Wódka

Nie lubię filmów poświęconych pracy reporterów wojennych – kreowanie dziennikarzy na herosów jest dla mnie niczym zjadanie własnego ogona. A niestety, twórcy wspomnianych fabuł i dokumentów zwykle nie potrafią wynieść się ponad tę słabość. I z tego powodu jak pies do jeża podszedłem do „Korespondentów śmierci”, obecnych od niedawna w ofercie Netflixa.

Obejrzałem całość, ciurkiem – i ku własnemu zaskoczeniu polecam wszystkim zainteresowanym kulisom wojennej reporterki. Przy czym słowo „kulisy” można by zastąpić innym na „k”. Rzecz jest bowiem o kosztach, także emocjonalnych. Czymś, co ja sam wstydliwie skrywałem, bojąc się reakcji czytelników, znajomych, ba, nawet rodziny. „Ranimy się, oglądając ludzkie dramaty. Są one tak wielkie, że nasze własne cierpienie wydaje się przy nich nieistotne” – mówi jeden z bohaterów filmu. „Tymczasem ono jest jak gaz – zdaje się być lekkie, ale wypełnia całego ciebie”. Dla mnie to niezwykle ważne słowa…

Bez obaw jednak – jeśli „Korespondenci…” oddają komuś hołd, to nie są to dziennikarze, a ich bliscy. „Zagrożenie może trwać tylko kilka sekund czy minut – większość wyjazdu to nuda i spokój. Lecz rodziny w kraju boją się o nas przez cały czas” – wyjaśnia inny reporter. „Dla mnie prawdziwą bohaterką jest moja mama” – przyznaje inny.

Film ucieka od politycznie poprawnych deklaracji, dotyczących motywacji dziennikarzy. Misja misją, ale liczy się też przygoda, adrenalina, poczucie wyjątkowości, potrzeba sławy i nagród. Czasem aż do zatracenia. „Korespondenci…” skupiają się na hiszpańskim środowisku reporterów (jednym z liczniejszych w branży), dotkliwie doświadczonym w kilku ostatnich wojnach (zginęło na nich ośmiu dziennikarzy tamtejszych mediów). Dokument nakręcił Hernan Zin, kolega po fachu, który w pewnym momencie dobrowolnie zrezygnował z wojennej reporterki. Uśmiechnąłem się lekko, słuchając słów Zina – że choć tęskni, nie żałuje. Kilka tygodni temu jeden z czytelników zapytał mnie o powody mojej rezygnacji z wojny. Pomny doświadczeń znajomych-alkoholików, porównałem wojnę do wódki. Bo i wódką, i wojną, można się upajać – póki cię nie zabiją. Chcesz żyć, musisz odstawić – tylko tyle i aż tyle.

—–

Nz. żołnierze armii ukraińskiej w towarzystwie autora blogu (w środku), oraz Darka Prosińskiego, którego zdjęcia wielokrotnie prezentowano na bezkamuflazu.pl. Szyrokino, lato 2015/fot. NN

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Dystans

Od wczoraj już wiele razy zadawano mi pytanie: czy na Ukrainie wybuchnie wojna? W sieci z kolei – pełnej gorących komentarzy i opinii – co rusz czytam: a co to nas obchodzi? No więc uporządkujmy pewne sprawy.

Po pierwsze – wojna na Ukrainie trwa, od czterech lat. Zmieniła się tylko jej dynamika, ale na Donbasie wciąż giną ludzie. Dużo mniej niż jesienią 2014 roku czy zimą 2015, niemniej każdego dnia dochodzi tam do strzeleckich potyczek i artyleryjskich pojedynków, jak linia frontu długa i szeroka. W których cierpią nie tylko żołnierze obu stron, ale również ludność cywilna.

Po drugie – nieprawdą jest, że wczorajszy incydent na Morzu Azowskim to pierwszy tak otwarty akt rosyjskiej agresji wobec Ukrainy. Bo czym w takim razie była aneksja Krymu? Czym hasające po Donbasie batalionowe grupy bojowe armii rosyjskiej, które wkraczały do akcji zawsze wtedy, gdy separatystom z Doniecka czy Ługańska grunt się palił pod nogami?

