Brunatni?

„Polacy. Oni tylko małe dziewczynki bić potrafią…”, usłyszałem i wnet się we mnie zagotowało. Ale szybko się opanowałem i jak to ja, nie dałem po sobie znać, że poczułem się dotknięty. Ba, że w ogóle zrozumiałem wypowiedziane słowa.

Działo się to w 2015 roku, w Dniepropietrowsku, w domu wolontariuszki organizacji humanitarnej. Iryna zaprosiła mnie i pracującego ze mną fotoreportera na obiad. Nasza dwójka miała wieczorem jechać do Kramatorska, stamtąd na front. „Zjecie przed wyjazdem obiad, szybko coś przygotuję”, orzekła Ukrainka i tak wylądowaliśmy w jej progach. Wizyta cudzoziemskich gości zaskoczyła mamę Iryny. I chyba nie była jej na rękę – przynajmniej na początku. To właśnie wtedy – wyszeptane mimo uśmiechu na ustach adresowanego do gości – padły zacytowane słowa. Iryna syknęła na matkę, ja zmilczałem, mój kompan nie miał pojęcia, co się wydarzyło. I jakoś nam to popołudnie zleciało.

Ale opuszczając dom Iryny zapytałem gospodynię, o co chodziło jej matce. Wzruszyła ramionami, przeprosiła. Kilka dni później wysłała mi taką mniej więcej wiadomość: „Mama, jako dziecko, była na międzynarodowym zlocie skautów. Tam jakiś starszy chłopiec, z Polski, chciał zabrać jej gitarę i ją uderzył”. „Przykra sprawa”, odparłem, zapewniając, że nie żywię urazy.

I rzeczywiście nie żywiłem, choć dobrze pamiętałem, do dziś pamiętam, fizyczną reakcję organizmu, gdy usłyszałem to obrzydliwe uogólnienie.

Dlaczego o tym wspominam? Ano nie chciałbym, by czyjeś traumy, osobiste urazy będące efektem jednostkowych doświadczeń, stały się powodem krzywdzących uogólnień. Nie chciałbym, dlatego autentycznie wkurwia mnie pieśń naczelnych komentatorów i moralizatorów, zgodnym chórem orzekających, że „Polska brunatnieje”. Ma tę opinię uzasadniać wysyp incydentów, w których miejscowi – gamonie z polskim paszportem – biją obcych, głównie Ukraińców. Biją za obcość – akcent, wygląd, język – co oczywiście podpada pod obrzydliwe faszystowskie motywacje, tylko u licha, ilu tych skurwysynów jest?

Miażdżąca większość Polaków w żaden sposób się z nimi nie utożsamia (i proszę nie mylić większości z populacją internetowych aktywistów i botów), we mnie rodzą odruch odrazy. Zwłaszcza tępe dzidy atakujące trzech na jednego czy bijące kobietę. Miażdżąca większość Polaków nie brunatnieje, ja, jeśli zmieniam kolor, to na siwy, bo nieuchronnie się starzeję. Występki ekstremistów nie są, i nie mogą być, dowodem powszechnej i głębokiej zmiany. Takie ich przedstawianie jest krzywdzącym uogólnieniem.

Zresztą – patrząc w kontekście relacji polsko-ukraińskich – większym niepokojem napawa mnie to, co dzieje się w Ukrainie, nie w Polsce. To siły zbrojnie Ukrainy, nie wojsko polskie, dramatycznie skręcają w stronę prawicowego ekstremizmu. Ruch azowski – niegdyś marginalny – dziś staje się ideologiczną podwaliną armii, z całym tym neonazistowskim syfem. To w Ukrainie, nie w Polsce, są i będą setki tysięcy nawykłych do przemocy, sfrustrowanych weteranów, podatnych na populistyczne hasła, nawołujące do wszelkiej maści porachunków. Tu w Polsce jesteśmy niczym barany w obliczu żyjących w sąsiedztwie wilków.

Ale to temat na oddzielny wpis, na gruncie tego idzie o to, byśmy my, Polacy, nie padli ofiarą wspomnianych uogólnień. By świat nie mówił o nas, że bijemy obcych – bo jako wspólnota nie bijemy. Lecz by było to oczywiste, w tenże świat musi popłynąć jasny sygnał: skurwieli odpowiedzialnych za ekscesy dopada sprawiedliwość. Fakt, iż po wrocławskim incydencie policja raz-dwa ujęła bandytów, jest dobrym przykładem takiego działania. By je dopełnić, trzeba nam jeszcze jednoznacznych deklaracji polityków, potępiających wszelkie przejawy rasistowskiej i nacjonalistycznej agresji. Dla wszystkich na zewnątrz musi być jasne, że Polska mówi „nie!” tego rodzaju przemocy. Inaczej otwiera się pole do tego, by mówili o nas, że tylko małe dziewczynki bić potrafimy…

