„Nic”

W obwodzie kurskim walki nie ustają. Sądząc po odczytach z mapy pożarowej, toczą się wzdłuż niemal całej linii styku wojsk. Zarazem Ukraińcy wciąż raportują, że posuwają się dalej – kilometr-trzy na dobę – co znajduje potwierdzenie w satelitarnych danych. Spadek tempa natarcia wynika przede wszystkim z dwóch czynników: ZSU umacniają się na zajętych terenach, a rosyjski opór – choć nadal słabo skoordynowany i sprowadzający się do „łatania dziur czym popadnie” – mimo wszystko tężeje.

Co dalej? Wiele zależy od tego, jakie cele postawili sobie Ukraińcy.

Jeśli chodziło o zajęcie jak największego obszaru rosji, jeszcze przez 7-10 dni możemy spodziewać się ukraińskiej presji. Później – niezależnie od intencji Ukraińców – dalsze natarcie będzie mało prawdopodobne, rosjanom bowiem zapewne uda się skonsolidować obronę. Oczywiście, możliwe jest angażowanie kolejnych ukraińskich sił – tak, by „większą masą móc się bardziej rozepchać” – ale dotychczasowe posunięcia dowództwa ZSU przeczą takiemu scenariuszowi. Jak na razie naliczyłem dwie wymiany personelu zaangażowanego w operację kurską. Rotacje odbywają się w obrębie pododdziałów sześciu brygad (i kilku jednostek pomocniczych), w obszar sąsiadujący z rejonem działań nie pchnięto dodatkowych odwodów. Walczyć ma to, co jest na miejscu – czyli łącznie kilkanaście tysięcy ludzi.

Niewykluczone więc, że Ukraińcy właśnie osiągnęli lub za chwilę osiągną zakładane cele terytorialne. Że dalej nie pójdą, chyba że rosyjska obrona – zamiast dalej tężeć – zwyczajnie się posypie („wykorzystanie powodzenia” to jeden ze składników dobrze realizowanej sztuki wojennej). Ale to już zaawansowana „gdybologia”, na obszar której wolałbym nie wchodzić.

—–

„Tak mało (ambitnie)!?”, mógłby zapytać ktoś spodziewający się ukraińskiego rajdu daleko w głąb rosji. Doprawdy mało?

Jak już pisałem, jeśli idzie o strategiczne cele operacji kurskiej, skazani jesteśmy na spekulacje. Nie znamy planów, założeń, wytycznych. Coś tam wiemy z oficjalnych wypowiedzi, czegoś się domyślamy, ale ma to swoje oczywiste ograniczenia. Możemy jednak przyjrzeć się skutkom ukraińskich działań – i w oparciu o nie formułować jakieś oceny.

Skutki typowo wojskowe zostawię sobie na kolejny wpis – dziś chciałbym wskazać najdonioślejszy moim zdaniem efekt natury politycznej.

Oto po raz pierwszy od ponad 80 lat rosyjskie terytorium znajduje się pod okupacją. Okupantem zaś jest przeciwnik znacząco mniejszy i w wielu obszarach słabszy. Próby jego wyparcia po raz kolejny obnażają słabości „drugiej armii świata”: kiepsko dowodzonej, źle wyposażonej, fatalnie zmotywowanej. Co oznacza, że rosji jeszcze trudniej dziś udowodnić, że jest mocarstwem, a podstawowe narzędzie rosyjskiej „dyplomacji” – siłowy szantaż – chyba nieodwracalnie traci rację bytu. Przecież gdyby literalnie traktować płynąc z Kremla groźby, Ukraina spłonęłaby w atomowym ogniu. Ukraiński atak nie stanowi „zagrożenia dla istnienia państwa” (choć po prawdzie, nie byłbym tego taki pewien…), ale wypełnia inny warunek przewidziany w rosyjskiej doktrynie użycia broni jądrowej – narusza „integralność terytorialną” federacji. I co? I nic.

Tym bardziej zdumiewające „nic”, jeśli pójdziemy tropem rosyjskiej propagandy, która wojnę z Ukrainą przedstawia jako konflikt z „kolektywnym Zachodem”. A więc to Zachód – śmiertelny wróg – wszedł do rosji. Nie wiem jeszcze, jak rosyjska propaganda poradzi sobie z dysonansem poznawczym u „swoich”, w głowach których gnieździ się teraz natrętna myśl: „i oni tak mogą, tak bezkarnie?”.

 Ano mogą.

Wiele napisano o „odklejonej od rzeczywistości” rosyjskiej władzy – cywilnej i wojskowej. Moim zdaniem, po kilkudziesięciu miesiącach „trzydniowej operacji specjalnej” ruskie elity są już świadome słabości własnego państwa. Teraz – dzięki Ukraińcom – ta świadomość „poszła w świat”.

