Integracja

„Ukraina niczego w Wilnie nie uzyskała”, „Zełenski rozżalony”, „NATO okrakiem wycofuje się ze wsparcia dla Kijowa” – oto trzy z wielu krzykliwych nagłówków, na jakie natknąłem się przeglądając rosyjskie i polskie media (także społecznościowe). Intencje kremlowskiej propagandy są dla mnie oczywiste – dezawuowanie szczytu ma podnieść na duchu rosjan, zaś u rosyjskojęzycznych Ukraińców wywołać przekonanie, że zostali zdradzeni/porzuceni. Polskie źródła albo działają z prorosyjskich pobudek, albo dla taniej sensacyjności bezmyślnie kopiują tę narrację. Fałszywą, a w niektórych obszarach opartą o niezrozumienie bądź świadome ignorowanie reguł dyplomatycznej gry.

Zacznijmy od podstawowych faktów. NATO nie może przyjąć do swojego grona państwa w stanie wojny. Z uwagi na wzajemne zobowiązania oznaczałoby to konieczność włączenia się Sojuszu do działań zbrojnych. W tym konkretnym przypadku pójście na wojnę z rosją, której NATO – z powodu ryzyka nuklearnej eskalacji – wolałoby uniknąć. Zatem tak długo, jak długo trwa konflikt na wschodzie, nie będzie mowy o członkostwie Ukrainy i wynikających z niego gwarancjach bezpieczeństwa. Co więcej, wielu z nas umyka fakt, że w warunkach akcesji jest coś więcej niż tylko nieprowadzenie aktywnych działań bojowych. Aspirujący kraj musi mieć uregulowane kwestie własnych granic – nie może rościć sobie pretensji, słusznych czy nie, do terytoriów będących pod kontrolą innego państwa. Tak więc sam koniec wojny to w odniesieniu do Ukrainy za mało, jeśli nie będzie to koniec poprzedzony wyzwoleniem wszystkich ziem utraconych między 2014 a 2022 rokiem.

Oczywiście, są alternatywy dla „pełnego ukraińskiego zwycięstwa”, ale na tym etapie tekstu pozwolę je sobie pominąć.

Świadomość wymienionych uwarunkowań jest dla polityków oczywista. Stąd kłamliwość twierdzeń, że Zełenski, i ktokolwiek z jego delegacji, jechał do Wilna z nadzieją, że przywiezie Ukraińcom członkostwo, konkretną datę czy dokładny kalendarz integracji. Nie da się ich wyznaczyć z prostego powodu – nie sposób przewidzieć, kiedy skończy się wojna. Zwłaszcza że nie wszystko zależy od natowskiej i ukraińskiej strony, bo nie będzie końca konfliktu, jeśli takiej woli nie wykażą rosjanie. Niestety, cechą charakterystyczną wszystkich społeczeństw jest powszechność nierealistycznych oczekiwań. Większość Ukraińców chciałaby, żeby ich ojczyzna była w NATO już teraz (część proukraińskich opinii publicznych na Zachodzie również), a choćby i za cenę ryzyka eskalacji konfliktu do rozmiarów wojny światowej. Wołodymr Zełenski nie może ignorować takich postaw. I jakkolwiek naiwnością jest wiara, że w Wilnie czymkolwiek go zaskoczono – bo w przypadku takich „imprez” kluczowe ustalenia podejmuje się wcześniej, a szczyt ma służyć jedynie ich prezentacji – to i tak ukraiński prezydent musiał dać do zrozumienia, że nie jest w pełni usatysfakcjonowany. Pod publiczkę i w imieniu publiki, czyli przede wszystkim własnych obywateli. Każdy uczestnik szczytu ma świadomość rutynowości tego zabiegu, zatem darujmy sobie bajeczki o „kwasach” pośród głów państw antyrosyjskiej koalicji czy wręcz rozłamie (i jego dramatycznych skutkach). Nic takiego się nie dzieje.

Gdy piszę te słowa szczyt w Wilnie jeszcze trwa, lecz już teraz jasne jest, że Ukraina otrzymała zapewnienie dotyczące członkostwa. Że proces akcesyjny zostanie maksymalnie skrócony, a formalnie zacznie się „gdy pozwolą na to warunki”. Do tego czasu sojusznicy zobowiązują się do doradztwa i finansowania przebudowy armii ukraińskiej do standardów natowskich. Nade wszystko zaś do dalszego wspierania wysiłków ZSU w zwalczaniu rosyjskiej agresji – zakrojonej na szeroką skalę pomocy sprzętowej, szkoleniowej i wywiadowczej. Szczyt stał się okazją do zadeklarowania kolejnych pakietów pomocy; nie będę Was zanudzał szczegółami, ale warto odnotować doniesienia o zintegrowanym programie szkoleniowym na samolotach F-16 dla ukraińskich pilotów, który wystartuje w sierpniu br., dobrze też wspomnieć o francuskiej deklaracji dostarczenia pocisków manewrujących SCALP (storm shadowów znad Sekwany). Część deklaracji ma charakter niejawny – dowiemy się o nich zapewne dopiero po pierwszym użyciu posłanego sprzętu na froncie.

A teraz Realpolitik. Jest rzeczą oczywistą, że rosja – przy obecnym reżimie – będzie korzystać z własnych możliwości, by członkostwo Ukrainy zablokować. Ba, nawet upadek obecnej władzy może tu nie wnieść istotnej zmiany. Z punktu widzenia Kremla, wystarczy utrzymać wojnę na niskim poziomie intensywności i odmawiać podpisania porozumienia pokojowego. Ciągłe odsyłanie Ukrainy do poczekalni nie przysłuży się wiarygodności NATO, Sojusz zatem musi wypracować na tę okoliczność jakąś strategię. Znaleźć konsensus dotyczący nieidealnych, ale akceptowalnych warunków członkostwa. Załóżmy, że Ukraińcom uda się wyprzeć rosjan ze swojego terytorium – rzecz w tym, że w takim scenariuszu Moskwa nie utraci zdolności ostrzału Ukrainy pociskami manewrującymi. I nie musi tego robić często, by podtrzymać faktyczny stan wojny, która w takiej postaci może trwać nawet dekady. Co wtedy? Ano NATO będzie musiało zagrać va banque, zaryzykować integrację. Z Wilna nie płyną żadne informacje, by Sojusz wypracował w tej kwestii jakieś stanowisko, uzgodnił, jaki rodzaj ryzyka poniesie, a jaki nie. Z drugiej strony, wśród zachodnich przywódców coraz powszechniejsze jest przekonanie, że presją ekonomiczną (sankcyjną) da się Moskwie wybić z głowy długoletnie wojowanie. Jeśli mają rację, może rzeczywiście na tym etapie nie ma czego ustalać.

