Narada

Nie ma to jak dobre wieści – zwłaszcza dwie naraz. Tyle bowiem śmigłowców Ka-52 – jednej z najgroźniejszych broni będącej w dyspozycji rosjan – zestrzelili dziś nad ranem ukraińscy obrońcy. Pierwsza „pięć-dwójka” spadła około godz. 6.00 w okolicach Bachmutu, druga o 7.40 w rejonie Robotyne na Zaporożu. Wartość mienia armii rosyjskiej uszczupliła się tym samym o ponad 30 mln dolarów.

Czy jak kto woli – o 3 mld rubli. Zapewne Wam to nie umknęło, ale na wszelki wypadek odnotuję – rosyjska waluta, mimo rozpaczliwych prób jej obrony, na dobre zakotwiczyła w gronie „śmieciowych pieniędzy”. Rubel jest dziś duuużo słabszy od florina arubiańskiego, azerskiego manata, gruzińskiego lari i bułgarskiego lewa. Ba, bije go na łeb rubel białoruski, ukraińska hrywna czy tadżyckie somoni. Dla porządku dodajmy – gdyby rosjanin chciał kupić złotówkę, zapłaciłby za nią dwadzieścia kilka rubli, kurs franka szwajcarskiego utrzymuje się powyżej 100 rubli, a dolara – po drastycznej interwencji banku centralnego rosji – spadł nieco poniżej 100 rubli. Ot, kolejny dowód glinianych nóg rosyjskiego „niedźwiedzia” i „niedziałających” sankcji.

Ale ja nie o tym.

Załączone zdjęcie powstało przed dwoma dniami, podczas spotkania, do jakiego doszło w sztabie generalnym ukraińskiej armii. Obok gospodarza, gen. Walerego Załużnego, wzięli w nim udział m.in. gen. Christopher Cavoli, Amerykanin, naczelny dowódca sił NATO w Europie, oraz adm. Tony Radakin, szef brytyjskiej armii. Wojskowym towarzyszyli oficerowie niższego szczebla, po stronie ukraińskiej zebrano wszystkich dowódców rodzajów sił zbrojnych (był tam także szef wywiadu wojskowego, gen. Budanow).

A zatem spotkanie na szczycie. Nie pierwsze i pewnie nie ostatnie, ale i tak wyjątkowe. Kijów gościł dotąd wielu najwyższych rangą wojskowych z Zachodu, zwykle jednak byli to przedstawiciele pojedynczych państw. Mnóstwo spotkań odbyło się w formie telekonferencji, publiczne informacje na ich temat sprowadzały się do lakonicznych, wytartych formułek. I tym razem niewiele wiemy o przedmiocie spotkania. Sam gen. Załużny na oficjalnym profilu Sztabu Generalnego ZSU ujmuje to tak: Współpraca wojskowa to kluczowy temat, który został poruszony. Opowiedziałem gościom o sytuacji na linii frontu, o przebiegu naszych operacji ofensywnych i obronnych. Zapoznałem z planami ZSU na najbliższą przyszłość i na dłuższą metę. Rozmawialiśmy o działaniach wroga. (…)”.

Nihil novi i czysta wojskowa dyplomacja, ale czy rzeczywiście (tylko to)? Staram się nie rozbudzać niepotrzebnych nadziei, zwłaszcza gdy nie mogę ujawnić źródeł własnych informacji. Tym razem jednak postąpię inaczej, choć z konieczności bez podawania szczegółów. Coś się szykuje, coś poważniejszego. Uzgodnionego z NATO, dopiętego w ostatnich dniach. „Myślę, że będziesz zaskoczony” – pisał mi kilka dni temu jeden z ukraińskich analityków militarnych. Świetnie poinformowany, o czym nie raz już się przekonałem. Podobne słowa padły z jego ust podczas rozmowy sprzed mniej więcej roku. Kilkanaście dni później – gdy uwaga obserwatorów skupiona była na południu kraju – ruszyła ukraińska kontrofensywa w charkowszczyźnie…

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Wspomniane spotkanie na szczycie/fot. Sztab Generalny ZSU

Rojenia

Kremlowska propaganda nie ustaje w działaniach wymierzonych w zachodnie opinie publiczne. Z afisza w zasadzie nie schodzą atomowe groźby, ale pojawiają się również nowe „atrakcje”. Jedną z nich – skierowaną do Polaków i narodów nadbałtyckich – jest zapowiedź użycia Grupy Wagnera do… zajęcia tzw.: przesmyku suwalskiego. Rejonu, gdzie stykają się granice Polski i Litwy, który odcina obwód królewiecki od zwasalizowanej przez rosjan Białorusi. Mówił o tym przed kilkoma dniami emerytowany generał andriej kartapołow, przewodniczącym komisji obrony w rosyjskiej dumie. Groźby te uskuteczniał w państwowej telewizji Kanał 1, w programie władimira sołowiowa. Jego zdaniem, wagnerowcy mogą zająć przesmyk „w kilka godzin”, odcinając państwa nadbałtyckie od lądowego połączenia z resztą krajów NATO.

Gen. kartapołow od dawna wygłasza rozmaite kocopoły, chwalące potęgę rosyjskiego oręża, podobnie zresztą jak gospodarz wspomnianego programu. Patrzeć na to można z uśmiechem na twarzy, pogardą bądź politowaniem, co nie zmienia faktu, że w świecie klikbajtów i dominacji taniej sensacyjności, zawsze znajdą się użyteczni idioci, którzy z trwogą (zwykle udawaną) poniosą takie informacje dalej. Tak właśnie zareagowała część polskich mediów, kolportując wynurzenia kartapołowa w tonie, który u części odbiorców mógł wywołać zaniepokojenie. „Czy oni, ci wagnerowcy, naprawdę byliby w stanie wejść do nas?”, pyta mnie Czytelniczka.