Przy okazji – odpalenie głowic nie następuje „z automatu”. Przycisk w słynnej walizce nie posyła rakiet „w świat”, a jedynie rozkaz ich użycia. Ostateczne decyzje podejmują dowódcy wyrzutni. Wykorzystanie broni strategicznej (dużych głowic przenoszonych przez międzykontynentalne rakiety) poprzedza proces decyzyjny, który nie jest ograniczony do jednej osoby – putina. Tyle wiemy na pewno – klarownej wiedzy na temat szczegółów tego procesu nie mamy. Zdaniem wielu analityków, inicjacja na poziomie strategicznym wymaga jednoczesnej zgody prezydenta, ministra obrony i szefa sztabu generalnego. Z kolei sięgnięcie po broń taktyczną (małe głowice) leży w kompetencjach dowódcy teatru działań, choć z jednej strony wymagana jest zgoda (polityczna) naczelnego dowódcy, z drugiej, rozkaz wędruje przez kolejne szczeble aż do operatora nośnika – pilota czy dowódcy działonu (który musi wiedzieć, co zrzuca/czym strzela). Innymi słowy, mamy do czynienia z długim łańcuchem zależności i reakcji, o czym wspominam na okoliczność jojczenia, że „Kijów postawił putina pod ścianą i teraz to on już nie będzie miał wyjścia – wciśnie ten przycisk”.

—–

Dziękuję za lekturę! Jeśli tekst Wam się spodobał, udostępniajcie go proszę. Zachęcam też do wspierania mojego raportu – piszę bowiem głównie dzięki Waszym subskrypcjom i „kawom”. Mowa była o przycisku – te, które warto wciskać, znajdziecie poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają moje materiały, także książki.

A skoro o nich mowa – gdybyście chcieli nabyć egzemplarze „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji” oraz „Międzyrzecze. Cena przetrwania” z autografem i pozdrowieniami, wystarczy kliknąć w ten link.

Nz. Łowienie rosyjskich jeńców trwa w najlepsze. Tu mamy ponad setkę z nich/fot. SBU

Odtrutka

Rosyjska propaganda zachwyca się nad bizantyjskim rozmachem, z jakim Koreańczycy z północy przyjęli putina. Dostrzegam w tym typową praktykę kompensacyjną. Kremlowski zbrodniarz niespecjalnie dużo podróżuje, bo w cywilizowanym świecie grozi mu zatrzymanie. Z kolei pośród „wiernych sojuszników” – w Chinach i Iranie – nie jest już „samcem alfa”, a co najwyżej ważnym petentem. Nie ma zatem zbyt wielu okazji, by doświadczyć pompy, a tu proszę – są ogromne portrety, epickie pokazy, wielotysięczny rozentuzjazmowany tłum. W kulturze, w której przywódca uosabia państwo, takie uznanie stanowi powód do dumy.

Dla wielu rosjan jest też dowodem, że putin kroczy właściwą ścieżką – w końcu będąc „luzerem” (a rosja wraz z nim) nie byłby tak hołubiony. Co gorsza, podobnie widzi sprawy wiele osób w naszej części świata. W tej wizji – kreowanej przez rosyjską propagandę – federacja „dobrze się trzyma”, Kreml „montuje własną koalicję”, a kwestie związane z nowym porządkiem świata powoli, ale konsekwentnie idą zgodnie z putinowskim planem.

—–

Czyżby? Moim zdaniem, putin to największy „przegryw” w historii rosji, licząc od rodziny Romanowów, która położyła głowy przed brutalną siłą bolszewików (a wcześniej zrobiła wszystko, by rosję w tę czerwoną otchłań wepchnąć). Gdy obejmował urząd, federacja miała u południowych, europejskich granic, przychylnie nastawiony kraj i społeczeństwo połączone – jak się wówczas wydawało – nierozerwalną więzią kulturową z narodem rosyjskim. Dziś rosja toczy z Ukrainą krwawą wojnę, a Ukraińcy na pokolenia pozostaną wrogo nastawieni wobec sąsiada. Oczywiście, gdzieś tam po drodze był Krym i donbaskie republiki, są też kolejne zdobycze, ale to mikroskopijne zyski, żałosne, gdy zestawimy je z nadętą, imperialną narracją Kremla.

Jakieś inne niekwestionowane sukcesy? Wysryw użytecznych idiotów atakujących i podważających sensowność zachodnich instytucji i stylu życia – sporo tego w Polsce i naszej Europie (pośród zwykłych ludzi i elit), o czym macherzy od wojny informacyjnej mogą meldować Kremlowi z dumą. Ale i tak nie udało się rozsadzić od wewnątrz zachodniej jedności, więc to jednak sukces o ograniczonej skali.

Podobnie jak fakt, że rosja trwa jako organizm państwowy – bo trwa dzięki skuteczności putinowskiej ekipy, tyle że dzieje się to za cenę niemodernizowania gospodarki, utrzymywania złodziejsko-mafijnych form sprawowania rządów oraz postępującego zamordyzmu, w którym obywatel może trafić do więzienia na jedną czwartą swojego życia za skrytykowanie władzy i armii. Doprawdy jest to „sukces”…

Sukcesem miała się zakończyć „operacja specjalna w Ukrainie”. W wymiarze geopolitycznym chodziło o danie w pysk NATO i Zachodowi. „Nie wtrącajcie się w naszą strefę wpływów”, wprost ostrzegał Kreml. „Tak, jak zgnieciemy Ukrainę, tak możemy postąpić z krajami nadbałtyckimi czy Polską; i co nam zrobicie?”, brzmiało przesłanie do „starego” Zachodu. Ten odesłał Moskwę w diabły – putin chciał NATO spacyfikować, a dziś jego bojcy umierają od natowskiej broni, zręcznie wykorzystywanej przez ukraińskich żołnierzy. I umierać będzie ich więcej, bo dostawy sprzętu znów się rozkręcają. Jeśli uznać, że w 2014 roku putin tchnął życie w niemrawe NATO, to w 2022 zafundował mu potężny zastrzyk sił witalnych. „Staruszek” Sojusz miał się schować w mysiej dziurze, tymczasem nie tylko wspiera Ukrainę, ale rozrósł się i zbliżył do granic rosji. Wejście w struktury Szwecji i Finlandii – dotąd neutralnych – zmieniło na mocną niekorzyść sytuację strategiczną federacji u jej północnych granic i w basenie Morza Bałtyckiego. „Miałem chamie złoty róg…”, chciałoby się rzec.

