(Nie)udana

Kilka dni temu rosjanie ostrzelali rakietami Sumy. Trafili m.in. w szkołę, w której trwały zajęcia. Na szczęście lekcje rutynowo odbywały się w schronie. Nikt zatem nie zginął, skończyło się „tylko” na konieczności uwolnienia uczniów spod gruzów. Pociski upadły też na inne cywilne obiekty, łącznie poszkodowanych zostało prawie 80 osób, w tym trzynastu najmłodszych mieszkańców miasta.

Leżące nieopodal rosyjskiej granicy Sumy są przez rosjan atakowane regularnie. Ostrzały nasiliły się w ostatnich dniach, po tym, jak armia ukraińska opuściła większość okupowanych obszarów obwodu kurskiego.

—–

Dziś Ukraińcy trzymają jeszcze skrawki ziemi po rosyjskiej stronie, ale generalnie linia kontaktu wojsk przesunęła się bliżej Sumów. Mniejszy dystans ułatwia rosjanom prowadzenie ognia, w mieście mówi się, że to przygrywka do czegoś większego. rosyjscy decydenci z putinem na czele nie kryją, że chcieliby „kordonu sanitarnego” wzdłuż swojej granicy – stworzonego rzecz jasna kosztem terytorium Ukrainy. W tym ujęciu cały obwód sumski staje się oczywistym celem ataku.

Czy do niego dojdzie? Moim zdaniem, armia rosyjska nie jest obecnie zdolna do przeprowadzenia większych operacji zaczepnych. Co nie zmienia faktu, że terroryzować Sumy – ogniem artylerii rakietowej oraz dronami – jak najbardziej może. Czasy względnego spokoju – jakie mieszkańcom miasta dało wyrąbane przez armię ukraińską kurskie wybrzuszenie – minęły. Co podkreślam, bo Ukraińcy najechali rosję także w ramach działań wyprzedzających. Koncept „kordonu sanitarnego” nie jest nowy – rosjanie mówią o konieczności jego budowy od dawna. Właśnie dlatego wiosną 2024 roku weszli ponownie na obszar Charkowszczyzny, ten sam manewr planowali powtórzyć na Sumszczyźnie. Ukraińcy ich ubiegli i zbudowali własny bufor.

Obecnie sytuacja wróciła do stanu sprzed 6 sierpnia 2024 roku. Zasadniczo obie armie stoją u siebie, jednak to ukraińska strona – mocniej zurbanizowana i liczniej zamieszkała – jest bardziej narażona. Z tej perspektywy patrząc, operacja kurska ZSU okazała się jedynie chwilowym sukcesem, finalnie zaś przyniosła niepowodzenie.

—–

Logika wojskowa to jedno, ale za decyzją o wyprawie na Kursk stała też kalkulacja polityczna. „Nie potrzebujemy tej ziemi. Nie chcemy tam wprowadzać naszego stylu życia”, zapewniał Wołodymyr Zełenski w wywiadzie dla amerykańskiej telewizji NBC. Te słowa padły w połowie sierpnia 2024 roku, kilka dni po rozpoczęciu ukraińskiej ofensywy. Z dalszej części wypowiedzi prezydenta Ukrainy wprost wynikało, że Kijów planuje utrzymać okupowane obszary bezterminowo – miały być kartą przetargową w przyszłych negocjacjach z Moskwą.

Optymistycznie rzecz ujmując, pod koniec marca 2025 roku jesteśmy u progu rozmów pokojowych, a kwestia kurska już spadła z agendy. Ukraińcy „nie dowieźli” zdobyczy do momentu, w którym stałyby się one przedmiotem negocjacji. Nie będzie więc wymiany „ziemia za ziemię”, na którą liczono w Kijowie, co należy uznać za ukraińską porażkę.

Warto zastanowić się, dlaczego do niej doszło.