Po trzecie – nie, nie przekształci się to w wielki konflikt. Nikomu na tym nie zależy. W pełnoskalowym starciu Rosja oczywiście pokona Ukrainę, ale okupacja tak wielkiego terytorium (a przynajmniej połowa Ukraińców nie pogodzi się z obecnością „Moskali”), jest ponad jej możliwości. Militarne i, przede wszystkim, ekonomiczne. Na Kremlu już dawno odrobiono lekcję afgańską (zaangażowanie armii radzieckiej w ten peryferyjny zdawałoby się konflikt było jedną z przyczyn implozji, po której rozpadł się Związek Radziecki). Ponadto Moskwa wraca do gry jako polityczny, liczący się na świecie podmiot; Putin nie pozwoli sobie na kolejną izolację. Rosjanie legitymizują jego reżim także dlatego, że daje im poczucie ważności w świecie. Z kolei Kijów ma świadomość, że prowokowanie Rosji do otwartej wojny to czyn w istocie samobójczy. Ukrainą rządzą dranie, ale nie idioci.

Po czwarte – to też i NASZA wojna. W wojskowej planistyce zakłada się najczarniejsze scenariusze – pójdźmy więc tym tropem. I zwróćmy uwagę, że mamy w Polsce ponad 2 miliony Ukraińców. Gdyby mimo wszystko na wschodzie doszło do eskalacji, naiwnością byłoby sądzić, że Rosjanie nie wykorzystają faktu tak licznej obecności ukraińskiej diaspory. Wykorzystają w sposób, który będzie miał nas, Polaków, pozbawić współczucia dla sytuacji Ukrainy i jej obywateli. Możesz Czytelniku dać upust swojej wyobraźni – Rosjanie raczej nie będą przebierać w środkach.

Po piąte – to także nasz problem z innego powodu. Rozmawiałem jakiś czas temu z jednym z generałów WP, który opowiedział mi o symulacji, jaką przeprowadzono po wybuchu wojny na wschodzie. Wynikało z niej, że w najczarniejszym scenariuszu Polska zostanie wręcz zadeptana przez tłumy uchodźców. Może ich być nawet 10 milionów. Biorąc pod uwagę antyuchodźcze nastroje panujące w całej Europie, najpewniej byłby to tylko nasz kłopot – nikt by Ukraińców dalej nie wpuścił. I teraz wyobraź sobie Czytelniku, co by się działo w kraju, który jest tak nieudolnie zarządzany jak Polska. Którego urzędnicy nie mają właściwie żadnego doświadczenia w radzeniu sobie z sytuacjami kryzysowymi, większymi niż wybuch gazu w jakiejś kamienicy. Odpowiadam – to byłaby katastrofa. Szczęściarz ten, kto znalazłby się wówczas na terenie oddanym pod zarząd jakiejś międzynarodowej organizacji – ONZ czy NATO.

A zatem – nie trywializujmy zagrożenia, jakie od wczoraj płynie ze wschodu. Nie cieszmy się też z ukraińskiego nieszczęścia (bo i na takie reakcje natknąłem się, przeglądając internet…). Ale i nie ulegajmy katastroficznym wizjom. Trzeba je mieć z tyłu głowy, utrzymując do nich odpowiedni dystans.

—–

Fot. Plaża nad Morzem Azowski, w miejscowości Szyrokino, latem 2015 roku przedzielonej linią frontu/fot. Darek Prosiński

Postaw mi kawę na buycoffee.to

„Krym”

Zimą i wiosną 2014 roku świat z napięciem śledził doniesienia z Krymu i wschodniej Ukrainy. Pamiętam nastroje panujące wówczas w Polsce, zwłaszcza na ścianie wschodniej. Baliśmy się, że „ruskie wejdą i do Polski”, a każdy rutynowy ruch naszego wojska – przejazd na ćwiczenia czy zwykły wymarsz na strzelnicę – wielu interpretowało jako przygotowania do wojny. Jednocześnie, uspokajani przez specjalistów, nieco kurczowo trzymaliśmy się myśli, że przecież u nas „nie ma bazy dla działalności zielonych ludzików”. Że nie mamy mniejszości rosyjskiej czy rosyjskojęzycznej, której interesów miałyby bronić oddziały Putina – uprzednio prowokując sytuacje, które byłby dla nich zagrożeniem.