A przecież to niejedyne skutki. Państwa NATO, które przez ostatnie dekady zmniejszały arsenały i cięły koszty na utrzymanie wojska, dziś nie mają już złudzeń, że była to zła polityka. Wtórnym skutkiem putinowskiej agresji będzie – już jest – remilitaryzacja Zachodu. Dynamika tego procesu może rozczarowywać, co nie zmienia faktu, że przeprowadzamy go w oparciu o środki – finansowe i technologiczne – o których Moskwa może pomarzyć. ZSRR wykończyły „gwiezdne wojny”, federację rosyjską ma szansę rozwalić wojna ukraińska.

Już rozwala. Nowe porządki, które chciała światu narzucić Moskwa – a których początkiem miała być aneksja Ukrainy – zakładały utrwalenie surowcowego uzależnienia Zachodu. „Handlujcie z nami. Zapewnimy wam tanie paliwa, jeśli dacie sobie spokój z eksportem demokracji do naszej strefy wpływów”, tak pokrótce brzmiała rosyjska oferta. Początkowo wydawało się, że zostanie przyjęta. Że realne finansowe zyski w połączeniu ze „świętym spokojem” („a niech tam robią sobie na wschodzie, co chcą, grunt, że u nas dobrobyt i spokój”), przytłumią wyrzuty sumienia przywódców Francji, Niemiec, ale i Polski, która przecież – mimo hałaśliwej antyrosyjskiej retoryki – ani myślała o zerwaniu gospodarczych relacji z rosją. Na szczęście pryncypialność wzięła górę nad interesami (nie wszędzie, nie zawsze, nie po całości – ale co do zasady wzięła). Zainicjowane przez USA sankcje przeniosły wojnę także w obszar ekonomii (tak, Moskwa ma rację, nazywając je krokami wojennymi). Szkodzą one rosji dziś, zaszkodzą w przyszłości, bowiem Zachód podjął decyzję o definitywnej rezygnacji z rosyjskich kopalin. A rosja bez zysków z eksportu węgla, gazu i ropy nie istnieje jako samofinansujący się podmiot państwowy. Kopalin jeść się nie da, Chiny nie kupią wszystkich nadwyżek, bo energochłonność ich gospodarki przestaje rosnąć. Na przyśpieszoną reorganizację własnej Moskwa nie ma ani pieniędzy, ani know how (pamiętajmy, że mówimy o kraju, który nie potrafi zbudować przyzwoitego auta czy choćby pralki).

A tych pieniędzy nadal ubywa – idą bowiem na prowadzenie wojny, która w założeniu miała być trzydniową operacją (kilkutygodniową, jeśli uwzględnić działania policyjne), a okazuje się materiałochłonnym konfliktem, z niewiadomym terminem zakończenia. „Genialny” putin przegrał już bitwę o zajęcie całej Ukrainy, nadal nie wygrał – i nie wygra – bitwy toczonej w oparciu o zredukowane założenia, gdzie celem jest zajęcie wschodu i południa zaatakowanego kraju.

Nie wygra także dlatego, że konflikt na Wschodzie dramatycznie unaocznia, jak wielka różnica dzieli zachodnie uzbrojenie, technologię, filozofię prowadzenia wojny i taktyczne rozwiązania, od ich rosyjskich odpowiedników. Oczywiście, słabość rosji jest relatywna – bo na froncie inicjatywa wciąż należy do agresorów – ale i wyraźna, skoro skutkiem tej inicjatywy są niewielkie zdobycze terytorialne przy koszmarnych stratach.

—–

Będzie lepiej z rosyjskim wojskiem? Hmm… Zerknijmy może wstecz. ZSRR a później rosja robiły wszystko, by mit „wielkiej wojny ojczyźnianej” (WWO) zakorzenił się nie tylko w głowach zwykłych ludzi w Europie, ale też, by stał się naukowym paradygmatem. Jedynie słuszną narracją historyczną, w której bohaterscy czerwonoarmiści stanęli naprzeciw faszystowskiej hordy. I choć najpierw, zaskoczeni siłą i gwałtownością ataku, ulegli, to później niezłomni w swym uporze, pognali hitlerowców aż do Berlina. W tej opowieści nie ma miejsca na odcienie szarości; „Iwan” od początku do końca jest bohaterski. Co więcej, stoi za nim murem całe społeczeństwo, gotowe do wielu wyrzeczeń w obronie radzieckiej ojczyzny. Ta wojna jeszcze w 1941 roku została przez sowiecką propagandę usakralizowana – deklaratywnie ateistyczne państwo nazwało ją „świętą”, odwołując się do pobożności ludu i wykorzystując rozległe (nigdy niewykorzenione przez bolszewię) wpływy cerkwi prawosławnej. Stało się tak, gdyż próba zmotywowania obywateli do walki w oparciu o ideologię państwową (komunizm) okazała się nieskuteczna. Wehrmacht pruł przez sowiety niczym kolejowy ekspres. Bardzo długo najpoważniejszym wyzwaniem dla niemieckich dowódców polowych nie był radziecki opór, a milionowe rzesze jeńców, poddających się bez walki, co w „uświęconej” wersji WWO jest niemal całkiem przemilczane.