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Doświadczenie

W całej politycznej awanturze o przekazanie Ukrainie pocisków do wyrzutni Patriot wielu z nas umyka jeden niezwykle istotny fakt. Dziś to właśnie Ukraina jest światowym laboratorium wykorzystania tego systemu obrony przeciwlotniczej. Żadne inne państwo nie używa Patriotów z taką intensywnością, przeciwko tak wymagającemu przeciwnikowi i w tak zmiennych warunkach pola walki. Każdy kolejny rosyjski atak to dla ukraińskich żołnierzy nie tylko walka o życie własnych obywateli, lecz także kolejne doświadczenia, które zmieniają sposób wykorzystania broni przeciwlotnicznej. Doświadczenia, z których – wcześniej czy później – skorzystają wszyscy użytkownicy Patriotów, również Polska.

Patriot nie jest systemem nowym. Od ponad czterech dekad pozostaje podstawą obrony przeciwlotniczej Stanów Zjednoczonych i wielu państw sojuszniczych. Nigdy wcześniej nie był jednak wykorzystywany w wojnie o takiej skali i intensywności. Od wiosny 2023 roku ukraińskie baterie regularnie odpierają zmasowane ataki z użyciem pocisków balistycznych Iskander-M, rakiet aerobalistycznych Kindżał oraz pocisków manewrujących Ch-101, Kalibr i Iskander-K. Rosjanie nieustannie modyfikują taktykę, zwiększają liczbę jednocześnie odpalanych środków napadu powietrznego, stosują wabiki i próbują przeciążyć ukraińską obronę. Ukraińcy odpowiadają tym samym – ciągłym doskonaleniem procedur, zmianami sposobu rozmieszczania baterii i coraz bardziej oszczędnym gospodarowaniem niezwykle cenną amunicją.

Są w tym niedościgłymi mistrzami, co przez kontrast najlepiej pokazały wydarzenia sprzed kilku miesięcy na Bliskim Wschodzie. Podczas wojny z Iranem amerykańskie baterie Patriot prowadziły niezwykle intensywne działania, odpierając kolejne fale ataków rakietowo-dronowych. Według szacunków w ciągu kilku tygodni zużyto ponad 800 pocisków przechwytujących, których wartość liczona była w miliardach dolarów. Te 800 sztuk to równowartość rocznej produkcji i co najmniej jedna czwarta amerykańskich zapasów. Odpowiednik tego, co do tej pory – przez ponad trzy lata – dostała z Zachodu Ukraina. Trzy lata odpierania ataków lotniczej i rakietowej potęgi versus kilka tygodni walki z bieda-przeciwnikiem; to z takim zestawieniem mamy tu do czynienia. Oczywiście, Ukraina poniosła wiele spektakularny porażek, tracąc na skutek ataków powietrznych np. istotną część infrastruktury energetycznej, niemniej – jako państwo – zachowała zdolność do dalszego prowadzenia operacji obronnej. Tymczasem drastyczne zużycie amunicji OPL przez siły zbrojne USA i sojuszników stało się jednym z czynników, które zmusiły Donalda Trumpa do zaniechania działań zbrojnych wymierzonych w Iran.

Ten konflikt uświadomił wojskowym coś, o czym wcześniej mówiono głównie w analizach – nawet najbogatsza armia świata nie dysponuje nieograniczonymi zapasami amunicji do systemów obrony powietrznej. Produkcja nowoczesnych interceptorów pozostaje kosztowna i czasochłonna, a w warunkach długotrwałego konfliktu tempo ich zużycia może przewyższać możliwości przemysłu.

W takich realiach kluczowego znaczenia nabiera nie tylko liczba posiadanych rakiet, ale także sposób ich wykorzystywania. Każdy pocisk wystrzelony niepotrzebnie oznacza stratę zasobu, którego szybko nie da się odtworzyć. Ukraińcy zrozumieli to szybciej niż ktokolwiek inny. Wiedzą, że nie mogą pozwolić sobie na luksus prowadzenia ognia według najbardziej zachowawczych procedur. Muszą szukać rozwiązań pozwalających osiągnąć ten sam efekt przy mniejszym zużyciu amunicji, stale modyfikować taktykę i wyciągać wnioski z każdej rosyjskiej salwy. W efekcie zdobywają doświadczenie, którego nie da się odtworzyć na żadnym poligonie ani podczas ćwiczeń.