Ale spychanie problemów „na później” dotyczy również Ukraińców. Co jeśli nie odbiją wszystkich ziem, a rosja jednostronnie ogłosi zakończenie spec-operacji, nie opuszczając okupowanych terytoriów? Czy za cenę członkostwa w NATO Kijów wyrzeknie się roszczeń terytorialnych? Obecnie taki scenariusz jest nieakceptowalny przez większość Ukraińców, głównie z uwagi na świadomość poniesionych strat i „świeżość” tej rany. Co wcale nie wyklucza sytuacji, w której Ukraina przed takim dylematem stanie. Jest kwestią niedyskutowalną – patrząc z ukraińskiej perspektywy – że dziś trzeba robić wszystko, by wyeliminować ryzyko trudnych kompromisów. Ale nie wolno też z góry oznaczać ich piętnem tabu zamykanego w publicznej debacie diagnozą zdrady. Bo w którymś momencie może nie być innego wyjścia.

O czym piszę z intelektualnej uczciwości, osobiście nie tracąc wiary w pełne ukraińskie zwycięstwo. Zwieńczone szybką integracją z NATO.

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Przyszłość

Pradziadek pracował w Dyrekcji Okręgowej Kolei w Toruniu – i 4 września 1939 roku, wraz z żoną i dwójką nastoletnich dzieci, wsiadł do pociągu, który ruszył w kierunku Kowla na Wołyniu. Ewakuacja przygranicznych urzędników państwowych i ich rodzin była obligatoryjna. Jak się później okazało, wiązała się nie tylko z koszmarem podróży pod ogniem niemieckich samolotów, ale także z innym ryzykiem. Niemieckie władze okupacyjne postanowiły bowiem ukarać uciekinierów – zarówno ze zorganizowanych, jak i spontanicznych ewakuacji – konfiskatą opuszczonych nieruchomości. Moja rodzina uniknęła tego losu i gdy pod koniec 1939 roku wróciła do Torunia, mieszkanie wciąż na nią czekało. Pradziad miał bohaterską kartę z czasów służby w armii cesarskiej na froncie zachodnim I wojny światowej – i to uratowało bliskich przed wywłaszczeniem.

Bombardowanie dworca w Kowlu to jedno ze wspomnień, które przekazała mi Babcia. Bardzo plastycznie opisywała podniebne „akrobacje” pilotów sztukasów. „Od tamtej chwili musieliśmy sobie radzić sami”, mówiła. 8 września zaplecze ewakuacji przestało działać, dziesiątki tysięcy ludzi rozproszyły się, szukając schronienia i pomocy na własną rękę. Nie tylko nie odbierano ewakuowanych, którzy dotarli do punktów zbornych. Liczne składy kończyły drogę w środku trasy, nierzadko gdzieś w polu. Tego samego dnia w Chełmie, podczas spotkania z pracownikami resortu komunikacji, jego szef płk Juliusz Ulrych, oznajmił: „mam w dupie całą tę ewakuację”. Sam, z rodziną, był bezpieczny, a 17 września – jak większość sanacyjnej władzy – zwiał do Rumunii.

„Moi” trafili na jakąś wołyńską wieś, której nazwy, niestety, nie poznałem. Nie dane im było zaznać spokoju. Po kilku dniach, nocą, musieli uciekać przed skrzykniętymi ad hoc bandami. We wiosce nie było już policji (uciekła), wojska nikt na oczy nie widział; upadek państwa polskiego sprowokował miejscowych Ukraińców do rozliczeń z Lachami. Dziś wiemy już, że była to zapowiedź krwawych porachunków, do jakich doszło na Wołyniu latem 1943 roku.

O czym wspominam nie tylko przy okazji okrągłej rocznicy. Po raz kolejny bowiem spotkałem się z następującą argumentacją: że nie miałbym proukraińskich sympatii, gdyby w mojej rodzinie było doświadczenie rzezi wołyńskiej. No więc jakieś było, wracające w postaci pełnych przerażenia relacji („nigdy się tak nie bałam, jak wtedy, leżąc w mokrym rowie” – Babcia). Przekładające się na niespecjalnie pielęgnowany, ale jednak istniejący ukraiński resentyment. Czy szerzej, obawę przed Wschodem jako takim, wzmocnioną wydarzeniami z 1945 roku – pełnym przemocy wobec cywilów przemarszem armii czerwonej przez Pomorze. Wyrosłem na tych uprzedzeniach i trzeba było własnych doświadczeń, bym przekonał się, czy są zasadne. Dziś jestem za Ukrainą i przeciw rosji niezależnie od tego, co spotkało moich bliskich. Niezależnie od tego, co wydarzyło się w relacjach polsko-ukraińskich przed laty. Historią niech zaopiekują się historycy, my zajmijmy się teraźniejszością i przyszłością. Gdzie zagrożeniem nie jest dla nas Ukraina i Ukraińcy, ale rosja i rosjanie.

Niektórym umyka, że Zachód, rozumiany przede wszystkim jako NATO, także był celem „specjalnej operacji wojskowej” – oczywiście pośrednim. W wymiarze geopolitycznym zajęcie i zwasalizowanie Ukrainy nie tylko fizycznie poszerzyłoby strefę wpływów rosji, ale stanowiłoby też ostrzeżenie. Pokazało krajom wschodniej Europy (i Azji Centralnej), czym kończy się próba „zerwania” z Moskwą. Również „stary” Zachód mógłby się przeląc. Jedną z reakcji obronnych na ekspozycję brutalnej siły jest wycofanie – w tym przypadku byłoby to zaprzestanie rozbudowy możliwości obronnych Sojuszu na wschodnich rubieżach. Bo czy dla Polski lub Litwy warto narażać się na wojnę z „nieprzewidywalną” rosją? Taka demobilizacja z czasem przyniosłaby demoralizację – świadomość występowania różnych kategorii członkostwa i nieoczywistego charakteru gwarancji bezpieczeństwa podważyłaby sens istnienia NATO. Mnóstwo wschodnich Europejczyków zaczęłoby zastanawiać się, po co być częścią „papierowego sojuszu”, gdy już sama przynależność naraża ich na gniewne reakcje potężnego sąsiada. Erozja dotknęłaby też zachodnioeuropejskiego „korzenia” NATO. Skoro jesteśmy tacy słabi, tamci zaś tak bardzo skłonni do ryzyka, może lepiej się z tym pogodzić? – kalkulowano by, mając rosjan za łobuzów, z którymi jednak nadal można robić niezłe interesy. Narrację w tym akapicie poprowadziłem w trybie przypuszczającym, ale mamy dość dowodów, by uznać, że tego właśnie pragnął putin, że ramy jego „wielkiego zwycięstwa” wykraczały daleko poza granice Ukrainy.

