Kadry

Jeden Kutrzeba wiosny nie czyni. I nie uczynił.

Z wojen, zwłaszcza z przegranych kampanii, winniśmy wyciągać wnioski. Generalicja Wojska Polskiego w 1939 roku miała marne kompetencje; nasi w lampasach do pięt nie dorastali swoim doskonale wykształconym niemieckim przeciwnikom. Dezercja Śmigłego stanowiła zwieńczenie serii kadrowych pomyłek, zapoczątkowanych wraz z nastaniem sanacji, wzmożonych po śmierci Piłsudskiego. Awanse na najważniejsze stanowiska – oparte o kryteria politycznej i towarzyskiej lojalności – były jednym z powodów wrześniowej klęski. Jednym z istotniejszych – należy podkreślić.

Warto, by pamiętali o tym współcześni politycy, skorzy do czyszczenia szeregów wojska w oparciu o wydumane zarzuty, akceptujący pomysł przyspieszonych awansów i ceniący sobie ideologiczne oddanie nad dowódcze kompetencje.

Bo historia lubi się powtarzać.

Nie, w dającej się przewidzieć przyszłości Niemcy nie stanowią dla nas militarnego zagrożenia. A rosja? Ork chętnie by tu przylazł, wiedziony już nie tylko chęcią sięgnięcia po „swoje”, ale i potrzebą zemsty – zemsty za nasze wsparcie dla Ukrainy. Ale to właśnie ta Ukraina poturbowała orka tak, że minie co najmniej kilkanaście lat, nim potwór odzyska wigor.

Możemy więc być spokojni, jednak nie raz na zawsze.

Bo i sojusze nie są raz na zawsze, a nie jest rozważaniem z zakresu political-fiction amerykańska wolta w Europie. Powrót do domu, za ocean, to jedna z prawdopodobnych opcji; wystarczy, by w Stanach pojawił się klimat na kontynuację trumpizmu.

Najmłodsi dzisiejsi generałowie będą służyć w wojsku przez 20 kolejnych lat. Pułkownicy i reszta wysokich szarż co najmniej kilka lat dłużej. Uczniowie szkół oficerskich – ci, którzy kiedyś zostaną generałami – mają przed sobą 40 lat służby. To oni będą nas bronić.

I niech to będą Kutrzeby, a nie Śmigłe. Fachowcy, a nie paradne kukły i tchórze. Znam wielu żołnierzy Wojska Polskiego, naprawdę jest z czego wybierać. Więc dla dobra nas wszystkich, państwo politycy – ci obecnie rządzący i ci, którzy po nich przyjdą – odpierdolcie się łaskawie od polityki kadrowej w armii. By nie zafundować nam powtórki z dramatu, który zaczął się 84 lata temu.

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. 1 września 1939 roku, Niemcy wkraczają do Polski i wyłamują graniczny szlaban. To zdjęcie pozowane, propagandowe/fot. Hans Sönnke, domena publiczna

Precedensy

A gdyby tak zaplecze dla ukraińskich F-16 – lotniska, warsztaty i zbrojownie – wynieść poza Ukrainę? Kijów – na czas działań wojennych – uniknąłby konieczności adaptacji własnej infrastruktury, co nie jest niewykonalne, ale czemu towarzyszyłoby ogromne ryzyko rosyjskich ataków i będących ich skutkiem zniszczeń. A ze „świeżutkiego”, ale dziurawego pasa „szesnastka” nie wystartuje. Tymczasem pod obcym niebem samoloty byłyby bezpieczne, ich obsługa odbywałaby się w komfortowych warunkach. Na przykład w Polsce, Słowacji czy w Rumunii. Brzmi jak war/political-fiction? Owszem, ale precedensy już są.

W czymś, co od biedy można nazwać polską doktryną obronną, przewidziano czasową dyslokację naszych F-16 na lotniska we wschodnich Niemczech. Chodzi rzecz jasna o potencjalny konflikt z rosją, odbywający się przy założeniu (nad prawomocnością którego nie będę się teraz rozwodził), że Moskwa nie odważy się atakować celów rozmieszczonych na terytorium RFN. Tak zachowano by uderzeniowy potencjał naszego lotnictwa, niezbędny do operacji obronnej i planowanej po przybyciu sił sojuszniczych kontrofensywy. Kogo bardziej taki scenariusz interesuje, zapraszam do lektury „Międzyrzecza”, powieści, którą wydałem przed czterema laty.