Nie oznacza to oczywiście, że Ukraińcy odkryli jakiś „tajny sposób” na wykorzystanie Patriotów. Oznacza natomiast, że każdego dnia uczą się używać tego systemu skuteczniej. Analizują skuteczność przechwyceń, zachowanie rosyjskich pocisków, wpływ zakłóceń radioelektronicznych, optymalne rozmieszczenie wyrzutni czy współpracę Patriotów z innymi elementami obrony powietrznej. Taka wiedza nie pozostaje wyłącznie w Ukrainie. Trafia do producentów, instruktorów, ośrodków szkoleniowych i armii wszystkich państw korzystających z tego systemu. Także do Polski, która dopiero buduje własne kompetencje związane z eksploatacją Patriotów. Trzeba „tylko” z niej skorzystać (co Amerykanom przyszło po niewczasie…).

Dlatego dyskusja o przekazaniu Ukrainie kilku czy kilkunastu pocisków Patriot nie powinna sprowadzać się wyłącznie do prostego rachunku strat i zysków. Oczywiście, każda rakieta ma swoją wartość, a obowiązkiem polskich władz jest przede wszystkim dbanie o bezpieczeństwo własnego państwa. Ale bezpieczeństwo nie zależy wyłącznie od liczby interceptorów zgromadzonych w magazynach. Równie ważne są wiedza, doświadczenie i umiejętność wykorzystania ich w najbardziej efektywny sposób. Bo nawet największe zapasy kiedyś się skończą, a podaż zawsze będzie ograniczona. Doświadczenie zaś pozostanie.

Jeśli za kilka lat podobnego zagrożenia doświadczy Polska, nasi żołnierze będą korzystać nie tylko z efektów własnego szkolenia, lecz także z doświadczeń zdobytych przez ukraińskie załogi. W tym sensie wsparcie Ukrainy nie jest wyłącznie pomocą udzielaną sojusznikowi. Jest również inwestycją we własne bezpieczeństwo.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Niemieckie Patrioty w Rumunii/fot. Bundeswehr

(Nie)przyjaźń?

Spór wokół nadania jednej z ukraińskich jednostek specjalnych nazwy nawiązującej do UPA wywołał po obu stronach granicy lawinę emocji. Nie należy jednak oczekiwać, że jego efektem będzie gwałtowne załamanie relacji polsko-ukraińskich, zamknięcie szlaków tranzytowych czy wstrzymanie współpracy wojskowej. Polska i Ukraina pozostają dziś zbyt silnie związane wspólnymi interesami bezpieczeństwa, by jeden kryzys mógł zakończyć to partnerstwo. Ale cała sprawa nie pozostanie bez konsekwencji. Jej najbardziej prawdopodobnym skutkiem będzie dalsza erozja wzajemnego zaufania i życzliwości.

„Zamknąć lotnisko w Jasionce!” – apelują zwolennicy twardej rozprawy z Ukrainą. Jeszcze inni oczekują, że Polska w ogóle wycofa się z roli hubu logistycznego dla walczącego z rosją sąsiada.

Mniejsza o adekwatność takich działań, dość zauważyć, że polska podmiotowość w tej kwestii jest ograniczona. Owszem, infrastruktura znajduje się na naszym terytorium, ale jej funkcjonowanie od dawna wykracza poza relacje Warszawy z Kijowem. Próba wykorzystania jej jako narzędzia nacisku zostałaby źle odczytana nie tylko przez Ukraińców, lecz także w stolicach państw, które współtworzą system wsparcia dla Ukrainy. Te kraje to nasi sojusznicy z NATO, współgwaranci bezpieczeństwa Rzeczpospolitej.

A więc owszem, uderzylibyśmy w Ukrainę, ale również w reputację Polski jako przewidywalnego i wiarygodnego sojusznika, fundując sobie poważny kryzys w relacjach z najważniejszymi partnerami. Podoba nam się to czy nie, tak długo jak Waszyngton, Paryż, Londyn czy Berlin chcą zachowania ukraińskiej państwowości, tak długo będzie to również nasz imperatyw.

I już choćby dlatego scenariusz zakładający zamknięcie tranzytu uzbrojenia należy traktować bardziej jako element publicystycznej retoryki niż realną opcję polityczną.