Wyszło jak wyszło. Dzięki determinacji Ukraińców, ale i samego Zachodu, pomysł zajęcia Ukrainy zasługuje dziś na miano mrzonki, a odradzające się NATO jest silniejsze niż dwa lata temu. Zaś putin najprawdopodobniej walczy o życie w swoim przegniłym królestwie, targanym wewnętrznymi napięciami wywołanymi fatalnie prowadzoną wojną. Ale rosji nadal nie rzucono na kolana, ba, Ukraina nie ma takiej siły, a Zachód intencji. Zatem niezależnie od tego, jak bardzo wynik tej wojny będzie niekorzystny dla Kremla, rosja przetrwa. Z takim czy innym reżimem. Dziś nikt rozsądny nie postrzega armii rosyjskiej jako zagrożenia dla NATO i stan ten potrwa jeszcze wiele lat po zakończeniu gorącej fazy wojny z Ukrainą. Rzecz w tym, by konieczność lizania ran zajęła moskalom jak najwięcej czasu. W idealnym układzie, także w obliczu innych problemów – demograficznych, ekonomicznych (które da się generować podtrzymując presję sankcyjną) – by już nigdy nie poczuli się dość silni do kolejnej rozgrywki va banque. Kluczem jest Ukraina – to ona może i za jej pośrednictwem można wybić rosjanom z głów rojenia o „należnej strefie wpływów”.

Strefie, w której znajduje się i Polska. Gdzie nie brakuje i zapewne nie zabraknie współczesnych Ulrychów – polityków, którzy w momencie zagrożenia będę mieli w dupie bezpieczeństwo współrodaków. Tak, Ukraińcy bronią nas i na okoliczność tej naszej słabości, także w tym sensie nasza przyszłość leży w ich rękach.

A propos przyszłości. Jutro zaczyna się szczyt NATO w Wilnie. Decyzje, o których zostaniemy poinformowani, zapewne już zapadły – oby oznaczały jak najefektywniejszą pomoc dla Ukrainy.

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Magdalenie Kaczmarek, Arkadiuszowi Halickiemu, Piotrowi Maćkowiakowi, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Maciejowi Szulcowi, Przemkowi Piotrowskiemu, Michałowi Strzelcowi, Andrzejowi Kardasiowi i Jakubowi Wojtakajtisowi. A także: Aleksandrowi Stępieniowi, Joannie Siarze, Szymonowi Jończykowi, Annie Sierańskiej, Tomaszowi Sosnowskiemu, Mateuszowi Jasinie Remiemu Schleicherowi, Grzegorzowi Dąbrowskiemu, Arturowi Żakowi, Bernardowi Afeltowiczowi, Justynie Miodowskiej, Mateuszowi Borysewiczowi, Marcinowi Pędziorowi, Sławkowi Polakowi, Patrycji Złotockiej, Michałowi Wielickiemu, Monice Rani, Jarosławowi Grabowskiemu, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Bożenie Bolechale, Jakubowi Dziegińskiemu i Radosławowi Dębcowi.

Podziękowania należą się również najhojniejszym „Kawoszom” z ostatniego tygodnia: Mariuszowi Radomskiemu, Piotrowi Kamińskiemu, Janowi Tymowskiemu (za „wiadro kawy”) oraz Czytelnikowi Konradowi.

Szanowni, to dzięki Wam – i licznemu gronu innych Donatorów – powstają moje materiały!

Nz. Ukraińcy skutecznie rozprawiają się z rosyjskimi rojeniami o „należnych strefach wpływów”/fot. Sztab Generalny ZSU

„Puczystan”

Wojna rosyjsko-ukraińska stworzyła ciekawą perspektywę poznawczą, dając niczym lustro możliwość przyjrzenia się samym sobie. Dzięki niej wiemy na przykład, że jako społeczeństwo potrafimy świetnie się zorganizować i nieść pomoc uchodźcom. Wiemy też, że niezależnie od ostrego sporu politycznego, możliwy jest w Polsce konsensu wokół spraw związanych z bezpieczeństwem narodowym – w tym przypadku dotyczy on wsparcia wojskowego dla Ukrainy. Poznaliśmy siłę naszej gospodarki, która bez problemu zaabsorbowała kilkaset tysięcy dodatkowych osób. To twarde fakty, już zaistniałe, ale część wniosków wynikłych z tej samoobserwacji wciąż podlega procesom falsyfikacji. Wojna ujawniła istnienie kolaborantów i prorosyjskich aktywistów, usiłujących przekonać nas – rzekomo racjonalną perswazją bądź ordynarnym szantażem – do racji Kremla. Prorosyjska aktywność (medialna i polityczna) oraz odzew na nią, zdawały się potwierdzać niepokojącą skalę zjawiska. Miniony weekend pokazał, że były to nieuzasadnione obawy. Jak Polska długa i szeroka, zewsząd dochodziły sygnały świadczące o tym, że życzymy rosji źle. Że cieszy nas zamieszanie w „puczystanie”, które – mieliśmy nadzieję – zmieni się w krwawą wojnę domową. Może to i nieetyczne, ale cóż, rosja zrobiła niemal wszystko, byśmy tak właśnie ją postrzegali. I oczywiście, radosny, masowy zryw w reakcji na rebelię prigożyna nie oznacza, że wspomnianych łajdaków i podążających za nimi użytecznych idiotów w Polsce nie ma. Są, tyle że naszych, normalnych, jest dużo-dużo więcej.

