Samowystarczalni?

W 2026 roku Ukraina produkuje więcej uzbrojenia niż kiedykolwiek wcześniej. Na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać, że kraj stopniowo uniezależnia się od zagranicznych dostaw. Rzeczywistość jest jednak bardziej skomplikowana.

Weźmy armatohaubicę Bogdana, jeden z największych sukcesów ukraińskiego przemysłu zbrojeniowego. To konstrukcja opracowana przez ukraińskich inżynierów i produkowana przez ukraińskie przedsiębiorstwa. Nie oznacza to jednak, że wszystkie elementy niezbędne do jej złożenia powstają nad Dnieprem.

Pierwszy prototyp osadzono na ukraińskim podwoziu KrAZ, ale kolejne serie wykorzystują podwozia zachodnie, przede wszystkim czeskie Tatry. Dotyczy to również części materiałów, komponentów oraz wyposażenia przemysłowego używanego w produkcji.

Armatohaubica to nie tylko lufa (też częściowo zachodnia…) i podwozie. O jej skuteczności decydują m.in. system kierowania ogniem, środki łączności i komputery balistyczne. Ukraina rozwija własne rozwiązania w tym zakresie, ale nadal pozostaje uzależniona od importu wielu zaawansowanych podzespołów elektronicznych i optoelektronicznych. Dotyczy to choćby układów scalonych, modułów komunikacyjnych, odbiorników nawigacji satelitarnej, kamer czy elementów termowizji.

Do tego dochodzi kwestia amunicji. Bogdana wykorzystuje standardowe dla NATO pociski kalibru 155 mm. Ukraina uruchomiła ich własną produkcję, jednak nadal nie jest w stanie samodzielnie zaspokoić potrzeb frontu. Innymi słowy, udana ukraińska konstrukcja artyleryjska pozostaje częścią znacznie większego, międzynarodowego systemu produkcji i zaopatrzenia.

Jeszcze wyraźniej widać to w przypadku dronów, które stały się symbolem tej wojny. Ukraina projektuje własne konstrukcje, rozwija oprogramowanie i organizuje produkcję seryjną, jednak znaczna część wykorzystywanych podzespołów pochodzi spoza kraju. Dotyczy to silników elektrycznych, kontrolerów lotu, kamer, modułów transmisji danych, baterii czy elementów optoelektroniki.

Większość z tych produktów powstaje w Chinach. Wraz z zaostrzaniem przez Pekin kontroli eksportowych dotyczących technologii mogących znaleźć zastosowanie wojskowe, bezpośredni zakup komponentów przez ukraińskie firmy stał się znacznie trudniejszy niż na początku wojny. W efekcie kluczową rolę odgrywają pośrednicy, centra logistyczne i magazyny zlokalizowane poza Ukrainą.

Komponenty trafiają najpierw do państw Unii Europejskiej lub innych krajów trzecich, gdzie są kompletowane, magazynowane i kierowane do ukraińskich producentów. A więc i dron – zaprojektowany, zmontowany i używany przez Ukraińców – pozostaje produktem międzynarodowego łańcucha dostaw rozciągającego się od Azji po Europę Środkową.

W tym systemie szczególną rolę odgrywa Polska. To przez polską infrastrukturę logistyczną i przez polskie firmy przechodzi znaczna część towarów wykorzystywanych przez ukraiński przemysł obronny. Polska pomaga nie tylko dostarczać Ukrainie broń. Pomaga również tworzyć broń powstającą w Ukrainie. Ukraińska samowystarczalność w tym zakresie to mit.

—–

Mitem jest też opowieść o wtórnym znaczeniu innych systemów uzbrojenia. Wojna w Ukrainie jest wojną dronów, ale same bezzałogowce jej nie rozstrzygną. Owszem, kontrolują strefę śmierci, utrudniając przeciwnikowi manewr, ale pozycje obronne wciąż obsadzane są przez ludzi. Tych zresztą – po obu stronach – jest obecnie na froncie najwięcej w historii pełnoskalowego konfliktu – mimo postępującej dronizacji. A ludzie potrzebują m.in. amunicji strzeleckiej, kamizelek kuloodpornych, hełmów, środków łączności, noktowizorów, termowizorów i całej masy innego wyposażenia. Ukraina zaspokaja tylko część tych potrzeb we własnym zakresie.

Co więcej, dron nie tylko nie zajmie i nie utrzyma terenu. Nie przejmie też wszystkich zadań artylerii dalekiego zasięgu. Ukraińcy rozwijają własne konstrukcje, lecz nadal nie są w stanie zastąpić amerykańskich pocisków GMLRS wykorzystywanych do precyzyjnych uderzeń na głębokość 80 km. Kijów może produkować tysiące dronów, ale nie produkuje pocisków Patriot, IRIS-T czy NASAMS, które zestrzeliwują rosyjskie rakiety i pociski manewrujące. Nie wytwarza wyrzutni do tych systemów oraz radarów, które decydują o ich skuteczności. Bez tej broni ukraińskie miasta, infrastruktura energetyczna i zaplecze przemysłowe byłyby znacznie bardziej narażone na rosyjskie ataki.

Podobnie rzecz się ma w przypadku lotnictwa, które nie tylko pełni niebagatelną rolę w osłonie ukraińskiego zaplecza, ale realizuje też misje uderzeniowe na cele lądowe, w tym zadania porażenia rosyjskiej obrony przeciwlotniczej. Nie byłoby ostatnich spektakularnych akcji na Krymie, gdyby wcześniej ukraińskiemu lotnictwu nie udało się wyeliminować rosyjskich systemów radiolokacyjnych. To samoloty załogowe wyrąbały ukraińskim dronom wolną drogę na półwysep. Ukraina może remontować i modernizować ocalałe posowieckie maszyny – których ma coraz mniej – ale nie produkuje F-16 i Miraży, pocisków powietrze-powietrze czy bomb kierowanych.

Tych przykładów można by wymienić znaczenie więcej, dość powiedzieć, że o skuteczności ZSU wciąż w znacznym stopniu decydują „klasyczne” rodzaje uzbrojenia, a te najbardziej efektywne pochodzą z Zachodu. Podobnie jak istotna część wojskowej drobnicy. Wszystko to, w zdecydowanej większości, nim trafi do Ukrainy idzie przez Polskę. O czym wspominam w kontekście rozpalającego emocje orderowego sporu, mam bowiem wrażenie, że Ukraińcy zapominają o wkładzie Polski. W reakcji na decyzję prezydenta Nawrockiego podkreślają rolę Ukrainy, która w ich percepcji urasta do rangi obrońcy Polski. Polski jako obrońcy Ukrainy w tej opowieści nie ma.

I nie chodzi mi o ukraińską wdzięczność i podkreślanie polskich zasług. Mnie osobiście wystarczy, że Ukraińcy łoją ruskich. Nie zmienia to faktu, że jako chłodny analityk nie potrafię przejść do porządku dziennego nad krótkowzrocznością Wołodymyra Zełenskiego. Wszak ukraiński prezydent i jego otoczenie doskonale wiedzą, jak wygląda geografia wojny. Że Polska pozostaje najważniejszym lądowym łącznikiem Ukrainy z zachodnim zapleczem wojskowym i gospodarczym – i że szybkiej i funkcjonalnej alternatywy dla tego układu nie ma. Trudno mi zrozumieć gotowość do podejmowania działań, które w oczywisty sposób bolą polską opinię publiczną i wzmacniają środowiska opowiadające się za ograniczeniem wsparcia dla Kijowa.

Nie chodzi o to, że Polska nagle odwróci się od Ukrainy. Nie chodzi nawet o to, że Warszawa dysponuje jakimś politycznym „wyłącznikiem” ukraińskiego wysiłku wojennego. Chodzi o coś znacznie prostszego. Prowadząc wojnę o przetrwanie, nie warto igrać z państwem, przez które prowadzi najważniejsza droga łącząca front z jego zapleczem. Zwłaszcza gdy alternatywy istnieją głównie na mapie.