Wracając zaś na grunt „tu i teraz” – nade wszystko jednak precedens stworzyli sami rosjanie. Chodzi o sposób, w jaki wykorzystują Białoruś. Relacje między Moskwą a Mińskiem są inne niż w przypadku Kijowa i Warszawy czy Bukaresztu, nie mielibyśmy więc do czynienia z sytuacją jeden do jednego, niemniej skutki prawno-międzynarodowe byłyby podobne. Armia rosyjska regularnie korzysta z białoruskiego zaplecza militarnego. Z terytorium północnego sąsiada Ukrainy startują rosyjskie samoloty, wystrzeliwane są rakiety, w początkowej fazie „spec-operacji” na Białorusi znajdowały się pozycje wyjściowe wojsk lądowych federacji. A mimo to Mińsk formalnie pozostaje neutralny, armia łukaszenki nawet niejawnie nie angażuje się w działania bojowe, Ukraina zaś – pomijając warstwę retoryczną/zmagania propagandowe – nie przeprowadza uderzeń odwetowych – ani w miejsca koncentracji rosjan, ani tym bardziej w białoruskie instalacje wojskowe. Jeśli współcześnie coś zasługuje na miano „dziwnej wojny”, to są to właśnie relacje ukraińsko-białoruskie.

Czy rosjanie pozostaliby równie powściągliwi? A czy atakują hub logistyczny w rzeszowskiej Jasionce, przejścia graniczne, przez które nieprzerwanie płynie pomoc wojskowa dla Ukrainy? Wiosną zeszłego roku zupełnie poważnie rozważałem scenariusz prewencyjnego ataku moskali na lotnisko w Malborku czy Mińsku Mazowieckim, gdzie stały nasze MiG-i-29. Wtedy po raz pierwszy zaczęto mówić o ich przekazaniu, kilka iskanderów – kalkulowałem – załatwiłoby sprawę, patrząc z perspektywy Moskwy. Wojny pewnie by z tego nie było – przewidywałem – przeszacowując rosyjskie skłonności do gry va banque. Rok później MiG-i poleciały do Ukrainy (część z nich; część przekazanych maszyn dotarła na wschód rozebrana, transportem kołowym), startując z lotniska w Krakowie. Za sterami siedzieli, a jakże, ukraińscy piloci. Podobny scenariusz zrealizowano w przypadku dostaw słowackich „dwudziestek-dziewiątek”. Nikt się reakcjami Moskwy nie przejmował, Kreml nabrał wody w usta. Dostawy samolotów miały być kolejną „czerwoną linią”, po przekroczeniu której rosja – straszyli jej przedstawiciele – podejmie dramatyczne kroki. Tych linii przekroczono do dziś tak wiele, że nie jestem w stanie ich zliczyć. Mam za to pewność, że federacja, obecnie – z tak dramatycznie osłabioną armią konwencjonalną – nie odważyłaby się ryzykować otwartego konfliktu z NATO.

Pytanie czy NATO byłoby gotowe mimo wszystko podbijać stawkę?

Na potrzeby tego tekstu – by móc rozważyć opisany scenariusz wsparcia dla wojennej eksploatacji ukraińskich „efów” – załóżmy, że tak. I co mamy? Ano brutalny realizm.

Pamiętacie (z lektur), co się działo z niemieckimi pilotami myśliwców, którzy w czasie bitwy o Anglię, w ferworze walki, za daleko bądź na za długo zapuścili się nad terytorium wroga? Kończyli w morzu (w Kanale) i często był to koniec oznaczający śmierć. Niewystarczający zasięg messerschmittów był jedną z przyczyn porażki flotylli Hermana Goeringa w zmaganiach z brytyjskim RAF-em. Dlaczego o tym wspominam? W potocznych wyobrażeniach umyka nam fakt, że Ukraina to naprawdę rozległy kraj (dwa razy większy od Polski), co ma istotny wpływ na sposób prowadzenia działań wojennych, także operacji lotniczych. F-16 może dużo, ale ma ograniczenia. Patrząc na nominalny zasięg – wynoszący ponad trzy tysiące kilometrów – możemy tego nie dostrzegać. Tyle że to maszyna bojowa, przenosząca uzbrojenie, w warunkach wojennych nielecąca „po sznurku”, a manewrująca, zaś jej pilot po wykonaniu zadania musi jeszcze wrócić do bazy. Nie sposób znieść zależności między masą amunicji a masą paliwa; tu zawsze bierze się jedno kosztem drugiego. W efekcie promień działania „efów” jest znacząco niższy niż zasięg – i wynosi 550 km. „Szesnastki” startujące z Polski mogłyby realizować zadania nad zachodnią i centralną Ukrainą, samoloty bazujące w Rumunii „ogarniać” częściowo południe. A co z resztą terytorium, zwłaszcza z obszarem działań bojowych na wschodzie kraju?