Sowiecki żołnierz nie był „defaultowo” zdolny do skutecznej obrony ojczyzny. Na przeszkodzie stały niedostatki wyszkolenia, fatalne kompetencje kadry, podłej jakości uzbrojenie, ale przede wszystkim niskie morale i motywacja. Przeciętnemu czerwonoarmiście ojczyzna kojarzyła się z terrorem, wyzyskiem, biedą i powszechną nieufnością. Za coś takiego nie warto było ryzykować zdrowia i życia. Wybierał więc „Iwan” niewolę, wychodzili więc sowieccy cywile na drogę, by chlebem i solą powitać niemieckich wyzwolicieli. III Rzesza przegrała na wschodzie z dwóch zasadniczych powodów. Pierwszy wiązał się z gigantyczną pomocą sprzętową, jaką ZSRR otrzymał w ramach Lend-Lease. Wysokiej klasy amerykańskie uzbrojenie (i ciężarówki!) znacząco polepszyło wartość armii czerwonej. Drugim i ważniejszym czynnikiem było niemieckie ludobójstwo i jego skutki. Gdy hitlerowcy okazali się bardziej bezwzględni niż stalinowski reżim, obywatele sojuza nie mieli wyboru. Ich wola walki była w istocie skanalizowaną przez państwo masą indywidualnych zemst. Nawet wtedy, gdy armię czerwoną przetrzebiono z europejskiego rekruta, ten z Dalekiego Wschodu jechał na front przez poniemieckie zgliszcza. Tak nabywało się motywacji i determinacji. Ale czy kunsztu? Status zwycięzców zamykał temat, ale fachowcy dobrze wiedzieli, że sowieci walczyli wyjątkowo nieudolnie. Że ich sukcesy były efektem mobilności i, nade wszystko, masy.

Oczywiście z faktu, że rosja jest kulturowym i prawnym spadkobiercą ZSRR – a więc współczesny rosyjski żołnierz następcą „Iwana” – nie musi wynikać udolność czy nieudolność armii. 80 lat to szmat czasu, wiele mogło się zmienić. Ale czy się zmieniło? Po 2,5 roku od rozpoczęcia pełnoskalowej inwazji rosyjska armia nadal jest źle dowodzona – zarówno na szczeblu strategicznym, jak i taktycznym. Wiemy, że jakość jej sprzętu jest „taka se” (i że istotna część tego, co najlepsze, została przez Ukraińców przemieniona w złom). Wiemy wreszcie, że rosyjski żołnierz ma niską motywacje do walki – dziś nade wszystko finansową. Miażdżąca większość bojców putina rekrutuje się z koszmarnie zabiedzonej prowincji, głubinki. Dla tych ludzi wojna to sposobność na poprawę losu, jakkolwiek paradoksalnie i dramatycznie to brzmi.

—–

Pozostając przy kwestii motywacji, i szerzej, morale – pozwólcie najpierw na krótką dygresję. Wojna w Donbasie zostanie w mojej pamięci jako doświadczenie, w którym alkohol odgrywał niebagatelną rolę. Dobrą (integrującą), ale i złą, jak wtedy, gdy pijany ukraiński żołnierz wygarnął w moją stronę serią, bo wziął mnie za skradającego się rosjanina. Przytomności umysłu zawdzięczam, że nie zostałem skoszony, ale znam przynajmniej jeden przypadek (później przerobiony w epicką historię, z której zniknęły i wóda, i głupota), w którym na strachu się nie skończyło. Mniejsza o to – zmagania we wschodniej Ukrainie już po drugim wyjeździe uznałem za „pijaną wojnę”. A pili jedni i drudzy, żeby nie było wątpliwości.

Po 2016 roku nie miałem już okazji przebywać u separatystów, ale po ukraińskiej stronie alkoholowe realia zaczęły się zmieniać. Wódkę wciąż traktowano jako wentyl bezpieczeństwa – sposób na odreagowanie stresu – troszcząc się przy tym, by pijane wojsko nie pchało się na pierwszą linię. Znałem to dobrze z czasów polskiej misji wojskowej w Afganistanie, gdzie „tankowanie” było na porządku dziennym mimo formalnej prohibicji. Gdzie jednak dbano o to, by napruty czy skacowany żołnierz nie miał okazji wyruszyć w pole. Rzecz jasna zdarzały się kompromitujące armię wpadki, ale co do zasady tolerancji dla „pijanych patroli” nie było.

Ukraińcy poszli tym tropem i o ile wiem – a piszę to w oparciu o wiele źródeł – nadal udaje im się utrzymać „alkoholową dyscyplinę” (co nie zmienia faktu, że żołnierze przyswajają rozmaite używki). A rosjanom? Alkohol – wedle relacji ocaleńców (mieszkańców wyzwolonych rejonów Ukrainy oraz osób, którym udało się uciec z okupowanych terenów) – jest jednym z najważniejszych powodów rosyjskiego bestialstwa wobec cywilów. Wielu gwałcicieli i zabójców dokonywało przestępstw właśnie „pod wpływem”. Mając w pamięci szokujące relacje moich przodków na temat sowieckich żołnierzy, którzy szli przez Polskę do Niemiec między 1944 a 1945 rokiem, mógłbym napisać: „na wschodzie bez zmian”.