Panika nie wybuchła, z wojną za miedzą nauczyliśmy się żyć. I nawet szaleniec Macierewicz nie był w stanie podkręcić naszych lęków. „Niech żyje zdolność adaptacji i racjonalizacji!” – chciałoby się rzec. Owszem, niech żyją, tyle że sytuacja w Polsce na przestrzeni ostatnich kilku lat mocno się zmieniła. Wspomniany strategiczny atut poszedł sobie bowiem w cholerę wraz z masowym napływem ukraińskiej migracji do Polski. Tak, ten milion czy nawet dwa miliony przybyszów zza wschodniej granicy jest dziś doskonałą bazą dla rosyjskiej aktywności.

Pozornie rzecz nie trzyma się kupy – przecież Ukraina jest w stanie wojny z Rosją, a Putin zrobił wszystko, by między zaprzyjaźnionymi niegdyś narodami wykopać głęboki rów. Dlaczego więc Ukraińcy mieliby wspierać destrukcyjne akcje Kremla? Już wyjaśniam.

Po pierwsze, Rosjanie do perfekcji opanowali umiejętność manipulowania działaniami tak jednostek, jak i całych społeczności. Zwłaszcza tam, gdzie mają ku temu odpowiednie zaplecze kulturowe. Diaspora ukraińska w Polsce jest w dużej mierze rosyjskojęzyczna i w całości wywodzi się z postsowieckiego uniwersum. Ponadto, antyrosyjskość nie jest postawą charakterystyczną dla wszystkich Ukraińców. Dobrze pamiętam obrazki z Donbasu, gdzie „armię Kijowa” często traktowano niczym najeźdźcze oddziały.

Po drugie, strukturalnym problemem państwa ukraińskiego jest totalne zinfiltrowanie przez rosyjskie służby. Agenci Kremla są wszędzie i potrafią umiejętnie wpływać na procesy decyzyjne rozmaitych instytucji naszego wschodniego sąsiada. Dziś nie jest żadną tajemnicą, że porażki armii ukraińskiej na froncie nie raz wynikały z działalności zdrajców we własnych szeregach. Wracając na grunt polski – byłoby naiwnością zakładać, że w milionowym tłumie migrantów nie ma miłośników „ruskiego miru”.

Po trzecie, społeczności emigranckie mają naturalne skłonności do konsolidacji i mobilizacji w obliczu wspólnych dla grupy wyzwań. Ma to zarówno pozytywny, jak i negatywny wymiar.

Idźmy dalej. Polską rządzą dziś politycy, dla których bazą nie jest zakotwiczony w wartościach demokratycznych i liberalnych elektorat. Ostatnie wybory dobitnie to potwierdziły. PiS jest partią numer jeden dzięki obyczajowej konserwie, akceptującej autorytarne formy rządów i hołubiącej nacjonalizm. A ponieważ przekonanie o religijnej i etnicznej wyjątkowości prowadzi do ksenofobii, ta ostatnia stała się narzędziem władzy (jej utrzymania i poszerzania). Spot wyborczy PiS-u poświęcony migrantom – i ich zgubnego wpływu na Polskę – najlepszym tego dowodem. To zarazem czwarty powód, dla którego tak liczna obecność Ukraińców w Polsce może zostać wykorzystana w agresywnych planach Moskwy.