Co więcej, „efy” są szybkie, ale czaso-przestrzeni nie zaginają. Rutynowe patrole z pewnością by nie wystarczyły, samoloty musiałyby działać w reżimie QRF, sił szybkiego reagowania. Realnie rzecz ujmując – albo mieć blisko, albo cały czas „wisieć w powietrzu”. Oczywiście, w takim scenariuszu można myśleć o użyciu powietrznych tankowców, ale: Kijów ich nie posiada, NATO nie planuje transferu, własnych maszyn w rejon walk nie wyśle, powietrzne tankowanie to już „wyższa szkoła jazdy” (co kłóci się z pomysłem uczenia ukraińskich pilotów „na szybkości”), no i koniec końców, nie da się nad Ukrainą zabezpieczyć procesu podejmowania paliwa.

Idźmy dalej. F-16 to samolot amerykański, przewidziany do użycia zgodnie z zachodnią filozofią prowadzenia operacji lotniczych. By nie wchodzić w zbędne szczegóły, skupmy się na kwestii wsparcia misji „efów” przez samoloty AWACS. To te maszyny z radarami na grzbietach, służące do nadzoru przestrzeni powietrznej. AWACS-y „widzą” dalej niż pozwalają na to radary maszyn myśliwskich – w sprzyjających warunkach nawet na odległość do 600 km i mogą śledzić równocześnie wiele celów (od kilkudziesięciu do kilkuset). Służą zatem poszerzaniu świadomości sytuacyjnej pilotów maszyn bojowych, do których na bieżąco kierowane są informacje pozyskane z obserwacji. W takich warunkach można działać z wyprzedzeniem, możliwa jest też koordynacja pracy całych ugrupowań lotniczych. Ukraińcy takim sprzętem nie dysponują, natowskie AWACS-y latające wzdłuż dostępnych granic lądowych i morskich Ukrainy nie dałyby pełnego rozwiązania. No i znów mielibyśmy problem aktywnego wspierania operacji bojowych ukraińskiego lotnictwa. I w tym przypadku precedens już jest: podczas tropienia, zakończonego zatopieniem krążownika „Moskwa”, misję rozpoznawczą na rzecz Ukraińców prowadził amerykański bezzałogowiec. Tym niemniej najbardziej korzystną sytuację wypracowałby klasyczny AWACS operujący nad centralną Ukrainą – na co Sojusz sobie nie pozwoli.

To wszystko skłania mnie do opinii, że transfer F-16 do Ukrainy to raczej opcja na powojnie. Pierwszy poważny krok w kierunku westernizacji ukraińskich sił powietrznych i budowania ich potencjału odstraszania. Ukraina za kilka lat – dysponująca dwoma setkami zachodnich maszyn (nie tylko „szesnastkami”), zapleczem i dobrze wyszkolonym personelem – będzie dla rosji zbyt wymagającym przeciwnikiem, by Moskwa zaryzykowała kolejną próbę inwazji. Nie znaczy to, że „efy” nie zdążą powalczyć w tej wojnie. Zapewne stanie się to udziałem kilku maszyn i pilotów. Misje, które zostaną przeprowadzone, nie wykorzystają pełnego spektrum możliwości F-16, obciążone też będą znacznie większym ryzykiem. Pouczające w tym zakresie mogą być doświadczenia z czołgami Leopard – wykorzystane po krótkim szkoleniu i w uboższym ekosystemie wojskowym niż natowski, tanki wcale nie okazały się super-bronią. Udowodniły wyższość nad rosyjskimi odpowiednikami, ale i tak płonęły. „Efy” też będą płonąć i spadać, czego warto mieć świadomość już dziś. Lepszy bowiem realizm niż karmienie nierealistycznych oczekiwań…

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Polskie „efy” podczas misji Air Policing w krajach nadbałtyckich/fot. Bartek Bera

„Delikatność”

„Washington Post” (WP) opublikował dziś ciekawy artykuł pt.: „Rosja zwerbowała agentów online, aby namierzali broń przejeżdżającą przez Polskę”. Pod tym linkiem znajdziecie źródłowy tekst, a ja – w imieniu nieanglojęzycznych Czytelników – pozwolę sobie na jego omówienie, dodając krótki komentarz.