I właśnie o to w tym chodzi – patrząc z rosyjskiej perspektywy. Niepokój nie musi być powszechny; grunt, by był, a w sprzyjających okolicznościach da się go rozniecić. Wystarczy, że kilkadziesiąt, może kilkaset tysięcy Polaków (i Bałtów), zacznie się zastanawiać, „co by było gdyby?”. W takich okolicznościach pojawi się refleksja związana z sensownością pomocy Ukrainie czy generalnie „drażnienia rosji”, która może poskutkować postulatem, by „lepiej siedzieć cicho”. W odróżnieniu od rosji, której władza (de facto właściciele) nie musi się przejmować głosami obywateli, w państwach demokratycznych przestrach i wynikające z niego postawy mogą się przełożyć na decyzje polityczne. A w Polsce mamy już ugrupowanie wybitnie prorosyjskie, z apetytem na udział w rządach, które chętnie wprowadziłoby w życie doktrynę „pokojowych relacji z rosją” (kpię rzecz jasna z tej „pokojowości”, bo w istocie o kolaborację chodzi).

No więc apeluję przy tej okazji o rozsądek w informowaniu o rosyjskich groźbach. I wracam do sedna.

Nie, wagnerowcy nie stanowią militarnego zagrożenia dla Polski czy Litwy, a już zwłaszcza dla NATO jako całości. Wagner to lekka piechota, która owszem, w Ukrainie – zwłaszcza podczas zmagań o Bachmut – „dorobiła się” sporo ciężkiego sprzętu, ale ten wrócił już do armii (co było skutkiem rozbrojenia formacji po puczu prigożyna). I generalnie, wagnerowcy nie są w stanie działać bez wsparcia logistycznego regularnych sił zbrojnych – nie mają do tego ani służb, ani doświadczenia, ani niezbędnego zaplecza technicznego. Oczywiście, czołgi zawsze można najemnikom „podrzucić”, amunicję do nich również. Czy to z zasobów armii rosyjskiej czy białoruskiej – która, czego nie wszyscy mają świadomość, od początku pełnoskalowego konfliktu w Ukrainie służy rosjanom jako darmowy dostawca sprzętu i, przede wszystkim, amunicji. Tyle że to oznaczałoby otwartą wojnę z NATO. Stałe wsparcie uczyniłoby z Wagnera to, czym grupa była w Ukrainie – integralną część rosyjskich sił zbrojnych. Podziwiam fantastów, którzy nadal wierzą, że armia rosyjska posiada zdolności do atakowania Sojuszu. Wojsko federacji nie może sobie dać rady z Ukrainą, której potencjał militarny odpowiada może kilku procentom możliwości kolektywnego NATO. Z czym zatem do ludzi?

I z kim? Wagner w początkach swojego istnienia skupiał byłych żołnierzy sił specjalnych i jednostek powietrznodesantowych. Nie był to może kwiat światowego najemnictwa – jak chcieliby tego rosjanie – o czym można się było przekonać w Syrii. Tym niemniej było to przyzwoite wojsko, które świetnie sprawdzało się w Afryce, jako wsparcie dla lokalnych reżimów. Ta część grupy funkcjonuje zresztą do dziś – nikt jej nie rozbrajał, nikt nie ściągał do domu; Moskwa nie zamierza rezygnować z ambicji siania fermentu na „czarnym lądzie”, więc nie pozbywa się użytecznego narzędzia. Przy czym miejmy świadomość, na czym robota wagnerowców tam polega. Nie są to intensywne działania zbrojne z wykorzystaniem całej gamy nowoczesnych systemów uzbrojenia. Najemnicy Kremla – na zlecenie afrykańskich sponsorów – co najwyżej pacyfikują lekkozbrojną partyzantkę, przede wszystkim wykonując stricte policyjną robotę. W stylu SS, bo także poprzez terror i zbrodnie.

W Ukrainie wagnerowcy działali od samego początku konfliktu, gdy przyszła inwazja, dostali nawet „swój” odcinek frontu. Zdziesiątkowani, bardzo szybko stracili elitarny charakter. A ponieważ prigożyn przegrał z regularną armią bitwę o bardziej wartościowych rekrutów, późnym latem zeszłego roku zaczęła się rekrutacja kryminalistów. Ściągnięto ich do Wagnera prawie 50 tys. i to oni – trzy czwarte członków formacji – stanowili o jakości grupy. Bardzo niskiej jakości, wszak zwłaszcza w szczytowych zmaganiach o Bachmut chodziło wyłącznie o „armatnie mięso”. Jego masa miała ściągać ukraiński ogień i uwagę, „zużywać” obrońców, ich zapasy, demaskować stanowiska obronne. Na tak przygotowany grunt wchodziły wartościowe jednostki Wagnera i regularnej armii. W takich okolicznościach, jak przyznaje sam prigożyn, zginęło 20 tys. wagnerowców-kryminalistów. Należy założyć, że co najmniej drugie tyle zostało rannych. Mówmy zatem o formacji ponownie zdziesiątkowanej – a więc nielicznej – w istotnej mierze pozbawionej taktycznego kunsztu. Do takich „wojowników” strzela się jak do kaczek.

Z danych polskich służb wynika, że w tej chwili w Białorusi przebywa najwyżej 800 wagnerowców. Oczywiście, mogą dojechać następni, kolejnych najemników można zrekrutować – tylko skąd wziąć ludzi, skoro regularna armia rosyjska boryka się z niedostatkiem personelu, szczególnie dotkliwie odczuwanym tam, gdzie wojska najbardziej potrzeba, czyli w Ukrainie? I nie, jakoś nie widzę oczyma wyobraźni tłumów Białorusinów, garnących się do Wagnera.

Nie ma czym, nie ma kim – i nie ma też za bardzo jak stworzyć na przesmyku realne zagrożenie. To teren mocno zalesiony, ze słabą infrastrukturą drogową, bez linii kolejowych. Mogę sobie wyobrazić szybki przemarsz piechurów wzdłuż polsko-litewskiej granicy, ale szybki przemarsz wojska jest tam zwyczajnie niemożliwy. A wiemy już dobrze, czym jest rosyjska logistyka i jak bardzo się „rozkracza”, gdy nie może operować na torach.