(…)

Co nie znaczy, że działania antagonizujące Polskę i Ukrainę pozostaną bez skutków w obszarze obronności. W miarę jak sympatię będzie zastępował cynizm, pojawi się też coraz więcej nieufności wobec „taktycznego sojusznika”. W skrajnym przypadku może dojść do tego, że traktowanie ukraińskiej armii jako straszaka na rosję nie stanie w sprzeczności z tworzeniem planów operacyjnych zakładających ukraińską woltę. Dziś skupiamy się na budowaniu instalacji obronnych w ramach Tarczy Wschód na naszej północnej i północno-wschodniej granicy – z Królewcem i Białorusią. Jednym z możliwych efektów pogarszających się relacji z Kijowem byłaby rozbudowa Tarczy także na odcinku południowo-wschodnim – a więc kolejne duże wydatki. Tym większe, im bardziej rozkręci się spirala wzajemnej nieufności, co w finalnym ujęciu może przekształcić się w powszechnie odczuwaną w Polsce potrzebę budowy armii „na dwa zagrożenia ze wschodu” – rosyjskie i ukraińskie.

—–

Rosnący deficyt zaufania i życzliwości będzie dotyczył również relacji międzyludzkich – co w sytuacji, w której przebywa u nas około 1,5 mln obywateli Ukrainy urasta do rangi poważnego wyzwania dla państwa.

Nadal nie należy spodziewać się gwałtownego wybuchu otwartej wrogości, ale definitywnego końca okresu „taryfy ulgowej” już owszem. W pierwszych miesiącach wojny Polacy postrzegali Ukraińców przede wszystkim jako ofiary rosyjskiej agresji. Dziś coraz częściej patrzą na nich jak na dużą społeczność cudzoziemców, która na stałe wpisała się w polski krajobraz społeczny. To zaś nieuchronnie rodzi oczekiwania – tym większe, im bardziej pogarszają się relacje międzypaństwowe. Znajomość języka polskiego, respektowanie lokalnych norm społecznych, uczestnictwo w życiu publicznym czy identyfikacja z państwem, które udzieliło schronienia, są i będą coraz częściej traktowane nie jako mile widziane gesty, lecz jako obowiązek i – przede wszystkim – dowód lojalności. Innymi słowy, społeczna presja na polonizację przynajmniej części ukraińskiej diaspory będzie tylko rosła, skokowo, gdy pojawią się kolejne kryzysy.

Tyle że proces ten może wywołać reakcję odwrotną od zamierzonej. Ukraińcy przybyli do Polski nie jako klasyczni migranci ekonomiczni, lecz jako przedstawiciele narodu toczącego wojnę o przetrwanie. Wielu z nich traktuje swoją obecność nad Wisłą jako stan przejściowy, a własną tożsamość narodową jako wartość, której należy szczególnie strzec. W takich warunkach każda próba wywierania presji kulturowej czy politycznej może prowadzić do zamykania się części społeczności ukraińskiej we własnym kręgu, wzrostu znaczenia organizacji etnicznych oraz coraz silniejszego eksponowania narodowych symboli i narracji historycznych.

Paradoksalnie więc kolejne kryzysy mogą jednocześnie wzmacniać po polskiej stronie oczekiwanie większej integracji, a po ukraińskiej potrzebę zachowania odrębności. A to gotowy przepis na narastanie wzajemnych pretensji.

(…)

—–

A w tym wszystkim jest jeszcze trzeci aktor, który od początku wojny konsekwentnie pracuje na rzecz pogorszenia relacji polsko-ukraińskich. Dla rosyjskich służb obecność w Polsce ogromnej społeczności ukraińskiej stanowi wręcz wymarzone środowisko operacyjne. Mowa nie tylko o fizycznym zapleczu do szerzenia dezinformacji czy podsycania sporów historycznych. W ostatnich latach obserwowaliśmy również próby werbowania agentury, organizowania aktów sabotażu, prowadzenia rozpoznania infrastruktury krytycznej z udziałem obywateli Ukrainy. Każdy kolejny kryzys polityczny, każda awantura wokół historii i każdy wzrost wzajemnej nieufności zwiększają pole manewru dla takich operacji. Z obu stron bowiem – ukraińskiej i polskiej – pojawią się rozczarowani, zirytowani, gotowi dokopać tym drugim. Wystarczy, by rosja ich zagospodarowała.

Tak powstaje mechanizm samonapędzający: pogarszające się relacje społeczne ułatwiają rosyjskie działania hybrydowe, a skuteczne działania hybrydowe prowadzą do dalszego pogarszania relacji społecznych. W dłuższej perspektywie właśnie to może okazać się jednym z najgroźniejszych skutków obecnej erozji zaufania – nie dlatego, że Polacy i Ukraińcy staną się prawdziwymi wrogami, lecz dlatego, że tak się będą postrzegać.