Ten tekst, w rozszerzonej wersji, opublikowałem w portalu TVP.Info. Oto link do oryginalnego materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Zdjęcie ilustracyjne/fot. SzG ZSU

Order…

20 czerwca 2026 roku

Co pan sądzi na temat zamieszania z Orderem Orła Białego? – pytają mnie Czytelnicy.

Cóż, jest mi zwyczajnie smutno. Oto bowiem zamiast dojrzałego realizmu, obie strony – ukraińska poprzez prowokacje historyczne, a polska poprzez widowiskowe gesty odwetowe – postawiły na emocje.

Nie zmienia to faktu, że imperatywem dla Polski pozostaje przetrwanie ukraińskiej państwowości – ze względu na nasze bezpieczeństwo – a owo przetrwanie z oczywistych powodów jest również imperatywem samej Ukrainy. Dlatego obie strony muszą jak najszybciej „schować szable” i wytrwać w twardej, pragmatycznej współpracy – militarnej i gospodarczej – odcinając się od wizerunkowych wojen.

Ufam, że zwycięży ów rozsądek.

A emocje? Cóż, pozostaję lojalnie zakochany w swojej ojczyźnie, jaka by ona nie była (Polskę pisowską też kochałem). Ale nie zapominam, kto w wojnie z rosją jest tym dobrym, a kto tym złym. Nie wyprę się zachwytu ukraińskim hartem, determinacją, oddaniem, odwagą. Ta opowieść o umiłowaniu wolności – niepozbawiona brzydkich epizodów (wszelkich posowieckich i porosyjskich kulturowych złogów) – nieodmiennie angażuje moje serce. Jestem więc z Tobą, Ukraino. Rozumem – bo tego wymaga mój polski patriotyzm – i sercem. Trwaǰ i grom ruSSkich – ja na froncie medialnym dalej będę robił swoje.

21 czerwca 2026 roku

Kto jest tu ze mną dłużej, ten wie, co sądzę o prezydencie Nawrockim. Kto nie wie, temu pokrótce wyjaśnię – zmartwił mnie jego wybór i martwi jego prezydentura.

Ale nie o tym chciałbym dziś pisać – wspominam Nawrockiego, by zastrzec, że nie przyłączę się do chóru krytyków jego decyzji o odebraniu Orderu Orła Białego Zełenskiemu. Uważam ją za złą, ale wieszanie psów TYLKO na prezydencie RP, to fatalna postawa. Przysłania nam bowiem coś istotniejszego, mianowicie nieodpowiedzialność Wołodymyra Zełenskiego, który sprawę z Polską pokpił dokumentnie.

To nie jest randomowy Ukrainiec, który nie ma pojęcia o zbrodniach UPA, a gość, który słyszał o tym wielokrotnie. I co ważniejsze – dobrze wiedział, że wynoszenie na piedestał upowskich bandytów wybuchnie w Polsce niczym granat w szambie. On tymczasem olał to i dramatycznie naraził Ukrainę – i tego nie potrafię mu wybaczyć.

Przez Polskę idzie 90 proc. pomocy wojskowej, Rumunia jako alternatywa to wolne żarty – mają tam 30 proc. naszej przepustowości (a po ukraińskiej stronie jest jeszcze gorzej). Tego stanu nie da się zmienić z tygodnia na tydzień czy nawet z miesiąca na miesiąc; na to trzeba lat – czasu, którego Ukraina nie ma. Słowacja, Węgry? Jeszcze mniejsze możliwości i, nade wszystko, brak społecznej zgody na uczynienie tych krajów hubami.