Uczciwość każe jednak rozważyć scenariusz zuchwały, skrajnie dla rosjan optymistyczny. Oto udało im się stworzyć kilkunastotysięczny kontyngent, dobrze uzbrojony i wyszkolony, teoretycznie zdolny pokonać przeszkody terenowe, logistyczne – i zająć przesmyk. Na zasadzie gry va banque – „nie chcemy wojny z NATO, ale co weźmiemy, tego nie oddamy. A jak spróbujecie nam to zabrać, użyjemy atomówek”. Obawy Litwinów, Łotyszy i Estończyków związane z rosją sprowadzały się do podobnego scenariusza. To kraje małe, które można szybko wchłonąć, korzystając z przewagi potencjału (faktu, że w regionie rosja miała więcej wojska niż NATO). Tyle że po 24 lutego 2022 roku Sojusz wzmocnił swoją obecność w tej części Europy, a wiele wartościowych jednostek armii rosyjskiej – które mogłyby Wagnera wesprzeć – zostało z obwodu i Białorusi przerzuconych do Ukrainy. Gdzie zresztą część solidnie pogruchotało. Przede wszystkim zaś zmieniła się filozofia polityki obronnej NATO. Przed inwazją planiści Sojuszu dopuszczali możliwość zajęcia części przyfrontowych krajów i późniejsze ich odbicie w ramach kontrofensywy. Obecnie – jak to ujął prezydent Joe Biden – NATO będzie bronić każdego centymetra swojej ziemi. Miałoby czym? Tak. Sojuszniczy komponent lotniczy na wschodniej flance bije jakościowo wszystko, czym w tej materii może dysponować rosja. Dodatkowe niemal 20 tys. żołnierzy, wśród których jest kilkanaście tysięcy Amerykanów, z naddatkiem wystarczy, by poradzić sobie z wagnerowskim wyzwaniem.

A wciąż nie mówmy o możliwościach, jakimi dysponuje Wojsko Polskie. Które owszem, jest „rozgrzebane”, bo brakuje mu ludzi i sprzętu, ale tym, co ma, nawet samodzielnie by sobie z problemem poradziło. Kilka kluczy F-16 wybombardowałoby ruską kolumnę, artylerzyści z Mazur – ich Kraby i Langusty – dołożyliby trzy grosze, a resztę zaoraliby pancerniacy z Wesołej na swoich Leopardach (spokojnie, byłby czas, by je tam rozmieścić). Kilkanaście godzin i nie byłoby czego zbierać.

I jeszcze a propos zebrania. Koncentracja Wagnera nie uszłaby uwadze natowskiego zwiadu. Skutek? Koncentracja sił własnych i „palec na spuście”. A kto wie – może i atak wyprzedzający. Dajmy na to „zhimarsowanie” pozycji wyjściowych Wagnera. W końcu to tylko najemnicy, z którymi rząd rosyjski nie ma nic wspólnego…

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Najemnik pod Bachmutem/fot. Grupa Wagnera

Integracja

„Ukraina niczego w Wilnie nie uzyskała”, „Zełenski rozżalony”, „NATO okrakiem wycofuje się ze wsparcia dla Kijowa” – oto trzy z wielu krzykliwych nagłówków, na jakie natknąłem się przeglądając rosyjskie i polskie media (także społecznościowe). Intencje kremlowskiej propagandy są dla mnie oczywiste – dezawuowanie szczytu ma podnieść na duchu rosjan, zaś u rosyjskojęzycznych Ukraińców wywołać przekonanie, że zostali zdradzeni/porzuceni. Polskie źródła albo działają z prorosyjskich pobudek, albo dla taniej sensacyjności bezmyślnie kopiują tę narrację. Fałszywą, a w niektórych obszarach opartą o niezrozumienie bądź świadome ignorowanie reguł dyplomatycznej gry.

Zacznijmy od podstawowych faktów. NATO nie może przyjąć do swojego grona państwa w stanie wojny. Z uwagi na wzajemne zobowiązania oznaczałoby to konieczność włączenia się Sojuszu do działań zbrojnych. W tym konkretnym przypadku pójście na wojnę z rosją, której NATO – z powodu ryzyka nuklearnej eskalacji – wolałoby uniknąć. Zatem tak długo, jak długo trwa konflikt na wschodzie, nie będzie mowy o członkostwie Ukrainy i wynikających z niego gwarancjach bezpieczeństwa. Co więcej, wielu z nas umyka fakt, że w warunkach akcesji jest coś więcej niż tylko nieprowadzenie aktywnych działań bojowych. Aspirujący kraj musi mieć uregulowane kwestie własnych granic – nie może rościć sobie pretensji, słusznych czy nie, do terytoriów będących pod kontrolą innego państwa. Tak więc sam koniec wojny to w odniesieniu do Ukrainy za mało, jeśli nie będzie to koniec poprzedzony wyzwoleniem wszystkich ziem utraconych między 2014 a 2022 rokiem.

Oczywiście, są alternatywy dla „pełnego ukraińskiego zwycięstwa”, ale na tym etapie tekstu pozwolę je sobie pominąć.