I chyba nie ma tu miejsca na pozytywną puentę. Kijów nie traktuje relacji z Warszawą jako absolutnie priorytetowych. Nad Dnieprem panuje wręcz przekonanie, że Polska jest petentem Ukrainy, która broni Rzeczpospolitej przed rosją. Że Ukraina – choć korzysta – więcej daje, niż bierze, zatem może sobie pozwolić na brak subtelności. Los ukraińskiej diaspory w Polsce – jej psychiczny komfort – również nie jest priorytetem dla władz w Kijowie. Warszawa zaś szuka balansu między resztkami solidarności z napadniętym krajem, presją sojuszników i własnym interesem bezpieczeństwa. Wszystko wskazuje więc na to, że Polska i Ukraina nadal będą współpracować. Tyle że coraz częściej nie dlatego, że będą chciały, lecz dlatego, że będą musiały. Przyjaźni z tego nie będzie…

Ten tekst, w rozszerzonej wersji, opublikowałem w portalu TVP.Info – oto link do oryginalnego materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. w tle jeden z przekazanych Ukrainie polskich MiG-ów-29. Symbol bliskich relacji obu krajów…/fot. SzG ZSU

Laboratorium

Z Piotrem Łukasiewiczem, chargé d’affaires RP w Ukrainie, rozmawiam o wojennej adaptacji Ukraińców, o wnioskach dla Polski oraz o przyszłości rosj. Cały wywiad ukazał się w najnowszym numerze „Polski Zbrojnej”, oto jego fragmenty.

(…) Zgodzi się Pan z tezą, że łączy nas – Polskę i Ukrainę – coś, co można określić mianem „niepodzielności bezpieczeństwa”?

Przyznam, że unikam słowa „niepodzielność”, bo kojarzy mi się z rosyjskim wytrychem propagandowym. Dla nich „niepodzielne bezpieczeństwo” było pretekstem do najechania sąsiada, stąd moje uprzedzenia. Ale wracając do sedna, rzecz rozgrywa się na dwóch poziomach. Na pierwszym, najbardziej oczywistym, jest groźba obecności wojsk rosyjskich przy polsko-ukraińskiej granicy. To pogorszyłoby naszą sytuację strategiczną, wszak mamy już rosjan na granicy z Obwodem Królewieckim i z Białorusią. Zatem wydłużyłaby nam się linia obrony, a na etapie działań poniżej progu wojny rosjanie zyskaliby szersze zaplecze do prowadzenia operacji dywersyjnych.

Drugi poziom jest mniej namacalny. Obserwując rosyjską propagandę i oficjalne przekazy, widać tam narastającą frustrację i chęć zemsty. Pełnoskalowa wojna trwa już cztery lata, dłużej niż tzw. wielka wojna ojczyźniana. rosja obwinia za to Zachód, a w szczególności Polskę. Im gorzej rosji idzie wojna z Ukrainą, tym silniejszy staje się rosyjski rewanżyzm. Gdyby Ukraina znalazła się w rosyjskich rękach, otworzyłoby to najgorsze możliwe scenariusze dla Polski oraz państw bałtyckich. Ten poziom zagrożenia – mentalny, ideologiczny, rewanżystowski – uważam za szczególnie niebezpieczny.

Możliwość realizacji tego najbardziej negatywnego scenariusza zależy od tego, jak potoczy się wojna. Jak Pan ocenia obecną sytuację?

Nie uważam, by teraz miał nastąpić jakiś przełom. rosjanie przez dwanaście lat nie potrafili zdobyć całego Donbasu – regionu, na którym rzekomo najbardziej im zależy. Oczywiście wiemy, że rosja zdobywa kolejne miejscowości, posuwa się w pewnym tempie do przodu, ale nie widać oznak gwałtownego załamania frontu. Nie ma sytuacji, w której rosjanie mogliby przeprowadzić klasyczny manewr operacyjny, wedrzeć się w ugrupowanie przeciwnika, wyjść na skrzydła i doprowadzić do jego rozpadu. Lecz nie powinno nas to uspokajać. Nie możemy powiedzieć: „Ukraińcy się bronią, więc możemy zmniejszyć zainteresowanie tą wojną”. Wsparcie musi trwać, bo obrona Ukrainy jest w dużej mierze uzależniona od pomocy zewnętrznej.

Jakie powinny być priorytety Polski w pomocy wojskowej dla Ukrainy?

Jak mówił Napoleon, do prowadzenia wojny potrzebne są trzy rzeczy: pieniądze, pieniądze i pieniądze. Ukraina potrzebuje środków, by kupować i produkować drony, rakiety dalekiego zasięgu, amunicję artyleryjską, systemy uzbrojenia. Dlatego tak istotne jest wsparcie finansowe realizowane przez Unię Europejską i państwa europejskie.

