Szczęście

Walę spotkałem w Zahorianiwce, osadzie położonej 10 km od Chersonia. Wieś to rodzinna miejscowość kobiety, ale przed inwazją Wala mieszkała w Chersoniu, skąd uciekła po wejściu rosjan. Dwie dorosłe córki powędrowały dalej i dziś żyją w Polsce, starsza pani postanowiła trzymać się bliżej domu. Bała się okupacji w mieście, wieś – gdzie wciąż mieszkają jej krewni – wydawała się lepszym wyborem. Wyzwolenie Chersonia niczego w nastawieniu Wali nie zmieniło. Nadal boi się wracać, bo rosjanie – schowani za szerokim korytem Dniepru – regularnie ostrzeliwują miasto z armat i rakiet.

– Za co, dlaczego to robią? Co złego im zrobiliśmy? – pytała kobieta. – Nie ma dnia, żebym się nie zastanawiała, czy moje mieszkanie jeszcze stoi – przyznała. A potem ścisnęła mnie mocno. – Dziękuję, że nam pomagacie – mówiła.

Z tym nieco krępującym gestem zetknąłem się jeszcze kilka razy – w sąsiednim Schidne czy w zrujnowanym przez rosjan Posad-Pokrowskie. Wala – podobnie jak kilkudziesięciu innych mieszkańców Zahorianiwki – tuż przed naszą rozmową odebrała paczki z żywnością i chemią gospodarczą. „Humanitarkę” sfinansowała Fundacja Biedronki, dary dowieźli wolontariusze z ukraińskiej organizacji Wieża i Polskiego Centrum Pomocy Międzynarodowej.

– To nie tylko pomoc, ale też wyraz naszej wdzięczności za waszą walkę i poświęcenie – literalnie Anna Radecka z PCPM wypowiadała te słowa w imieniu organizacji i partnerów, ale dla wszystkich zebranych było jasne, że to „mówi Polska”. Zatem i ja, Polak, stałem się obiektem wyrażonej za wdzięczność wdzięczności. W czym – jestem pewien – nie chodziło tylko o paczki, a o „całokształt”. By to wyjaśnić, oddam głos Wiktorowi, mężczyźnie po sześćdziesiątce, mieszkańcowi Posad-Pokrowskie. Spotkałem go w ruinach zbombardowanej przez rosjan szkoły podstawowej – tuż obok znajdował się dom Wiktora, także zdemolowany przez najeźdźców. Jak się okazało, dzieci i wnuki Ukraińca mieszkają w Krakowie.

– Wielu innych bliższych i dalszych znajomych znalazło u was schronienie. Są bezpieczni, nie musimy się o nich martwić. Pomagają im zwykli Polacy, wasz rząd, pomagają organizacje. Przyjeżdżacie tutaj z humanitarką, posyłacie nam broń, wasi ochotnicy walczą u boku naszych chłopców. Jesteście szczęściem w wojennym nieszczęściu, jakie spotkało Ukrainę. Obyśmy nigdy wam tego nie zapomnieli.

„To nie tylko pomoc, ale też wyraz naszej wdzięczności za waszą walkę i poświęcenie”/fot. Marcin Ogdowski

– Bez Polaków i bez Ameryki Ukrainy by już nie było – przekonywała mnie babuszka ze Schidne. Jej dwie sąsiadki kiwały głowami.

– Oglądałam w telewizji relację ze Lwowa, jak był tam wasz prezydent – opowiadała jedna z nich. – Ale to było wzruszające – kobieta miała na myśli owacyjne przyjęcie Andrzeja Dudy przez mieszkańców miasta. – Jak on dobrze się dogaduje z naszym Zełenskim… – dodała.

– Młode chłopaki, wiadomo – skwitowała kolejna z pań. – Ile lat ma Duda?

– Pięćdziesiąt. A Zełenski czterdzieści pięć – odpowiedziałem z intencją skorygowania rozmówczyń. Nie uważam panów po czterdziestce za szczególnie młodych.

– No właśnie – usłyszałem. – A ty ile masz lat?

– Czterdzieści sześć.

– Też młody – jedna z babuszek poklepała mnie po ramieniu.

Uśmiechnąłem się serdecznie.

Wieś Schidne, kadr ilustrujący wydawanie pomocy humanitarnej. W centralnym planie moje rozmówczynie/fot. Marcin Ogdowski

Uśmiecham się w ten sposób i dziś – oglądając krótką filmową relację z wręczenia Wołodymyrowi Zełenskiemu Orderu Orła Białego. Do ceremonii doszło podczas spotkania z Andrzejem Dudą, tuż po oficjalnym rozpoczęciu wizyty ukraińskiego prezydenta w Polsce. Nasze najwyższe odznaczenie cywilne przyznano ukraińskiej głowie państwa w dowód uznania za pogłębianie stosunków między Polską a Ukrainą, działalność na rzecz bezpieczeństwa w regionie oraz niezłomność w obronie praw człowieka. Jako obywatel Rzeczpospolitej w pełni akceptuję ów gest Andrzeja Dudy. Prawdę powiedziawszy, trudno obecnie znaleźć kogokolwiek, kto bardziej zasługiwałby na Orła Białego. Bo – podsumowując kwestie szczęścia w wojennym nieszczęściu oraz wdzięczności – Ukraińcy owszem, sporo nam zawdzięczają. Ale my im również niemało (nie podejmę się ważyć/zestawiać ze sobą tych powodów). Dość napisać, że Ukraina walczy też w naszym imieniu, w naszym interesie gruchocze kręgosłup raszystowskiej armii, znacząco i na lata (może dekady) redukując ryzyko wizyty rosyjskich czołgów nad Wisłą.

PS. Wizyta Zełenskiego w Polsce mocno uaktywniła (pro)rosyjskich trolli – ich skowyt niesie się przez cały Internet. Nie dajmy się zwieść natężeniu impulsów – tych kanalii nie ma wcale aż tak dużo.

