździerz w akcji/fot. Центр стратегічних комунікацій та інформаційної безпеки

Grillowanie

Najpopularniejszy poniedziałkowy dowcip w Ukrainie brzmi tak: Wołodymyr Zełenski pojechał dziś w pierwszą po 24 lutego podróż zagraniczną – udał się do rosji. Ukraińcy drwią w ten sposób z Kremla i jego rojeń o „rosyjskim Chersoniu”, który istotnie, przed południem gościł ukraińską głowę państwa.

To nie pierwsza wizyta Zełenskiego w przyfrontowym mieście, w zasięgu rosyjskiej artylerii. Prezydent regularnie odwiedza walczące oddziały, przyjeżdża też do świeżo wyzwolonych miejscowości. O jego wyprawach dowiadujemy się post factum, z 2-3-godzinym opóźnieniem, co w żaden sposób nie umniejsza charakteru tych przedsięwzięć. Zwłaszcza że Zełenski nie chowa się po bunkrach – wędruje po otwartych przestrzeniach, spotyka się z ludźmi, bierze udział w oficjalnych uroczystościach. Wyobrażacie sobie putina w takich sytuacjach?

„Hetman ze sklejki” (фанерний гетьман) to określenie używane przez Ukraińców dla opisania przywódców o podłych przymiotach. Tchórzy czy – jak mawia polskie podwórko o tych, co to dużo mówią, a mało mogą – „cieniasów”. O małej odwadze putina świadczy nie tylko żenująca nieobecność pośród wojska na froncie (nawiasem mówiąc, podobny jest w tym do Stalina; najpewniej podziela tę samą paranoję/lęk, że „w takich okolicznościach to już na pewno mnie zabiją”). Dowodzi jej także sytuacja, z jaką mamy do czynienia na Bali, gdzie jutro odbędzie szczyt G-20. putin – z obawy przed publicznie wyrażonym ostracyzmem i serią dyplomatycznych upokorzeń (jak słynne przetrzymywanie go w poczekalni przez Irańczyków czy Turków) – na spotkanie przywódców największych państw nie pojechał. Posłał ławrowa, który perspektywą pariasa tak się przejął, że wizytę w Indonezji zaczął od pobytu w szpitalu (kłopotom sercowym szefa zaprzecza rosyjska dyplomacja).

Symboliczne są te (nie)dyspozycje kremlowskiej elity…

—–

Elity, która najwyraźniej musiała w ostatnim czasie omawiać scenariusze „działań nadzwyczajnych”. Skąd o tym wiemy? William J. Burns, dyrektor CIA, spotkał się dziś ze swoim rosyjskim odpowiednikiem – szefem wywiadu zagranicznego rosji siergiejem naryszkinem. Do spotkania doszło w Turcji, a w jego trakcie – jak wynika z komunikatu Białego Domu – Amerykanie ostrzegli rosję przed użyciem broni nuklearnej w Ukrainie.

Temat zszedł z agendy kilka tygodni temu, gdy Waszyngton dał Moskwie do zrozumienia, że odpalenie ładunku jądrowego poskutkuje zniszczeniem rosyjskiej floty czarnomorskiej i sił inwazyjnych w Ukrainie (bronią konwencjonalną). Kreml przestał wywijać szabelką, po prawdzie, publicznie nadal tego nie robi. Ale w zaciszu gabinetów musiało dojść do jakichś rozważań, na trop których wpadli Amerykanie. I stąd ich ponowione ostrzeżenie.

Przez ostatnie tygodnie sytuacja rosjan na froncie uległa znaczącemu pogorszeniu. Utrata Chersonia wywołała w rosji ogromny ferment; po „tej stronie” nie mamy nawet świadomości, jak wielki. Rośnie niezadowolenie z polityki putina, przy czym wyrażają je zarówno przeciwnicy wojny, jak i zwolennicy „zaostrzenia kursu”. Kreml jest pod presją, a widmo całkowitego ukraińskiego blamażu może rodzić niepokój. Jeśli Ukraińcy znowu coś wyzwolą, ulica tego putinowi nie podaruje – tak widzą sprawy kremliny. Jednocześnie mają świadomość, czym jest rosyjska armia i jakie ma ograniczenia. Wiedzą, że poza bronią jądrową nie ma w zasadzie żadnych atutów – stąd renesans pomysłów, aby jej użyć.

Twarda postawa Zachodu wybije je gamoniom z głowy.