Świadomość wymienionych uwarunkowań jest dla polityków oczywista. Stąd kłamliwość twierdzeń, że Zełenski, i ktokolwiek z jego delegacji, jechał do Wilna z nadzieją, że przywiezie Ukraińcom członkostwo, konkretną datę czy dokładny kalendarz integracji. Nie da się ich wyznaczyć z prostego powodu – nie sposób przewidzieć, kiedy skończy się wojna. Zwłaszcza że nie wszystko zależy od natowskiej i ukraińskiej strony, bo nie będzie końca konfliktu, jeśli takiej woli nie wykażą rosjanie. Niestety, cechą charakterystyczną wszystkich społeczeństw jest powszechność nierealistycznych oczekiwań. Większość Ukraińców chciałaby, żeby ich ojczyzna była w NATO już teraz (część proukraińskich opinii publicznych na Zachodzie również), a choćby i za cenę ryzyka eskalacji konfliktu do rozmiarów wojny światowej. Wołodymr Zełenski nie może ignorować takich postaw. I jakkolwiek naiwnością jest wiara, że w Wilnie czymkolwiek go zaskoczono – bo w przypadku takich „imprez” kluczowe ustalenia podejmuje się wcześniej, a szczyt ma służyć jedynie ich prezentacji – to i tak ukraiński prezydent musiał dać do zrozumienia, że nie jest w pełni usatysfakcjonowany. Pod publiczkę i w imieniu publiki, czyli przede wszystkim własnych obywateli. Każdy uczestnik szczytu ma świadomość rutynowości tego zabiegu, zatem darujmy sobie bajeczki o „kwasach” pośród głów państw antyrosyjskiej koalicji czy wręcz rozłamie (i jego dramatycznych skutkach). Nic takiego się nie dzieje.

Gdy piszę te słowa szczyt w Wilnie jeszcze trwa, lecz już teraz jasne jest, że Ukraina otrzymała zapewnienie dotyczące członkostwa. Że proces akcesyjny zostanie maksymalnie skrócony, a formalnie zacznie się „gdy pozwolą na to warunki”. Do tego czasu sojusznicy zobowiązują się do doradztwa i finansowania przebudowy armii ukraińskiej do standardów natowskich. Nade wszystko zaś do dalszego wspierania wysiłków ZSU w zwalczaniu rosyjskiej agresji – zakrojonej na szeroką skalę pomocy sprzętowej, szkoleniowej i wywiadowczej. Szczyt stał się okazją do zadeklarowania kolejnych pakietów pomocy; nie będę Was zanudzał szczegółami, ale warto odnotować doniesienia o zintegrowanym programie szkoleniowym na samolotach F-16 dla ukraińskich pilotów, który wystartuje w sierpniu br., dobrze też wspomnieć o francuskiej deklaracji dostarczenia pocisków manewrujących SCALP (storm shadowów znad Sekwany). Część deklaracji ma charakter niejawny – dowiemy się o nich zapewne dopiero po pierwszym użyciu posłanego sprzętu na froncie.

A teraz Realpolitik. Jest rzeczą oczywistą, że rosja – przy obecnym reżimie – będzie korzystać z własnych możliwości, by członkostwo Ukrainy zablokować. Ba, nawet upadek obecnej władzy może tu nie wnieść istotnej zmiany. Z punktu widzenia Kremla, wystarczy utrzymać wojnę na niskim poziomie intensywności i odmawiać podpisania porozumienia pokojowego. Ciągłe odsyłanie Ukrainy do poczekalni nie przysłuży się wiarygodności NATO, Sojusz zatem musi wypracować na tę okoliczność jakąś strategię. Znaleźć konsensus dotyczący nieidealnych, ale akceptowalnych warunków członkostwa. Załóżmy, że Ukraińcom uda się wyprzeć rosjan ze swojego terytorium – rzecz w tym, że w takim scenariuszu Moskwa nie utraci zdolności ostrzału Ukrainy pociskami manewrującymi. I nie musi tego robić często, by podtrzymać faktyczny stan wojny, która w takiej postaci może trwać nawet dekady. Co wtedy? Ano NATO będzie musiało zagrać va banque, zaryzykować integrację. Z Wilna nie płyną żadne informacje, by Sojusz wypracował w tej kwestii jakieś stanowisko, uzgodnił, jaki rodzaj ryzyka poniesie, a jaki nie. Z drugiej strony, wśród zachodnich przywódców coraz powszechniejsze jest przekonanie, że presją ekonomiczną (sankcyjną) da się Moskwie wybić z głowy długoletnie wojowanie. Jeśli mają rację, może rzeczywiście na tym etapie nie ma czego ustalać.

Ale spychanie problemów „na później” dotyczy również Ukraińców. Co jeśli nie odbiją wszystkich ziem, a rosja jednostronnie ogłosi zakończenie spec-operacji, nie opuszczając okupowanych terytoriów? Czy za cenę członkostwa w NATO Kijów wyrzeknie się roszczeń terytorialnych? Obecnie taki scenariusz jest nieakceptowalny przez większość Ukraińców, głównie z uwagi na świadomość poniesionych strat i „świeżość” tej rany. Co wcale nie wyklucza sytuacji, w której Ukraina przed takim dylematem stanie. Jest kwestią niedyskutowalną – patrząc z ukraińskiej perspektywy – że dziś trzeba robić wszystko, by wyeliminować ryzyko trudnych kompromisów. Ale nie wolno też z góry oznaczać ich piętnem tabu zamykanego w publicznej debacie diagnozą zdrady. Bo w którymś momencie może nie być innego wyjścia.

O czym piszę z intelektualnej uczciwości, osobiście nie tracąc wiary w pełne ukraińskie zwycięstwo. Zwieńczone szybką integracją z NATO.

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Przyszłość

Pradziadek pracował w Dyrekcji Okręgowej Kolei w Toruniu – i 4 września 1939 roku, wraz z żoną i dwójką nastoletnich dzieci, wsiadł do pociągu, który ruszył w kierunku Kowla na Wołyniu. Ewakuacja przygranicznych urzędników państwowych i ich rodzin była obligatoryjna. Jak się później okazało, wiązała się nie tylko z koszmarem podróży pod ogniem niemieckich samolotów, ale także z innym ryzykiem. Niemieckie władze okupacyjne postanowiły bowiem ukarać uciekinierów – zarówno ze zorganizowanych, jak i spontanicznych ewakuacji – konfiskatą opuszczonych nieruchomości. Moja rodzina uniknęła tego losu i gdy pod koniec 1939 roku wróciła do Torunia, mieszkanie wciąż na nią czekało. Pradziad miał bohaterską kartę z czasów służby w armii cesarskiej na froncie zachodnim I wojny światowej – i to uratowało bliskich przed wywłaszczeniem.