Aha, i jeszcze jedna istotna uwaga, wszak mamy już kwiecień. Spędziłem ostatnie dni w drodze i nie było okazji o tym wspomnieć – a idzie o sprawę, która nie powinna uciec Waszej uwadze. Otóż wraz z końcem marca minął czas, jaki putin wyznaczył swoim wojskom na „ostateczne” zajęcie obwodów ługańskiego i donieckiego. Taki był cel zapowiadanej z przytupem „rosyjskiej ofensywy zimowej”. No więc skończyło się na zajęciu 70 km kwadratowych terenu (ułamka pożądanych obszarów), co kosztowało rosyjską armię i grupę Wagnera 70 tys. zabitych i rannych. Tysiąc ofiar na każdy kilometr kwadratowy…

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Wieś Schidne w obwodzie chersońskim. Ponad półroczna rosyjska okupacja zubożyła mieszkańców do tego stopnia, że dziś potrzebują pomocy humanitarnej/fot. Marcin Ogdowski

Kurs

Dziś jedynie króciutka retrospekcja, wróciłem bowiem z niemal pięciodniowej podróży – kompletnie zajechany. Pozwólcie, że opowiem Wam o dziewczynie ze zdjęcia.

Olga Ihnatowa z Odessy bardzo chciałaby pójść do wojska. Z bronią w ręku walczyć za Ukrainę. Lecz trzydziestoparolatka jest matką czwórki dzieci – dwóch dziewcząt i dwóch chłopców – co w praktyce wyklucza ją z poboru. Walczy więc Olga na inne sposoby. Po pierwsze, przestała używać rosyjskiego, którym posługiwała się od dziecka.

– Nie wypada mówić językiem wrogów, zwłaszcza tak zajadłych i tak barbarzyńskich – tłumaczy. – Mówię i myślę niemal wyłącznie po ukraińsku i z satysfakcją obserwuję, że robi tak coraz więcej osób wokół mnie, także ci ze starszego pokolenia.

Drugim sposobem na walkę jest dla Ihnatowej – na co dzień wziętej lokalnej dziennikarki telewizyjnej – aktywność wolontariacka. Spotykamy się w jednym z odesskich magazynów, gdzie przechowywana jest żywność i chemia gospodarcza. Olga nadzoruje pracę kilku pakowaczy, a gdy trzeba, zakasa rękawy i bierze się za przygotowywanie indywidualnych pakietów. Worki trafiają do ciężarówki, która następnego dnia zawiezie je do wiosek w regionie chersońskim, jesienią minionego roku wyzwolonych przez armię ukraińską.

– Ludzie stamtąd nie mają prawie nic, sam się o tym przekonasz – zapowiada Ihnatowa.

Ma rację, o czym będzie jeszcze okazja napisać.

Gdy rozmawiam z Olgą, obok krząta się jedna z jej córek. Uśmiecham się do dziewczynki, matka dostrzega mój gest.

– Wolałabym, żeby odrabiała lekcje, bawiła się z siostrą, oglądała telewizję. Robiła cokolwiek, co wiąże się z dzieciństwem. Ale jest jak jest – córka pomaga mi przygotowywać paczki dla ofiar rosyjskiej okupacji. Taki przyśpieszony kurs dorosłości.

PS. Zachód również przeszedł przyśpieszony kurs dorosłości. Porzucił naiwne wyobrażenia o rosji, jako cywilizowanym i pokojowo nastawionym kraju. Dziś byliśmy świadkami jednego z przejawów tego dojrzewania – mam oczywiście na myśli oficjalne wstąpienie Finlandii do NATO.

By spiąć klamrą oba wątki – wielki strateg putin zbiera owoce swojego geniuszu. Chciał rzekomo chronić język rosyjski w Ukrainie, a wybitnie przyłożył się do derusyfikacji regionu. Zamierzał wyrzucić Sojusz z Europy, a właśnie przybyło mu tysiąc trzysta kilometrów granicy z NATO. Gratuluję towarzyszu władmirze władimirowiczu…

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Olga Ihnatowa. Paczki potrzebującym Ukraińcom dostarcza miejscowa organizacja Wieża i Polskie Centrum Pomocy Międzynarodowej/fot. Marcin Ogdowski

„Wyzwolenie”

Na początek historia z Sierakowa, z ostatniego spotkania autorskiego. Świetnie poprowadzonego, w fajnej atmosferze intelektualnego fermentu, zwieńczonego osobliwym, ale i ciekawym doświadczeniem.

– Dlaczego rząd w Kijowie nie zostawi w spokoju ludzi ze wschodniej Ukrainy, którzy chcieliby przyłączyć się do rosji? – pytał mężczyzna po pięćdziesiątce.

– A kto im zabrania wyjechać? – odparłem nieco prowokacyjnie. – Mówi pan językiem kremlowskiej propagandy, która kłamie, przeinacza fakty. Przed rokiem 2014 na Donbasie nie było tendencji secesjonistycznych. O oderwaniu regionu od Ukrainy myślał procent-dwa miejscowych; wynika to wprost z badań socjologicznych. Ideę separatystycznych republik, docelowo zintegrowanych z rosją, przynieśli na wschód Ukrainy rosyjscy wojskowi z Girkinem na czele. Rzekomi separatyści, do których przyłączył się miejscowy margines społeczny, by z bronią w ręku odkuć się za lata życiowych niepowodzeń. Ci bandyci sterroryzowali resztę…

– Przeprowadzono referenda – przerwał mi mężczyzna.

– Niby-referenda, których wyniki znano na długo przed „głosowaniem” – kontynuowałem. – Wracając do sedna, myli pan prorosyjskie sympatie czy sowiecki sentyment, obecne pośród części mieszkańców wschodniej Ukrainy nawet po 2014 roku, z gotowością do zdrady własnego kraju. Nie przeczę, byli tacy Ukraińcy, nadal są. Ale miażdżąca większość potraktowała armię rosyjską jako najeźdźców. Twierdzenie, że było/jest inaczej, to kłamstwo.

– Obraża mnie pan… – usłyszałem.

– Nie pana, tylko pańskie źródła informacji, jeśli już – powiedziałem. – Ale okłamujcie się tak dalej – dodałem. – Sam putin uwierzył w bzdury własnej propagandy. I założył, że Ukraińcy na wschodzie powitają jego żołdaków chlebem i solą. W efekcie stracił najlepszą część armii.

– A wie pan, jakiego pochodzenia jest prezydent Zełenski? – mężczyzna zmienił temat.

