Laboratorium

Z Piotrem Łukasiewiczem, chargé d’affaires RP w Ukrainie, rozmawiam o wojennej adaptacji Ukraińców, o wnioskach dla Polski oraz o przyszłości rosj. Cały wywiad ukazał się w najnowszym numerze „Polski Zbrojnej”, oto jego fragmenty.

(…) Zgodzi się Pan z tezą, że łączy nas – Polskę i Ukrainę – coś, co można określić mianem „niepodzielności bezpieczeństwa”?

Przyznam, że unikam słowa „niepodzielność”, bo kojarzy mi się z rosyjskim wytrychem propagandowym. Dla nich „niepodzielne bezpieczeństwo” było pretekstem do najechania sąsiada, stąd moje uprzedzenia. Ale wracając do sedna, rzecz rozgrywa się na dwóch poziomach. Na pierwszym, najbardziej oczywistym, jest groźba obecności wojsk rosyjskich przy polsko-ukraińskiej granicy. To pogorszyłoby naszą sytuację strategiczną, wszak mamy już rosjan na granicy z Obwodem Królewieckim i z Białorusią. Zatem wydłużyłaby nam się linia obrony, a na etapie działań poniżej progu wojny rosjanie zyskaliby szersze zaplecze do prowadzenia operacji dywersyjnych.

Drugi poziom jest mniej namacalny. Obserwując rosyjską propagandę i oficjalne przekazy, widać tam narastającą frustrację i chęć zemsty. Pełnoskalowa wojna trwa już cztery lata, dłużej niż tzw. wielka wojna ojczyźniana. rosja obwinia za to Zachód, a w szczególności Polskę. Im gorzej rosji idzie wojna z Ukrainą, tym silniejszy staje się rosyjski rewanżyzm. Gdyby Ukraina znalazła się w rosyjskich rękach, otworzyłoby to najgorsze możliwe scenariusze dla Polski oraz państw bałtyckich. