Blef

We wtorek 18 marca w całej Ukrainie znów zawyły syreny alarmowe – rosjanie przypuścili kolejny atak rakietowo-dronowy, celując m.in. w elektrownię w Słowiańsku. W realiach konfliktu na Wschodzie nie byłoby to niczym nadzwyczajnym, gdyby nie fakt, że chwilę wcześniej putin obiecał donaldowi trumpowi 30-dniowe moratorium na uderzenia w ukraińską energetykę.

W publikowanych na gorąco relacjach rosyjskich mediów poświęconych wtorkowej rozmowie trump-putin podkreślano, że Kreml wydał już stosowne rozkazy, związane z częściowym zawieszeniem broni. Trudno ocenić, czy polecenie putina nie dotarło do odpowiedzialnych za uderzenia rakietowo-dronowe jednostek, zostało zignorowane, czy od początku było jedynie nic nieznaczącą deklaracją?

Niezależnie od okoliczności, Ukraińcy natychmiast wyprowadzili kontrę, atakując dronami bazę paliwową w Kubaniu. Tuż po tym ministerstwo obrony rosji wydało komunikat, wedle którego „atak Kijowa na infrastrukturę energetyczną w rejonie Kubania był zaplanowaną prowokacją, mającą na celu zakłócenie pokojowych inicjatyw prezydenta USA”. Zrzucanie winy na przeciwnika to typowa rosyjska zagrywka i nie ma znaczenia, że takiej definicji sytuacji przeczy chronologia wypadków.

Waszyngton jak na razie nie skomentował tych wydarzeń, być może dlatego, że stawiają one amerykańskiego prezydenta w niezręcznej sytuacji – jako tego, który dał się nabrać putinowi.

Rzecz w tym, że trump rzeczywiście został przez putina wyrolowany. Zamiast 30 dni całkowitego i bezwarunkowego rozejmu, wynegocjował miesięczne zawieszenie broni dotyczące ataków na infrastrukturę energetyczną. Które putin z miejsca złamał. Poza tym – a może nade wszystko – rosja  dużą część ukraińskiej energetyki już zniszczyła – trudno zatem mówić o wielkim ustępstwie z jej strony.

Na skutek rosyjskich ataków z przełomu 2022-2023 roku, oraz uderzeń z wiosny 2024 roku, ukraińska energetyka utraciła dwie trzecie przedwojennych mocy. Energia produkowana obecnie w ponad 60 proc. pochodzi z siłowni jądrowych. To bardzo wrażliwe cele, ale atakowanie ich wiąże się z ryzykiem gigantycznej ekologicznej katastrofy, na wywołanie której nie są gotowi nawet rosjanie.

Innymi słowy, łaskawcy nie zniszczą czegoś, czego (w większości) i tak by nie zniszczyli.

Do ocalenia zaś mają całkiem sporo. Ukraina już od wielu tygodni „grilluje” rosyjskie rafinerie, każdy taki atak – a od początku roku było ich już ponad 20 – przynosi Moskwie straty idące w dziesiątki milionów dolarów.

Kreml zapewne liczy, że Waszyngton powściągnie Kijów, ale sam nie oferuje nic w zamian. Takie są realne skutki „genialnej strategii negocjacyjnej donalda trumpa”.

—–

Szerzej o kondycji ukraińskiej energetyki oraz o reakcjach na wczorajsze ustalenia piszę w tekście dla „Polski Zbrojnej” – oto link. Mam też do Was prośbę. Moje teksty dotyczące Ukrainy powstają także dzięki Waszemu wsparciu. Kilkudniowa awaria platformy patronackiej sprawiła, że tego wsparcia jest ostatnio mniej. Damy radę nadrobić?

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

To dzięki Wam powstają także moje książki!

A skoro o nich mowa – zapraszam Was do sklepu Patronite, gdzie możecie nabyć moje tytuły w wersji z autografem i pozdrowieniami. Pełną ofertę (wkrótce uzupełnioną o wyprzedane pozycje) znajdziecie pod tym linkiem.