– No wiem, jest Żydem. I co z tego?

– Wszystko. To wszystko wyjaśnia…

Ciągu dalszego nie było. Mam w zwyczaju zamykać dyskusje, gdy pojawiają się antysemickie i teorio-spiskowe „argumenty”. Moderator myślał tak samo. Po wszystkim mój antagonista nie miał ochoty na rozmowę twarzą w twarz w kuluarach. No ale pojawił się na spotkaniu, co było dla mnie czymś nowym. Do tej pory stykałem się ze zwolennikami ruskiego miru wyłącznie wirtualnie, zwykle w formie komentarzy. Miałem wrażenie, że boją się konfrontacji (nie raz już odgrażali się, że wpadną na jakieś spotkanie i „zmiażdżą mnie retorycznie” – i na zapowiedziach się kończyło). Jak się okazuje, niektórym starcza odwagi – o czym nie piszę z uznaniem, boże broń; dla mnie to niczym hydra unosząca łeb, przejaw zepsucia debaty, w ramach której można dziś publicznie wyrażać swoje uznanie, sympatię dla zbrodniczego reżimu.

Kwestia wolności słowa to temat do odrębnych rozważań, a ja przytaczam tę historię z innego powodu. Spędziłem ostatnio trochę czasu z Ukraińcami ze wschodu. Z tymi, którym dane było poznać dobrodziejstwa włączenia do rosji. Oto mała próbka tych doświadczeń.

Olga Bunczuk, sołtyska ze wsi Zahorianiwka/fot. Marcin Ogdowski

Wieś Zahorianiwka leży 10 km na północ od Chersonia. Osada przetrwała okupację niemal nietknięta – większe rosyjskie oddziały tylko przez nią przejechały, wiosną zeszłego roku jako zdobywcy, jesienią jako uciekinierzy.

– Przez chwilę mieszkało u nas kilku rosyjskich oficerów – opowiadała Olga Bunczuk, sołtyska. – Gdy zaczęła się inwazja, część mieszkańców uciekła, zostawiła chałupy; okupanci potraktowali je jak własne.

– Prześladowali was fizycznie, dokuczali?

– Właściwie nie – Bunczuk pokręciła głową. – Czasem nagabywali, żeby przyjąć ich paszporty, ale ludzie kazali im iść w diabły. Na początku okupacji obsesyjnie szukali po domach atowszczików (weteranów operacji antyterrorystycznej w Donbasie z lat 2014-22 – dop. MO), a w sąsiedniej osadzie zabili trzech młodych mężczyzn, właściwie chłopców, cywilów. Rozstrzelali ich za współpracę z partyzantką – doprecyzowała kobieta.

– Bez sądu? – dopytywałem.

– A skąd, całą okupację traktowali nas jak gorszy gatunek. Niby chcieli z nas zrobić rosjan, a tak naprawdę mieli gdzieś, jak i z czego będziemy żyć. Zniszczyli sieć elektryczną, przez pięć miesięcy żyliśmy bez prądu. Rozkradli urządzenia z kurzej fermy, w której pracowało trzysta osób z okolicznych wiosek. Zaminowali pola, odbierając pracę tym, którzy żyli z roli. Nie musieli bić, by uprzykrzyć nam życie – Bunczuk uśmiechnęła się smutno.

– Pamięta pani moment wyzwolenia? – celowo zmieniłem temat.

– O tak! – tym razem uśmiech kobiety był szeroki i radosny. – Miałam kontakt z synem, który służy w obronie terytorialnej. Pisał, że idą na Chersoń, że jego koledzy przejdą przez Zahorianiwkę. Noc z 10 na 11 listopada spędziłam w piwnicy. Słyszałam jakieś głosy, ruch na drodze, ale bałam się, że to rosjanie, że mnie zabiją. Wyszłam z ukrycia jedenastego, była czternasta, gdy zobaczyłam pierwszych naszych chłopców.

Ostatni rosjanie przeszli przez wioskę kilka godzin wcześniej. Zahaczyli o bibliotekę, skąd ukradli dwa laptopy, telewizor i karaoke.

– Książek nie wzięli. Znamienne… – zauważyła miejscowa bibliotekarka. – A elektroniki szkoda, bo była jak okno na świat. To biedna okolica, dzieciaki przesiadywały tu na internecie, co piątek robiliśmy imprezy z karaoke. Biblioteka uczyła, bawiła, tętniła życiem. Aż rosjanie postanowili nas wyzwolić – w głosie kobiety słychać było nutę rozgoryczenia.

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Bartoszowi Wojciechowskiemu, Maciejowi Szulcowi, Przemkowi Piotrowskiemu, Andrzejowi Kardasiowi, Jakubowi Wojtakajtisowi, Magdalenie Kaczmarek i Piotrowi Maćkowiakowi. A także: Mateuszowi Jasinie, Remiemu Schleicherowi, Grzegorzowi Dąbrowskiemu, Arturowi Żakowi, Bernardowi Afeltowiczowi, Justynie Miodowskiej, Marcinowi Pędziorowi, Michałowi Wielickiemu, Monice Rani, Jarosławowi Grabowskiemu, Bożenie Bolechale, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Aleksandrowi Stępieniowi, Joannie Siarze, Szymonowi Jończykowi i Tomaszowi Sosnowskiemu.

Podziękowania należą się również najhojniejszym „Kawoszom” z ostatniego tygodnia: Bogusławowi Topolskiemu, Czytelnikowi o imieniu Paweł, Arkadiuszowi Wiśniewskiemu i Marii Machole.

Szanowni, to dzięki Wam – i licznemu gronu innych Donatorów – powstają moje materiały!

Nz. Cztery miesiące po wyzwoleniu mieszkańcy Zahorianiwki wciąż borykają się ze skutkami okupacji. Zniszczona i rozgrabiona infrastruktura oznacza brak pracy, a więc i potrzebę elementarnego wsparcia. Świadczy je – w postaci paczek z żywnością i chemią gospodarczą – m.in. Polskie Centrum Pomocy Międzynarodowej/fot. Marcin Ogdowski

Pomoc

Samoloty pojawiły się znienacka, w towarzystwie potężnego huku. Leciały w parze, na bardzo niskiej wysokości – aparat zniekształcił perspektywę, na zdjęciu jedna z uchwyconych maszyn wydaje się maleńkim, odległym punktem. Ale w rzeczywistości śmignęły na tyle blisko, że bez trudu rozpoznałem sylwetki szturmowików i dostrzegłem ich charakterystyczny „cyfrowy” kamuflaż.