Wartość pomocy wojskowej dla Ukrainy – wysłanej między 24 lutego 2022 roku a końcem maja br. – to prawie 75 mld dolarów. 43 mld to wydatek poniesiony przez Stany Zjednoczone, 7,5 mld przez Niemcy, a 6,6 mld przez Wielką Brytanię. Reszta donatorów, w tym Polska, przeznaczyła na wsparcie dla Kijowa niespełna 18 mld dolarów. Fizycznie to ponad 150 tys. ton zaopatrzenia – od amunicji i lekkiej broni po czołgi. 80 proc. tej pomocy przeszła przez Polskę – wylicza WP.

Od siebie dodam, że tonaż i wartość wsparcia są dużo większe, zacytowane wyliczenia obejmują bowiem rządowe wsparcie. Tymczasem gros sprzętu używanego następnie przez siły zbrojne Ukrainy – jak samochody, drony czy elementy wyposażenia osobistego – pochodzi z prywatnych zbiórek i dociera na wschód transportem wolontariackim, nieujętym w oficjalnych zestawieniach.

Wróćmy do danych podawanych przez WP. Broń i amunicja najpierw lądują w Niemczech, skąd do Polski trafiają drogą morską (do Gdańska), lotniczą (najczęściej od razu na wschód kraju, do hubu w Rzeszowie) oraz lądową (z wykorzystaniem autostrady A-4). Po przerzuceniu do Ukrainy, zwykle w mniejszych partiach, dostawy mogą dotrzeć na front nawet po kolejnych 48 godzinach (co dotyczy na przykład bieżących dostaw amunicji).

Jak pisze gazeta: „Niezdolność Rosji do powstrzymania tego ciągłego strumienia śmiercionośnych ładunków, czy to przed wejściem na Ukrainę, czy już w zachodniej części kraju, wprawiła w zakłopotanie zachodnich wojskowych i ekspertów”.

– To dla mnie zdumiewające, że przez osiemnaście miesięcy wojny, rosjanie nie byli w stanie zniszczyć ani jednego konwoju czy pociągu – mówi WP gen. Ben Hodges, były dowódca sił amerykańskich w Europie.

W ocenie dziennikarzy WP, to niepowodzenie odzwierciedla poważne słabości rosyjskiej armii, w tym zaskakującą niezdolność do śledzenia i trafiania ruchomych celów. Dowodzi również niechęci Moskwy do podejmowania ryzyka uderzeń w zachodnią Ukrainę, przy granicy z Polską – z obawy przed reakcją NATO.

Jest również konsekwencją „wadliwego planu wojennego”.

„Przekonana, że Kijów upadnie w ciągu kilku dni, rosja nie podjęła skoordynowanej próby zniszczenia obrony przeciwlotniczej Ukrainy. W rezultacie Moskwa nie jest w stanie wysłać myśliwców ani innych samolotów nad rozległe obszary kraju, przez który przechodzą dostawy broni” – czytamy w WP. Gazeta cytuję fragment tajnej notatki, rozesłanej do amerykańskich dowódców wojskowych. Brzmi on następująco: „Od początku konfliktu wiele rosyjskich działań nie zdołało zakłócić dostaw zachodniej pomocy wojskowej. W rezultacie Stany Zjednoczone i ich sojusznicy byli w stanie wykorzystać w większości tolerancyjne środowisko do dalszych dostaw śmiercionośnej pomocy”.

Ale każdy kij ma dwa końce – biorąc pod uwagę te ograniczenia, amerykański wywiad ostrzegał, że rosja będzie szukać sposobów na „sabotowanie obiektów logistycznych na terytorium NATO”, działając pod obcą flagą. Na przykład zlecając takie zadania obywatelom Ukrainy i Białorusi.

I tak dochodzimy do sedna cytowanego artykułu.

Amerykański dziennik opisuje, że na początku br. w internecie zaczęły pojawiać się tajemnicze oferty pracy dla Ukraińców przebywających w Polsce. Zadania dotyczyły prostych czynności, takich jak roznoszenie ulotek czy rozwieszanie plakatów w miejscach publicznych, a oferowane wynagrodzenie nie było wysokie, ale dość atrakcyjne dla uchodźców. „Ci, którzy odpowiedzieli na oferty, szybko zdali sobie sprawę, że jest pewien haczyk: praca polegała na rozpowszechnianiu prorosyjskiej propagandy w imieniu anonimowego pracodawcy. Dla tych, którzy mimo wszystko byli gotowi wykonać zadania, praca szybko przybrała złowieszczy obrót” – czytamy. O co konkretnie chodzi? Jak podaje WP, rekrutom powierzono zadanie wykonywania zwiadu w polskich portach, umieszczenia kamer wzdłuż torów kolejowych oraz ukrywania urządzeń śledzących w transportach wojskowych. „Później, w marcu, nadeszły nowe, zaskakujące rozkazy, by wykolejać pociągi wiozące broń do Ukrainy” – raportują publicyści WP. W tym momencie do akcji weszły polskie służby, w ocenie których tajemniczym pracodawcą był rosyjski wywiad wojskowy. Na początku lata zatrzymano 16 osób, w tym rosjanina, trzech Białorusinów i 12 obywateli Ukrainy.

Na problem wykorzystania ukraińskiej diaspory w Polsce zwracałem uwagę już pięć lat temu. Pisałem wówczas: „(…) rosjanie do perfekcji opanowali umiejętność manipulowania działaniami tak jednostek, jak i całych społeczności. Zwłaszcza tam, gdzie mają ku temu odpowiednie zaplecze kulturowe. Diaspora ukraińska w Polsce jest w dużej mierze rosyjskojęzyczna i w całości wywodzi się z postsowieckiego uniwersum. Ponadto, antyrosyjskość nie jest postawą charakterystyczną dla wszystkich Ukraińców (…), naiwnością byłoby zakładać, że w milionowym tłumie migrantów nie ma miłośników ‘ruskiego miru’”.

Łatwość, z jaką ludzie ulegają pokusie odpowiedzialności zbiorowej, narzuca konieczność delikatnych działań organów śledczych. To z obawy przed wzrostem nastrojów antyukraińskich, władze RP zdecydowały nie ujawniać od razu narodowości obywateli Ukrainy. Może nas to wkurzać, ale miejmy świadomość, że na postrzeganiu Ukraińców jako „ruskich koni trojańskich” najbardziej zależy samym rosjanom. I że byłoby to rażąco niesprawiedliwe uproszczenie.

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Narada

Nie ma to jak dobre wieści – zwłaszcza dwie naraz. Tyle bowiem śmigłowców Ka-52 – jednej z najgroźniejszych broni będącej w dyspozycji rosjan – zestrzelili dziś nad ranem ukraińscy obrońcy. Pierwsza „pięć-dwójka” spadła około godz. 6.00 w okolicach Bachmutu, druga o 7.40 w rejonie Robotyne na Zaporożu. Wartość mienia armii rosyjskiej uszczupliła się tym samym o ponad 30 mln dolarów.

Czy jak kto woli – o 3 mld rubli. Zapewne Wam to nie umknęło, ale na wszelki wypadek odnotuję – rosyjska waluta, mimo rozpaczliwych prób jej obrony, na dobre zakotwiczyła w gronie „śmieciowych pieniędzy”. Rubel jest dziś duuużo słabszy od florina arubiańskiego, azerskiego manata, gruzińskiego lari i bułgarskiego lewa. Ba, bije go na łeb rubel białoruski, ukraińska hrywna czy tadżyckie somoni. Dla porządku dodajmy – gdyby rosjanin chciał kupić złotówkę, zapłaciłby za nią dwadzieścia kilka rubli, kurs franka szwajcarskiego utrzymuje się powyżej 100 rubli, a dolara – po drastycznej interwencji banku centralnego rosji – spadł nieco poniżej 100 rubli. Ot, kolejny dowód glinianych nóg rosyjskiego „niedźwiedzia” i „niedziałających” sankcji.

Ale ja nie o tym.

Załączone zdjęcie powstało przed dwoma dniami, podczas spotkania, do jakiego doszło w sztabie generalnym ukraińskiej armii. Obok gospodarza, gen. Walerego Załużnego, wzięli w nim udział m.in. gen. Christopher Cavoli, Amerykanin, naczelny dowódca sił NATO w Europie, oraz adm. Tony Radakin, szef brytyjskiej armii. Wojskowym towarzyszyli oficerowie niższego szczebla, po stronie ukraińskiej zebrano wszystkich dowódców rodzajów sił zbrojnych (był tam także szef wywiadu wojskowego, gen. Budanow).