Mówimy o wojnie pełnoskalowej. W pierwszych dwóch latach dominowało wsparcie ilościowe w takich obszarach, jak sprzęt, amunicja, paliwa. Polska była jednym z liderów tej pomocy. Od 2024 roku charakter wsparcia się zmienia. Nie chodzi już wyłącznie o ilości przekazywanego sprzętu – poza wybranymi kategoriami, jak obrona przeciwlotnicza czy lotnictwo – ale o budowanie zdolności państwa ukraińskiego, jego przemysłu obronnego. I tu otwiera się możliwości bliższej współpracy przemysłów zbrojeniowych, relokacji produkcji na bezpieczniejsze tereny. Polska może – i moim zdaniem będzie – odgrywać tu bardzo ważną rolę. Jednym z moich osobistych wyzwań przez ostatnie półtora roku było zrozumienie, co, gdzie i jak Ukraińcy produkują, w jakich warunkach, i w jakim obszarze można zaproponować polskiemu przemysłowi zbrojeniowemu współprodukcję lub relokację części produkcji do Polski.

Czy mówimy tu o planach, czy o procesach, które już się dzieją?

Mówimy o procesach, które już trwają – przy wykorzystaniu funduszy europejskich i środków krajowych.

Czy możemy wskazać konkretne przedsięwzięcia?

Proszę wybaczyć, ale zrobię teraz tajemniczą minę… Powiem ogólnie: mówimy o mechanizmach, które już funkcjonują. Choćby o programach wsparcia produkcji, kredytach udzielanych Ukrainie na zakupy sprzętu czy mechanizmach dotyczących współprodukcji uzbrojenia na potrzeby obu państw. W szerszej perspektywie Polska i Ukraina mają wspólną przyszłość strategiczną. To są dwie największe armie w tej części Europy, dwa puklerze kontynentu. Jeśli będą działać razem, przyniesie to znacznie silniejszy efekt. Aby tak się stało, potrzebne są nam trwałe kotwice strategiczne – a przemysł zbrojeniowy jest jedną z nich.

Nawet jeśli wojna zakończy się za miesiąc, pół roku czy rok, Ukraina nie przestanie się zbroić przez kolejną dekadę. Odbudowa Ukrainy będzie ściśle powiązana z jej bezpieczeństwem. Polska i Ukraina mają tu zbieżne interesy i warto już dziś budować te powiązania.

Podczas II wojny światowej odpowiedzią Niemiec na alianckie bombardowania była m.in. decentralizacja i zejście produkcji pod ziemię. Czy w przypadku Ukrainy możemy mówić o podobnej sytuacji?

Dosłownie tak – ukraiński przemysł zbrojeniowy w ogromnej mierze już funkcjonuje pod ziemią: w podziemiach, na parkingach, w opuszczonych fabrykach, w miejscach, których nikt nie podejrzewa o działalność produkcyjną. Chodzi o bezpieczeństwo. Ale ja wolę mówić o modelach działania, a nie tylko o fizycznym zabezpieczeniu produkcji. Kluczowa jest transformacja ukraińskiego przemysłu zbrojeniowego. Jeszcze kilka lat temu był on w 80–90% państwowy. W ciągu kilku lat, zwłaszcza po rozpoczęciu pełnoskalowej wojny, doszło do sytuacji, w której około 60% tego przemysłu jest prywatne i działa według wojennych reguł rynkowych: produkujesz dobrze – sprzedajesz. Ten model, nie waham się powiedzieć, uratował Ukrainę. Innowacyjność, elastyczność, obniżanie kosztów – to wszystko sprawiło, że produkcja prywatna weszła w symbiozę z ciężkim przemysłem państwowym. Gdy obserwuje się wytwarzanie systemów artyleryjskich, widać wyraźnie, które elementy robi sektor państwowy, a które prywatny. Ten elastyczny model produkcji zbrojeniowej jest moim zdaniem wzorcowy – także dla Polski.

Ta innowacyjność Ukrainy została wymuszona przez niedobory.

Zgadza się. Przypomnijmy sobie pierwsze dwa lata pełnoskalowej wojny: wciąż mówiło się o walce artyleryjskiej. Ale to już przeszłość. Przejście na technologie dronowe było odpowiedzią Ukrainy, a później i rosji na braki klasycznego uzbrojenia. Nie twierdzę, że dokładnie ten sam model wojny odtworzy się w ewentualnym konflikcie rosji z państwami NATO, w tym z Polską. Nie jestem o tym przekonany. Ale widzę, że tu i teraz, w Ukrainie, ten model działa. Pełnoskalowa wojna trwa już cztery lata. Obie armie utraciły impet uderzenia konwencjonalnego, dziś bazują z jednej strony na żołnierskich masach, z drugiej właśnie na innowacjach technologicznych. Trzeba to obserwować, wyciągać wnioski i dostosowywać je do własnych warunków – nie kopiować jeden do jednego.