Bombardowanie dworca w Kowlu to jedno ze wspomnień, które przekazała mi Babcia. Bardzo plastycznie opisywała podniebne „akrobacje” pilotów sztukasów. „Od tamtej chwili musieliśmy sobie radzić sami”, mówiła. 8 września zaplecze ewakuacji przestało działać, dziesiątki tysięcy ludzi rozproszyły się, szukając schronienia i pomocy na własną rękę. Nie tylko nie odbierano ewakuowanych, którzy dotarli do punktów zbornych. Liczne składy kończyły drogę w środku trasy, nierzadko gdzieś w polu. Tego samego dnia w Chełmie, podczas spotkania z pracownikami resortu komunikacji, jego szef płk Juliusz Ulrych, oznajmił: „mam w dupie całą tę ewakuację”. Sam, z rodziną, był bezpieczny, a 17 września – jak większość sanacyjnej władzy – zwiał do Rumunii.

„Moi” trafili na jakąś wołyńską wieś, której nazwy, niestety, nie poznałem. Nie dane im było zaznać spokoju. Po kilku dniach, nocą, musieli uciekać przed skrzykniętymi ad hoc bandami. We wiosce nie było już policji (uciekła), wojska nikt na oczy nie widział; upadek państwa polskiego sprowokował miejscowych Ukraińców do rozliczeń z Lachami. Dziś wiemy już, że była to zapowiedź krwawych porachunków, do jakich doszło na Wołyniu latem 1943 roku.

O czym wspominam nie tylko przy okazji okrągłej rocznicy. Po raz kolejny bowiem spotkałem się z następującą argumentacją: że nie miałbym proukraińskich sympatii, gdyby w mojej rodzinie było doświadczenie rzezi wołyńskiej. No więc jakieś było, wracające w postaci pełnych przerażenia relacji („nigdy się tak nie bałam, jak wtedy, leżąc w mokrym rowie” – Babcia). Przekładające się na niespecjalnie pielęgnowany, ale jednak istniejący ukraiński resentyment. Czy szerzej, obawę przed Wschodem jako takim, wzmocnioną wydarzeniami z 1945 roku – pełnym przemocy wobec cywilów przemarszem armii czerwonej przez Pomorze. Wyrosłem na tych uprzedzeniach i trzeba było własnych doświadczeń, bym przekonał się, czy są zasadne. Dziś jestem za Ukrainą i przeciw rosji niezależnie od tego, co spotkało moich bliskich. Niezależnie od tego, co wydarzyło się w relacjach polsko-ukraińskich przed laty. Historią niech zaopiekują się historycy, my zajmijmy się teraźniejszością i przyszłością. Gdzie zagrożeniem nie jest dla nas Ukraina i Ukraińcy, ale rosja i rosjanie.

Niektórym umyka, że Zachód, rozumiany przede wszystkim jako NATO, także był celem „specjalnej operacji wojskowej” – oczywiście pośrednim. W wymiarze geopolitycznym zajęcie i zwasalizowanie Ukrainy nie tylko fizycznie poszerzyłoby strefę wpływów rosji, ale stanowiłoby też ostrzeżenie. Pokazało krajom wschodniej Europy (i Azji Centralnej), czym kończy się próba „zerwania” z Moskwą. Również „stary” Zachód mógłby się przeląc. Jedną z reakcji obronnych na ekspozycję brutalnej siły jest wycofanie – w tym przypadku byłoby to zaprzestanie rozbudowy możliwości obronnych Sojuszu na wschodnich rubieżach. Bo czy dla Polski lub Litwy warto narażać się na wojnę z „nieprzewidywalną” rosją? Taka demobilizacja z czasem przyniosłaby demoralizację – świadomość występowania różnych kategorii członkostwa i nieoczywistego charakteru gwarancji bezpieczeństwa podważyłaby sens istnienia NATO. Mnóstwo wschodnich Europejczyków zaczęłoby zastanawiać się, po co być częścią „papierowego sojuszu”, gdy już sama przynależność naraża ich na gniewne reakcje potężnego sąsiada. Erozja dotknęłaby też zachodnioeuropejskiego „korzenia” NATO. Skoro jesteśmy tacy słabi, tamci zaś tak bardzo skłonni do ryzyka, może lepiej się z tym pogodzić? – kalkulowano by, mając rosjan za łobuzów, z którymi jednak nadal można robić niezłe interesy. Narrację w tym akapicie poprowadziłem w trybie przypuszczającym, ale mamy dość dowodów, by uznać, że tego właśnie pragnął putin, że ramy jego „wielkiego zwycięstwa” wykraczały daleko poza granice Ukrainy.

Wyszło jak wyszło. Dzięki determinacji Ukraińców, ale i samego Zachodu, pomysł zajęcia Ukrainy zasługuje dziś na miano mrzonki, a odradzające się NATO jest silniejsze niż dwa lata temu. Zaś putin najprawdopodobniej walczy o życie w swoim przegniłym królestwie, targanym wewnętrznymi napięciami wywołanymi fatalnie prowadzoną wojną. Ale rosji nadal nie rzucono na kolana, ba, Ukraina nie ma takiej siły, a Zachód intencji. Zatem niezależnie od tego, jak bardzo wynik tej wojny będzie niekorzystny dla Kremla, rosja przetrwa. Z takim czy innym reżimem. Dziś nikt rozsądny nie postrzega armii rosyjskiej jako zagrożenia dla NATO i stan ten potrwa jeszcze wiele lat po zakończeniu gorącej fazy wojny z Ukrainą. Rzecz w tym, by konieczność lizania ran zajęła moskalom jak najwięcej czasu. W idealnym układzie, także w obliczu innych problemów – demograficznych, ekonomicznych (które da się generować podtrzymując presję sankcyjną) – by już nigdy nie poczuli się dość silni do kolejnej rozgrywki va banque. Kluczem jest Ukraina – to ona może i za jej pośrednictwem można wybić rosjanom z głów rojenia o „należnej strefie wpływów”.