—–

A propos wybijania. Jeszcze wczoraj pojawiły się doniesienia o brutalnym zamordowaniu rosjanina, Jewgienija Nużyna. Więźnia, skazanego na długoletnim pobyt w kolonii karnej za zabójstwo. Zwolnionego następnie na wniosek szefa grupy Wagnera, który wcielił „zeka” do swojej formacji. Nużyn dał nogę jak tylko znalazł się na froncie, w ukraińskiej niewoli nie przebywał jednak długo. W ramach wymiany jeńców wrócił do swoich, a ci – uznając go za zdrajcę – rozłupali mu głowę młotem kowalskim. Egzekucję nagrali i wrzucili do sieci jako ostrzeżenie dla innych potencjalnych zdrajców.

Brutalność, jako sposób na utrzymanie dyscypliny, to stara rosyjska metoda. Dość wspomnieć II wojnę światową, podczas której rozstrzelano 135 tys. żołnierzy armii czerwonej, w większości za dezercję. Dla porównania w Wehrmachcie w latach 1940-45 wykonano 11,7 tys. wyroków śmierci, a w US Army… 70, z których tylko jeden dotyczyły dezertera (reszta sprawców poniosła odpowiedzialność za morderstwa i gwałty). No i były to „czapy” legalne. Czy śmierć Nużyna zdyscyplinuje rosyjski personel wojskowy? Śmiem wątpić i rosjanie też winni mieć tego świadomość. Mimo bezprecedensowej brutalności organów ścigania, żołnierze armii sowieckiej do samego końca konfliktu masowo poddawali się Niemcom, a etniczni rosjanie stanowili najliczniejszy zaciąg w kolaboracyjnych oddziałach organizowanych przez hitlerowców. U swoich bywa gorzej niż u obcych, o czym często mówią rosyjscy jeńcy tej wojny…

—–

Jeńcy, których – to jedno z nielicznych rozczarowań z ostatniego czasu – nie przybyło za wielu po oczyszczeniu zachodniego brzegu Dniepru. Przyznam, iż spodziewałem się dotkliwszej porażki rosjan. I wkurza mnie, że jej ograniczony liczbowo wymiar daje paliwo rosyjskiej propagandzie.

(…) odwrót wojsk rosyjskich, dowodzonych przez generała Michała Tieplinksiego, odbył się niezwykle sprawnie (…). W ciągu 48 godzin zgrupowanie liczące ok. 25-30 tys. żołnierzy, 3-5 tys. jednostek sprzętu, trzema przeprawami przez rzekę szerokości kilometra, pod ogniem ukraińskiej artylerii, wyszło z minimalnymi stratami”, pisze mój ulubiony prorosyjski aktywista medialny.

Ruskim rzeczywiście udało się zwiać, ewakuowali też sporo sprzętu. Na finale zaś był to już popłoch, a nie sprawnie przeprowadzona operacja. Ale mogło być gorzej; lepiej, patrząc z ukraińskiej perspektywy.

Tym niemniej zacytowane dane mają się do prawdy jak pięść do nosa. Nie da się w tak krótkim czasie przerzucić takiej masy wojska i sprzętu trzema wąskimi gardłami. Ludzie przemaszerują, owszem, lecz ciężki sprzęt zbije się w długaśne kolumny. Weźmy czołgi, działa samobieżne czy wozy amunicyjne – gdyby ustawić je ciurkiem, zajmą wiele kilometrów, nawet przy rozpisaniu tego ruchu na kilkadziesiąt godzin. A przecież takie pojazdy nie mogą jechać zderzak w zderzak – szczególnie po uszkodzonym moście antonowskim, gdzie nośność konstrukcji mocno odbiegała od standardowej. Z amunicyjnym wsadem każdy z nich stanowił śmiertelne zagrożenie dla tych z tyłu i tych z przodu – w przypadku trafienia i niezachowania bezpiecznej odległości. 25 metrów dystansu już dla 100 wozów daje nam kolumnę o długości ponad 3 km (odległości między pojazdami plus sumaryczna długość wozów). A gdzie reszta? Tymczasem brakuje jakichkolwiek wiarygodnych informacji o długich rosyjskich kolumnach, zmierzających między 9 a 11 listopada z zachodniego na wschodni brzeg Dniepru. Ruch był, owszem – ale nie tak spektakularny.