Jak Pana zdaniem ta wojna się skończy?

Kiedyś się skończy – ale nie jestem prorokiem i nie chcę nim być. A jak? Wierzę, że Ukraina tę wojnę wygra, i temu podporządkowuję swoje działania. Zwycięstwo rozumiem jako zachowanie państwa: suwerennego, demokratycznego, niepodległego, na drodze do Unii Europejskiej.

Jak realna jest perspektywa członkostwa Ukrainy w UE?

Wszystko wskazuje na to, że Ukraina zmierza ku solidnemu członkostwu. Nie chcę operować konkretnymi datami, ale początek lat trzydziestych wydaje się realny. Oczywiście okresy przejściowe będą przedmiotem negocjacji.

A NATO? Czy ta perspektywa jest już przegrana?

Polski dyplomata będzie ostatnim, który powie, że Ukraina nie wejdzie do NATO. Naszym interesem jest Ukraina silna – ekonomicznie i militarnie – jako sojusznik, a w przyszłości być może członek Sojuszu. Nie wiemy, jak NATO będzie wyglądało za pięć czy dziesięć lat. Ale musimy mieć pewność, że Ukraina pozostanie naszym sojusznikiem – wojskowym, politycznym, społecznym.

A rosja, co zyskała, a co straciła, wikłając się w tę wojnę? Odpowiedź na to pytanie, i kilka kolejnych, znajdziecie w dalszej części wywiadu. Jak  pisałem, ukazał się on w miesięczniku „Polska Zbrojna” – magazyn jest już w sprzedaży. Dostępna jest także wersja cyfrowa lutowego numeru – znajdziecie ją pod tym linkiem – a w niej trzy inne moje teksty, w tym materiał „Państwo pod ostrzałem”, w którym szerzej opisuję, w jaki sposób Ukraina radzi sobie z rosyjską presją i jakie stąd płyną wnioski dla Polski. Zapraszam do lektury!

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Zniszczony rosyjski czołg w okolicach miasta Izjum, zima 2023 roku/fot. własne

Wina

Wyczyny Donalda Trumpa wywołują w nas mocne emocjonalne reakcje. Chodzi przecież o głowę państwa pozostającego jedynym supermocarstwem, dla nas, Polaków, istotnego gwaranta bezpieczeństwa tej części Europy. Tak rodzi się zapotrzebowanie na wszelkiej maści tłumaczenia o co Trumpowi chodzi, jakie przyświecają mu intencje.

Egzegezy bywają różne – od poważnych, po humorystyczne. Niektóre, siląc się na realizm, wpadają wręcz w opary absurdu, w czym celują zwłaszcza nadwiślańscy miłośnicy trumpizmu. Poświęćmy im odrobinę uwagi.

No więc czym Ukraina i osobiście prezydent Wołodymyr Zełenski zasłużyli na połajanki Trumpa?

Wśród lokalnych trumpistów popularna jest teza, że to wina samej Ukrainy, która „odwróciła się od Stanów, wybierając Niemcy jako nadrzędnego sojusznika”. Zatem nowy-stary prezydent USA „nie chciał, ale musiał”, zwłaszcza że uważnie wsłuchuje się w głosy wyborców, którzy los Ukraińców mają głęboko w d… (co akurat jest prawdą, niestety). Brzmi to lepiej niż przyznanie, że lidera wielkiego sojusznika motywuje do działania jego własny egotyzm, osobista niechęć do Zełenskiego, koszmarna niewiedza i rażąca niekompetencja, której przejawem jest postrzeganie polityki jako odmiany działalności biznesowej.

No ale przyjrzyjmy się tej „(nie)ukrytej opcji niemieckiej”. Celowo sięgam po narzędzie narracyjne używane w polsko-polskiej napierdalance, gdyż mamy tu do czynienia z pewną kontynuacją.

Gdy latem 2023 roku w Polsce rozkręcała się kampania wyborcza, języczkiem u wagi stali się wyborcy prawicowi, antyukraińscy, potencjalny elektorat konfederacji. By przekonać ich do siebie, rządzący PiS zmienił retorykę na ukraińskosceptyczną. Jeszcze raz podkreślę – był to zwrot narracyjny, szkodliwy, bo wpływający na postawy Polaków. Tym niemniej w obszarze realnych działań, poza skandalicznym przyzwoleniem na bezhołowie blokujących granicę rolników, nie wydarzyło się nic dramatycznego. Nie wykolejono dotychczasowej polityki – Polska nadal Ukrainę wspierała, wciąż pozostając newralgicznym hubem logistycznym.