Idźmy dalej. Wszyscy się zafiksowali na dronach i na tym, że Ukraina większość z nich wytwarza sama (co też nie jest prawdą…), ale fakty są takie, że bez wsparcia wojskowego z zewnątrz ZSU by się nie utrzymały. Broń, amunicja, mundury, smary, paliwo – to wszystko niemal w całości idzie przez Polskę. Zaraz putin przypierdzieli w odwecie za Moskwę, z jednej strony wyżywając się na cywilach, z drugiej atakując wrażliwe ukraińskie cele. Na przykład infrastrukturę paliwową. W efekcie sprowadzanie paliwa stanie się jeszcze większym wyzwaniem i koniecznością. Skąd Ukraina je ściągnie – z Białorusi?

Zełenski to wszystko wie i dramatycznie ryzykuje. Nie będę teraz szedł w autokrytykę, poprzestanę na stwierdzeniu, że Polacy mają skłonność do unoszenia się honorem. Kto nas zatrzyma, gdy wypiszemy się z roli hubu? Trump? Ten baran przyklaśnie. Europa? Obecny rząd jeszcze jej słucha, ale za progiem wybory, a języczkiem u wagi będzie elektorat nacjonalistyczny, antyukraiński; jak długo Tusk wytrwa w ignorowaniu tej siły?

I Zełenski też to wie, a przynajmniej powinien wiedzieć – jak nie on, to jego doradcy. I co? I nic; ukraiński prezydent wybrał igranie z naszymi słabościami i traumami. Nieodpowiedzialną zabawę z ogniem, bo przecież bez nas Ukraina zginie.

Jezu, jakbym chciał, by to był jakiś plac zabaw, by przyszedł starszy pan i zabrał gówniarzom (z obu stron) krzesiwo…

(Nie)przyjaźń?

Spór wokół nadania jednej z ukraińskich jednostek specjalnych nazwy nawiązującej do UPA wywołał po obu stronach granicy lawinę emocji. Nie należy jednak oczekiwać, że jego efektem będzie gwałtowne załamanie relacji polsko-ukraińskich, zamknięcie szlaków tranzytowych czy wstrzymanie współpracy wojskowej. Polska i Ukraina pozostają dziś zbyt silnie związane wspólnymi interesami bezpieczeństwa, by jeden kryzys mógł zakończyć to partnerstwo. Ale cała sprawa nie pozostanie bez konsekwencji. Jej najbardziej prawdopodobnym skutkiem będzie dalsza erozja wzajemnego zaufania i życzliwości.

„Zamknąć lotnisko w Jasionce!” – apelują zwolennicy twardej rozprawy z Ukrainą. Jeszcze inni oczekują, że Polska w ogóle wycofa się z roli hubu logistycznego dla walczącego z rosją sąsiada.

Mniejsza o adekwatność takich działań, dość zauważyć, że polska podmiotowość w tej kwestii jest ograniczona. Owszem, infrastruktura znajduje się na naszym terytorium, ale jej funkcjonowanie od dawna wykracza poza relacje Warszawy z Kijowem. Próba wykorzystania jej jako narzędzia nacisku zostałaby źle odczytana nie tylko przez Ukraińców, lecz także w stolicach państw, które współtworzą system wsparcia dla Ukrainy. Te kraje to nasi sojusznicy z NATO, współgwaranci bezpieczeństwa Rzeczpospolitej.

A więc owszem, uderzylibyśmy w Ukrainę, ale również w reputację Polski jako przewidywalnego i wiarygodnego sojusznika, fundując sobie poważny kryzys w relacjach z najważniejszymi partnerami. Podoba nam się to czy nie, tak długo jak Waszyngton, Paryż, Londyn czy Berlin chcą zachowania ukraińskiej państwowości, tak długo będzie to również nasz imperatyw.

I już choćby dlatego scenariusz zakładający zamknięcie tranzytu uzbrojenia należy traktować bardziej jako element publicystycznej retoryki niż realną opcję polityczną.