Strefie, w której znajduje się i Polska. Gdzie nie brakuje i zapewne nie zabraknie współczesnych Ulrychów – polityków, którzy w momencie zagrożenia będę mieli w dupie bezpieczeństwo współrodaków. Tak, Ukraińcy bronią nas i na okoliczność tej naszej słabości, także w tym sensie nasza przyszłość leży w ich rękach.

A propos przyszłości. Jutro zaczyna się szczyt NATO w Wilnie. Decyzje, o których zostaniemy poinformowani, zapewne już zapadły – oby oznaczały jak najefektywniejszą pomoc dla Ukrainy.

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Magdalenie Kaczmarek, Arkadiuszowi Halickiemu, Piotrowi Maćkowiakowi, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Maciejowi Szulcowi, Przemkowi Piotrowskiemu, Michałowi Strzelcowi, Andrzejowi Kardasiowi i Jakubowi Wojtakajtisowi. A także: Aleksandrowi Stępieniowi, Joannie Siarze, Szymonowi Jończykowi, Annie Sierańskiej, Tomaszowi Sosnowskiemu, Mateuszowi Jasinie Remiemu Schleicherowi, Grzegorzowi Dąbrowskiemu, Arturowi Żakowi, Bernardowi Afeltowiczowi, Justynie Miodowskiej, Mateuszowi Borysewiczowi, Marcinowi Pędziorowi, Sławkowi Polakowi, Patrycji Złotockiej, Michałowi Wielickiemu, Monice Rani, Jarosławowi Grabowskiemu, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Bożenie Bolechale, Jakubowi Dziegińskiemu i Radosławowi Dębcowi.

Podziękowania należą się również najhojniejszym „Kawoszom” z ostatniego tygodnia: Mariuszowi Radomskiemu, Piotrowi Kamińskiemu, Janowi Tymowskiemu (za „wiadro kawy”) oraz Czytelnikowi Konradowi.

Szanowni, to dzięki Wam – i licznemu gronu innych Donatorów – powstają moje materiały!

Nz. Ukraińcy skutecznie rozprawiają się z rosyjskimi rojeniami o „należnych strefach wpływów”/fot. Sztab Generalny ZSU

„Puczystan”

Wojna rosyjsko-ukraińska stworzyła ciekawą perspektywę poznawczą, dając niczym lustro możliwość przyjrzenia się samym sobie. Dzięki niej wiemy na przykład, że jako społeczeństwo potrafimy świetnie się zorganizować i nieść pomoc uchodźcom. Wiemy też, że niezależnie od ostrego sporu politycznego, możliwy jest w Polsce konsensu wokół spraw związanych z bezpieczeństwem narodowym – w tym przypadku dotyczy on wsparcia wojskowego dla Ukrainy. Poznaliśmy siłę naszej gospodarki, która bez problemu zaabsorbowała kilkaset tysięcy dodatkowych osób. To twarde fakty, już zaistniałe, ale część wniosków wynikłych z tej samoobserwacji wciąż podlega procesom falsyfikacji. Wojna ujawniła istnienie kolaborantów i prorosyjskich aktywistów, usiłujących przekonać nas – rzekomo racjonalną perswazją bądź ordynarnym szantażem – do racji Kremla. Prorosyjska aktywność (medialna i polityczna) oraz odzew na nią, zdawały się potwierdzać niepokojącą skalę zjawiska. Miniony weekend pokazał, że były to nieuzasadnione obawy. Jak Polska długa i szeroka, zewsząd dochodziły sygnały świadczące o tym, że życzymy rosji źle. Że cieszy nas zamieszanie w „puczystanie”, które – mieliśmy nadzieję – zmieni się w krwawą wojnę domową. Może to i nieetyczne, ale cóż, rosja zrobiła niemal wszystko, byśmy tak właśnie ją postrzegali. I oczywiście, radosny, masowy zryw w reakcji na rebelię prigożyna nie oznacza, że wspomnianych łajdaków i podążających za nimi użytecznych idiotów w Polsce nie ma. Są, tyle że naszych, normalnych, jest dużo-dużo więcej.

Jeśli szczury wieją z tonącego okrętu, to w podobnej sytuacji prorosyjscy politycy i pseudodziennikarze zaszywają się w swoich norach. W sobotę jakby ich wymiotło. Uaktywnili się dopiero późnym wieczorem, gdy prigożyn dał znać, że kończy rajd na Moskwę. Od tej pory – idąc śladem wyznaczonym przez kremlowską propagandę – usiłują przekonać swoich odbiorców, że nic złego się nie stało. Bunt prigożyna jest w tej percepcji teatrem, wielką zakulisową rozgrywką, której maluczcy nie są w stanie pojąć – i lepiej niech nie próbują pojmować, tylko przyjmą za „fakt autentyczny”, że putin cały czas kontrolował sytuację, i że z tej „maskirówki” za chwilę wyłoni się nowa jakość. Na przykład takie ułożenie pionków na wojennej szachownicy, że los Ukrainy jest już w zasadzie przypieczętowany. Dawno nie czytałem równie durnych kocopołów, ale przyjrzyjmy się im bliżej. Po pierwsze, bo infekują także normalną część info-sfery, rodząc niepotrzebne spekulacje czy wręcz panikę. Po drugie, skarpetkosceptyczne racjonalizacje wydarzeń z minionego weekendu stwarzają dobry pretekst, by spróbować wyjaśnić, co w istocie się wydarzyło.