Gdzie zatem podziało się tych 30 tys. żołnierzy, którzy rzeczywiście do niedawna stacjonowali na chersońskim przyczółku? W odpowiedzi na to pytanie kryje się wstydliwa prawda o rosyjskiej ewakuacji. To nie była dwudniowa operacja, a działania rozpisane na wiele dób. Prawdopodobnie rozpoczęte na początku października, gdy rosyjskie dowództwo zaczęło publicznie przebąkiwać o „trudnej sytuacji” na froncie chersońskim. O czym warto wspomnieć także w kontekście rzekomej swobody rosjan, którzy z własnej woli zdecydowali się wycofać. Otóż nie – zmusili ich do tego Ukraińcy, już wiele tygodni temu czyniąc zachodnio-dnieprzański przyczółek zdobyczą nie do utrzymania.

Teraz przyszedł czas, by zgrillować rosyjskie zaplecza na innych odcinkach frontu.

—–

Szanowni, przypominam, że z powodu banu na FB, do wtorku włącznie możecie mnie czytać na blogu, na Patronite, zajawki materiałów pojawią się też na moich kontach na Twitterze i Instagramie.

A jeśli chcecie mnie w pisaniu wesprzeć, będę szczerze zobowiązany. Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Nz. Prezydent Zełenski w Chersoniu/fot. Центр стратегічних комунікацій та інформаційної безпеки

Początek…

W południe pojawiły się pierwsze informacje o tym, że oddziały ukraińskie weszły do Chersonia. Przy czym mam na myśli zwarte jednostki wojsk lądowych, nie specjalsów, którzy „kręcili się na dzielni” już od dłuższego czasu. 11 listopada 2022 roku zapisze się w historii jako ten, w którym miasto zostało wyzwolone.

Fot. za: liveuamap.com

„Ja j…, ale wielki dzień”, pisze mi kolega. „Kiedyś będziemy znani tylko z tego, że żyliśmy w czasach, gdy Ukraina rozpier…ła (i tu padło sekowane przez algorytmy określenie na skarpetkosceptycznych – dop. MO). Coś na rzeczy jest.

Dziś świętuję. Jest Dzień Niepodległości, mam też imieniny. Żal byłoby jednak nie udostępnić znakomitej grafiki otrzymanej od znajomego.

Rys. Олег Шупляк

Rysunek dobrze ilustruje sytuację rosjan w okolicach Chersonia. Sami ruscy zapewniają, że w ciągu ostatnich kilkudziesięciu godzin przeprawili na wschodni brzeg Dniepru 25 tys. żołnierzy wraz z trzema tysiącami jednostek sprzętu ciężkiego. Ale to wersja oficjalna. Faktycznie coś, co miało być zorganizowanym odwrotem, zmieniło się w paniczną ucieczkę za rzekę. Miała być Dunkierka, był Bliadźkierka. ruscy sami sobie włożyli kij w szprychy – wysadzili Most Antonowski, oficjalnie po zakończonej ewakuacji, tymczasem przeprawa runęła, gdy na zachodnim brzegu Dniepru byli jeszcze żołnierze armii putina. Ale to „mobiki”, których życie nie ma dla generałów większego znaczenia…

Z wieści bardziej ogólnych – zwróćcie uwagę na komunikat RIA Nowosti, państwowej rosyjskiej agencji informacyjnej.

Zabawny, ale i żałosny jest ten rosyjski kompleks polski. „Gdzie diabeł nie może, tam Polaka pośle”, przekonuje swoich rus-propaganda. Zdaje się, że nadal jesteśmy dla nich drzazgą za paznokciem.

Jakoś nad tym nie ubolewam…

Wracając zaś w okolice Chersonia. Nie zapominajmy, że wyzwolenie stolicy obwodu to efekt wielotygodniowej ukraińskiej kampanii prowadzonej na tym odcinku frontu. Gdzie kluczowe było użycie dalekonośnej artylerii, która odcięła rosjan na przyczółku chersońskim od reszty armii za rzeką. To dlatego ruscy musieli uciekać – dłużej bez regularnego zaopatrzenia walczyć się nie dało.

I skoro o liniach zaopatrzenia mowa – zdobycie miasta sprawia, że w zasięgu wysokoprecyzyjnych systemów rakietowych armii ukraińskiej znajdą się trzy ważne drogi łączące półwysep Krymski ze stałym lądem. Himarsy będą też w stanie dosięgnąć szeregu rosyjskich obiektów logistycznych i magazynów amunicji zlokalizowanych na północnym cyplu.

A to oznacza początek bitwy o Krym…

—–

Szanowni, przypominam, że z powodu banu na FB, do wtorku włącznie możecie mnie czytać na blogu, na Patronite, zajawki materiałów pojawią się też na moich kontach na Twitterze i Instagramie.

A jeśli chcecie mnie w pisaniu wesprzeć, będę szczerze zobowiązany. Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Nz. Wyrzutnia Himars w akcji/fot. Departament Obrony USA