Szukając odpowiedzi musimy zwrócić uwagę na samoograniczający się charakter ukraińskiej kontrofensywy. Tak naprawdę operacja kurska jednorazowo angażowała nie więcej niż 15 tys. ludzi. Problem w tym, że liczniejszego kontyngentu dowództwo ZSU delegować nie mogło – uniemożliwiała to skala wyzwań związanych z operacją obronną na rdzennie ukraińskim terytorium. I tak błędne koło się domykało. Pod kontrolą Ukraińców znalazło się nieco ponad 1000 km kw. terenu – to tyle, ile wynosi powierzchnia przeciętnego powiatu w Polsce. Do odbicia tego terenu rosjanie zmobilizowali niepoporcjowanie duży potencjał – w chwili największego zaangażowania liczącą ponad 60 tys. ludzi armię. Obrazowo rzecz ujmując, zadeptali niewielkie boisko mrowiem swoich stóp. Miejsca dla innych nie starczyło…

—–

Ale właśnie – owo mrowie, ta skala rosyjskiej mobilizacji – każą powstrzymać się od jednoznacznie negatywnej oceny operacji kurskiej. O czym piszę w tekście opublikowanym w portalu TVP.Info – oto link do tego materiału.

—–

Szanowni, moje teksty dotyczące Ukrainy powstają także dzięki Wam. Dziękuję i proszę o kolejne „kawy” i subskrypcje.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

To dzięki Wam powstają także moje książki!

A skoro o nich mowa – zapraszam Was do sklepu Patronite, gdzie możecie nabyć moje tytuły w wersji z autografem i pozdrowieniami. Pełną ofertę znajdziecie pod tym linkiem.

Nz. Strzał z działa bezodrzutowego, zdjęcie ilustracyjne/fot. SzG ZSU

Blef

We wtorek 18 marca w całej Ukrainie znów zawyły syreny alarmowe – rosjanie przypuścili kolejny atak rakietowo-dronowy, celując m.in. w elektrownię w Słowiańsku. W realiach konfliktu na Wschodzie nie byłoby to niczym nadzwyczajnym, gdyby nie fakt, że chwilę wcześniej putin obiecał donaldowi trumpowi 30-dniowe moratorium na uderzenia w ukraińską energetykę.

W publikowanych na gorąco relacjach rosyjskich mediów poświęconych wtorkowej rozmowie trump-putin podkreślano, że Kreml wydał już stosowne rozkazy, związane z częściowym zawieszeniem broni. Trudno ocenić, czy polecenie putina nie dotarło do odpowiedzialnych za uderzenia rakietowo-dronowe jednostek, zostało zignorowane, czy od początku było jedynie nic nieznaczącą deklaracją?

Niezależnie od okoliczności, Ukraińcy natychmiast wyprowadzili kontrę, atakując dronami bazę paliwową w Kubaniu. Tuż po tym ministerstwo obrony rosji wydało komunikat, wedle którego „atak Kijowa na infrastrukturę energetyczną w rejonie Kubania był zaplanowaną prowokacją, mającą na celu zakłócenie pokojowych inicjatyw prezydenta USA”. Zrzucanie winy na przeciwnika to typowa rosyjska zagrywka i nie ma znaczenia, że takiej definicji sytuacji przeczy chronologia wypadków.

Waszyngton jak na razie nie skomentował tych wydarzeń, być może dlatego, że stawiają one amerykańskiego prezydenta w niezręcznej sytuacji – jako tego, który dał się nabrać putinowi.

Rzecz w tym, że trump rzeczywiście został przez putina wyrolowany. Zamiast 30 dni całkowitego i bezwarunkowego rozejmu, wynegocjował miesięczne zawieszenie broni dotyczące ataków na infrastrukturę energetyczną. Które putin z miejsca złamał. Poza tym – a może nade wszystko – rosja  dużą część ukraińskiej energetyki już zniszczyła – trudno zatem mówić o wielkim ustępstwie z jej strony.

Na skutek rosyjskich ataków z przełomu 2022-2023 roku, oraz uderzeń z wiosny 2024 roku, ukraińska energetyka utraciła dwie trzecie przedwojennych mocy. Energia produkowana obecnie w ponad 60 proc. pochodzi z siłowni jądrowych. To bardzo wrażliwe cele, ale atakowanie ich wiąże się z ryzykiem gigantycznej ekologicznej katastrofy, na wywołanie której nie są gotowi nawet rosjanie.

Innymi słowy, łaskawcy nie zniszczą czegoś, czego (w większości) i tak by nie zniszczyli.

Do ocalenia zaś mają całkiem sporo. Ukraina już od wielu tygodni „grilluje” rosyjskie rafinerie, każdy taki atak – a od początku roku było ich już ponad 20 – przynosi Moskwie straty idące w dziesiątki milionów dolarów.

Kreml zapewne liczy, że Waszyngton powściągnie Kijów, ale sam nie oferuje nic w zamian. Takie są realne skutki „genialnej strategii negocjacyjnej donalda trumpa”.