Jeśli szczury wieją z tonącego okrętu, to w podobnej sytuacji prorosyjscy politycy i pseudodziennikarze zaszywają się w swoich norach. W sobotę jakby ich wymiotło. Uaktywnili się dopiero późnym wieczorem, gdy prigożyn dał znać, że kończy rajd na Moskwę. Od tej pory – idąc śladem wyznaczonym przez kremlowską propagandę – usiłują przekonać swoich odbiorców, że nic złego się nie stało. Bunt prigożyna jest w tej percepcji teatrem, wielką zakulisową rozgrywką, której maluczcy nie są w stanie pojąć – i lepiej niech nie próbują pojmować, tylko przyjmą za „fakt autentyczny”, że putin cały czas kontrolował sytuację, i że z tej „maskirówki” za chwilę wyłoni się nowa jakość. Na przykład takie ułożenie pionków na wojennej szachownicy, że los Ukrainy jest już w zasadzie przypieczętowany. Dawno nie czytałem równie durnych kocopołów, ale przyjrzyjmy się im bliżej. Po pierwsze, bo infekują także normalną część info-sfery, rodząc niepotrzebne spekulacje czy wręcz panikę. Po drugie, skarpetkosceptyczne racjonalizacje wydarzeń z minionego weekendu stwarzają dobry pretekst, by spróbować wyjaśnić, co w istocie się wydarzyło.

„Nic”, twierdzi część (pro)kremlowskich aktywistów. Unieważnia to argument o „wielkiej rozgrywce”, ale nie oczekujmy od rosyjskiej propagandy jednorodnych i logicznie spójnych sygnałów. Raz, że się miota (wypracowując coraz to nowe wyjaśnienia), dwa, zagospodarowuje różne grupy odbiorców. Jednych bardziej uspokoi, że „putin czuwał”, innych, że przecież „nie ma o czym mówić”. Tyle że jest. W trakcie marszu na Moskwę wagnerowcy zdjęli z nieba sześć do ośmiu maszyn rosyjskich sił powietrznych, zabijając co najmniej 13 lotników (a wedle niektórych źródeł – 20). Po 16 miesiącach pełnoskalowej wojny wiemy, że rosji nie zbywa personelu lotniczego, zwłaszcza wysokiej klasy specjalistów. Tymczasem zestrzelony Ił-22 to powietrzny punkt dowodzenia; rosja ma obecnie kilka takich maszyn. Spośród śmigłowców aż trzy to maszyny specjalistyczne, służące do walki radioelektronicznej – i w tym przypadku rosyjski stan posiadania jest skromy, cała flotylla takich Mi-8 liczy zaledwie kilkanaście sztuk. Dodajmy do tego konia roboczego rosyjskiej armii – helikopter szturmowy Ka-52. Jest ich jeszcze całkiem sporo, około 90 sztuk, lecz tylko część w stanie lotnym. Realnych widoków na nowe maszyny nie ma, a i Ukraińcy chyba znaleźli bardzo skuteczny patent na „Kamowy”, tylko w czerwcu zestrzeliwując ich osiem (łącznie po 24 lutego ub.r. mniej więcej 40). Zatem owo „nic” to raczej kosztowne „coś”.

Kosztowne wizerunkowo, o czym pisałem w sobotę, wspomnę więc tylko o blamażu rosji i samego putina. Mocarstwo zmieniło się w bananową republikę, przede wszystkim zaś twardy władca w przerażonego staruszka. W urządzonej na modłę mafijną federacji nie ma takiej wartości i takiego celu, które uzasadniałyby tak wielką zniewagę. Między bajki można zatem włożyć zapewnienia, że „Kreml wszystko zaplanował”.

Idźmy przez moment tym tropem i zobaczmy, co miałby zaplanować. Na przykład skrytą pod pozorem rebelii i reakcji na nią relokację wojsk na bardziej obiecujące pozycje. Jakie? Pierwsza odpowiedź wymaga wprowadzenia. Co jakiś czas rosjanie wrzucają informacje o swojej 1. Gwardyjskiej Armii Pancernej. Po zeszłorocznym podwójnym laniu została ona wycofana z frontu, a jej zdolności bojowe miały zostać odbudowane. Po 9 miesiącach szkolenia i zgrywania oddziałów, wyposażona we wszystko co najlepsze, 1. Armia czeka teraz na sygnał do ataku. Ma on nastąpić na północnym odcinku frontu i pozwolić odzyskać rosji utracone we wrześniu ub.r. tereny charkowszczyzny. W razie powodzenia natarcie będzie kontynuowane dalej na południe i wschód, celem zniszczenia donbaskiego zgrupowania ZSU. Tyle „fachowe” wrzutki, które pojawiają się w informacyjnym obiegu. Część jednostek 1. Armii znajduje się obecnie na ługańszczyźnie i doniecczyźnie, ale większość w rosji, w znaczącym oddaleniu od Ukrainy. I ani w weekend, ani dziś nie zaobserwowano żadnych ruchów o cechach masowego przerzutu, zarówno przy granicy z Ukrainą, jak i na okupowanych obszarach. Innymi słowy, rebelia jako przykrywka dla przerzutu to bzdura.

Równie bzdurny wydaje się scenariusz nieco rozłożony w czasie. Zgodnie z nim, ową dogodniejszą pozycją byłaby Białoruś, gdzie do wygnanego prigożyna dołączyliby jego najemnicy. „Wagner to mała armia, wyposażona w czołgi, artylerię i lotnictwo”, zauważają propagatorzy tej teorii. A 20-30 tys. uzbrojonych po zęby bojowników mogłoby otworzyć kolejny front, stawiając Ukraińców w niekorzystnej sytuacji (zmuszając ich do skoncentrowania wysiłków na obronie stolicy). Pozornie logiczne, tylko u licha, po co rosjanom pretekst w postaci puczu? W dobie zwiadu satelitarnego moskale i tak nie są w stanie przeprowadzić skrytej koncentracji, mogą więc grać w „otwarte karty”, a przynajmniej bez konieczności ośmieszania własnego kraju i głowy państwa. No i na boga, dajcie spokój z tym drugim frontem – wagnerowcy w Ukrainie nie stanowiliby wartości dodanej. Nie wzięliby się „skądś”, a z obszaru dotychczasowych walk lub jego zaplecza. Tymczasem armia rosyjska z trudem obsadza to, co w tej chwili stanowi aktywną linię frontu. Na priorytetowym Zaporożu brakuje jej 20-30 tys. żołnierzy, w Donbasie są jednostki nierotowane od stycznia br. Konieczność zastąpienia wagnerowców, którzy opuścili Bachmut, oddziałami regularnej armii, postawiła rosyjskie dowództwo przed perspektywą utraty zdobytego z tak wielkim trudem miasta. Mówiąc wprost, ruskim brakuje rezerw, by wzorem Ukraińców prowadzić tam uporczywą obronę. Zaś wspomniana 1. Armia to strategiczny odwód rosyjskiego sztabu generalnego. Ma więc rosja za krótką kołderkę, by „bawić się” w kolejny front. Wagner w swej dotychczasowej postaci rzeczywiście był małą armią, logistycznie jednak całkowicie zależną od wojska. 20-tysięczny kontyngent nie wskórałby za wiele, jeśliby nie stała za nim dużo liczniejsza logistyka.