Jak? Już dziś nie brakuje napięć między Polakami a mieszkającymi u nas Ukraińcami. Wielokrotnie spotykałem się z argumentem, że odbierają nam pracę. Że tworzą zamknięte enklawy, nie integrując się z otoczeniem. I choć generalnie te zarzuty nie wytrzymują konfrontacji z rzeczywistością, bardzo łatwo znaleźć pojedyncze przykłady – zwolnionego z pracy Polaka, czy mieszkańców jakiegoś budynku, w którym obcy zaburzyli dotychczasowy spokój. A teraz wyobraźmy sobie, że „ktoś” postanowił „podkręcić” sytuację. Że doszło do jakiejś polsko-ukraińskiej scysji, że w wyniku większej bójki polała się krew. Media, łase na takie kąski, puszczą informacje w świat. Media w jakikolwiek sposób związane z Moskwą, zrobią z tego wydarzenie dnia/tygodnia. Mam inteligentnych Czytelników, którzy dobrze wiedzą, jakimi mechanizmami rządzą się pogromy i lincze. Jak łatwo eskalować napięcie, zwłaszcza gdy pielęgnuje się wszelkiej maści fantazmaty – poczucie wyższości, krzywdy, przekonania o konieczności wymierzenia dziejowej sprawiedliwości (nie brakuje w Polsce wariatów, deklarujących gotowość do bicia Ukraińców „za Wołyń”; z tamtej strony też mamy środowiska nawołujące do „wyrównania starych rachunków”). Gdy łączy nas tak skomplikowana historia, z nieporozumień o charakterze socjalnym mogą wyniknąć dalsze problemy. Wystarczy dolać oliwy do ognia. Zaatakowani będą się bronić, aż w pewnym momencie zjawisko nabierze takich rozmiarów, że stanie się poważnym problemem. Także politycznym.

Gdy liczba kryminalnych incydentów wzrośnie, pojawi się postulat wyrzucenia Ukraińców z Polski. Co, jeśli nałoży się to na kalendarz wyborczy? Łagodzenie konfliktu może się nie powieść. A i tak bardziej prawdopodobnym jest scenariusz „dokręcenia śruby” – PiS bowiem nie raz już udowodnił, że jest władzą o nastawieniu konfrontacyjnym. No i pod presją „prawdziwych patriotów” może po prostu nie mieć wyjścia (tak przynajmniej to postrzegać). Stan wyjątkowy, wojsko na ulicach i masowe, przymusowe deportacje. A w mediach prawdziwy karnawał przemocy – prawdziwych i fejkowych informacji o kolejnych polsko-ukraińskich incydentach.

Nie, to jeszcze nie jest scenariusz, w którym Rosja wchodzi do Polski. Na tym etapie świat nie kupiłby bajeczki o konieczności wysłania nad Wisłę „misji pokojowej”. Zresztą, po co Rosjanie mieliby to robić? PiS od trzech lat robi wszystko, by osłabić nasze więzi z Unią Europejską. Niby zabiega przy tym o większe zaangażowanie NATO we wschodniej części Europy, jednocześnie jednak rozbraja polskie wojsko. W efekcie z prymusa staliśmy się kłopotliwym członkiem i sojusznikiem. Czy do kogoś takiego warto wyciągać pomocną dłoń? Czy nie znajdą się na Zachodzie politycy, którzy w naszej sytuacji znajdą pretekst, by dokonać „amputacji, która uratuje wspólnotę”. „Przecież Polska masowo łamie prawa człowieka, stosując zasadę odpowiedzialności zbiorowej na Ukraińcach!” – zagrzmi jeden z drugim. I nawet jeśli nie będzie miał racji, służby Kremla dostarczą mu odpowiednich „dowodów”. Przez cały 2015 rok karmiły Europę „newsami” o ekscesach uchodźców – wiedzą, jak się gra w te klocki.

I tak zostaniemy sami. I nawet jeśli rozwiążemy „problem ukraiński”, spadną na nas kolejne gromy. Choćby załamanie na rynku pracy, bo bez Ukraińców nie jesteśmy w stanie rozwijać naszej gospodarki. O konsekwencjach „wylania z Zachodu” aż strach pomyśleć.

Wnioski? Nie, nie nawołuję do wyrzucenia Ukraińców z Polski. Tych, którzy przyjechali tu pracować, potrzebujemy jak płuca powietrza. Tym, którzy uciekli przed wojną, winniśmy udzielić schronienia. Czas przestać być beneficjentem pomocy od innych i zacząć spłacać długi wdzięczności.