—–

Szerzej o kondycji ukraińskiej energetyki oraz o reakcjach na wczorajsze ustalenia piszę w tekście dla „Polski Zbrojnej” – oto link. Mam też do Was prośbę. Moje teksty dotyczące Ukrainy powstają także dzięki Waszemu wsparciu. Kilkudniowa awaria platformy patronackiej sprawiła, że tego wsparcia jest ostatnio mniej. Damy radę nadrobić?

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

To dzięki Wam powstają także moje książki!

A skoro o nich mowa – zapraszam Was do sklepu Patronite, gdzie możecie nabyć moje tytuły w wersji z autografem i pozdrowieniami. Pełną ofertę (wkrótce uzupełnioną o wyprzedane pozycje) znajdziecie pod tym linkiem.

Nz. O „ofercie” putina mówiłem również w Panoramie TVP, 19 marca br./print-screen

Letarg

Jutro dojdzie do rozmowy telefonicznej donalda trumpa i putina – potwierdzili to przedstawiciele obu stron. Głównym tematem ma być ukraińsko-amerykańska propozycja 30-dniowego zawieszania broni. Co z tego wyniknie?

Moskwa nie odrzuca idei rozejmu, ale stawia zaporowe warunki odnośnie przyszłego porozumienia pokojowego. Przypomniał je dziś rano, w propagandowej Izwiestii, aleksandr gruszko, wiceminister spraw zagranicznych rosji.

– NATO wykluczy możliwość członkostwa Ukrainy w Sojuszu, a kraj ten pozostanie neutralny – wyliczał, dodając, że nie może też być mowy o wojskowej misji pokojowej. Jego zdaniem, dopuszczalne byłoby wysłanie nad Dniepr „nieuzbrojonych obserwatorów”, ale dopiero po wypracowaniu porozumienia pokojowego.

Co na to Kijów?

Minister spraw zagranicznych Ukrainy Andrij Sybiha, w wywiadzie dla RBC Ukraine, wskazał ukraińskie „czerwone linie”.

– Po pierwsze, integralność terytorialna i suwerenność Ukrainy. Nigdy nie uznamy okupowanych terytoriów – mówił. – Po drugie, żadna obca siła nie ma prawa weta wobec decyzji narodu ukraińskiego dotyczących członkostwa w sojuszach, takich jak Unia Europejska czy NATO. Po trzecie, nie może być żadnych ograniczeń dotyczących zdolności obronnych Ukrainy, siły naszej armii i naszych możliwości.

Wróćmy na moment do rosjan i dodajmy dla porządku, że Kreml oczekuje również przekazania kontroli nad niezdobytymi obszarami w obwodzie chersońskim, zaporoskim i donieckim; te żądania formułowane są od dawna, ostatnio powtórzył je siergiej ławrow.

Co zaś się tyczy ukraińskiego „nie” dotyczącego okupowanych terytoriów – pozwólcie, że uszczegółowię. Nie chodzi tu o zakłamywanie rzeczywistości i „niedostrzeganie” faktu, że rosjanie kontrolują jedną piątą Ukrainy. Idzie o to, że Kijów nie zamierza zrzec się prawa do tych obszarów, co wcale nie wyklucza umowy pokojowej. Po prostu, musiałaby ona zawierać formułę o tymczasowym statusie prawnym rosyjskich zdobyczy, do uregulowania w przyszłości, w odrębnych porozumieniach. Na co Moskwa zgodzić się nie chce.

Bo rosja de facto oczekuje ukraińskiej kapitulacji. Łaskawie żąda tylko części terytorium, ale też powojennej Ukrainy jako słabego i samotnego państwa. Ciekawe dlaczego…?

Ukraińcy wiedzą dlaczego – i nie godzą się na rozbrojenie armii.

Ewentualny 30-dniowy rozejm niczego w tej układance nie zmieni. Przyda się obu wymęczonym armiom, które będą miały czas na odpoczynek i przegrupowanie – a potem znów rzucą się na siebie. Jeśli Amerykanie na poważnie traktują rolę mediatorów – myślą o czymś więcej niż krótkotrwałe zawieszenie broni – musieliby przede wszystkim docisnąć Moskwę. Trudno bowiem oczekiwać od Ukraińców, by wyrzekli się elementarnego prawa do samoobrony. Na razie wiemy, że administracji trumpa dociskanie rosjan nie wychodzi (mniejsza już o przyczyny). Wiemy też, że presja na Ukrainę – jakkolwiek silna – niespecjalnie podziałała; Kijów gotów byłby walczyć dalej bez wsparcia USA, zwłaszcza przy zwiększonej pomocy Europy, która z kolei, wszystko na to wskazuje, na dobre budzi się z pacyfistycznego letargu.