Jest jeszcze opcja „drugiego frontu”, ale w wersji hybrydowej. Wedle niej, cały pucz był po to, by oddać Białoruś w ręce grupy Wagnera i tym sposobem zyskać dostęp do polsko-białoruskiej granicy. Wówczas oprychy od prigożyna rozpoczęłyby działania prowokacyjne, na dłuższą metę na tyle dokuczliwe dla Polski, że Warszawa zrezygnowałby z aktywnego wsparcia dla Ukrainy. W wersji hard wagnerowcy mieliby ruszyć na przesmyk suwalski. To już srogie fiction, ale uprawdopodobniane analogią z naszej, polskiej historii. Wagnerowcy byliby tu niczym żołnierze gen. Lucjana Żeligowskiego, którzy jesienią 1920 roku, pod pozorem niesubordynacji wobec Józefa Piłsudskiego, a de facto za jego zgodą, zajęli Wilno. Zabawne, że po 16 miesiącach wojny, która pokazała koszmarną niekompetencję rosyjskich sił zbrojnych, ktoś jeszcze snuje scenariusze konfrontacji z NATO. No ale Kreml miałby się od wszystkiego odcinać – oto sedno intrygi. Zostawmy te rojenia o przesmyku i skupmy się na granicy. Czysto teoretycznie wagnerowcy mogliby ją „podpalić” – skuteczniej niż przed dwoma laty białoruskie KGB. Pytanie, jak długo pozostawaliby bezkarni – moim zdaniem, krótko. Atak rakietowy NATO na obóz/obozy szkoleniowe Wagnera na Białorusi załatwiłby sprawę. Otwarta wojna z rosją? Ależ skąd! Wystarczyłby komunikat: „Nie atakujemy was, nawet nie atakujemy Białorusi, po prostu, zabijamy bandytów, z którymi federacja nie ma nic wspólnego, a którzy nam szkodzą”. Snuję wizję eskalacji, by doprowadzić ów scenariusz do logicznego końca. Tak naprawdę nie sądzę, by Kreml zgodził się na serię wizerunkowych policzków po to tylko, by „prawilnie” dobrać się do naszej granicy.

Po co więc to wszystko było? Moim zdaniem w rosji mieliśmy do czynienia z wojskowym zamachem stanu. Przewrót, wiele na to wskazuje, nie miał być pełen – nie chodziło w nim o odebranie władzy putinowi, ale o wymuszenie na nim zmian w kierownictwie sił zbrojnych. Ambicje prigożyna pokryły się z oczekiwaniami generalicji, niechętnej ministrowi obrony i szefowi sztabu generalnego. Nie wiem, kto tu był „samcem alfa”, sądzę, że to wojskowi „zagospodarowali” prigożyna. Mam świadomość organizacyjnej niewydolności armii rosyjskiej, inercji jej kadr i generalnie niskiego etosu służby państwowej, ale to nie tłumaczy bezkarności, z jaką wagnerowcy szwendali się po rosji. W zasadzie nikt ich nie atakował (jeden potwierdzony incydent), a straty sił powietrznych rosji to efekt „nerwowych palców” wagnerowskich operatorów systemów OPL. „Broń u nogi” musiała być elementem planu i miała prigożynowi ułatwić wymuszenie dymisji siergieja szojgu i gen. walerija gierasimowa, prawdopodobnie uruchomić mechanizm głębszej kadrowej zmiany. Czy uruchomiła? W poniedziałek szojgu i gierasimow nadal zajmują swoje stołki, ale czy to oznacza, że zamachowcy przegrali? Może na wyniki ich zwycięstwa trzeba poczekać, a może rzeczywiście im się nie powiodło. Co wcale nie byłoby złą wiadomością. Oto bowiem siłami zbrojnymi rosji nadal rządzą niekompetentni ludzie. Zaś wsparcie dla rebelii, choć nienachalne, ma konkretne nazwiska. Łatwo ustalić, kto nie podjął decyzji, kto postanowił się przyglądać, kazał swoim ludziom „stać z bronią u nogi”. Tymczasem historycznie patrząc, nic tak skutecznie nie osłabiało rosyjskiej armii jak mściwe czystki…

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Andrzejowi Kardasiowi, Jakubowi Wojtakajtisowi, Magdalenie Kaczmarek, Arkadiuszowi Halickiemu, Piotrowi Maćkowiakowi, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Maciejowi Szulcowi, Przemkowi Piotrowskiemu i Michałowi Strzelcowi. A także: Patrycji Złotockiej, Michałowi Wielickiemu, Monice Rani, Jarosławowi Grabowskiemu, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Bożenie Bolechale, Jakubowi Dziegińskiemu, Radosławowi Dębcowi, Aleksandrowi Stępieniowi, Joannie Siarze, Szymonowi Jończykowi, Annie Sierańskiej, Tomaszowi Sosnowskiemu, Mateuszowi Jasinie, Remiemu Schleicherowi, Grzegorzowi Dąbrowskiemu, Arturowi Żakowi, Bernardowi Afeltowiczowi, Justynie Miodowskiej, Mateuszowi Borysewiczowi i Marcinowi Pędziorowi.

Podziękowania należą się również najhojniejszym „Kawoszom” z ostatniego tygodnia: Czytelnikowi PiotrowiKatarzynie Byłów, Adzie Bogackiej, Piotrowi Dopierale oraz Czytelnikowi Maciejowi.

Szanowni, to dzięki Wam – i licznemu gronu innych Donatorów – powstają moje materiały!