Kilka dni temu obraz uzupełniły doniesienia niezależnych rosyjskich mediów – „Nowej Gazety” (NG) i Wiorstki. Według obliczeń dziennikarzy NG, tylko między styczniem a październikiem 2023 roku do sądów trafiło co najmniej 135 spraw dotyczących zabójstw popełnionych przez rosyjskiej wojsko na terytoriach okupowanych. A mowa o zdarzeniach, w których żołnierz zabił żołnierza. Wojsko często próbuje zatuszować takie incydenty i uznać zamordowanych za ofiary walk. Nie wiadomo, jak często się to udaje.

W 83 proc. opublikowanych wyroków skazujących za morderstwo pojawiła się wzmianka dotycząca alkoholu – wylicza z kolei Wiorstka. Sami oskarżeni byli pijani w 76 proc. przypadków. Odsetek ten jest wyższy niż średnia rosyjska w 2023 roku 67 proc. morderstw w rosji zostało popełnionych przez osoby pod wpływem alkoholu. Zdaniem dziennikarzy Wiorstki, to efekt tego, że na froncie żołnierze i oficerowie masowo piją alkohol, za co prawie nigdy nie są karani.

Takie są realia „drugiej armii świata”. Taka hard power stoi za putinem. Więc nawet gdyby był genialnym geo-strategiem, miałby problem z realizacją swoich wizji. Wszak „z gówna bicza nie ukręcisz”. No ale nie jest genialny, a jego kraj nie trzyma się dobrze. I nic nie idzie mu zgodnie z planem. Wiem, że trochę się powtarzam, ale opowieść o wojnie w Ukrainie znów potrzebuje takiej odtrutki.

—–

Dziękuję za lekturę! A gdybyście chcieli wesprzeć mnie w dalszym pisaniu, polecam się na dwa sposoby. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają moje materiały, także ostatnia książka.

A skoro o niej mowa – gdybyście chcieli nabyć „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji” z autografem, wystarczy kliknąć w ten link.

Nz. Screen jednego z propagandowych przekazów. W sposób niezamierzony ciekawie wyszło, bo obaj zbrodniarze jadą niemieckim mercedesem. Zachód „be!”, ale zachodnie samochody to chętnie „przytulimy”. Żałosne typki…

Urealnianie?

Kilka dni temu rosja złożyła Ukrainie „propozycję pokojową”. W polskich mediach przeszła ona bez większego echa, a szkoda. Oto bowiem o warunkach mówił sam putin, co nie byłoby niczym nadzwyczajnym, gdyby nie fakt, że wichrzycielowi z Kremla wyraźnie „zmiękła rura”.

Oczywiście, propozycja i tak była skandaliczna. Zakładała wycofanie ukraińskich wojsk z całości obwodów ługańskiego, donieckiego, zaporoskiego i chersońskiego – a więc oddanie bez walki kolejnych kilkunastu procent terytorium Ukrainy – oraz rezygnację Kijowa z przyszłego członkostwa w NATO. W zamian Moskwa zaoferowałaby pokój zawarty „raz na zawsze”.

Nie będę się rozwodził o prawdomówności rosyjskiego przywódcy – wiadomo, że jest co najmniej problematyczna. Warto jednak zauważyć, że putin dotąd stał na stanowisku, że cele rosji w Ukrainie się nie zmieniły. Oczekiwał poddania się i wasalizacji całego kraju, planował inkorporację więcej niż czterech obwodów. Tymczasem spuścił z tonu, co jest o tyle zaskakujące, że kremlowski zbrodniarz jak ognia unikał bycia twarzą jakiejkolwiek porażki. Gdzie mógł, tam delegował zauszników, co najlepiej widać w reakcjach rosyjskiego państwa na naturalne katastrofy i poważne wypadki. Obecność putina miała podkreślać i ucieleśniać imperialną wielkość rosji, nie zaś być ilustracją jej organizacyjnej czy infrastrukturalnej słabości.

A wobec wcześniejszych rozdymanych zapewnień dotyczących losu Ukrainy, ofertę „tylko cztery obwody i kończymy”, trudno postrzegać inaczej niż jako słabość. Dziw bierze, że putin to firmuje.

Co się za tym kryje? W mojej ocenie, poczucie realizmu.

Dziś putin spotyka się z innym pariasem światowej polityki – Kim Dzong Unem. To jego pierwsza podróż do Korei Północnej od 24 lat, kolejna z serii wizyt petenckich (wcześniej był Iran i Chiny), podczas których prezydent federacji zabiega o militarno-materiałowe wsparcie. Nominalnie potężny rosyjski przemysł zbrojeniowy nie radzi bowiem sobie „z obsługą” pełnoskalowej wojny, stąd umizgi do sojuszników. Ten północnokoreański potrzebny jest rosji przede wszystkim jako dostawca amunicji artyleryjskiej oraz rakiet balistycznych. Jak szacuje amerykański wywiad, przez ostatnie 1,5-roku Pjongjang przekazał Moskwie 5 mln sztuk pocisków. Znaczna ich część okazała się awaryjna (sami rosjanie przyznają, że w niektórych partiach nawet 40 proc. amunicji nie nadawało się do użytku), tym niemniej i tak jest to gigantyczny „zastrzyk”, pozwalający rosyjskiej artylerii na zmasowany ostrzał. Ilościowo mocno przewyższający możliwości ukraińskich luf.