Czy obudzą się też Stany – i przypomną sobie, czym są i ile mogą?

—–

Moje publicystyczne i reporterskie zaangażowanie w konflikt na Wschodzie w istotnej mierze możliwe jest dzięki Wam i Waszemu wsparciu. Pomożecie w dalszym tworzeniu kolejnych treści?

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

To dzięki Wam powstają także moje książki!

A skoro o nich mowa – zapraszam Was do sklepu Patronite, gdzie możecie nabyć moje tytuły w wersji z autografem i pozdrowieniami. Pełną ofertę (wkrótce uzupełnioną o wyprzedane pozycje) znajdziecie pod tym linkiem.

Nz. Ukraiński żołnierz podczas szkolenia, zdjęcie ilustracyjne/fot. SzG ZSU

Zmieleni

Armia rosyjska traci dziennie od tysiąca do półtora tysiąca wojskowych (zabitych, rannych, zaginionych i wziętych do niewoli). Innymi słowy, niemal wszystko, co wyrzuci z siebie „maszynka mobilizacyjna”, jest następnie „mielone” na froncie. Rosyjska propaganda zapewnia, że armia na brak ochotników nie narzeka, ale wiele wskazuje na to, że to dobra mina do złej gry.

Po pierwsze, niedawno znów, po raz szósty od rozpoczęcia pełnoskalowej inwazji, podniesiono uposażenie uczestników spec-operacji. Najwyraźniej dotychczasowa oferta nie była już dość atrakcyjna.

Po drugie, w rosyjskiej infosferze mnożą się doniesienia o masowym posyłaniu na pierwszą linię niedoleczonych, wcześniej rannych i kontuzjowanych żołnierzy. Niekiedy przybiera to wręcz groteskową postać, gdy w strefę rażenia pędzeni są mężczyźni o kulach i w temblakach (co rejestrują nie tylko ukraińskie drony, ale i sami rosjanie, oburzeni takim postępowaniem).

Po trzecie wreszcie, Kreml coraz liczniej sięga po zagraniczną pomoc. Pojawienie się na froncie Koreańczyków z północy – do których wkrótce ma dołączyć kolejne 3 tys. żołnierzy Kim Dzong Una – to najbardziej spektakularny przejaw tej praktyki. A przecież nie jedyny, wszak rosja od dawna wabi gastarbeiterów z Afryki i Dalekiego Wschodu (na przykład ze Sri Lanki), oferując im lepsze pieniądze za założenie munduru niż za pracę w cywilu.

Idźmy dalej. Wojna w Ukrainie znacząco przetrzebiła rosyjskie więzienia. Dziś w gułagach osadzonych jest około 300 tys. ludzi, przed trzema laty było ich ponad 450 tys. Masowe wysyłanie więźniów na front zaczęło się w połowie 2022 roku. Kryminalistów traktowano instrumentalnie, rzucając na najgorsze odcinki – tylko bitwa o Bachmut kosztowała życie i zdrowie 40 tys. z nich. Na Kremlu niespecjalnie się tym przejmowano, hekatombę skazańców traktując wręcz jako dobry sposób na „utylizację zbędnego materiału ludzkiego”. O czym wspominam, bo Moskwa znów planuje masowy pobór za kratami, który w 2025 roku ma objąć 120 tys. osadzonych. Co poza nieludzkim wyrachowaniem dowodzi również desperacji.

Nie mniej desperacka jest inna praktyka. „Wśród nowych żołnierzy trzy czwarte to starsi mężczyźni”, skarżył się jeszcze jesienią ub.r. oficer wojsk powietrznodesantowych. Jego słowa zacytowała „Wiorstka”, opozycyjna rosyjska redakcja. Z jej ustaleń wynika, że w ostatnich miesiącach 2024 roku nasiliła się tendencja, której skutkiem było starzenie się wojska. Ten problem dotykał rosjan już wcześniej (Ukraińców też), ale czym innym jest średnia wieku poborowych oscylująca w okolicy czterdziestki, a czym innym sytuacja, gdy żołnierze mają 10 lat więcej.