Zoja – moja rozmówczyni – patrzyła w niebo z niepokojem. Co prawda jej dom poważnie uszkodził rosyjski pocisk artyleryjski, ale pobliską szkołę rozbebeszyły lotnicze bomby. I to bomby odpowiadały za dużą część zniszczeń w Posad-Pokrowskie – w wiosce, w pobliżu której przez wiele tygodni przebiegała linia frontu.

– To wasze – stwierdziłem na głos, robiąc jednocześnie zdjęcia. – Su-25 – dodałem.

Odrzutowce pomknęły w stronę Chersonia.

– Z Polski? – spytała mnie Zoja, nieco starsza ode mnie kobieta, którą chwilę wcześniej zastałem na porządkowaniu zdemolowanej posesji. W pierwszej chwili nie zrozumiałem pytania; byliśmy już po słowie, Ukrainka wiedziała, że jestem Polakiem. Wnet mnie olśniło.

– Samoloty? – chciałem się upewnić.

– No tak, czy to te z Polski? – usłyszałem.

Byłem zaskoczony. Po prawdzie, nie spodziewałem się u „zwykłych ludzi” takiego rozeznania w temacie pomocy wojskowej. A jednak Zoja dobrze wiedziała, że polskie władze zdecydowały o przekazaniu samolotów bojowych Ukrainie. Nie Suchojów, a MiG-ów 29, ale nieznajomość typu to w tym kontekście nic nieznaczący szczegół.

– Nie, nie – zaprzeczyłem. – My wam dajemy inne. Takich jak te – wskazałem ręką kierunek, w którym odleciały szturmowce – nasze wojsko nigdy nie miało.

Kobieta kiwnęła głową.

– Mój boże – westchnęła. – Dobrze, że nam tak pomagacie – stwierdziła i… objęła mnie mocno. Niby nic, a mało się nie popłakałem ze wzruszenia.

Zoja na terenie własnej posesji. W tle zbombardowana szkoła/fot. Marcin Ogdowski

—–

W okolicach Chersonia regularnie znika zasięg ukraińskich sieci komórkowych. Telefony „przejmują” rosyjscy nadawcy, a na wyświetlaczach pojawia się informacja o roamingu. To samo tyczy się stacji radiowych – im bliżej Dniepru, za którym rozciąga się nadal okupowane terytorium Ukrainy, tym łatwiej wyłapać rosyjskie rozgłośnie.

– Czekaj, posłuchamy, co powiedzą – Lesia, wolontariuszka z Odessy, zwróciła się do Julii, która prowadziła nasze auto. Wcześniej, przez prawie trzy godziny, słuchaliśmy radia Bayraktar („muzyki ukraińskiego zwycięstwa”, jak reklamuje się rozgłośnia). Ale w głośnikach zaczęło trzeszczeć, trzeba więc było poszukać czegoś innego.

Trafiliśmy na wiadomości, czytane po rosyjsku śmiertelnie poważnym tonem. Najpierw mówiła spikerka, potem jakiś korespondent, a ostatecznie puszczono fragment przemówienia Dmitrija Miedwiediewa, poświęcony – jak zdołałem się zorientować – systemowi motywacyjnemu dla pracowników rosyjskiej zbrojeniówki.

– Zrzygam się… – zapowiedziała Julia. – Nie mogę tego słuchać – stwierdziła i skorzystała z prerogatyw kierowcy. Radio zamilkło.

– Słyszałeś Marcin? – upewniała się Lesia. – Co mówili o polskim krabiku…

Przytaknąłem, śmiejąc się szeroko. Nim wybrzmiał głos Miedwiediewa, korespondent donosił o zniszczeniu „na południowym odcinku specjalnej operacji wojskowej polskiej samobieżnej armato-haubicy Krab”.

– Kłamią – dla Lesi było to oczywiste.

„Pewnie tak”, uznałem, wszak rosjanie, jak w filmie z gatunku „zabili go i uciekł”, „zniszczyli” lub „uszkodzili” wszystkie przekazane Ukrainie Kraby – i to tak ze dwa-trzy razy. Szybko jednak spoważniałem – udało się ruskim czy nie, fakt, że mówili o tym w wiadomościach był znamienny. „Druga armia świata” chwaliła się zniszczeniem pojedynczej haubicy – oto sukces na miarę rosyjskich możliwości. Ale i dowód, jak bardzo kremlowskiej propagandzie zależy na podkreślaniu polskiego udziału w tej wojnie. „Zaleźliśmy ruskim za skórę”, skwitowałem w myślach tę sytuację.

Jedna z przekazanych Ukrainie haubico-armat Goździk – tę rzeczywiście udało się rosjanom zniszczyć/fot. Marcin Ogdowski

—–

Dawno nie czułem się tak dobrze ze swoją polskością, jak przez ostatnich kilka dni w Ukrainie. Zewsząd słyszałem opowieści o córkach i wnuczętach, które znalazły w Polsce schronienie. Niemal każdy z moich rozmówców ma lub miał u nas kogoś bliskiego. Chciałem czy nie, stałem się obiektem, wobec którego wyrażano wdzięczność za ten zbiorowy wysiłek. O co było tym łatwiej, że pojechałem na chersońszczyznę dokumentować wysiłki podejmowane przez Polskie Centrum Pomocy Międzynarodowej (przy współpracy z ukraińską Fundacją Wieża). Brałem zatem udział w dystrybucji żywności i chemii gospodarczej, dotarłem do przyfrontowych wiosek – omijanych przez inne organizacje – gdzie PCPM finansuje odbudowę infrastruktury energetycznej. W takich okolicznościach utożsamiony z pomocą, stałem się adresatem następującego pytania:

– Dlaczego nam tak pomagacie? – jeden z dzielnych ludzi, elektryków, którym zdarza się pracować mimo rosyjskiego ostrzału, nie był podejrzliwy, a zwyczajnie ciekawy.