Bo faktem jest, że rosjanie wciąż mają do dyspozycji mnóstwo armat – coraz starszych, coraz gorszej jakości, ale „masa robi jakość”.

Faktem jest, że nadal zasypują ukraińskie pozycje dużą liczbą bomb szybujących. Powstają one na bazie starych sowieckich ładunków lotniczych, a tych moskalom nie brakuje.

Faktem jest, że rosjanie używają na froncie masy wyprodukowanych w Chinach dronów – w tym zakresie posiadając znaczącą przewagę nad Ukraińcami.

Faktem jest, że rosyjski kontyngent pęcznieje jeśli idzie o stany osobowe – obecnie w wojnę z Ukrainą zaangażowanych jest 700 tys. żołnierzy, 3,5 razy więcej niż na początku pełnoskalowego konfliktu.

Ale prawdą też jest, że mimo tych przewag, armia rosyjska drepcze w miejscu. Że zaczyna jej brakować podstawowego wyposażenia, bo przemysł niedomaga, a sowieckie zapasy się kończą. Póki co nie dotyczy to czołgów czy wspomnianych armat, ale bojowych wozów piechoty i transporterów opancerzonych już tak. Ich niedostatek sprawia, że rosjanie coraz częściej wykorzystują do pokonywania ziemi niczyjej – w pierwszych fazach natarcia – motocykli i wózków golfowych. To oczywiście lepsze niż tyraliera – ostatecznie nawet niewielki silnik ma więcej mocy niż nogi – lecz i tak na niewiele się zdaje; „madmaksowe” natarcia też kończą się krwawymi jatkami.

A będzie tylko gorzej, bo armia ukraińska znów krzepnie. Bo niebawem pojawią się efy szesnaste. Bo samymi dronami wojny wygrać się nie da. Bo Zachód jakby otrząsnął się z dziwacznego letargu i wziął się na poważniej za wspieranie Ukrainy. Bo zaciska się sankcyjna pętla. Bo jest już niebezpieczny dla Moskwy casus w postaci zgody G-7 na korzystanie przez Ukrainę z odsetek generowanych przez zamrożone rosyjskie aktywa.

Czy to nie dość argumentów, by zacząć się urealniać?

—–

Dziękuję za lekturę! A gdybyście chcieli wesprzeć mnie w dalszym pisaniu, polecam się na dwa sposoby. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają moje materiały, także ostatnia książka.

A skoro o niej mowa – gdybyście chcieli nabyć „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji” z autografem, wystarczy kliknąć w ten link.

Zdjęcie ilustracyjne, ukraińska wyrzutnia Grad gdzieś na donieckim odcinku frontu/fot. Sztab Generalny ZSU

Efektywność

Na północny-wschód od Charkowa nadal trwają walki, choć nie są już tak intensywne jak w weekend. Cokolwiek było celem rosjan – czy nadal nim pozostaje – nie wyszli poza strefę ściśle przygraniczną. I nie sądzę, by w najbliższym czasie im się to udało (ba, zakładam, że nawet nie będą próbowali).

W samym Charkowie życie toczy się utartym stano-wojennym rytmem. „Zero paniki; ludzie nie obawiają się szturmu moskali, bardziej doskwierają im przerwy w dostawach prądu”, raportuje mi znajomy. Faktem jest, że infrastruktura energetyczna mocno w ostatnich tygodniach ucierpiała, co jest udziałem nie tylko obwodu charkowskiego, ale niemal całej Ukrainy.

Wróćmy na front – ten nadcharkowski dostarcza bardzo ciekawych materiałów multimedialnych. Idzie mi o charakter rosyjskich szturmów na Wołczańsk i okoliczne wioseczki. Atakujący mianowicie zachowują się tak, jakby dramatycznie brakowało im „techniki”. W pierwszym i drugim dniu zmagań piechocie moskali towarzyszyły czołgi i transportery, które po  wytraceniu nie zostały zastąpione nowym sprzętem. Mówiąc wprost, ruskie idą teraz ludzką masą, choć gwoli rzetelności zauważyć należy, że na tym odcinku frontu mocno uaktywniły się ich drony. Lancety nie kompensują nieobecności ciężkiego sprzętu, ale zauważalnie dokuczają ukraińskiej artylerii i logistyce.

Nade wszystko jednak to ta artyleria dysponuje mocą dokuczania, ba, dziesiątkowania rosjan, głównie za sprawą amunicji kasetowej (obrońcy używają „kaset” także w innych rejonach walk; stąd dramatyczny skok w statystykach rosyjskich strat osobowych, notowany w ostatnich dniach; tego efektu nie da się wytłumaczyć wyłącznie „Charkowem”). W Charkowie zaś dowcipkują, że właśnie odpalona przez rosjan kampania medialna, mająca deprecjonować ukraińskie wysiłki wojenne, świetnie opisuje sytuację, w jakiej znaleźli się w okolicach miasta żołdacy putina. „Do ostatniego Ukraińca!”, hasło tej treści pojawia się jako zwieńczenie ruskiego filmowego paszkwilu (w którym broń otrzymuje ukraińska babcia). „Do ostatniego moskala!”, dopingują swoich, a zarazem drwią z rosyjskiej determinacji charkowianie.