„I co z tego? Są energiczni, są ojcami. Są doświadczeni”, przekonywał „Wiorstkę” jeden z rozmówców z ministerstwa obrony. Ignorując fakt, że starsi żołnierze nie radzili sobie z noszeniem ciężkich plecaków, kopaniem rowów i okopów. „Chorują. Wszyscy są chorzy. Bolą ich nogi, boli ich głowa, są powolni”, relacjonował jeden z wojskowych.

W 2025 roku nic się w tej materii nie zmieniło – młodszych ochotników wciąż rosyjskiej armii brakuje. Więc ta albo sięgnie po przymus – powszechną mobilizację, która obejmie także chronione dotąd grupy rekrutów, czyli „białych”, wielkomiejskich i prawosławnych rosjan. Albo jej dowództwo (i polityczne przywództwo kraju) zaakceptuje postępujące osłabienie. Oba scenariusze obarczone są sporym ryzykiem – wewnętrznej rewolty – wszak etniczni rosjanie chcą końca wojny, a nie wysyłki na front – lub porażki na froncie. Czego świadomość winien mieć na przykład Donald Trump. Amerykański przywódca zapewne byłby bardziej asertywny wobec putina, gdyby wiedział (zechciał wiedzieć…), jak bardzo rosjanom „się nie klei”…

Ten tekst istnieje także w rozbudowanej formie, opublikowanej na łamach portalu „Polska Zbrojna” – oto link do całości.

Szanowni, w sklepie na Patronite pojawiły się kolejne książki – powieści, które napisałem i wydałem „w czasach afgańskich”, reportaż z tamtego okresu oraz książka political/war fiction, dziejąca się w realiach pandemii i rosyjskiej agresji militarnej na Polskę. Polecam lektury – by je nabyć, przejdźcie na stronę pod tym linkiem.

Nz. Mielenie w toku (z perspektywy mielących)…/fot. Sztab Generalny ZSU

Odfajkowanie

Dokładnie trzy lata temu doszło do rosyjskiej pełnoskalowej napaści na Ukrainę. Jak to z rocznicami bywa, skłaniają do podsumowań i analiz. Trudno się w nich uwolnić od bieżącego kontekstu, a ten – za sprawą Donalda Trumpa – sprzyja minorowym nastrojom. Lecz są też powody do nadziei, o których mówię w wywiadzie udzielonym „Polsce Zbrojnej”. Zapraszam do obejrzenia/odsłuchania zamieszczonego poniżej materiału.

Najpierw jednak poproszę Was o lekturę tego krótkiego postu. Jest kwestia, której w wywiadzie nie poruszamy, a która wraca niczym bumerang, także w Waszych pytaniach do mnie. Czy rosjanie coś na Trumpa mają, „hak”, kompromat, którym go szantażują, sprawiając, że amerykański przywódca mówi głosem putina i rosyjskiej propagandy? Marnie to wygląda, jeśli musimy stawiać takie pytanie, zastanawiając się nad scenariuszami zakończenia wojny na Wschodzie…

Lecz jako się rzekło, to pytanie co rusz jest stawiane. Odpowiem od razu – nie wierzę w doniesienia, wedle których Trumpa zwerbowało niegdyś sowieckie KGB i dziś świadomie działa on na korzyść rosji. Ta hipoteza ignoruje możliwości, jakimi dysponują służby specjalne i wymiar sprawiedliwości USA. Fakt, na jej gruncie wszystko „pięknie się układa” – ale właśnie taka jest uroda teorii spiskowych. Dają logiczne wyjaśnienia bez przekonujących dowodów. A tych, przypomnę, brak.

Wierzę natomiast – o czym pisałem kilka dni temu, więc powtórzę tezę tylko w zarysie – że przed objęciem urzędu Trump chciał niezwłocznie wygasić wywołany przez rosję konflikt – nie z humanitarnych, ba, nawet nie z geopolitycznych powodów, a z próżności. „Donald Wspaniały”, człowiek, który zakończył okrutną wojnę w Ukrainie; dla kogoś z ego amerykańskiego prezydenta taki wizerunek to godny cel. Problem w tym, że zaprosił Moskwę do rozmów w trybie bezwarunkowym. Co rozochociło rosjan i pozwoliło im narzucić negocjacje w sowieckim stylu, zakładającym wstępną eskalację żądań mocno ponad miarę. By zejście niżej, w toku toczonych rozmów, i tak przyniosło pożądany przez Kreml rezultat.