Nz. O „ofercie” putina mówiłem również w Panoramie TVP, 19 marca br./print-screen

Letarg

Jutro dojdzie do rozmowy telefonicznej donalda trumpa i putina – potwierdzili to przedstawiciele obu stron. Głównym tematem ma być ukraińsko-amerykańska propozycja 30-dniowego zawieszania broni. Co z tego wyniknie?

Moskwa nie odrzuca idei rozejmu, ale stawia zaporowe warunki odnośnie przyszłego porozumienia pokojowego. Przypomniał je dziś rano, w propagandowej Izwiestii, aleksandr gruszko, wiceminister spraw zagranicznych rosji.

– NATO wykluczy możliwość członkostwa Ukrainy w Sojuszu, a kraj ten pozostanie neutralny – wyliczał, dodając, że nie może też być mowy o wojskowej misji pokojowej. Jego zdaniem, dopuszczalne byłoby wysłanie nad Dniepr „nieuzbrojonych obserwatorów”, ale dopiero po wypracowaniu porozumienia pokojowego.

Co na to Kijów?

Minister spraw zagranicznych Ukrainy Andrij Sybiha, w wywiadzie dla RBC Ukraine, wskazał ukraińskie „czerwone linie”.

– Po pierwsze, integralność terytorialna i suwerenność Ukrainy. Nigdy nie uznamy okupowanych terytoriów – mówił. – Po drugie, żadna obca siła nie ma prawa weta wobec decyzji narodu ukraińskiego dotyczących członkostwa w sojuszach, takich jak Unia Europejska czy NATO. Po trzecie, nie może być żadnych ograniczeń dotyczących zdolności obronnych Ukrainy, siły naszej armii i naszych możliwości.

Wróćmy na moment do rosjan i dodajmy dla porządku, że Kreml oczekuje również przekazania kontroli nad niezdobytymi obszarami w obwodzie chersońskim, zaporoskim i donieckim; te żądania formułowane są od dawna, ostatnio powtórzył je siergiej ławrow.

Co zaś się tyczy ukraińskiego „nie” dotyczącego okupowanych terytoriów – pozwólcie, że uszczegółowię. Nie chodzi tu o zakłamywanie rzeczywistości i „niedostrzeganie” faktu, że rosjanie kontrolują jedną piątą Ukrainy. Idzie o to, że Kijów nie zamierza zrzec się prawa do tych obszarów, co wcale nie wyklucza umowy pokojowej. Po prostu, musiałaby ona zawierać formułę o tymczasowym statusie prawnym rosyjskich zdobyczy, do uregulowania w przyszłości, w odrębnych porozumieniach. Na co Moskwa zgodzić się nie chce.

Bo rosja de facto oczekuje ukraińskiej kapitulacji. Łaskawie żąda tylko części terytorium, ale też powojennej Ukrainy jako słabego i samotnego państwa. Ciekawe dlaczego…?

Ukraińcy wiedzą dlaczego – i nie godzą się na rozbrojenie armii.

Ewentualny 30-dniowy rozejm niczego w tej układance nie zmieni. Przyda się obu wymęczonym armiom, które będą miały czas na odpoczynek i przegrupowanie – a potem znów rzucą się na siebie. Jeśli Amerykanie na poważnie traktują rolę mediatorów – myślą o czymś więcej niż krótkotrwałe zawieszenie broni – musieliby przede wszystkim docisnąć Moskwę. Trudno bowiem oczekiwać od Ukraińców, by wyrzekli się elementarnego prawa do samoobrony. Na razie wiemy, że administracji trumpa dociskanie rosjan nie wychodzi (mniejsza już o przyczyny). Wiemy też, że presja na Ukrainę – jakkolwiek silna – niespecjalnie podziałała; Kijów gotów byłby walczyć dalej bez wsparcia USA, zwłaszcza przy zwiększonej pomocy Europy, która z kolei, wszystko na to wskazuje, na dobre budzi się z pacyfistycznego letargu.