A propos determinacji. Rozpoczynający kolejną kadencję putin powołał nowy „rząd”, z którego wyleciał minister obrony szojgu. Jego następca, andriej biełousow, to ekonomiczny technokrata – ponoć skuteczny „optymalizator”, w dodatku niebiorący łapówek – co zdaniem wielu komentatorów m u s i oznaczać, że rosja szykuje się do długiej wojny. Nie tyle z Ukrainą, co z NATO, rzecz jasna. U podstaw takich przewidywań leży założenie, że misją biełousowa jest poprawa efektywności działań MON, armii i całej wojennej gospodarki. To skądinąd słuszne przypuszczenie, na potwierdzenie którego otrzymaliśmy serię aresztowań urzędników ministerstwa obrony pod zarzutem korupcji.

Tyle że zamiar poprawy wydajności wcale nie musi dowodzić determinacji, jaką przypisuje się Kremlowi. Gdyby rosyjska armia osiągnęła zakładane cele w Ukrainie, nikt by się jej dziadostwa i toczącego ją złodziejstwa nie czepiał. W strukturach quasi-państwowych, de facto mafijnych, korupcja jest narzędziem sprawowania władzy. Rentą, gwarantem lojalności. Póki beneficjent nie nakradnie za dużo, póty jest bezpieczny. Kiedy mamy do czynienia z sytuacją „za dużo”? Ano wtedy, gdy jakieś składowe systemu zaczynają poważnie szwankować. Premie korupcyjne w rosyjskiej armii i przemyśle zbrojeniowym za czasów szojgu pożerały nawet 80 proc. (!) oficjalnych wydatków (dane za rosyjskim Transparency International). Modernizacja sił zbrojnych w dużej mierze zatem miała fasadowy charakter. Skutki widzieliśmy w Ukrainie.

Widzimy też, że mimo napuszonej propagandy w gruncie rzeczy niewiele się zmieniło. Obrazki spod Charkowa – wspomniana gołodupna piechota – nie są reprezentatywne dla sił inwazyjnych. Niewykluczone, że brak istotnego wsparcia broni ciężkiej jest efektem podrzędnej roli, jaką rosyjskie dowództwo przypisuje „nowemu frontowi”. Ale niedostatek „techniki” to problem, z którym boryka się całość inwazyjnej armady – większość jednostek frontowych nadal ma do dyspozycji 40-50 proc. etatowo przewidzianych czołgów i wozów bojowych. Armia rosyjska w Ukrainie jest mocna przede wszystkim słabością swojego przeciwnika; obiektywne analityczno-militarne kryteria każą oceniać jej możliwości jako relatywnie niskie.

Na tyle niskie, że takim wojskiem nie da się wygrać wojny z Ukrainą. A rosja ten konflikt wygrać musi, gdyż jest to warunek przetrwania obecnego systemu władzy. I zapewne taki cel putin postawił przed andriejem biełousowem. Dlaczego tak mało ambitny (bez komponentu „po Ukrainie idziemy na NATO”) i jakie są kryteria tego zwycięstwa?

Te ostatnie zostały już dawno zredefiniowane – jeśli bliżej przyjrzeć się rosyjskiej propagandzie na użytek wewnętrzny, dojrzymy, że nie ma tam już miejsca na „wyzwolenie całej Ukrainy”. Wielu obserwatorów było zszokowanych uczciwością, na jaką w jednym z ostatnich publicznych wystąpień pozwolił sobie szojgu – przyznał on mianowicie, że od początku 2024 roku armia rosyjska zajęła zaledwie 500 km kwadratowych Ukrainy. Potem bredził coś o gigantycznych stratach ukraińskiego wojska, nie wspominając o 100 tysiącach własnych poległych i rannych, utraconych między styczniem a kwietniem. Tym niemniej sygnał był jasny – „to nie jest walka o wielkie obszary” – i wpisujący się w praktykę oswajania rosjan z wizją ograniczonej pobiedy. Jak ograniczonej? Są tacy, którzy kreślą granicę rosyjskiego sukcesu na Dnieprze, moim zdaniem to nierealistyczny scenariusz. Sądzę, że Kreml byłby mocno kontent, gdyby udało się zająć całą chersońszczyznę, Zaporoże i Donbas oraz stworzyć bufor ochronny dla Biełogorodu na obszarze charkowszczyzny. Ale przełknąłby – i przełknęliby rosjanie – także mniejsze zyski, gdzie absolutnym minimum byłoby zajęcie całego obwodu donieckiego (dodania go do dotychczasowych zdobyczy).

O efektywność – MON, armii i zbrojeniówki – która dałaby taki wynik ma w mojej ocenie powalczyć nowy minister.

Bo i o wyższej może tylko pomarzyć. Jak mówią „z pustego i Salomon nie naleje”. Przy topniejących posowieckich zapasach broni ciężkiej, niemożności rozpoczęcia masowej produkcji nowych czołgów, transporterów czy samolotów oraz z kurczącymi się rezerwami finansowymi (o czym już pisałem, więc tylko problemy sygnalizuję), przygotować się do wojny z NATO nie sposób.

O czym szerzej napiszę przy kolejnej okazji.