A zatem spotkanie na szczycie. Nie pierwsze i pewnie nie ostatnie, ale i tak wyjątkowe. Kijów gościł dotąd wielu najwyższych rangą wojskowych z Zachodu, zwykle jednak byli to przedstawiciele pojedynczych państw. Mnóstwo spotkań odbyło się w formie telekonferencji, publiczne informacje na ich temat sprowadzały się do lakonicznych, wytartych formułek. I tym razem niewiele wiemy o przedmiocie spotkania. Sam gen. Załużny na oficjalnym profilu Sztabu Generalnego ZSU ujmuje to tak: Współpraca wojskowa to kluczowy temat, który został poruszony. Opowiedziałem gościom o sytuacji na linii frontu, o przebiegu naszych operacji ofensywnych i obronnych. Zapoznałem z planami ZSU na najbliższą przyszłość i na dłuższą metę. Rozmawialiśmy o działaniach wroga. (…)”.

Nihil novi i czysta wojskowa dyplomacja, ale czy rzeczywiście (tylko to)? Staram się nie rozbudzać niepotrzebnych nadziei, zwłaszcza gdy nie mogę ujawnić źródeł własnych informacji. Tym razem jednak postąpię inaczej, choć z konieczności bez podawania szczegółów. Coś się szykuje, coś poważniejszego. Uzgodnionego z NATO, dopiętego w ostatnich dniach. „Myślę, że będziesz zaskoczony” – pisał mi kilka dni temu jeden z ukraińskich analityków militarnych. Świetnie poinformowany, o czym nie raz już się przekonałem. Podobne słowa padły z jego ust podczas rozmowy sprzed mniej więcej roku. Kilkanaście dni później – gdy uwaga obserwatorów skupiona była na południu kraju – ruszyła ukraińska kontrofensywa w charkowszczyźnie…

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Wspomniane spotkanie na szczycie/fot. Sztab Generalny ZSU

Rojenia

Kremlowska propaganda nie ustaje w działaniach wymierzonych w zachodnie opinie publiczne. Z afisza w zasadzie nie schodzą atomowe groźby, ale pojawiają się również nowe „atrakcje”. Jedną z nich – skierowaną do Polaków i narodów nadbałtyckich – jest zapowiedź użycia Grupy Wagnera do… zajęcia tzw.: przesmyku suwalskiego. Rejonu, gdzie stykają się granice Polski i Litwy, który odcina obwód królewiecki od zwasalizowanej przez rosjan Białorusi. Mówił o tym przed kilkoma dniami emerytowany generał andriej kartapołow, przewodniczącym komisji obrony w rosyjskiej dumie. Groźby te uskuteczniał w państwowej telewizji Kanał 1, w programie władimira sołowiowa. Jego zdaniem, wagnerowcy mogą zająć przesmyk „w kilka godzin”, odcinając państwa nadbałtyckie od lądowego połączenia z resztą krajów NATO.

Gen. kartapołow od dawna wygłasza rozmaite kocopoły, chwalące potęgę rosyjskiego oręża, podobnie zresztą jak gospodarz wspomnianego programu. Patrzeć na to można z uśmiechem na twarzy, pogardą bądź politowaniem, co nie zmienia faktu, że w świecie klikbajtów i dominacji taniej sensacyjności, zawsze znajdą się użyteczni idioci, którzy z trwogą (zwykle udawaną) poniosą takie informacje dalej. Tak właśnie zareagowała część polskich mediów, kolportując wynurzenia kartapołowa w tonie, który u części odbiorców mógł wywołać zaniepokojenie. „Czy oni, ci wagnerowcy, naprawdę byliby w stanie wejść do nas?”, pyta mnie Czytelniczka.