Nz. prigożyn w zajętym przez wagnerowców dowództwie południowego okręgu wojskowego, mieszczącym się w Rostowie nad Donem. Towarzyszą mu (od lewej) gen. junis jewkurow, wiceminister obrony narodowej i gen. władmir aleksiejew, zastępca szefa wywiadu wojskowego. Ot, miła pogawędka przy okazji puczu…/fot. grupa Wagnera

(Nie)bycie

Czy Zachód jest stroną rosyjsko-ukraińskiego konfliktu? I tak, i nie. Natowscy żołnierze nie walczą w Ukrainie, ale z drugiej strony, kraje Sojuszu ślą na wschód mnóstwo pomocy wojskowej, wspierają Kijów wywiadowczo i szkoleniowo, wywierają też potężną presję ekonomiczną i polityczną na Moskwę, znacząco podnosząc jej koszty udziału w wojnie. Trzeba docenić ukraińską determinację i bohaterstwo, ale po kilkunastu miesiącach zmagań oczywistym jest, że bez „zachodniej kroplówki” Ukraina byłaby stracona. Otwartym pozostaje pytanie, w jakim zakresie, lecz odpowiedź zasługuje na oddzielny i obszerny tekst. W tym momencie istotnym jest, byśmy dostrzegli, że Zachód również ma swoje oczekiwania, które da się umiejscowić na wykresie „porażka-sukces” i że są one kluczowe dla trwania ukraińskiego oporu.

O czym konkretnie mowa? Zachód, choć reprezentowany przede wszystkim przez NATO, nie jest bytem jednorodnym – to konglomerat kilkudziesięciu podmiotów, z których każdy ma nieco inny stosunek do rosji i Ukrainy. Jest on sumą wielu zmiennych, głównie potencjału militarnego i ekonomicznego (a więc skali partycypacji w geopolitycznych rozgrywkach) oraz położenia geograficznego względem federacji. Im dalej od rosyjskich granic, tym mniejszy niepokój wywoływany poczynaniami Moskwy, im więcej „twardej” siły, tym większe możliwości, a często i wola powściągnięcia rosji – tak to wygląda w sporym rzecz jasna uproszczeniu. Inaczej na sprawy patrzy Estonia, dla której federacja stanowi egzystencjalne zagrożenie, inaczej Francja, funkcjonująca bez obaw przed napaścią, za to z doświadczeniem intratnych interesów z rosją.

Mimo takich różnic wypracowano konsensus, lecz i on zmieniał się w czasie. Nim wojska putina wkroczyły do Ukrainy, plan sojuszników zakładał ekonomiczną ripostę w postaci sankcji i szerokie wsparcie dla partyzantki, która – jak zakładano – pojawi się na okupowanych terenach. Sukcesem byłyby wówczas słabsze wskaźniki rosyjskiej gospodarki oraz „podpalona” Ukraina. Twardy opór ZSU (ale i na przykład rosyjskie bestialstwo), zmieniły znaczenie „wygranej” w rozumieniu NATO. Stało się nim – cytując Jensa Stoltenberga, sekretarza generalnego Sojuszu – „pełne zwycięstwo”, czyli powrót do granic Ukrainy sprzed 2014 roku, czemu m-u-s-i towarzyszyć jak najtrwalsze osłabienie możliwości militarnych rosji.

Czy to możliwe? Tak, jeśli donatorom Ukrainy nie zabraknie determinacji w udzielaniu wsparcia. Sądząc po dotychczasowej dynamice pomocy – w ramach której Ukraińcy otrzymują coraz więcej, coraz cięższej i bardziej efektywnej broni – pozwoli ona na dalsze wzmacnianie potencjału armii ukraińskiej, niezależnie od ponoszonych strat osobowych i sprzętowych. ZSU w maju 2023 roku były znacznie silniejsze niż w lutym 2022 roku. Armia rosyjska z kolei po 16 miesiącach wojny wykazywała cechy solidnego poturbowania, a na odbudowę zdolności sprzed 24 lutego 2022 roku potrzebowała dekady. Tymczasem nieposiadanie tych zdolności to brak realnych szans na poważny sukces.

Oczywiście, rosjanie od początku inwazji trzymają w rękawie potencjalnego asa – jest nim taktyczna broń jądrowa. Użyta w Ukrainie, mogłaby z dnia na dzień w istotnym zakresie zmienić sytuację na polu bitwy. Z uwagi na ultimatum Stanów Zjednoczonych, które zagroziły Moskwie „adekwatnym” odwetem w razie sięgnięcia po „atom”, ten scenariusz wydaje się mało prawdopodobny. Cienka czerwona linia wyznaczona przez Waszyngton nie istnieje fizycznie, ale definiuje fizyczny zakres rosyjskich działań w Ukrainie. To kolejny wymiar (nie)bycia Zachodu w tej wojnie…

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Żołnierz ZSU podczas szkolenia. Broń ukraińska (postsowiecka), ale wyposażenie zachodnie…/fot. Sztab Generalny Sił Zbrojnych Ukrainy

Oczekiwania

To już ostatni rozdział artykułu poświęconego wydarzeniom z 16 grudnia ub.r. oraz ich konsekwencjom (część I i część II). Nim jednak wrócę do zasadniczego wątku, chciałbym jeszcze nawiązać do wczorajszej bitwy nad Kijowem. W jej trakcie zachodnie systemy OPL, w tym amerykańskie patrioty, starły się z rosyjską super-techniką – pociskami hipersonicznymi Kindżał, rakietami Iskander i Kalibr. Obie strony ogłosiły zwycięstwo – Ukraińcy m.in. zestrzelenie wszystkich sześciu posłanych przez wroga „hipersoników”, rosjanie zaś zniszczenie „baterii Patriot”. Dziś wiemy już nieco więcej na temat efektów zwarcia – na przykład, że rosyjskie zapewnienia można włożyć między bajki. Elementy systemu Patriot rzeczywiście ucierpiały, ale nie na skutek „bezpośredniego trafienia pociskiem Kindżał”, a od odłamków, no i nie jest to „cała bateria” (jak pisze RIA Novosti), a jedna z wyrzutni. Przypomnijmy, w posiadaniu ZSU są obecnie dwie baterie patriotów, jeśli w najpopularniejszej konfiguracji, to każda z nich ma po osiem wyrzutni. Realna skala rosyjskiego sukcesu jest zatem raczej symboliczna. Dodajmy do tego fakt, że wyrzutnie – choć niezwykle istotne – są najtańszym elementem systemu. Newralgiczną rolę odgrywają w nim dwie pozostałe składowe – stanowiska dowodzenia i radary („mózg” i „oczy”).