Czy obudzą się też Stany – i przypomną sobie, czym są i ile mogą?

—–

Moje publicystyczne i reporterskie zaangażowanie w konflikt na Wschodzie w istotnej mierze możliwe jest dzięki Wam i Waszemu wsparciu. Pomożecie w dalszym tworzeniu kolejnych treści?

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

To dzięki Wam powstają także moje książki!

A skoro o nich mowa – zapraszam Was do sklepu Patronite, gdzie możecie nabyć moje tytuły w wersji z autografem i pozdrowieniami. Pełną ofertę (wkrótce uzupełnioną o wyprzedane pozycje) znajdziecie pod tym linkiem.

Nz. Ukraiński żołnierz podczas szkolenia, zdjęcie ilustracyjne/fot. SzG ZSU

Zmieleni

Armia rosyjska traci dziennie od tysiąca do półtora tysiąca wojskowych (zabitych, rannych, zaginionych i wziętych do niewoli). Innymi słowy, niemal wszystko, co wyrzuci z siebie „maszynka mobilizacyjna”, jest następnie „mielone” na froncie. Rosyjska propaganda zapewnia, że armia na brak ochotników nie narzeka, ale wiele wskazuje na to, że to dobra mina do złej gry.

Po pierwsze, niedawno znów, po raz szósty od rozpoczęcia pełnoskalowej inwazji, podniesiono uposażenie uczestników spec-operacji. Najwyraźniej dotychczasowa oferta nie była już dość atrakcyjna.

Po drugie, w rosyjskiej infosferze mnożą się doniesienia o masowym posyłaniu na pierwszą linię niedoleczonych, wcześniej rannych i kontuzjowanych żołnierzy. Niekiedy przybiera to wręcz groteskową postać, gdy w strefę rażenia pędzeni są mężczyźni o kulach i w temblakach (co rejestrują nie tylko ukraińskie drony, ale i sami rosjanie, oburzeni takim postępowaniem).

Po trzecie wreszcie, Kreml coraz liczniej sięga po zagraniczną pomoc. Pojawienie się na froncie Koreańczyków z północy – do których wkrótce ma dołączyć kolejne 3 tys. żołnierzy Kim Dzong Una – to najbardziej spektakularny przejaw tej praktyki. A przecież nie jedyny, wszak rosja od dawna wabi gastarbeiterów z Afryki i Dalekiego Wschodu (na przykład ze Sri Lanki), oferując im lepsze pieniądze za założenie munduru niż za pracę w cywilu.

Idźmy dalej. Wojna w Ukrainie znacząco przetrzebiła rosyjskie więzienia. Dziś w gułagach osadzonych jest około 300 tys. ludzi, przed trzema laty było ich ponad 450 tys. Masowe wysyłanie więźniów na front zaczęło się w połowie 2022 roku. Kryminalistów traktowano instrumentalnie, rzucając na najgorsze odcinki – tylko bitwa o Bachmut kosztowała życie i zdrowie 40 tys. z nich. Na Kremlu niespecjalnie się tym przejmowano, hekatombę skazańców traktując wręcz jako dobry sposób na „utylizację zbędnego materiału ludzkiego”. O czym wspominam, bo Moskwa znów planuje masowy pobór za kratami, który w 2025 roku ma objąć 120 tys. osadzonych. Co poza nieludzkim wyrachowaniem dowodzi również desperacji.

Nie mniej desperacka jest inna praktyka. „Wśród nowych żołnierzy trzy czwarte to starsi mężczyźni”, skarżył się jeszcze jesienią ub.r. oficer wojsk powietrznodesantowych. Jego słowa zacytowała „Wiorstka”, opozycyjna rosyjska redakcja. Z jej ustaleń wynika, że w ostatnich miesiącach 2024 roku nasiliła się tendencja, której skutkiem było starzenie się wojska. Ten problem dotykał rosjan już wcześniej (Ukraińców też), ale czym innym jest średnia wieku poborowych oscylująca w okolicy czterdziestki, a czym innym sytuacja, gdy żołnierze mają 10 lat więcej.