Co miałem powiedzieć? Wzruszyłem ramionami, bo dla mnie to oczywista powinność, gdy wróg sąsiada okazuje się barbarzyńcą. Gdy grozi i nam, gdy próbuje podważyć sojusze, na których opiera się nasze bezpieczeństwo. A jego ewentualne zwycięstwo i podejście do naszych granic uczyniłoby mój kraj strefą ekonomicznego ryzyka, zbyt dużego dla wielu obcych kapitałów.

– Bo to też nasza wojna – odparłem i wyliczyłem argumenty.

– Moskale was za tę pomoc nienawidzą…

– Więc tym bardziej musimy Was wspierać.

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Przelatujący nad Posad-Pokrowskie ukraiński Su-25. A właściwie próba jego uchwycenia przy pomocy aparatu…/fot. Marcin Ogdowski

Ucieczka

Kulisy akcji humanitarnej ONZ w Iraku.

Moim rozmówcą jest dr Wojciech Wilk – prezes Polskiego Centrum Pomocy Międzynarodowej, niegdyś pracownik, obecnie ekspert Organizacji Narodów Zjednoczonych. Uczestniczył w 19 operacjach humanitarnych. Nadzoruje największy polski program pomocy dla uchodźców syryjskich, realizowany od 2012 r. przez PCPM w Libanie. Kieruje także medycznym zespołem szybkiego reagowania PCPM, działającym w ramach systemu Światowej Organizacji Zdrowia (WHO).

– Do Iraku trafiłeś w sierpniu 2003 r. jako pracownik oenzetowskiego OCHA, Biura ds. Koordynacji Pomocy Humanitarnej.

– 4 sierpnia wylądowałem w Bagdadzie. Do siedziby ONZ w dawnym hotelu Canal dotarliśmy ekspresowymi trasami, zbudowanymi w latach 70. i 80. przez Polaków z Budimeksu. U nas tak dobrych dróg było wtedy tyle, co kot napłakał – wzdychałem więc i śmiałem się na zmianę. Lecz samo miasto wydawało mi się bardzo chaotycznie.

– W hotelu Canal urzędowała przed wojną ekipa z programu „Ropa za żywność”.

– Uruchomiono go jako sposób na złagodzenie sankcji, które objęły Irak w 1990 r. Po inwazji na Kuwejt, i później, gdy Saddam jednak utrzymał się przy władzy, Bagdad wyrugowano z wolnego rynku sprzedaży ropy. Ale bez środków finansowych, uzyskiwanych z tego źródła, krajowi groziła gospodarcza zapaść, a ludziom bieda i głód. Stąd inicjatywa ONZ, którą w 1995 r. zaakceptował iracki rząd. Program polegał na tym, że Irak sprzedawał ustaloną z góry ilość ropy, za co przekazywano mu co miesiąc tzw. koszyki żywnościowe, przeznaczone dla mieszkańców. Zawierały one podstawowe produkty żywnościowe, leki i chemię gospodarczą. Dystrybucja odbywała się przez sieć sklepów i była pod kontrolą pracowników ONZ.

– „Ropa za żywność” była największym finansowo przedsięwzięciem ONZ. Jednocześnie narosła wokół programu gigantyczna korupcja.

– …która dotyczyła zarówno władz irackich, jak i współpracowników ONZ. Sprzedaż ropy na czarno, malwersacje, ustawione przetargi – sporo tego było. Program podkopał też poczucie dumy u zwykłych Irakijczyków. Spadek ich poziomu życia zaczął się wcześniej, podczas wojny iracko-irańskiej w latach 80. Ale w latach 90. negatywna tendencja utrwaliła się na dobre. Przedstawiciele kultury liczącej 4 tys. lat zostali zmuszeni do życia z paczek żywnościowych. To było ogromne upokorzenie.

– Wróćmy do hotelu. Obstawiali go amerykańscy żołnierze?

– Tak, przed budynkiem stały wozy opancerzone, a w środku oenzetowscy strażnicy. Jeszcze tego samego dnia dowiedziałem się, że na autostradzie między Bagdadem a Al-Hillą ostrzelano auto Czerwonego Krzyża. Któryś z moich przełożonych uznał, że przejazd jest czasowo niebezpieczny i że z założeniem biura terenowego ONZ w Al-Hilla trzeba poczekać. Musiałem więc znaleźć sobie robotę na miejscu. I tak trafiłem do innego pokoju niż ten, do którego mnie początkowo przydzielono.

– Canal znajdował się w zielonej strefie?

– Nie. Był na wschodnim brzegu Tygrysu, tuż przy biegnącym do rzeki kanale – stąd nazwa. Jako że cały budynek zajęły biura różnych oenzetowskich programów, spaliśmy w 8-osobowych namiotach na parkingu. Nie czułem się tam komfortowo, bo równie dobrze mógłbym spać na dachu – czego akurat robić mi nie wolno było. Co noc z miasta As-Sadra – gigantycznej dzielnicy zamieszkałej przez szyicką biedotę – dobiegały nas odgłosy strzelanin i wybuchów granatów moździerzowych. Zdarzało się, że kule i pociski lądowały na dachach, że ktoś przy tej okazji zginął lub został ranny. Nasi przełożeni o tym wiedzieli i dlatego zabronili nam sypiać na budynku. W sumie zabawne, bo przecież brezentowa płachta nie stanowiła dla nas żadnego zabezpieczenia…

– Upadek Saddama wyzwolił falę przemocy w całym Iraku.

– Podczas jednego z wyjazdów terenowych dotarłem do miejscowość Chanakin. Przed wojną, za sprawą polityki migracyjnej Saddama, napłynęła tam ludność arabska. Zwykle zubożali mieszkańcy południa kraju, z jednej strony przymusowo przesiedleni, z drugiej, zachęceni do osiedlania się przez rząd iracki, który dawał im domy i ziemię należące wcześniej do wypędzonych Kurdów. Ale ci zaczęli wracać. Aktów bezpośredniej przemocy nie odnotowano wiele. Gdy rozmawiałem z szyickimi osiedleńcami z Chanakin, raczej mówili o presji, a nie represji. Ale ta była na tyle silna, że coraz więcej Arabów opuszczało domy, zwalniając je dla Kurdów.