„Nic”, twierdzi część (pro)kremlowskich aktywistów. Unieważnia to argument o „wielkiej rozgrywce”, ale nie oczekujmy od rosyjskiej propagandy jednorodnych i logicznie spójnych sygnałów. Raz, że się miota (wypracowując coraz to nowe wyjaśnienia), dwa, zagospodarowuje różne grupy odbiorców. Jednych bardziej uspokoi, że „putin czuwał”, innych, że przecież „nie ma o czym mówić”. Tyle że jest. W trakcie marszu na Moskwę wagnerowcy zdjęli z nieba sześć do ośmiu maszyn rosyjskich sił powietrznych, zabijając co najmniej 13 lotników (a wedle niektórych źródeł – 20). Po 16 miesiącach pełnoskalowej wojny wiemy, że rosji nie zbywa personelu lotniczego, zwłaszcza wysokiej klasy specjalistów. Tymczasem zestrzelony Ił-22 to powietrzny punkt dowodzenia; rosja ma obecnie kilka takich maszyn. Spośród śmigłowców aż trzy to maszyny specjalistyczne, służące do walki radioelektronicznej – i w tym przypadku rosyjski stan posiadania jest skromy, cała flotylla takich Mi-8 liczy zaledwie kilkanaście sztuk. Dodajmy do tego konia roboczego rosyjskiej armii – helikopter szturmowy Ka-52. Jest ich jeszcze całkiem sporo, około 90 sztuk, lecz tylko część w stanie lotnym. Realnych widoków na nowe maszyny nie ma, a i Ukraińcy chyba znaleźli bardzo skuteczny patent na „Kamowy”, tylko w czerwcu zestrzeliwując ich osiem (łącznie po 24 lutego ub.r. mniej więcej 40). Zatem owo „nic” to raczej kosztowne „coś”.

Kosztowne wizerunkowo, o czym pisałem w sobotę, wspomnę więc tylko o blamażu rosji i samego putina. Mocarstwo zmieniło się w bananową republikę, przede wszystkim zaś twardy władca w przerażonego staruszka. W urządzonej na modłę mafijną federacji nie ma takiej wartości i takiego celu, które uzasadniałyby tak wielką zniewagę. Między bajki można zatem włożyć zapewnienia, że „Kreml wszystko zaplanował”.

Idźmy przez moment tym tropem i zobaczmy, co miałby zaplanować. Na przykład skrytą pod pozorem rebelii i reakcji na nią relokację wojsk na bardziej obiecujące pozycje. Jakie? Pierwsza odpowiedź wymaga wprowadzenia. Co jakiś czas rosjanie wrzucają informacje o swojej 1. Gwardyjskiej Armii Pancernej. Po zeszłorocznym podwójnym laniu została ona wycofana z frontu, a jej zdolności bojowe miały zostać odbudowane. Po 9 miesiącach szkolenia i zgrywania oddziałów, wyposażona we wszystko co najlepsze, 1. Armia czeka teraz na sygnał do ataku. Ma on nastąpić na północnym odcinku frontu i pozwolić odzyskać rosji utracone we wrześniu ub.r. tereny charkowszczyzny. W razie powodzenia natarcie będzie kontynuowane dalej na południe i wschód, celem zniszczenia donbaskiego zgrupowania ZSU. Tyle „fachowe” wrzutki, które pojawiają się w informacyjnym obiegu. Część jednostek 1. Armii znajduje się obecnie na ługańszczyźnie i doniecczyźnie, ale większość w rosji, w znaczącym oddaleniu od Ukrainy. I ani w weekend, ani dziś nie zaobserwowano żadnych ruchów o cechach masowego przerzutu, zarówno przy granicy z Ukrainą, jak i na okupowanych obszarach. Innymi słowy, rebelia jako przykrywka dla przerzutu to bzdura.

Równie bzdurny wydaje się scenariusz nieco rozłożony w czasie. Zgodnie z nim, ową dogodniejszą pozycją byłaby Białoruś, gdzie do wygnanego prigożyna dołączyliby jego najemnicy. „Wagner to mała armia, wyposażona w czołgi, artylerię i lotnictwo”, zauważają propagatorzy tej teorii. A 20-30 tys. uzbrojonych po zęby bojowników mogłoby otworzyć kolejny front, stawiając Ukraińców w niekorzystnej sytuacji (zmuszając ich do skoncentrowania wysiłków na obronie stolicy). Pozornie logiczne, tylko u licha, po co rosjanom pretekst w postaci puczu? W dobie zwiadu satelitarnego moskale i tak nie są w stanie przeprowadzić skrytej koncentracji, mogą więc grać w „otwarte karty”, a przynajmniej bez konieczności ośmieszania własnego kraju i głowy państwa. No i na boga, dajcie spokój z tym drugim frontem – wagnerowcy w Ukrainie nie stanowiliby wartości dodanej. Nie wzięliby się „skądś”, a z obszaru dotychczasowych walk lub jego zaplecza. Tymczasem armia rosyjska z trudem obsadza to, co w tej chwili stanowi aktywną linię frontu. Na priorytetowym Zaporożu brakuje jej 20-30 tys. żołnierzy, w Donbasie są jednostki nierotowane od stycznia br. Konieczność zastąpienia wagnerowców, którzy opuścili Bachmut, oddziałami regularnej armii, postawiła rosyjskie dowództwo przed perspektywą utraty zdobytego z tak wielkim trudem miasta. Mówiąc wprost, ruskim brakuje rezerw, by wzorem Ukraińców prowadzić tam uporczywą obronę. Zaś wspomniana 1. Armia to strategiczny odwód rosyjskiego sztabu generalnego. Ma więc rosja za krótką kołderkę, by „bawić się” w kolejny front. Wagner w swej dotychczasowej postaci rzeczywiście był małą armią, logistycznie jednak całkowicie zależną od wojska. 20-tysięczny kontyngent nie wskórałby za wiele, jeśliby nie stała za nim dużo liczniejsza logistyka.