(…)

Co nie znaczy, że działania antagonizujące Polskę i Ukrainę pozostaną bez skutków w obszarze obronności. W miarę jak sympatię będzie zastępował cynizm, pojawi się też coraz więcej nieufności wobec „taktycznego sojusznika”. W skrajnym przypadku może dojść do tego, że traktowanie ukraińskiej armii jako straszaka na rosję nie stanie w sprzeczności z tworzeniem planów operacyjnych zakładających ukraińską woltę. Dziś skupiamy się na budowaniu instalacji obronnych w ramach Tarczy Wschód na naszej północnej i północno-wschodniej granicy – z Królewcem i Białorusią. Jednym z możliwych efektów pogarszających się relacji z Kijowem byłaby rozbudowa Tarczy także na odcinku południowo-wschodnim – a więc kolejne duże wydatki. Tym większe, im bardziej rozkręci się spirala wzajemnej nieufności, co w finalnym ujęciu może przekształcić się w powszechnie odczuwaną w Polsce potrzebę budowy armii „na dwa zagrożenia ze wschodu” – rosyjskie i ukraińskie.

—–

Rosnący deficyt zaufania i życzliwości będzie dotyczył również relacji międzyludzkich – co w sytuacji, w której przebywa u nas około 1,5 mln obywateli Ukrainy urasta do rangi poważnego wyzwania dla państwa.

Nadal nie należy spodziewać się gwałtownego wybuchu otwartej wrogości, ale definitywnego końca okresu „taryfy ulgowej” już owszem. W pierwszych miesiącach wojny Polacy postrzegali Ukraińców przede wszystkim jako ofiary rosyjskiej agresji. Dziś coraz częściej patrzą na nich jak na dużą społeczność cudzoziemców, która na stałe wpisała się w polski krajobraz społeczny. To zaś nieuchronnie rodzi oczekiwania – tym większe, im bardziej pogarszają się relacje międzypaństwowe. Znajomość języka polskiego, respektowanie lokalnych norm społecznych, uczestnictwo w życiu publicznym czy identyfikacja z państwem, które udzieliło schronienia, są i będą coraz częściej traktowane nie jako mile widziane gesty, lecz jako obowiązek i – przede wszystkim – dowód lojalności. Innymi słowy, społeczna presja na polonizację przynajmniej części ukraińskiej diaspory będzie tylko rosła, skokowo, gdy pojawią się kolejne kryzysy.

Tyle że proces ten może wywołać reakcję odwrotną od zamierzonej. Ukraińcy przybyli do Polski nie jako klasyczni migranci ekonomiczni, lecz jako przedstawiciele narodu toczącego wojnę o przetrwanie. Wielu z nich traktuje swoją obecność nad Wisłą jako stan przejściowy, a własną tożsamość narodową jako wartość, której należy szczególnie strzec. W takich warunkach każda próba wywierania presji kulturowej czy politycznej może prowadzić do zamykania się części społeczności ukraińskiej we własnym kręgu, wzrostu znaczenia organizacji etnicznych oraz coraz silniejszego eksponowania narodowych symboli i narracji historycznych.

Paradoksalnie więc kolejne kryzysy mogą jednocześnie wzmacniać po polskiej stronie oczekiwanie większej integracji, a po ukraińskiej potrzebę zachowania odrębności. A to gotowy przepis na narastanie wzajemnych pretensji.

(…)

—–

A w tym wszystkim jest jeszcze trzeci aktor, który od początku wojny konsekwentnie pracuje na rzecz pogorszenia relacji polsko-ukraińskich. Dla rosyjskich służb obecność w Polsce ogromnej społeczności ukraińskiej stanowi wręcz wymarzone środowisko operacyjne. Mowa nie tylko o fizycznym zapleczu do szerzenia dezinformacji czy podsycania sporów historycznych. W ostatnich latach obserwowaliśmy również próby werbowania agentury, organizowania aktów sabotażu, prowadzenia rozpoznania infrastruktury krytycznej z udziałem obywateli Ukrainy. Każdy kolejny kryzys polityczny, każda awantura wokół historii i każdy wzrost wzajemnej nieufności zwiększają pole manewru dla takich operacji. Z obu stron bowiem – ukraińskiej i polskiej – pojawią się rozczarowani, zirytowani, gotowi dokopać tym drugim. Wystarczy, by rosja ich zagospodarowała.