– Ilu osób dotyczyło to zjawisko?

– Dziesiątek tysięcy. Chanakin to przykład – kurdyjskie powroty miały miejsce w ogromnym pasie, rozciągającym się od granicy z Iranem, po Mosul w północnym Iraku. Największym punktem zapalnym okazało się miasto Kirkuk, pod którym leżą złoża ropy naftowej. I Kurdowie, i Arabowie, uznają je za swoje, a konflikt tak naprawdę trwa do dziś.

– Wypad do Chanakin był jednorazową akcją?

– Tak, w Bagdadzie skupiłem się na sytuacji osób masowo wyrzucanych z mieszkań przez właścicieli budynków. Rząd Saddama wprowadził kontrolę czynszów, de facto je zamroził, ignorując inflację. W latach 70. jeden dinar iracki wart był dwa dolary, a gdy przyjechałem do Bagdadu, za dolara trzeba było płacić 5 tys. dinarów. W sklepie czy w stołówce ceny podawano w „kawałkach” (ang. pieces). W obiegu był bowiem tylko jeden banknot, 250-dinarowy – z wizerunkiem Saddama Husajna. „Five pieces” oznaczało więc 1250 dinarów, równowartość puszki napoju. W sytuacji szalejącej inflacji zamrożenie czynszów pozbawiało właścicieli dochodów. Kiedy zatem upadł reżim Saddama, stawki za wynajem gwałtownie wzrosły. Mało kogo stać było na nowo naliczane opłaty – i tak zaczęła się fala mniej lub bardziej dobrowolnych eksmisji.

– Właściciele mieszkań odzyskali swoją własność, ale dziesiątki tysięcy rodzin, z dnia na dzień, stały się bezdomne.

– Ci ludzie szukali schronienia przede wszystkim w opuszczonych bazach armii irackiej, rozsianych wokół Bagdadu. Zjeździłem chyba wszystkie takie obiekty, chcąc ustalić, ile mieszka w nich osób. I na ile, na przykład poprzez budowę przepierzeń, da się pojedynczym rodzinom zapewnić choćby namiastkę prywatności. Upewniałem się, że dociera tam woda, sprawdzałem sytuację sanitarną. Bagdad był wtedy na skraju potężnego kryzysu epidemiologicznego. Elektrownie nie produkowały prądu, co wyłączyło z ruchu stacje przepompowni ścieków. Najgorsza sytuacja panowała w milionowym mieście As-Sadra, gdzie ścieki wartkimi strumieniami płynęły ulicami. Przy 50-stopniowym upale zaduch był koszmarny.

– Mówimy o kraju, który posiada dziesiątą część zasobów ropy naftowej na świecie…

– Zapaść wynikała z kombinacji trzech czynników. Po pierwsze, z dnia na dzień paraliżowi uległy wszelkie struktury organizujące ludziom życie. Ten stan trwał przez kilka miesięcy. Po drugie, interwencja amerykańska spowodowała gigantyczną falę grabieży. Łupiono co się tylko dało, nierzadko wraże elementy infrastruktury. Znamy to, w ograniczonym zakresie, z naszego podwórka – ileż to razy PKP musiały wstrzymywać ruch z powodu kradzieży torów przez złomiarzy. Trzecim powodem była głupia polityka Amerykanów, którzy rozwiązali dotychczasowe siły bezpieczeństwa Iraku, a osobom należącym wcześniej do partii Bass, odmówiono prawa do dalszej pracy w urzędach i instytucjach publicznych.

– W kraju Saddama Husajna każdy, kto coś znaczył, musiał być członkiem reżimowej partii.

– Otóż to. W efekcie, na przykład inżynierowie, którzy mogliby uruchomić elektrownie, puścić w ruch przepompownie, bali się przyjść do pracy.

– Dodałbym jeszcze czwarty czynnik – przestarzałą infrastrukturę, co było winą wieloletnich zaniedbań, po części też sankcji.

– Słuszna uwaga. Jak zwykle najbardziej poszkodowane były dzieci, całymi dniami przebywające w skażonym otoczeniu. Współpracowałem zatem z ludźmi z UNICEF-u, którym też zależało na jak najszybszym uruchomieniu wodociągów. I nie tylko – któregoś razu pojechaliśmy do dawnej bazy armii irackiej za północną obwodnicą Bagdadu. Tym, co od razu rzucało się w oczy, były niewielkie pojemniki wielkości puszki farby w sprayu, z charakterystyczną żółtą zawleczką. Tak wyglądały pojedyncze ładunki bomb kasetowych, masowo zrzucanych przez Amerykanów podczas wiosennych walk. Część z nich nie wybuchła i, niestety, przyciągała uwagę najmłodszych. Często kończyło się to tragicznie, ważne więc było odgrodzenie obszarów usianych bombami i skierowanie tam ekip rozminowujących.

– Tragedia stała się też udziałem pracowników ONZ. Przejdźmy do 19 sierpnia 2003 r.

– Rano pojechaliśmy do jednej z irackich baz na obrzeżach miasta. Coś tam się działo w centrum, więc wróciliśmy do Canalu drogami szybkiego ruchu, jadąc dokoła stolicy. Gdy dotarliśmy na miejsce, była 14. Po przedpołudniu spędzonym w upale niespecjalnie czułem głód, mimo to poszedłem do stołówki. Zamówiłem posiłek, usiadłem przy stole z twarzą skierowaną do okna. Zacząłem jeść, gdy nagle dzień zamienił się w noc. Ułamek sekundy wcześniej zobaczyłem, że cała szyba pęka, a rama i chmara odłamków lecą w moją stronę. Przez głowę przemknęła mi myśl, żeby ratować oczy. Schowałem twarz w talerzu z jedzeniem i dostałem w czaszkę masą odprysków. Sturlałem się na podłogę pełną potłuczonego szkła. Wokół było ciemno od kurzu.

– Domyśliłeś się, co zaszło?