„I co z tego? Są energiczni, są ojcami. Są doświadczeni”, przekonywał „Wiorstkę” jeden z rozmówców z ministerstwa obrony. Ignorując fakt, że starsi żołnierze nie radzili sobie z noszeniem ciężkich plecaków, kopaniem rowów i okopów. „Chorują. Wszyscy są chorzy. Bolą ich nogi, boli ich głowa, są powolni”, relacjonował jeden z wojskowych.

W 2025 roku nic się w tej materii nie zmieniło – młodszych ochotników wciąż rosyjskiej armii brakuje. Więc ta albo sięgnie po przymus – powszechną mobilizację, która obejmie także chronione dotąd grupy rekrutów, czyli „białych”, wielkomiejskich i prawosławnych rosjan. Albo jej dowództwo (i polityczne przywództwo kraju) zaakceptuje postępujące osłabienie. Oba scenariusze obarczone są sporym ryzykiem – wewnętrznej rewolty – wszak etniczni rosjanie chcą końca wojny, a nie wysyłki na front – lub porażki na froncie. Czego świadomość winien mieć na przykład Donald Trump. Amerykański przywódca zapewne byłby bardziej asertywny wobec putina, gdyby wiedział (zechciał wiedzieć…), jak bardzo rosjanom „się nie klei”…

Ten tekst istnieje także w rozbudowanej formie, opublikowanej na łamach portalu „Polska Zbrojna” – oto link do całości.

Szanowni, w sklepie na Patronite pojawiły się kolejne książki – powieści, które napisałem i wydałem „w czasach afgańskich”, reportaż z tamtego okresu oraz książka political/war fiction, dziejąca się w realiach pandemii i rosyjskiej agresji militarnej na Polskę. Polecam lektury – by je nabyć, przejdźcie na stronę pod tym linkiem.

Nz. Mielenie w toku (z perspektywy mielących)…/fot. Sztab Generalny ZSU

Odfajkowanie

Dokładnie trzy lata temu doszło do rosyjskiej pełnoskalowej napaści na Ukrainę. Jak to z rocznicami bywa, skłaniają do podsumowań i analiz. Trudno się w nich uwolnić od bieżącego kontekstu, a ten – za sprawą Donalda Trumpa – sprzyja minorowym nastrojom. Lecz są też powody do nadziei, o których mówię w wywiadzie udzielonym „Polsce Zbrojnej”. Zapraszam do obejrzenia/odsłuchania zamieszczonego poniżej materiału.

Najpierw jednak poproszę Was o lekturę tego krótkiego postu. Jest kwestia, której w wywiadzie nie poruszamy, a która wraca niczym bumerang, także w Waszych pytaniach do mnie. Czy rosjanie coś na Trumpa mają, „hak”, kompromat, którym go szantażują, sprawiając, że amerykański przywódca mówi głosem putina i rosyjskiej propagandy? Marnie to wygląda, jeśli musimy stawiać takie pytanie, zastanawiając się nad scenariuszami zakończenia wojny na Wschodzie…

Lecz jako się rzekło, to pytanie co rusz jest stawiane. Odpowiem od razu – nie wierzę w doniesienia, wedle których Trumpa zwerbowało niegdyś sowieckie KGB i dziś świadomie działa on na korzyść rosji. Ta hipoteza ignoruje możliwości, jakimi dysponują służby specjalne i wymiar sprawiedliwości USA. Fakt, na jej gruncie wszystko „pięknie się układa” – ale właśnie taka jest uroda teorii spiskowych. Dają logiczne wyjaśnienia bez przekonujących dowodów. A tych, przypomnę, brak.