Przede wszystkim jednak czas pogonić ludzi, którzy demolują polską politykę zagraniczną, którzy rozmieniają na drobne potencjał polskiej armii. Czas powiedzieć „do widzenia” politykom flirtującym z nacjonalistami, faszystami i stadionową chuliganerią. Piewców supremacji – białych, katolików, „prawdziwych Polaków” i bóg wie czego jeszcze – odesłać gdzie ich miejsce: kryminalistów do więzień, resztę poza margines społecznego dyskursu. Czas zacząć budować służby specjalne, które zajmą się tropieniem „zielonych ludzików”, a nie zabezpieczaniem interesów ludzi władzy. Czas na pozytywny program edukacyjny, który pozwoli Polakom zmierzyć się z wyzwaniami, jakie niesie ze sobą koniec wspólnoty homogenicznej. Podoba nam się to czy nie, jesteśmy skazani na obcych. Czas najwyższy zatem tak zdefiniować politykę państwa, by uwzględniała nieuniknione procesy demograficzne. Ukraińcy (i wszyscy inni, którzy tu przyjadą), muszą znaleźć w Polsce swój drugi dom – nie mogą być niczym robotnicy na platformie wiertniczej, otoczeni groźnym, nieprzyjaznym morzem.

Tak unikniemy polskiego Krymu.

—–

Nz. Budynek lokalnej administracji w jednym ze wschodnio ukraińskich miast/fot. Marcin Ogdowski

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Adaptacja

– Ruski czy nasz? – zastanawiał się ukraiński sanitariusz, wskazując palcem niewielki obiekt na niebie. Pytanie nie wymagało odpowiedzi – bo i skąd miałem ją znać? – ale mimowolnie pokręciłem głową, mówiąc, że nie mam pojęcia. Tymczasem Ukrainiec uznał, że chyba jednak nie „nasz” – i wysunął dłoń przed siebie w geście uchodzącym za wulgarny. Uśmiechnąłem się. Nie była to „moja” wojna, nie było we mnie tylu emocji, którymi napędzali się ukraińscy żołnierze. Niemniej i ja „poczęstowałem” wiszący nad nami dron fakiem. Dla większego efektu wytknąłem jeszcze język – tak mocno, jak tylko się dało. Kilka godzin wcześniej przeklinałem wszystko, co ruskie, przygwożdżony do podłogi przez wyjątkowo natrętnego kaemistę.

Wkrótce zrobiło się ciemno, a ja poszedłem za potrzebą. Gdy wracałem do budynku, w którym miałem swój śpiwór i polowe łóżko, w jednej chwili usłyszałem świt i poczułem za plecami wybuch. Wbiegłem przez szerokie wejście do środka, śmiejąc się wariacko. Miał to być zuchwały uśmiech – i tak pewnie brzmiał – lecz w istocie była to nerwowa reakcja przerażonego ciała. Artyleryjski pocisk upadł naprawdę blisko; kilka sekund różnicy i wystawiłbym się na podmuch z niezliczoną ilością odłamków.

A potem przyszło to, czego nie znałem. Do tej pory relacjonowałem wojny antypartyzanckie, w których właściwie nie używano artylerii. Tu, w Szyrokino, naprzeciw siebie stanęły dwie armie, wyposażone w niemal wszystko, co ludzkość wymyśliła, by móc się wzajemnie unicestwić. I choć formalnie obowiązywało porozumie przewidujące wycofanie z frontu najcięższego uzbrojenia, walczący mieli je w dupie. Tak, po raz pierwszy w życiu, zobaczyłem i poczułem, czym jest artyleryjska nawała – z perspektywy osoby, która znajduje się pod ogniem.

Tamci walili przez kilka następnych godzin. Budynek, w którym się schroniliśmy, drżał w posadach; chwilami miałem wrażenie, że zwali nam się na łby.

– To przez ten twój wytknięty język – medyk miał poważną minę, lecz zaraz wykrzywił usta. W tym momencie poczułem, że ściskający szyję strach zaczyna ustępować. Jakieś dwie godziny później, mimo trwającego ostrzału, byłem już na tyle spokojny, że wsunąłem się w śpiwór i zasnąłem.

Rano miałem siwą głowę – od tynku spadającego z sufitu. I gardło tak podrażnione, jakbym całą noc zajadał się szklaną watą. Przede wszystkim jednak potrzebowałem kofeiny. Znalazłem kawę, czajnik, wrzątek – po kilku minutach, z parującym kubkiem w dłoni, wyszedłem z budynku. Przed wejściem, na ławeczce, siedział już niezawodny paramedyk. Uśmiechnął się i wskazał ręką miejsce koło siebie.