Co istotne, baterie w położeniu bojowym – zwłaszcza gdy chroniony obszar jest rozległy (jak aglomeracja kijowska) – rozmieszczone są w sporym rozproszeniu. Poszczególne elementy może dzielić nawet kilkukilometrowa odległość. Nie ma zatem sposobności, by całą baterię zniszczyć pojedynczym kindżałem, chyba że byłby to pocisk przenoszący głowicę jądrową. A takiej, jak wiemy, rosjanie nie użyli. Dlaczego więc kłamią? Bo mogą. Bo jest na to zapotrzebowanie, bo istnieje szereg innych zmiennych, ale bezkarność jest tutaj czynnikiem kluczowym. Mogą, bo większość odbiorców ich przekazu uzna go za prawdziwy. Bo rzeczona większość nie ma pojęcia, bądź ma niewielkie, o technicznych aspektach funkcjonowania współczesnych rodzajów broni (i wcale mieć nie musi; specjalistyczna wiedza nie jest żadnym obiektywnym obligo). Tak tworzy się pole do nadużyć, a świadomość jego istnienia jest niezbędna także dla zrozumienia tego, co działo się w Polsce po przylocie Ch-55.

Na półce z „drugą armią świata”

Sedno rozważań zawiera się w określeniu „nierealistyczne oczekiwania”. Występują one nie tylko w Polsce czy rosji – kompetencyjna ułomność (ta fraza nie ma charakteru ocennego) w odniesieniu do możliwości systemów obronnych jest zjawiskiem powszechnym. Pewne drobne różnice mogą się nakładać na granice państw – zasadnym byłby wniosek, że w krajach o wyższym stopniu zmilitaryzowania, więcej wysiłku wkłada się w wojskową edukację obywateli. Nierealistyczne oczekiwania mogą mieć dwie postaci – niedoszacowaną i przeszacowaną. Zwykle mierzymy się ze skutkami tej drugiej, zwłaszcza w sytuacji, w której aparat propagandowy państwa spory nacisk kładzie na budowanie poczucia bezpieczeństwa obywateli. Niestety, prawda często przegrywa tu z politycznym marketingiem i zamiast komunikatów typu: „Ten system pozwoli znacząco zredukować ryzyko…”, słyszymy zapewnienia: „Nic wam nie grozi, bo mamy to, to i tamto”. Sielanka trwa, póki ktoś nie powie: „sprawdzam!”. Tymczasem rzeczywistość jest brutalna – wunderwaffe nie istnieje. Żaden kraj nie zapewni sobie skutecznej obrony przeciwlotniczej dla 100 proc. terytorium. Może jedynie chronić kluczowe elementy – stolicę (gdzie mieści się „mózg” państwa), duże skupiska ludności, elementy krytycznej infrastruktury (ważne fabryki, rafinerie, porty itp.) czy zgrupowania wojsk. Czysto teoretycznie da się doprowadzić do sytuacji: „jeden powiat-jedna bateria antyrakiet”. Tyle że praktycznie to stan nieosiągalny. Bateria patriotów na powiat to gwarancja bardzo szczelnego nieba – ale powiatów mamy w Polsce 308, a pojedyncza bateria kosztuje 2,5 mld dol. Kto za to zapłaci? Najzasobniejszych krajów nie stać na takie wydatki, więc inwestują wyłącznie w dobrą, punktową OPL.

Dla nas to niedościgły wzorzec (ta relatywnie skuteczna OPL). I nie, nie jest winą PiS-u, że jesteśmy w tym obszarze w przysłowiowej ciemnej dupie. Kondycja obrony przeciwlotniczej nie jest jedynie wynikiem skandalicznych zaniedbań z czasów Antoniego Macierewicza. O tym, że sprawnej OPL potrzebujemy „na wczoraj”, wiadomo od ponad dwóch dekad. Zaniedbania, machanie ręką na problem nieszczelnego parasola (odraczanie niezbędnych zakupów na „lepsze czasy”), to zasługa całej klasy politycznej. Kilku kolejnych gabinetów, działających w myśl zasady „jakoś to będzie”. Ale jest odpowiedzialnością PiS, i Mariusza Błaszczaka osobiście, wywindowanie oczekiwań wobec możliwości obronnych państwa na poziom, na którym rosjanie ulokowali swoją opowieść o „drugiej armii świata”. Nie-realizm jest tam tak duży, że spokojnie można mówić o mitach. Błaszczak j u ż stworzył wielopiętrową OPL, j u ż kupił (to jego słynne „kupiłem”, jakby wydawał własne pieniądze…) wszelkie niezbędne elementy. Ta narracja dotyczy nie tylko obrony powietrznej – w ostatnim czasie wysiłki szefa MON poszły w kierunku kreowania wyobrażeń o „najsilniejszej armii lądowej Europy”. „Już” zmieniło się w „za dwa lata”, lecz to nadal ta sama nierealistyczna perspektywa. W 2025 roku będzie w Polsce spora część zakupionych czołgów – a gdzie ludzie, szkolenie, zgranie? Proces dochodzenia do gotowości bojowej nie kończy się wraz z odebraniem nowej broni. To początek kilkuletnich przygotowań. Kilkunastoletnich, gdy mowa o OPL – tyle że o tym większość Polaków nie ma zielonego pojęcia. Stąd szok, gdy wpadła do nas pierwsza rakieta, szok, gdy kilkanaście dni temu okazało się, że była również druga.

Zarejestrowany zawód

Jak to ludziom zakomunikować, nie tracąc twarzy? Oczywiście, nie byłoby problemu, gdyby Błaszczak budował wizerunek na prawdziwych oświadczeniach. No ale nie budował, a sceptyczne opinie ekspertów z różnych powodów nie przebijały się do powszechnej świadomości. Co więcej, w przypadku szefa MON mamy do czynienia z czymś więcej niż osobiste ambicje i wynikająca z nich potrzeba zachowania wiarygodności. PiS od dłuższego czasu konsekwentnie realizuje – jak mówią w wojsku – „projekt Mariusz”. W jego ramach postać ministra obrony kreowana jest na tego, który „zastał armię poradziecką i słabą, a zostawił zwesternizowaną i silną”. To część szerszego zamysłu – uczynienia kwestii bezpieczeństwa państwa motorem kampanii wyborczej. Przekonania Polaków, że nikt tak jak PiS w tej materii o nich nie zadba. Partia władzy ma tu nie lada atuty – możemy zżymać się na kłamstwa ministra obrony, ale faktem jest, że to za jego kadencji doszło do największych zakupów zbrojeniowych w historii III RP. Nie wszystkie były sensowne, wiele przeprowadzono w co najmniej dziwacznym trybie, ale takimi szczegółami przeciętni zjadacze chleba nie zaprzątają sobie głów. Z pewnością nie robią tego wyborcy Zjednoczonej Prawicy – aż 93 proc. z nich uważa, że poziom bezpieczeństwa kraju w ciągu ośmiu lat rządów PiS się poprawił (badania IBRiS z kwietnia br. na zlecenie „Rzeczpospolitej”). „Dzięki Błaszczakowi”, brzmi rządowy przekaz, dzięki któremu partia władzy chciałaby wygrać wybory parlamentarne. I zyskać mocnego kandydata do prezydenckiej rozgrywki w 2025 roku. W końcu człowiek, który „postawił armię na nogi”, jak nikt nadaje się do roli głowy państwa. Nierealistyczne oczekiwania obywateli nie byłyby w tym kontekście żadnym problemem – przeciwnie, „niosłyby” kampanię, bo przecież lubimy czuć się silni i wspieramy ludzi, którzy nam poczucie siły dają. Ale co, gdy wyjdzie na jaw, że robili nas w konia? Pisowska władza nie chciała tego sprawdzać – stąd pomysł, by sprawę Ch-55 zamieść pod dywan.