Wierzę natomiast – o czym pisałem kilka dni temu, więc powtórzę tezę tylko w zarysie – że przed objęciem urzędu Trump chciał niezwłocznie wygasić wywołany przez rosję konflikt – nie z humanitarnych, ba, nawet nie z geopolitycznych powodów, a z próżności. „Donald Wspaniały”, człowiek, który zakończył okrutną wojnę w Ukrainie; dla kogoś z ego amerykańskiego prezydenta taki wizerunek to godny cel. Problem w tym, że zaprosił Moskwę do rozmów w trybie bezwarunkowym. Co rozochociło rosjan i pozwoliło im narzucić negocjacje w sowieckim stylu, zakładającym wstępną eskalację żądań mocno ponad miarę. By zejście niżej, w toku toczonych rozmów, i tak przyniosło pożądany przez Kreml rezultat.

I tak rosjanie zaproponowali deal, który zostawia im nie tylko to, co zdobyli w Ukrainie, ale daje też sposobność do rozłożonej w czasie terminacji ukraińskiej państwowości. Słaba armia, brak zewnętrznych gwarancji bezpieczeństwa, brak reparacji i sensownego programu odbudowy – takiej Ukrainy chcą rosjanie. Ba, Moskwa zażądała znacznie więcej – rewizji dotychczasowej polityki bezpieczeństwa w Europie, m.in. wycofania amerykańskich wojsk ze wschodniej flanki i ograniczenia uprawnień NATO na tym obszarze.

Gdyby Trump był twardym negocjatorem, odesłałby putina w diabły. rosjanie by wrócili, już z mniejszą liczbą żądań. Nadal dużą, wszak szkoła Andrieja Gromyki – byłego szefa dyplomacji ZSRR – zobowiązuje. Znów należałoby ich „spuścić po kiju”. Potem znów, i znów, aż wreszcie by się urealnili; ostatecznie to nie są głupcy, zasadniczo wiedzą, na czym stoją. Tyle że taki scenariusz oznaczałaby wielomiesięczne podchody, a Trump tak ustawił sytuację (takie obietnice złożył), że potrzebuje pokoju na szybko.

Dlatego wybrał opcję na „dojechanie” Ukrainy – co czyni od kilku dni z morderczą konsekwencją. Najpierw rzucając na stół iście złodziejską umowę, wedle której Ukraina oddałaby Amerykanom swoje złoża naturalne o wartości 500 mld dolarów. Bez żadnych gwarancji bezpieczeństwa. Gdy Wołodymyr Zełenski taką „propozycję” odrzucił, Trump nazwał go dyktatorem, a Ukrainę obarczył winą za wybuch wojny.

Brzmi to absurdalnie, ale daje amerykańskiemu przywódcy dwie akceptowalne alternatywy. W pierwszej Ukraina się ugnie i przyjmie poniżające warunki. W drugiej, bardziej prawdopodobnej, to wsparty przez Europę Kijów „spuści Trumpa po kiju”. A ten rzeknie, że się starał, ale skoro najbardziej zainteresowani nie chcą, to on umywa ręce.

I problem będzie szybko odfajkowany.

To zatrważające, że po trzech latach krwawej wojny najważniejsza walka toczy się dziś o zachowanie twarzy amerykańskiego prezydenta…

Szanowni, zapraszam Was także na specjalne wydanie programu „W samo południe”, w radiowej Jedynce. Będzie on poświęcony wojnie w Ukrainie, początek po godz. 12.00. Gośćmi audycji będą:  Witalij Kliczko, mer Kijowa, Natalia Bryżko-Zapór, autorka książki o Wołodymyrze Zełenskim;  Damian Duda, medyk pola walki, oraz moja skromna osoba.

A wieczorem – wraz z WATCH DOCS oraz Helsińską Fundacją Praw Człowieka – zapraszam Czytelników z Krakowa na przedpremierowy pokaz wstrząsającego dokumentu w reżyserii Oksany Karpowicz pt.: „Przechwycone”. O czym mówią rosyjscy żołnierze, kiedy dzwonią z frontu do swoich rodzin? Treść filmu przynosi odpowiedź na to pytanie. Seans odbędzie się w kinie Paradox przy ul. Krupniczej 38, początek o godz. 18.30. Po seansie, mniej więcej od 20.00, będziecie mogli porozmawiać ze mną – o filmie, wojnie, rokowaniach na przyszłość.