– Ktoś krzyknął, że to bomba i żeby się kryć, bo za chwilę może nastąpić kolejny atak. Przeczołgałem się do części kuchennej stołówki, gdzie zebrało się już kilku ludzi. Z kawałkami szkła wbitymi w twarze, kończyny, próbowali jakoś dojść do siebie. Sam byłem utytłany we krwi. Szybko zorientowałem się, że mimo ran na głowie i zadrapań na ciele, nie odniosłem poważniejszych obrażeń. Że krew nie była moja. Pamiętam trochę jak przez mgłę, jak zacząłem się przedzierać przez na wpół zawalony budynek, żeby dojść do biura, złapać telefon komórkowy i zadzwonić do narzeczonej. Powiedzieć jej, że ze mną wszystko w porządku.

– Pokój, w którym pierwotnie miałeś pracować przed wyjazdem do Al-Hilli, znajdował się trzy metry od miejsca eksplozji bomby…

– I wyparował razem z częścią mojego zespołu. Pomieszczenie, które ostatecznie zajmowałem, miało jakieś 10 m długości. Tyle wynosił dystans między oknem a białą tablicą do pisania, zawieszoną na przeciwległej ścianie. Widok kawałków szkła, powbijanych w tablicę niczym noże, wiele mówił o sile wybuchu. Na moim biurku leżał laptop, przywalony panelami z sufitu, całkowicie rozwalony. Wyjąłem z szuflady najważniejsze rzeczy, czyli telefon i dokumenty, a potem wybrałem numer do Sylwii. Miałem szczęście, że dodzwoniłem się na kilka minut przed tym, jak informację o zamachu podały media.

– Napędziłeś przyszłej żonie stracha, a zarazem oszczędziłeś potwornego stresu…

– Przez wiele godzin dzwonili potem do niej nasi znajomi, pytając, co ze mną. Żyłem, ale zaczął mi się urywać film. W budynku pracował Kanadyjczyk polskiego pochodzenia. On do tej pory jest przekonany, że to ja go wtedy odnalazłem, wyniosłem z gruzów i przekazałem ratownikom medycznym. Kompletnie tego nie pamiętam…

– A pamiętasz, co działo się, gdy opuściłeś budynek?

– W środku niewiele było widać, za to na zewnątrz… (westchnienie). Tłum ludzi, z których część leżała na trawnikach ciężko ranna, umierająca lub martwa. Wśród zwłok rozpoznałem ciało szefa UNICEF-u w Iraku. Kanadyjczyk, młody facet – miał zaledwie 32 lata i dobrze się zapowiadał. Gdy wybuchła bomba, wysiadał z samochodu. Zginął na miejscu. Wśród zabitych byli ludzie z gabinetu politycznego szefa ONZ-tu w Iraku, zginął też on sam, przygnieciony gruzami…

– Sergio Vieira de Mello, Brazylijczyk, typowany na następcę ówczesnego sekretarza generalnego Kofiego Annana.

– Typowany… Na ile mogłem, włączyłem się w akcję ratunkową. Bardzo szybko pojawili się amerykańscy medycy z pobliskiego ambulatorium. Zaprowadziłem tam kolegę, który podczas wybuchu siedział przy komputerze i dostał w tył głowy ramą okienną, wepchniętą do środka przez podmuch. W ten sposób zostało wówczas poszkodowanych wiele osób.

– Ewakuowano cię śmigłowcem?

– Nie, byłem jednym z lżej rannych. Helikoptery amerykańskiego wojska zabierały tych w największej potrzebie. Ja, wraz z innymi osobami, trafiłem do szpitala polowego lądem. Tam założono mi kilka opatrunków.

– Atak na siedzibę ONZ-tu w Bagdadzie przeprowadził zamachowiec-samobójca. Algierczyk, zrekrutowany przez iracką Al-Kaidę. Wsiadł do betoniarki wypełnionej 750 kg materiału wybuchowego i podjechał pod sam budynek. Jak to w ogóle możliwe, że udało mu się zajechać tak blisko?

– Budynek organizacji znajdował się przy drodze, która prowadziła do szpitala dla upośledzonych. Był to jedyny dojazd do tej placówki i nie udało się go wyłączyć z ruchu.

– Kilkanaście dni wcześniej miał miejsce atak bombowy na ambasadę Jordanii w Bagdadzie, w kolejnych miesiącach terroryści wzięli na celownik kwatery Czerwonego Krzyża i Czerwonego Półksiężyca w irackiej stolicy. W biuro amerykańskiego NGO-su Care w Mosulu wystrzelono pociski RPG. To już nie były „tylko” coraz lepiej zorganizowane akcje przeciwko wojsku.

– Zgadza się. Przy czym „nasz” zamach był najbardziej spektakularny. Zginęły w nim 22 osoby, ponad 160 zostało rannych. Jeden z moich kolegów siedział w biurze z koleżanką. Ona zginęła, on wyszedł bez szwanku – efekt psychologiczny straszny.

– Kolejnego dnia wróciłeś na gruzowisko.

– Mieliśmy pomóc w uprzątnięciu terenu i ratowaniu tego, co się dało. Nim dotarliśmy na miejsce, w aucie wysłuchaliśmy przemówienia sekretarza generalnego. Kofi Annan potępiał zamach i dodał, że chyli czoła przed wszystkimi, którzy stają wobec tak dużego niebezpieczeństwa. Przede wszystkim jednak zapewniał, że ONZ nie opuści Iraku i będzie pomagać tak długo, jak będzie to potrzebne.

– Chciałeś, chcieliście, wyjeżdżać?

– Skąd! To byłaby ucieczka. Poza tym doskonale zdawaliśmy sobie sprawę, że sytuacja się pogarsza, że potrzeby są gigantyczne, a będą jeszcze większe. „Potrzebują nas tu, a nie na Cyprze czy w jakimś innym przyjemnym miejscu” – mówił jeden z kolegów.

– Wbrew deklaracjom góry, jeszcze tego samego dnia zaczęła się ewakuacja oenzetowskiego personelu.

– Najpierw mowa była o ograniczeniu jego liczby. W sumie nikogo nie zdziwiło, że polecenie wyjazdu dostały wszystkie osoby z projektu „Ropa za żywność”. Program i tak już się kończył. Ale dwa dni po zamachu i ja otrzymałem informację, że lada dzień polecę do Ammanu. Chciałem czy nie, kilka dni później byłem już w jordańskiej stolicy, gdzie każdy z nas musiał przejść obowiązkowe badania psychologiczne.