Tak powstaje mechanizm samonapędzający: pogarszające się relacje społeczne ułatwiają rosyjskie działania hybrydowe, a skuteczne działania hybrydowe prowadzą do dalszego pogarszania relacji społecznych. W dłuższej perspektywie właśnie to może okazać się jednym z najgroźniejszych skutków obecnej erozji zaufania – nie dlatego, że Polacy i Ukraińcy staną się prawdziwymi wrogami, lecz dlatego, że tak się będą postrzegać.

I chyba nie ma tu miejsca na pozytywną puentę. Kijów nie traktuje relacji z Warszawą jako absolutnie priorytetowych. Nad Dnieprem panuje wręcz przekonanie, że Polska jest petentem Ukrainy, która broni Rzeczpospolitej przed rosją. Że Ukraina – choć korzysta – więcej daje, niż bierze, zatem może sobie pozwolić na brak subtelności. Los ukraińskiej diaspory w Polsce – jej psychiczny komfort – również nie jest priorytetem dla władz w Kijowie. Warszawa zaś szuka balansu między resztkami solidarności z napadniętym krajem, presją sojuszników i własnym interesem bezpieczeństwa. Wszystko wskazuje więc na to, że Polska i Ukraina nadal będą współpracować. Tyle że coraz częściej nie dlatego, że będą chciały, lecz dlatego, że będą musiały. Przyjaźni z tego nie będzie…

Ten tekst, w rozszerzonej wersji, opublikowałem w portalu TVP.Info – oto link do oryginalnego materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. w tle jeden z przekazanych Ukrainie polskich MiG-ów-29. Symbol bliskich relacji obu krajów…/fot. SzG ZSU

Siekiery

We wrześniu 1939 roku rodzina mojej Babci została ewakuowana na wschód Rzeczpospolitej – na tereny ówczesnego województwa wołyńskiego. Po koszmarze ucieczki pociągiem ostrzeliwanym przez samoloty Luftwaffe, uchodźców ulokowano w jednej z wiosek. I tam nie dane im było zaznać spokoju. Po kilku dniach, nocą, musieli uciekać przed skrzykniętymi ad hoc ukraińskimi bandami, które upadek państwa polskiego sprowokował do rozliczeń z Lachami.

„Moi” nie zostali na Wołyniu – jeszcze jesienią 1939 roku wrócili do Torunia, na terytoria zajęte przez Niemców. Niewykluczone, że była to decyzja, która uratowała im życia (cała czwórka – pradziad, prababka, Babcia i jej brat – doczekali końca wojny). Rzeź wołyńska z lata 1943 roku nie była zatem ich osobistym doświadczeniem. Lecz traumatyczne przeżycia z 1939 roku sprawiły, że temat ukraińskich mordów na Polakach wracał w moim domu przy różnych okazjach.

Babcia nie pielęgnowała nienawiści. Nie chciała jej przekazywać – przynajmniej intencjonalnie. Lecz dzieląc się swoim strachem, sprawiła, że wyszedłem z domu wyposażony w pewien myślowy schemat. Odkąd pamiętam, słowo „Ukrainiec” przywodziło skojarzenie z siekierą. Wracały babcine opowieści, do których z czasem dołączyły historie wyczytane z książek i wysłuchane od innych świadków tamtych wydarzeń. Tym łatwiej, że przez wiele lat nie miałem z Ukraińcami żadnych kontaktów. Ukraina to był odległy ląd w posowieckim Mordorze, z którego mojemu krajowi szczęśliwie udało się wyrwać.

Zjeżyłem się, gdy latem 2005 roku spotkałem ukraińskich żołnierzy w Iraku. Byli sojusznikami, ale ja widziałem te przeklęte siekiery.

Kibicowałem Majdanowi w 2013 i 14 roku, ale morze ukraińskich flag – dobitny wyraz lokalnego etnosu – nie pozwalało tak do końca zidentyfikować się ze słusznym przecież protestem. Znów zaważyły siekiery.