—–

Moje publicystyczne i reporterskie zaangażowanie w konflikt na Wschodzie w istotnej mierze możliwe jest dzięki Wam i Waszemu wsparciu. Pomożecie w dalszym tworzeniu kolejnych treści?

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

To dzięki Wam powstają także moje książki!

A skoro o nich mowa – w sklepie na Patronite pojawiły się kolejne książki – powieści, które napisałem i wydałem „w czasach afgańskich”, reportaż z tamtego okresu oraz książka political/war fiction, dziejąca się w realiach pandemii i rosyjskiej agresji militarnej na Polskę. Polecam lektury – by je nabyć, przejdźcie na stronę pod tym linkiem.

Upodmiotowieni!

Na wstępie odrobina optymizmu – sytuacja w rejonie Pokrowska, będąca papierkiem lakmusowym ogólnej kondycji obu armii na froncie, uległa drastycznemu pogorszeniu, patrząc z perspektywy rosjan. Ukraińcy zaszachowali moskali dronami, skutecznie zabezpieczając prace bezzałogowców środkami WRE (walki radiowo-elektronicznej). Masowe uderzenia sparaliżowały nie tylko nacierające oddziały, ale i logistykę; strumień dostaw amunicji, jedzenia i wody jest symboliczny. „Wykończą naszych!”, alarmują rosyjscy mil-blogerzy.

I błagają o szybkie, masowe użycie KAB-ów, ale z tym może być problem. Mamy bowiem coraz więcej informacji o tym, że w strefie przyfrontowej zaczęły operować ukraińskie F-16 (dotąd skupiające się na ochronie miast przed pociskami manewrującymi i dronami). To poważne wyzwanie dla rosyjskich pilotów, mnożące ryzyko zestrzelenia – radar i rakiety „efa” to nie przelewki. Zdaje się, że strach wziął u moskali górę, bo jak na razie postulowanego „kabowania” nie ma. Lecą za to szybujące bomby w drugą stronę – amerykańskie, zrzucane przez F-16. Jest w tym jakiś element dziejowej sprawiedliwości, czyż nie?

—–

Równie obiecująca jest ofensywa powietrzna, wymierzona w infrastrukturę krytyczną rosji, przede wszystkim w rafinerie. W styczniu br. ukraińskie drony uderzyły w rosyjskie zakłady siedem razy. Na celownik wzięto rafinerie w Tatarstanie (11 stycznia), w obwodzie saratowskim (14 stycznia), riazańskim (24 i 26 stycznia), niżnonowogrodzkim (29 stycznia zaatakowano tam dwie przetwórnie) oraz w wołgogradzkim (31 stycznia). W tym miesiącu odnotowano już sześć nalotów, ostatni dziś w nocy (celem była rafineria w Ilskij). 11 lutego porażono obiekt w Saratowie, mieście położonym w południowo-wschodniej części rosji, w regionie graniczącym z Kazachstanem (a więc setki kilometrów od Ukrainy). „Saratowska rafineria ropy to jeden z kluczowych obiektów (…). Jej zdolność przerobowa sięga 7 mln ton ropy rocznie. Zakład odgrywa istotną rolę w zaopatrywaniu armii rosji w paliwo”, napisał na Telegramie szef ukraińskiego Centrum Przeciwdziałania Dezinformacji Andrij Kowałenko.