– To była chyba pierwsza taka sytuacja dla ONZ-tu. Podczas wojen w b. Jugosławii czy w Afryce, nawet w Sudanie Płd, organizacje niosące pomoc nie były celem bezpośredniej przemocy.

– Jeśli już zdarzały się ataki, to na konwoje, samochody czy punkty dystrybucji, ale nigdy na biura. Zamach na siedzibę ONZ uświadomił nam boleśnie, że i my jesteśmy celem, podobnie jak wojsko. Do tego celem łatwiejszym, bo nieuzbrojonym. No i atrakcyjniejszym, bo uderzenie w nas przynosi większy efekt medialny.

– Nie mogłyby was ochraniać siły pokojowe?

– To nie jest takie proste. Do wysłania sił pokojowych trzeba zgody kraju, który tę operację przyjmuje. Na palcach jednej ręki można policzyć sytuacje, kiedy wojska ONZ wysyłano bez takiego mandatu. Właściwie to była tylko wojna koreańska, oraz interwencja w Kongo w 1981 r. Przy czym misja w Kongo zakończyła się katastrofą – niebieskie berety wkrótce stały się stroną wojny domowej. Dlatego ważne jest, aby zgodę na obecność sił pokojowy wydały wszystkie zaangażowane podmioty.

– W Iraku rządu nie istniał, nadzór sprawowały tymczasowe władze okupacyjne, zaś po drugiej stronie mieliśmy rozproszone formacje rebelianckie, pozbawione centralnego dowództwa. Najsilniejsza w tym gronie Al-Kaida była strukturą terrorystyczną, z zasady nieakceptującą idei narodów zjednoczonych.

– Razem z grupą współpracowników sugerowaliśmy naszym przełożonym z Genewy i Nowego Jorku zmianę sposobu myślenia. Chcieliśmy nieść pomoc nie przez struktury państwowe, ale ponadpaństwowe. W Iraku i Jemenie, w którym pracowałem później, najsilniejszy rodzaj więzi tworzą grupy plemienne. I one mogłyby być podmiotem dystrybucji pomocy humanitarnej. Niestety, pomysł nie został odpowiednio wykorzystany, w efekcie ani w Iraku, ani w Jemenie, pomoc nie była realizowana tak, jak być powinna.

– Tymczasem w Iraku działy się rzeczy straszne. W kwietniu 2004 r. rebelianci zabili w Faludży czterech pracowników firmy ochroniarskiej Blackwater. Ich spalone ciała powiesili na moście, a ujęcia z tego zdarzenia obiegły świat. Stały się też pretekstem do amerykańskiej operacji wojskowej, znanej dziś jako pierwsza bitwą o Faludżę.

– Ludzie bali się wyjść poza mury posesji, a wielu rannych, pozbawionych pomocy medycznej, umierało w domach. W mieście nie było wody, prądu – totalna katastrofa. W Faludży znajdował się jeden z największych magazynów żywności ONZ. Walki uniemożliwiły korzystanie z niego, co miało negatywne skutki także dla mieszkańców innych terenów.

– Amerykanie musieli odstąpić – opór bojowników był zbyt silny. Wrócili w listopadzie 2004 r., kiedy miała miejsce druga bitwa o Faludżę.

– Miasto ostatecznie udało się spacyfikować, ale skutki były straszne. W czasie walk niszczono z powietrza domy, gdzie chowali się rebelianci, nie przejmując się tym, że w wielu budynkach byli też cywile. Zginęło ich ponad 6 tys. Obie bitwy zmusiły praktycznie całą ludność miasta do ucieczki. Niemal 300 tys. ludzi rozproszyło się gdzieś pomiędzy Faludżą a Bagdadem. Co niepokojące, podczas bitew złamano wielokrotnie zasady prawa humanitarnego, wedle którego formacje zbrojne nie mogą zajmować takich obiektów, jak szpitale czy miejsca kultu. W Faludży Amerykanie nie mieli takich obiekcji, nie dziwi więc, że podczas pacyfikacji kolejnego miasta – Nadżafu – armia Mahdiego wykorzystała szpital jako pozycję dla snajperów.

– Obserwowałeś to z oddali, ale szaleństwo irackiej wojny dotarło również do Ammanu.

– Jeszcze w kwietniu 2004 r. miejscowym siłom bezpieczeństwa udało się zapobiec zamachowi przy użyciu cystern wypełnionych chlorem. Jedna miała wybuchnąć w okolicy ambasady amerykańskiej, druga w centrum miasta, przy siedzibie policji. Liczba ofiar byłaby wówczas koszmarna. Już po moim wyjeździe do Sudanu, w listopadzie, nastąpiła seria ataków bombowych na hotele. Jeden z samobójców wysadził się na weselu, w miejscu, w którym odbyliśmy wiele spotkań, drugi odpalił ładunek przy recepcji, w lokalu, w którym też wielokrotnie bywałem.

– Ammańska placówka ONZ mieściła się już wtedy w nowej siedzibie.

– Zbudowanej wedle zaleceń wprowadzonych po zamachu w Bagdadzie. Podstawową rzeczą w przypadku zamachu bombowego jest osłabienie fali uderzeniowej – stąd betonowy mur oraz 25-metrowy dystans między nim a ścianą budynku. Do tego okna, których ramy mocowano na specjalnych obejmach, wyposażone w folię zapobiegającą rozpryśnięciu się szyb.

– Biorąc pod uwagę urazy – twoje i kolegów – ta folia ograniczyłaby liczbę rannych w Bagdadzie.

– I wyobraź sobie, że bagdadzki dział bezpieczeństwa przygotował odpowiednią rekomendację. Lecz dokument utknął na długie tygodnie w tamtejszym pionie administracyjnym. Ostatecznie filtr nie został zamontowany, przez co wielu ludzi potraciło oczy, miało poharatane twarze i szkody na całe życie. A osoba odpowiedzialna za opóźnienie nie poniosła żadnych konsekwencji. Ba, później dostała nawet awans.

—–

Nz. Siedziba ONZ w Bagdadzie kilka godzin po wybuchu/fot. archiwum Wojciecha Wilka

Tekst opublikowałem w Tygodniku Przegląd, 22/2021

Postaw mi kawę na buycoffee.to