I właśnie o to w tym chodzi – patrząc z rosyjskiej perspektywy. Niepokój nie musi być powszechny; grunt, by był, a w sprzyjających okolicznościach da się go rozniecić. Wystarczy, że kilkadziesiąt, może kilkaset tysięcy Polaków (i Bałtów), zacznie się zastanawiać, „co by było gdyby?”. W takich okolicznościach pojawi się refleksja związana z sensownością pomocy Ukrainie czy generalnie „drażnienia rosji”, która może poskutkować postulatem, by „lepiej siedzieć cicho”. W odróżnieniu od rosji, której władza (de facto właściciele) nie musi się przejmować głosami obywateli, w państwach demokratycznych przestrach i wynikające z niego postawy mogą się przełożyć na decyzje polityczne. A w Polsce mamy już ugrupowanie wybitnie prorosyjskie, z apetytem na udział w rządach, które chętnie wprowadziłoby w życie doktrynę „pokojowych relacji z rosją” (kpię rzecz jasna z tej „pokojowości”, bo w istocie o kolaborację chodzi).

No więc apeluję przy tej okazji o rozsądek w informowaniu o rosyjskich groźbach. I wracam do sedna.

Nie, wagnerowcy nie stanowią militarnego zagrożenia dla Polski czy Litwy, a już zwłaszcza dla NATO jako całości. Wagner to lekka piechota, która owszem, w Ukrainie – zwłaszcza podczas zmagań o Bachmut – „dorobiła się” sporo ciężkiego sprzętu, ale ten wrócił już do armii (co było skutkiem rozbrojenia formacji po puczu prigożyna). I generalnie, wagnerowcy nie są w stanie działać bez wsparcia logistycznego regularnych sił zbrojnych – nie mają do tego ani służb, ani doświadczenia, ani niezbędnego zaplecza technicznego. Oczywiście, czołgi zawsze można najemnikom „podrzucić”, amunicję do nich również. Czy to z zasobów armii rosyjskiej czy białoruskiej – która, czego nie wszyscy mają świadomość, od początku pełnoskalowego konfliktu w Ukrainie służy rosjanom jako darmowy dostawca sprzętu i, przede wszystkim, amunicji. Tyle że to oznaczałoby otwartą wojnę z NATO. Stałe wsparcie uczyniłoby z Wagnera to, czym grupa była w Ukrainie – integralną część rosyjskich sił zbrojnych. Podziwiam fantastów, którzy nadal wierzą, że armia rosyjska posiada zdolności do atakowania Sojuszu. Wojsko federacji nie może sobie dać rady z Ukrainą, której potencjał militarny odpowiada może kilku procentom możliwości kolektywnego NATO. Z czym zatem do ludzi?

I z kim? Wagner w początkach swojego istnienia skupiał byłych żołnierzy sił specjalnych i jednostek powietrznodesantowych. Nie był to może kwiat światowego najemnictwa – jak chcieliby tego rosjanie – o czym można się było przekonać w Syrii. Tym niemniej było to przyzwoite wojsko, które świetnie sprawdzało się w Afryce, jako wsparcie dla lokalnych reżimów. Ta część grupy funkcjonuje zresztą do dziś – nikt jej nie rozbrajał, nikt nie ściągał do domu; Moskwa nie zamierza rezygnować z ambicji siania fermentu na „czarnym lądzie”, więc nie pozbywa się użytecznego narzędzia. Przy czym miejmy świadomość, na czym robota wagnerowców tam polega. Nie są to intensywne działania zbrojne z wykorzystaniem całej gamy nowoczesnych systemów uzbrojenia. Najemnicy Kremla – na zlecenie afrykańskich sponsorów – co najwyżej pacyfikują lekkozbrojną partyzantkę, przede wszystkim wykonując stricte policyjną robotę. W stylu SS, bo także poprzez terror i zbrodnie.

W Ukrainie wagnerowcy działali od samego początku konfliktu, gdy przyszła inwazja, dostali nawet „swój” odcinek frontu. Zdziesiątkowani, bardzo szybko stracili elitarny charakter. A ponieważ prigożyn przegrał z regularną armią bitwę o bardziej wartościowych rekrutów, późnym latem zeszłego roku zaczęła się rekrutacja kryminalistów. Ściągnięto ich do Wagnera prawie 50 tys. i to oni – trzy czwarte członków formacji – stanowili o jakości grupy. Bardzo niskiej jakości, wszak zwłaszcza w szczytowych zmaganiach o Bachmut chodziło wyłącznie o „armatnie mięso”. Jego masa miała ściągać ukraiński ogień i uwagę, „zużywać” obrońców, ich zapasy, demaskować stanowiska obronne. Na tak przygotowany grunt wchodziły wartościowe jednostki Wagnera i regularnej armii. W takich okolicznościach, jak przyznaje sam prigożyn, zginęło 20 tys. wagnerowców-kryminalistów. Należy założyć, że co najmniej drugie tyle zostało rannych. Mówmy zatem o formacji ponownie zdziesiątkowanej – a więc nielicznej – w istotnej mierze pozbawionej taktycznego kunsztu. Do takich „wojowników” strzela się jak do kaczek.