—–

Dziękuję za lekturę! A gdybyście chcieli wesprzeć mnie w dalszym pisaniu, polecam się na dwa sposoby. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

A gdybyście chcieli nabyć moją najnowszą książkę pt. „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji” z autografem, wystarczy kliknąć w ten link.

Nz. Zniszczone elementy „anałoga-w-miru-niet”, systemu przeciwlotniczego S-400 (S-300?) w bazie Belebek na okupowanym Krymie. Jak widzimy, rosyjska wunderwaffe skutecznie przechwyciła ATACMS-a, odważnie biorąc go „na klatę”/fot. anonimowe źródła rosyjskie

„Niedźwiedź”

To miała być trzecia z kolei doroczna defilada po zdruzgotaniu „ukraińskiego nazizmu”. Projekcja siły – huk dziesiątków odrzutowych silników, chrzęst setek gąsienic, tupot tysięcy podkutych buciorów; głośne „uraaa!” zwielokrotnione medialnym przekazem, idące w świat wraz z przesłaniem, że rosja jest niepokonana i nie ma sensu z nią zadzierać.

Bo „Ukraina głupcze…”.

No więc miało być imperialne święto, a dawne zwycięstwo stanowić jedynie pretekst do celebracji współczesnego triumfu. Wyszła zaś kolejna bieda-parada rozpaczliwie odwołująca się do coraz bardziej zamierzchłej historii. Z symbolicznym udziałem ciężkiego sprzętu – widać, że co tylko może, Moskwa wypycha na front – „opędzona” w dużej mierze młodzikami ze szkół wojskowych.

Kompletnie zignorowana przez światowe media.

I nawet pogoda nie dopisała, bo przed południem w Moskwie znów sypał śnieg.

Sypał na głowy zagranicznych gości putina, których obecność – jak jeszcze wczoraj donosiły zatroskane media – ma być dowodem przełamywania przez rosję międzynarodowej izolacji. No więc stanęli obok „bunkrowego dziada” prezydenci takich potęg jak Białoruś, Kazachstan, Kirgistan, Tadżykistan, Turkmenistan, Kuba, Laos i Gwinea-Bissau. Czołg mi jedzie w oku, jeśli to jest owo przełamanie.

A Czasiw Jar wciąż niezdobyty, choć miał być prezentem rosyjskich generałów dla putina z okazji dnia pobiedy.

Tak, Czasiw Jar, dwunastotysięczne przed wojną miasteczko.

Wiem, wiem, aktualne zmagania na doniecczyźnie – ogniskujące się wokół „Czasika” – są o nieco większą stawkę. Idzie w nich mianowicie o takie nasze dwa Włocławki lub Elblągi – bliźniacze miasta Słowiańsk i Kramatorsk. Oto skala bieżących wyzwań i zdolności „drugiej armii świata”.

Patrząc z perspektywy jego konwencjonalnych zasobów, to nawet nie jest cień wojska, które wygrało wschodnioeuropejskie zmagania podczas II wojny światowej. Nie żeby tamta armia była jakoś szczególnie dobra – była duża, a ilość czasem przechodzi w jakość. Wtedy przeszła, teraz nieszczególnie może.

Znów widać to na froncie, po słabnącym impecie rosyjskiego natarcia.

Słabną, bo przygotowują się do wielkiej ofensywy – twierdzą co poniektórzy. I pewnie dlatego na placu czerwonym zabrakło dziś setek nowoczesnych czołgów, samobieżnych dział i mobilnych wyrzutni – skitranych gdzieś po krzakach w oczekiwaniu na sygnał do ataku. Gęste to muszą być krzaki… I pewnie dlatego Moskwa znów używa atomowego straszaka nieplanowanych ćwiczeń jednostek wyposażonych w broń jądrową – co czyni zawsze, gdy jej oddziały na froncie wpadają w kłopoty, bądź gdy Zachód przekracza następne „czerwone linie”, dostarczając ukraińskiej armii bardziej zaawansowane uzbrojenie.

Bo nie wiem, czy wiecie, ale ATACMS-y smażą kolejne rosyjskie sztaby, tylko w tym tygodniu posyłając w diabły dziesięciu orczych pułkowników.

Nie, nie lekceważę moskiewskiej watahy – dla państw- i armii-średniaków to bardzo groźny przeciwnik. Ale u licha, nie dajmy się zwodzić narracji o „obudzonym niedźwiedziu”, który teraz dopiero wszystkim – nie tylko Ukrainie – pokaże.

Pokaże, jak pokazała dzisiaj – z okazji dnia pobiedy – państwowa korporacja Rostec, prezentując grafikę myśliwca Su-57 pomalowanego w barwy samolotu Ła-7 z czasów II wojny. Nie pomalowanego okolicznościowo myśliwca, nie demonstratora, nawet nie atrapy, a grafikę przedstawiającą oba samoloty. Taki „miś” na miarę (neo)sowieckich możliwości. Bardzo a propos…

PS. Rzeczona grafika przedstawia maszynę należącą do radzieckiego asa myśliwskiego, Iwana Kożeduba. Który był Ukraińcem…

—–

Dziękuję za lekturę! A gdybyście chcieli wesprzeć mnie w dalszym pisaniu, polecam się na dwa sposoby. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

A gdybyście chcieli nabyć moją najnowszą książkę pt. „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji” z autografem, wystarczy kliknąć w ten link.

Nz. Parada w śniegu/fot. Kremlin.ru