Zdrętwiałem, gdy ukraiński żołnierz, ze słowem „brat” na ustach, objął mnie gdzieś na linii frontu pod Debalcewem. Była zima 2015 roku, Ukraina toczyła wojnę z rosyjskim najeźdźcą. Wrogim także nam, Polakom. Świadom tego, wciąż ciążyłem ku siekierom.

To siekiery – chyba bardziej niż przywiązanie do potrzeby zachowania dziennikarskiego obiektywizmu – napędzały moje oburzenie widokiem polskich reporterów, w geście solidarności owijających się ukraińskimi flagami.

Więc gdy wiosną 2016 roku na froncie pod Mariupolem zobaczyłem Ukraińców w pobliżu prawdziwych siekier, nie mogłem się powstrzymać. Zwolniłem migawkę, rejestrując swoje uprzedzenia. Załączam je jako ilustrację do tego postu.

Tak, uprzedzenia – bo w istocie o coś złego tutaj szło. O paskudne uproszczenie, które uwiodło mnie przed laty. Które sprawiło, że tak bardzo bałem się filmu „Wołyń”. Tego, że znów poczuję niemal fizyczną obecność siekier. I tak też się stało. Wyszedłem z seansu utwierdzony w przekonaniu, że Ukraińcy tak długo, jak stanowią etniczną wspólnotę genetycznie związaną ze sprawcami mordów, winni się czuć odpowiedzialni za Wołyń. Zawstydzeni, skruszeni i przepraszający – podobnie jak Niemcy w odniesieniu do Holocaustu i piekła II wojny światowej. Choć sytuacja na Wołyniu czarno-biała nie była, nie może być mowy o żadnym „symetrycznym dzieleniu winy”. Kat był jeden i ofiara jedna.

To rzecz dla mnie niedyskutowalna – ani wtedy, ani dziś. Tylko u licha, co dalej?

Prof. Maria Janion wspominała kiedyś o konieczności przemiany żałoby w empatię. Pisała szerzej – o całościowym stosunku do polskiej historii – lecz jej radę można wykorzystać i w tym kontekście. Empatia to między innymi zrozumienie, zrozummy zatem, skąd się bierze ukraińskie wyparcie wołyńskiej zbrodni, co decyduje o tym, że znienawidzony u nas Bandera w Ukrainie zyskuje status narodowego bohatera. Przecież większość Ukraińców nie ma pojęcia o wołyńskich wyczynach UPA, dla innych ważniejszy jest fakt, że formacja ta walczyła z sowietami. Część wierzy w radzieckie prowokacje, niektórych przekonuje argument o rzekomo masowej współpracy Polaków z Niemcami – przeciw Ukraińcom. Znamy skądś te schematy znoszenia odpowiedzialności, prawda? Dość przypomnieć sprawę Jedwabnego i histeryczne reakcje rodzimych „patriotów”.

Gdy zacząłem poznawać Ukraińców, łatwiej mi było przetwarzać żałobę (i wynikłe z niej uprzedzenia) w empatię, która z czasem zmieniła się w miłość. Zwłaszcza że widziałem ich w sytuacjach granicznych, na wojnie. I tak przepędziłem z głowy siekiery, co wcale nie oznacza „wyczyszczenia” pamięci. Wojna na wschodzie zmusiła nasze kraje do współpracy, a miliony Ukraińców pchnęła do Polski jako uchodźców. Nigdy po 1945 roku nie byliśmy tak blisko, stąd moja wiara, że gdy minie rosyjskie zagrożenie, porozmawiamy jak przyjaciele o wspólnej, tragicznej przeszłości. Ostatecznie więcej nas łączy, niż dzieli – i żaden moskiewski satrapa, któremu ta przyjaźń tak bardzo wadzi, nie będzie nam się wpierdalał między wódkę a zakąskę.

Postaw mi kawę na buycoffee.to