Z danych polskich służb wynika, że w tej chwili w Białorusi przebywa najwyżej 800 wagnerowców. Oczywiście, mogą dojechać następni, kolejnych najemników można zrekrutować – tylko skąd wziąć ludzi, skoro regularna armia rosyjska boryka się z niedostatkiem personelu, szczególnie dotkliwie odczuwanym tam, gdzie wojska najbardziej potrzeba, czyli w Ukrainie? I nie, jakoś nie widzę oczyma wyobraźni tłumów Białorusinów, garnących się do Wagnera.

Nie ma czym, nie ma kim – i nie ma też za bardzo jak stworzyć na przesmyku realne zagrożenie. To teren mocno zalesiony, ze słabą infrastrukturą drogową, bez linii kolejowych. Mogę sobie wyobrazić szybki przemarsz piechurów wzdłuż polsko-litewskiej granicy, ale szybki przemarsz wojska jest tam zwyczajnie niemożliwy. A wiemy już dobrze, czym jest rosyjska logistyka i jak bardzo się „rozkracza”, gdy nie może operować na torach.

Uczciwość każe jednak rozważyć scenariusz zuchwały, skrajnie dla rosjan optymistyczny. Oto udało im się stworzyć kilkunastotysięczny kontyngent, dobrze uzbrojony i wyszkolony, teoretycznie zdolny pokonać przeszkody terenowe, logistyczne – i zająć przesmyk. Na zasadzie gry va banque – „nie chcemy wojny z NATO, ale co weźmiemy, tego nie oddamy. A jak spróbujecie nam to zabrać, użyjemy atomówek”. Obawy Litwinów, Łotyszy i Estończyków związane z rosją sprowadzały się do podobnego scenariusza. To kraje małe, które można szybko wchłonąć, korzystając z przewagi potencjału (faktu, że w regionie rosja miała więcej wojska niż NATO). Tyle że po 24 lutego 2022 roku Sojusz wzmocnił swoją obecność w tej części Europy, a wiele wartościowych jednostek armii rosyjskiej – które mogłyby Wagnera wesprzeć – zostało z obwodu i Białorusi przerzuconych do Ukrainy. Gdzie zresztą część solidnie pogruchotało. Przede wszystkim zaś zmieniła się filozofia polityki obronnej NATO. Przed inwazją planiści Sojuszu dopuszczali możliwość zajęcia części przyfrontowych krajów i późniejsze ich odbicie w ramach kontrofensywy. Obecnie – jak to ujął prezydent Joe Biden – NATO będzie bronić każdego centymetra swojej ziemi. Miałoby czym? Tak. Sojuszniczy komponent lotniczy na wschodniej flance bije jakościowo wszystko, czym w tej materii może dysponować rosja. Dodatkowe niemal 20 tys. żołnierzy, wśród których jest kilkanaście tysięcy Amerykanów, z naddatkiem wystarczy, by poradzić sobie z wagnerowskim wyzwaniem.

A wciąż nie mówmy o możliwościach, jakimi dysponuje Wojsko Polskie. Które owszem, jest „rozgrzebane”, bo brakuje mu ludzi i sprzętu, ale tym, co ma, nawet samodzielnie by sobie z problemem poradziło. Kilka kluczy F-16 wybombardowałoby ruską kolumnę, artylerzyści z Mazur – ich Kraby i Langusty – dołożyliby trzy grosze, a resztę zaoraliby pancerniacy z Wesołej na swoich Leopardach (spokojnie, byłby czas, by je tam rozmieścić). Kilkanaście godzin i nie byłoby czego zbierać.

I jeszcze a propos zebrania. Koncentracja Wagnera nie uszłaby uwadze natowskiego zwiadu. Skutek? Koncentracja sił własnych i „palec na spuście”. A kto wie – może i atak wyprzedzający. Dajmy na to „zhimarsowanie” pozycji wyjściowych Wagnera. W końcu to tylko najemnicy, z którymi rząd rosyjski nie ma nic wspólnego…

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Najemnik pod Bachmutem/fot. Grupa Wagnera