Lecz zmiana opowieści o polsko-ukraińskich relacjach – przejście od „miłości” do „mocno szorstkiej przyjaźni” – była na tyle drastyczna, że wymagała wytłumaczenia. Spin-doktorzy sięgnęli po wypróbowany, niemiecki argument, wzbogacając go o warstwę emocjonalną. To wtedy zaczął się wysyp komentarzy o „ukraińskiej niewdzięczności”, o tym, że Kijów „woli Berlin niż Warszawę”, że Zełenski częściej rozmawia z Scholtzem niż Dudą, itp., itd.

Łatwo było używać takich argumentów także z obiektywnych powodów – ukraińska dyplomacja rzeczywiście bardziej koncentrowała się na relacjach z większymi od Rzeczypospolitej partnerami, niekiedy dawał o sobie znać jej sowiecki sznyt i Polskę zwyczajnie urażano. Lecz co do zasady, Kijów grał na wielu fortepianach, wszak tego wymagała dramatyczna sytuacja walczącej o życie Ukrainy.

Fakt, iż więcej uwagi poświęcano tym, którzy mogą więcej, nie powinien był nikogo oburzać. Wojskowe wsparcie Polski odegrało kluczową rolę w początkowej fazie pełnoskalowej wojny (choć moim zdaniem istotniejszy był impuls, jaki wyszedł z Warszawy do pozostałych sojuszników, nakłaniający ich do pomocy dla Kijowa), później jednak pałeczkę przejęli inni. Zwłaszcza Niemcy; dość stwierdzić, że to Berlin przekazał ukraińskiej armii połowę z posiadanych przez nią zachodnich systemów OPL.

Opowieść o „zdradzie z Niemcami” była głupia wtedy, równie głupie jest sięganie po nią dziś. Zwłaszcza gdy wiemy już, że na przełomie lat 2023-2024, na niemal pół roku, Stany Zjednoczone Ukrainę porzuciły. Nieruchawy Joe Biden miał w tym swój udział, ale zasadniczo był to efekt działań Trumpa i jego zidiociałych „szabel” w Kongresie – podkreślmy dla porządku. Skutkiem wstrzymania amerykańskiej pomocy był m.in. kryzys amunicyjny ukraińskiej armii, co musiało i miało przełożenie na działania polityczne i dyplomatyczne Kijowa. Ten z jeszcze większą uwagą zwrócił się ku Europie – owszem i Niemcom, wszak to największa gospodarka na kontynencie – ale także ku Czechom, których inicjatywa zakończyła amunicyjny głód ZSU.

Powrót Stanów do gry, wiosną 2024 roku, przywitano nad Dnieprem z ostrożnym optymizmem, przy świadomości, że „Ameryka to kapryśna dama”. Jednak ani wcześniej – choć poczucie porzucenia przez USA było wśród Ukraińców powszechne – ani później nikt nie myślał o tym, żeby się na Stany obrażać i kazać im iść w cholerę. W Ukrainie mieli i mają świadomość tego, o czym pisałem – konieczności gry na wielu fortepianach. Muzyka z tego amerykańskiego robi największe wrażenie, ale jeśli go zabraknie, są jeszcze inne instrumenty. Muszą być, wszak to gra o życie, a nie koncert życzeń.

A, i jeszcze jedna uwaga. Czyż nie jest intencją Trumpa, by Europa w większym stopniu zadbała o samą siebie? Ja po prawdzie już nie wiem, czy Trump tego chce (i czego chce, poza tym, by było o nim głośno), ale tak działania swego guru tłumaczy jego intelektualne zaplecze. No więc jeśli Europa ma „się ogarnąć”, to znaczy że i Niemcy winny wziąć więcej odpowiedzialności za los Ukrainy. A skoro tak, to ukraiński zwrot ku Niemcom byłby działaniem i oczywistym, i pożądanym. W tym ujęciu „odkładanie rąk” przez USA od Ukrainy, bo „wybrała Niemca”, jest jak karanie za przechodzenie na zielonym świetle. Naprawdę, polo-trumpiści, klei Wam się to we łbach…?

—–

Szanowni, jak wielokrotnie podkreślam, moje publicystyczne i reporterskie zaangażowanie w konflikt na Wschodzie w istotnej mierze możliwe jest dzięki Wam i Waszemu wsparciu. Pomożecie w dalszym tworzeniu kolejnych treści?

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

To dzięki Wam powstają także moje książki!

A skoro o nich mowa…w sklepie na Patronite pojawiły się kolejne książki – powieści, które napisałem i wydałem „w czasach afgańskich”, reportaż z tamtego okresu oraz książka political/war fiction, dziejąca się w realiach pandemii i rosyjskiej agresji militarnej na Polskę. Polecam lektury – by je nabyć, przejdźcie na stronę pod tym linkiem.