– Znów im się nie udało – skomentował nocne wysiłki donbaskich „górników, hutników i budowlańców”. – Żyjemy.

Rozejrzałem się po okolicy. Księżycowy krajobraz wokół dowodził, że „tamci” – choć nieskutecznie – podeszli do sprawy ambitnie. Wzdrygnąłem się.

Ale też świeciło cudowne słońce, a siedzące na poharatanych drzewach ptaki śpiewały tak ładnie. No i ta kawa, pieszcząca nozdrza mocnym, czekoladowym (!) aromatem. Było mi naprawdę dobrze…

—–

„Przywykliśmy” – zapewnia weteran, dziś starszy już mężczyzna. „Inaczej człowiek by zwariował” – dodaje po chwili. On i jego koledzy – ale też dawni wrogowie – w jednym z odcinków „Wietnamskiej wojny” opowiadają o mechanizmach adaptacyjnych, pozwalających żołnierzom przetrwać trudy wojennej rzeczywistości. Obejrzyjcie ten serial, jest na Netfliksie. Ja oglądałem wczoraj, przypadek chciał, że dokładnie trzy lata po opisanej wyżej historii.

—–

Nz. Szyrokino, pozycje wojsk ukraińskich, lipiec 2015/fot. Dariusz Prosiński

Postaw mi kawę na buycoffee.to

„Rozkład”

Czas zdradzić pewien sekret. A zatem:

Szef sztabu generalnego Radosław Sawicki ma poważny problem – Rosja koncentruje duże siły w obwodzie kaliningradzkim i na Białorusi. Moskwa twierdzi, że to ćwiczenia, ale z informacji uzyskanych przez służby specjalne wynika, że manewry są jedynie przykrywką do rozpoczęcia inwazji na Polskę i kraje nadbałtyckie. Wyniszczone czystkami i dramatycznie niedoposażone Wojsko Polskie, nie będzie w stanie stawić skutecznego oporu. Tymczasem sojusznicy zwlekają z udzieleniem deklaracji pomocy.

Prokurator Justyna Konieczna rozpoczyna śledztwo w sprawie śmierci wysokiego rangą oficera kontrwywiadu. Jeden z tropów wiedzie ją na południowy wschód kraju, gdzie trwa właśnie operacja „Płot”. Kilka miesięcy wcześniej współpraca Rosji, Ukrainy i Turcji doprowadziła do uruchomienia szlaku czarnomorskiego, którym pod granicę Rzeczpospolitej dociera dwieście tysięcy uchodźców z Syrii. W przygranicznych rejonach dzieją się dramatyczne historie.

Dziennikarz Michał Bera ujawnia jedną z nich, wywołując medialno-polityczny skandal. A gdy na zaproszenie rosyjskiego ministerstwa obrony wyjeżdża do obwodu kaliningradzkiego, trafia w sam środek wydarzeń, których konsekwencje mrożą krew w żyłach. I dotkną bezpośrednio miliony Polaków.

Jan Szaga przygląda się wydarzeniom z pozycji szefa prezydenckiej kancelarii. Jest świadkiem i częściowo uczestnikiem sytuacji ilustrujących kryzysowe reagowanie w coraz bardziej monopartyjnym państwie, izolowanym na arenie międzynarodowej.

Zwieńczeniem dwutygodniowego maratonu są wybory parlamentarne. Czy Partia Sprawiedliwości – mimo narastającego ekonomicznego kryzysu wciąż ciesząca się wysokim społecznym poparciem – utrzyma władzę? Tytuł „Rozkład” nie odnosi się do analogii z szachami. Nowela – jakkolwiek jest utworem political-fiction – to próba sportretowania współczesnej Rzeczpospolitej i Polaków. Pokazująca ich dobre i złe strony, sięgająca głęboko po gnijący fundament krajowej polityki.

Tak, jestem na finiszu kolejnej książki. Więcej szczegółów już niebawem.

Postaw mi kawę na buycoffee.to