Jeden z moich mundurowych rozmówców sugeruje, że prośba, by nie nagłaśniać incydentu, wyszła od Amerykanów. Jeśli to prawda, raczej nie mamy do czynienia z amerykańską próbą zachowania politycznego status quo w Polsce. Kluczowa, w mojej ocenie, znów byłaby kwestia nierealistycznych oczekiwań. Rządowa propaganda także w odniesieniu do Stanów Zjednoczonych i NATO weszła na niebotyczne poziomy. W ciągu ostatnich miesięcy od rozpoczęcia rosyjskiej inwazji w Ukrainie nie raz już słyszeliśmy – z ust prezydenta Dudy, premiera Morawieckiego czy właśnie Mariusza Błaszczaka – że drugim filarem naszego bezpieczeństwa (obok silnej armii), jest obecność wojsk sojuszniczych w Polsce. Na tyle licznych, na tyle silnych i doskonale wyposażonych, że n i c nam nie grozi. No więc owo „nic” to jednak jest „coś” – jak choćby zabłąkana rakieta, która mogłaby kogoś zabić. Jedna już zabiła, w Przewodowie, niemal miesiąc przed incydentem z Ch-55. Ukraiński pocisk przeciwlotniczy S-300, pierwotnie posłany w kierunku rosyjskich rakiet, przestrzelił i wylądował u nas, odbierając życie dwóm przypadkowym osobom. Przez cały kraj przeszedł wówczas jęk zawodu – że jak to, „siedzi u nas całe NATO i nikt, nic, nie był w stanie zrobić?”. Ów zawód zarejestrowano w Polsce, zarejestrowali go również nasi sojusznicy. Poza skrajnymi środowiskami, Przewodów nie uruchomił u Polaków refleksji na temat sensowności zaangażowania w pomoc Ukrainie, ale nieufność wobec NATO i jego możliwości dało się wyczuć – usłyszeć w codziennych rozmowach, wyczytać z publicystyki i komentarzy. Kolejna rakieta – tym razem rosyjska – mogłaby wzmocnić oba zjawiska. Patrząc z perspektywy Waszyngtonu czy Sojuszu jako całości – w kraju frontowym, pełniącym rolę hubu logistycznego, postawy antynatowskie i antyukraińskie są niepożądane, zwłaszcza gdyby się rozlały. Przemilczenie incydentu mogłoby temu zapobiec i być tańsze niż ściąganie nad Wisłę dodatkowych zestawów OPL, by zaspokoić nierealistyczne oczekiwania Polaków.

Gdyby szukano…

Tylko czy Polacy rzeczywiście by się tak bardzo kolejną rakietą przejęli? Teraz – gdy już wiemy, że przyleciała (poniewczasie, ale wiemy…) – możemy oczekiwać odpowiedzi na tak postawione pytanie. Pośrednią przynosi nam sondaż IBRiS dla Radia Zet, przeprowadzony w miniony weekend (a zatem w szczytowym momencie medialnego zamieszania wokół Ch-55). Wynika z niego, że 93,4 proc. Polaków słyszało o incydencie związanym z rosyjską rakietą odnalezioną pod Bydgoszczą – czyli możemy mówić o wiedzy powszechnej. „Czy ta sytuacja wpłynęła na Pana/Pani ocenę skuteczności polskiego systemu obronnego?”, pytali ankieterzy. Odpowiedzi „tak, obniżyła ocenę” udzieliło 51,8 proc. badanych. Przeciwnego zdania (że ocena pozostaje bez zmian) było 48,2 proc. ankietowanych. Co istotne, najwięcej uczestników badania, którzy przyznali, że ich ocena skuteczności nie spadła, jest wśród wyborców Zjednoczonej Prawicy – to aż 85 proc. Konkludując więc – w nieco gorzkawym tonie – twardy elektorat nie storpedowałby „projektu Mariusz”, a strach przed paniczną reakcją opinii publicznej był przynajmniej częściowo bezzasadny.

A to ten strach sprawił, że 19 grudnia ub.r. całkowicie odstąpiono od poszukiwań wraku. Jeśli przy tej okazji za dobrą monetę wzięto zapewnienia rosjan, że zgubili nieuzbrojony wabik, byłby to dowód na skrajną naiwność decydentów. Post factum jesteśmy mądrzy (wiemy, że Ch-55 nie przenosił głowicy bojowej), ale czy nie mam racji sądząc, iż domyślną reakcją na jakiekolwiek deklaracje Moskwy winna być nieufność? Czyli w tym konkretnym przypadku szukanie szczątków rakiety do skutku. Jeśli zaś brakowało jasności, co do nas wpadło – a w oparciu o dostępne informacje dało się jedynie założyć, że z dużym prawdopodobieństwem był to pocisk manewrujący – zarzucenie poszukiwań to skrajna nieodpowiedzialność. W obu scenariuszach zaś delikt – narażenie przypadkowych osób na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia albo ciężkiego uszczerbku na zdrowiu. „Po 19 grudnia dalsze czynności prowadzono dyskretnie, by nie wzbudzić podejrzeń cywilów”, przekonywał mnie jeden z emerytowanych generałów Wojska Polskiego. Doprawdy? Dzięki danym z radaru F-16 dość precyzyjnie wyznaczono obszar upadku Ch-55. Więc nawet w rygorze dyskretnych poszukiwań udałoby się szczątki odnaleźć. Gdyby szukano…

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Wystrzelenie pocisku Patriot, zdjęcie ilustracyjne/fot. Bohyun Pyun, domena publiczna