I tak rosjanie zaproponowali deal, który zostawia im nie tylko to, co zdobyli w Ukrainie, ale daje też sposobność do rozłożonej w czasie terminacji ukraińskiej państwowości. Słaba armia, brak zewnętrznych gwarancji bezpieczeństwa, brak reparacji i sensownego programu odbudowy – takiej Ukrainy chcą rosjanie. Ba, Moskwa zażądała znacznie więcej – rewizji dotychczasowej polityki bezpieczeństwa w Europie, m.in. wycofania amerykańskich wojsk ze wschodniej flanki i ograniczenia uprawnień NATO na tym obszarze.

Gdyby Trump był twardym negocjatorem, odesłałby putina w diabły. rosjanie by wrócili, już z mniejszą liczbą żądań. Nadal dużą, wszak szkoła Andrieja Gromyki – byłego szefa dyplomacji ZSRR – zobowiązuje. Znów należałoby ich „spuścić po kiju”. Potem znów, i znów, aż wreszcie by się urealnili; ostatecznie to nie są głupcy, zasadniczo wiedzą, na czym stoją. Tyle że taki scenariusz oznaczałaby wielomiesięczne podchody, a Trump tak ustawił sytuację (takie obietnice złożył), że potrzebuje pokoju na szybko.

Dlatego wybrał opcję na „dojechanie” Ukrainy – co czyni od kilku dni z morderczą konsekwencją. Najpierw rzucając na stół iście złodziejską umowę, wedle której Ukraina oddałaby Amerykanom swoje złoża naturalne o wartości 500 mld dolarów. Bez żadnych gwarancji bezpieczeństwa. Gdy Wołodymyr Zełenski taką „propozycję” odrzucił, Trump nazwał go dyktatorem, a Ukrainę obarczył winą za wybuch wojny.

Brzmi to absurdalnie, ale daje amerykańskiemu przywódcy dwie akceptowalne alternatywy. W pierwszej Ukraina się ugnie i przyjmie poniżające warunki. W drugiej, bardziej prawdopodobnej, to wsparty przez Europę Kijów „spuści Trumpa po kiju”. A ten rzeknie, że się starał, ale skoro najbardziej zainteresowani nie chcą, to on umywa ręce.

I problem będzie szybko odfajkowany.

To zatrważające, że po trzech latach krwawej wojny najważniejsza walka toczy się dziś o zachowanie twarzy amerykańskiego prezydenta…

Szanowni, zapraszam Was także na specjalne wydanie programu „W samo południe”, w radiowej Jedynce. Będzie on poświęcony wojnie w Ukrainie, początek po godz. 12.00. Gośćmi audycji będą:  Witalij Kliczko, mer Kijowa, Natalia Bryżko-Zapór, autorka książki o Wołodymyrze Zełenskim;  Damian Duda, medyk pola walki, oraz moja skromna osoba.

A wieczorem – wraz z WATCH DOCS oraz Helsińską Fundacją Praw Człowieka – zapraszam Czytelników z Krakowa na przedpremierowy pokaz wstrząsającego dokumentu w reżyserii Oksany Karpowicz pt.: „Przechwycone”. O czym mówią rosyjscy żołnierze, kiedy dzwonią z frontu do swoich rodzin? Treść filmu przynosi odpowiedź na to pytanie. Seans odbędzie się w kinie Paradox przy ul. Krupniczej 38, początek o godz. 18.30. Po seansie, mniej więcej od 20.00, będziecie mogli porozmawiać ze mną – o filmie, wojnie, rokowaniach na przyszłość.

—–

Moje publicystyczne i reporterskie zaangażowanie w konflikt na Wschodzie w istotnej mierze możliwe jest dzięki Wam i Waszemu wsparciu. Pomożecie w dalszym tworzeniu kolejnych treści?

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

To dzięki Wam powstają także moje książki!

A skoro o nich mowa – w sklepie na Patronite pojawiły się kolejne książki – powieści, które napisałem i wydałem „w czasach afgańskich”, reportaż z tamtego okresu oraz książka political/war fiction, dziejąca się w realiach pandemii i rosyjskiej agresji militarnej na Polskę. Polecam lektury – by je nabyć, przejdźcie na stronę pod tym linkiem.