Jest jeszcze opcja „drugiego frontu”, ale w wersji hybrydowej. Wedle niej, cały pucz był po to, by oddać Białoruś w ręce grupy Wagnera i tym sposobem zyskać dostęp do polsko-białoruskiej granicy. Wówczas oprychy od prigożyna rozpoczęłyby działania prowokacyjne, na dłuższą metę na tyle dokuczliwe dla Polski, że Warszawa zrezygnowałby z aktywnego wsparcia dla Ukrainy. W wersji hard wagnerowcy mieliby ruszyć na przesmyk suwalski. To już srogie fiction, ale uprawdopodobniane analogią z naszej, polskiej historii. Wagnerowcy byliby tu niczym żołnierze gen. Lucjana Żeligowskiego, którzy jesienią 1920 roku, pod pozorem niesubordynacji wobec Józefa Piłsudskiego, a de facto za jego zgodą, zajęli Wilno. Zabawne, że po 16 miesiącach wojny, która pokazała koszmarną niekompetencję rosyjskich sił zbrojnych, ktoś jeszcze snuje scenariusze konfrontacji z NATO. No ale Kreml miałby się od wszystkiego odcinać – oto sedno intrygi. Zostawmy te rojenia o przesmyku i skupmy się na granicy. Czysto teoretycznie wagnerowcy mogliby ją „podpalić” – skuteczniej niż przed dwoma laty białoruskie KGB. Pytanie, jak długo pozostawaliby bezkarni – moim zdaniem, krótko. Atak rakietowy NATO na obóz/obozy szkoleniowe Wagnera na Białorusi załatwiłby sprawę. Otwarta wojna z rosją? Ależ skąd! Wystarczyłby komunikat: „Nie atakujemy was, nawet nie atakujemy Białorusi, po prostu, zabijamy bandytów, z którymi federacja nie ma nic wspólnego, a którzy nam szkodzą”. Snuję wizję eskalacji, by doprowadzić ów scenariusz do logicznego końca. Tak naprawdę nie sądzę, by Kreml zgodził się na serię wizerunkowych policzków po to tylko, by „prawilnie” dobrać się do naszej granicy.

Po co więc to wszystko było? Moim zdaniem w rosji mieliśmy do czynienia z wojskowym zamachem stanu. Przewrót, wiele na to wskazuje, nie miał być pełen – nie chodziło w nim o odebranie władzy putinowi, ale o wymuszenie na nim zmian w kierownictwie sił zbrojnych. Ambicje prigożyna pokryły się z oczekiwaniami generalicji, niechętnej ministrowi obrony i szefowi sztabu generalnego. Nie wiem, kto tu był „samcem alfa”, sądzę, że to wojskowi „zagospodarowali” prigożyna. Mam świadomość organizacyjnej niewydolności armii rosyjskiej, inercji jej kadr i generalnie niskiego etosu służby państwowej, ale to nie tłumaczy bezkarności, z jaką wagnerowcy szwendali się po rosji. W zasadzie nikt ich nie atakował (jeden potwierdzony incydent), a straty sił powietrznych rosji to efekt „nerwowych palców” wagnerowskich operatorów systemów OPL. „Broń u nogi” musiała być elementem planu i miała prigożynowi ułatwić wymuszenie dymisji siergieja szojgu i gen. walerija gierasimowa, prawdopodobnie uruchomić mechanizm głębszej kadrowej zmiany. Czy uruchomiła? W poniedziałek szojgu i gierasimow nadal zajmują swoje stołki, ale czy to oznacza, że zamachowcy przegrali? Może na wyniki ich zwycięstwa trzeba poczekać, a może rzeczywiście im się nie powiodło. Co wcale nie byłoby złą wiadomością. Oto bowiem siłami zbrojnymi rosji nadal rządzą niekompetentni ludzie. Zaś wsparcie dla rebelii, choć nienachalne, ma konkretne nazwiska. Łatwo ustalić, kto nie podjął decyzji, kto postanowił się przyglądać, kazał swoim ludziom „stać z bronią u nogi”. Tymczasem historycznie patrząc, nic tak skutecznie nie osłabiało rosyjskiej armii jak mściwe czystki…

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Andrzejowi Kardasiowi, Jakubowi Wojtakajtisowi, Magdalenie Kaczmarek, Arkadiuszowi Halickiemu, Piotrowi Maćkowiakowi, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Maciejowi Szulcowi, Przemkowi Piotrowskiemu i Michałowi Strzelcowi. A także: Patrycji Złotockiej, Michałowi Wielickiemu, Monice Rani, Jarosławowi Grabowskiemu, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Bożenie Bolechale, Jakubowi Dziegińskiemu, Radosławowi Dębcowi, Aleksandrowi Stępieniowi, Joannie Siarze, Szymonowi Jończykowi, Annie Sierańskiej, Tomaszowi Sosnowskiemu, Mateuszowi Jasinie, Remiemu Schleicherowi, Grzegorzowi Dąbrowskiemu, Arturowi Żakowi, Bernardowi Afeltowiczowi, Justynie Miodowskiej, Mateuszowi Borysewiczowi i Marcinowi Pędziorowi.

Podziękowania należą się również najhojniejszym „Kawoszom” z ostatniego tygodnia: Czytelnikowi PiotrowiKatarzynie Byłów, Adzie Bogackiej, Piotrowi Dopierale oraz Czytelnikowi Maciejowi.

Szanowni, to dzięki Wam – i licznemu gronu innych Donatorów – powstają moje materiały!

Nz. prigożyn w zajętym przez wagnerowców dowództwie południowego okręgu wojskowego, mieszczącym się w Rostowie nad Donem. Towarzyszą mu (od lewej) gen. junis jewkurow, wiceminister obrony narodowej i gen. władmir aleksiejew, zastępca szefa wywiadu wojskowego. Ot, miła pogawędka przy okazji puczu…/fot. grupa Wagnera