Cytuję ten wpis, bo dobrze ilustruje ukraińskie intencje. Różne od tego, co robią rosjanie, którzy także atakują infrastrukturę krytyczną. Ale ich celem są ukraińskie obiekty energetyczne – elektrownie i sieci przesyłowe – a bezpośrednią ofiarą ludność cywilna, pozbawiona regularnych dostaw wody, prądu i ogrzewania. Siły Zbrojne Ukrainy (ZSU) dążą tymczasem do „wysuszenia” rosyjskiej armii oraz do zmniejszenia przychodów z eksportu kopalin i pochodnych, które Moskwa wykorzystuje do finansowania wojny. Oczywiście, rosyjskie wojsko będzie ostatnim podmiotem, które dotknie ewentualny kryzys i potrzeba racjonowania paliw i smarów – najpierw zmierzą się z tym zwykli rosjanie. To uciążliwość, ale dalece mniejsza niż humanitarny kryzys, na skraju którego, zimą, postawili Ukraińców agresorzy.

Rafinerie to wąskie gardło rosyjskiej gospodarki – przez ostatnie dwie dekady poczyniono w nich wiele inwestycji w oparciu o zachodnie technologie. Przy poważnych awariach i uszkodzeniach, w realiach reżimu sankcyjnego, przywrócenie ich pełnej sprawności to nie lada wyzwanie. Z czego Ukraińcy doskonale zdają sobie sprawę, stąd ich konsekwencja (o czym więcej piszę w zalinkowanym tekście dla „Polski Zbrojnej”).

—–

Zostawmy działania militarne i skupmy się na polityce.

Świat jakby przyśpieszył, obierając kurs ku niezbyt przyjemnej destynacji – takie wrażenie można odnieść, analizując medialny dyskurs z ostatnich kilku dni. Wynika z niego, że USA dogadują się z rosją – za plecami Ukrainy, ignorując też europejskich sojuszników. „Jałta i Monachium 2.0”, „Ukraina jest stracona”, wieszczy mnóstwo komentatorów. W mojej ocenie mocno na wyrost, ale powszechność obaw – że Donald Trump „zabierze zabawki” – pozostaje faktem.

Dlaczego na wyrost? Bo na razie nie wydarzyło się nic, co kazałoby uznać, że Stany odpuszczają sobie Ukrainę. Wypowiedź sekretarza obrony Pete’a Hegsetha – o tym, że Ukraińcy nie odzyskają utraconych ziem i nie mogą liczyć na członkostwo w NATO – choć brutalna, była oparta o realną ocenę sytuacji. Znanej powszechnie od kilkunastu miesięcy. Po klęsce ofensywy na Zaporożu jasnym jest, że wyrzucenie rosjan z okupowanych terenów – w większej skali – to zadanie ponad możliwości ukraińskich sił zbrojnych (ZSU). Wiemy też, że w Sojuszu nie ma powszechnej zgody na członkostwo Ukrainy – a NATO oparte jest o mechanizm kolektywnego podejmowania decyzji. Z Turcją, Słowacją i Węgrami na pokładzie i bez obstrukcji Trumpa natowska Ukraina to mrzonka. A są jeszcze kwestie formalno-prawne – wymóg uregulowanego statusu granic.

Oczywiście, mamy też wypowiedzi amerykańskich decydentów o tym, że USA nie dadzą Ukrainie gwarancji bezpieczeństwa. Mamy mizdrzenie się do putina samego Trumpa, mamy połajanki wobec Europy, autorstwa wiceprezydenta J.D. Vance’a. Ale mamy też jego wywiad dla „The Wall Street Journal”, z którego wynika wprost,  że Stany nałożą na rosję dodatkowe sankcje ekonomiczne i podejmą działania militarne (włącznie z wysłaniem wojsk nad Dniepr), jeśli putin nie zgodzi się na porozumienie pokojowe. „Nam zależy na tym, by Ukraina była suwerenna”, czytamy w WSJ.

Nie wiem, czy amerykański wielogłos to dowód na świadomą strategię – gry w dobrego i złego policjanta (jeden rosję obłaskawia, drugi wali ją w pysk) – czy raczej przejaw totalnego chaosu, panującego w amerykańskiej administracji, gdzie „każdy sobie rzepkę skrobie”, a i tak ostateczną decyzję podejmie nieprzewidywalny Trump. Rzecz jasna chcę wierzyć, że mowa o kiju i marchewce, lecz uczciwość intelektualna nakazuje przyjąć ten gorszy scenariusz i jego konsekwencje.

Załóżmy więc, że wylewający się od kilku dni lament jest uzasadniony – że Waszyngton i Moskwa coś tam sobie za plecami innych ustalą. No i co?, pytam tonem mocno prowokującym. Irytuje mnie bowiem ten element publicznej debaty, który kompletnie pomija podmiotowość Ukrainy i jej europejskich sojuszników (tych pozaeuropejskich, innych niż Ameryka, też). Wiara w to, że Kijów posłusznie zaakceptuje skrajnie niekorzystne dla siebie warunki, jest tyleż naiwna, co obraźliwa w stosunku do Ukraińców – którzy od trzech lat, dzień po dniu, udowadniają, że w kaszę sobie pluć nie pozwolą. A Europa? Można by wiele napisać o jej słabościach, niezdecydowaniu, zmarnowanych szansach, lecz nawet bazowo niskie oczekiwania nie zmienią faktu, że nikt na poważnie o porzuceniu Ukrainy nie myśli – o czym więcej w kolejnym wpisie.

PS. Wbrew retoryce Trumpa, to Europa – jako Unia i pojedyncze kraje – ponosi większość kosztów wspierania Kijowa (trzy piąte wszystkich dotychczasowych nakładów). Trzeba na to 80 mld euro rocznie (to całościowy koszt, Ukraińcy samodzielnie wkładają do „koszyka” około 20 mld). Dużo, a zarazem niewiele, wziąwszy pod uwagę zsumowany kilkunastobilionowy budżet członków UE i Wielkiej Brytanii.

—–

Szanowni, jak wielokrotnie podkreślam, moje publicystyczne i reporterskie zaangażowanie w konflikt na Wschodzie w istotnej mierze możliwe jest dzięki Wam i Waszemu wsparciu. Pomożecie w dalszym tworzeniu kolejnych treści?

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Maciejowi Szulcowi, Joannie Marciniak, Jakubowi Wojtakajtisowi, Andrzejowi Kardasiowi, Marcinowi Łyszkiewiczowi, Arkowi Drygasowi, Tomaszowi Krajewskiemu, Magdalenie Kaczmarek, Arkadiuszowi Halickiemu, Piotrowi Maćkowiakowi, Bartoszowi Wojciechowskiemu i Monice Rani. A także: Arturowi Żakowi, Łukaszowi Hajdrychowi, Patrycji Złotockiej, Adamowi Cybowiczowi, Wojciechowi Bardzińskiemu, Krzysztofowi Krysikowi, Bognie Gałek, Michałowi Wielickiemu, Jakubowi Kojderowi, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Bożenie Bolechale, Marcinowi Gonetowi, Pawłowi Krawczykowi, Joannie Siarze, Aleksandrowi Stępieniowi, Marcinowi Barszczewskiemu, Szymonowi Jończykowi, Annie Sierańskiej, Piotrowi Rucińskiemu, Tomaszowi Sosnowskiemu, Piotrowi Świrskiemu, Sławkowi Polakowi, Mateuszowi Jasinie i Grzegorzowi Dąbrowskiemu.

Podziękowania należą się również moim najhojniejszym „kawoszom” z ostatniego tygodnia: Maciejowi Sijce i Kasi Byłów.

To dzięki Wam powstają także moje książki!

A skoro o nich mowa…w sklepie na Patronite pojawiły się kolejne książki – powieści, które napisałem i wydałem „w czasach afgańskich”, reportaż z tamtego okresu oraz książka political/war fiction, dziejąca się w realiach pandemii i rosyjskiej agresji militarnej na Polskę. Polecam lektury – by je nabyć, przejdźcie na stronę pod tym linkiem.

Nz. Ukraiński F-16 z podwieszonymi (m.in.) bombami szybującymi GBU-39 SDB I/fot. ZSU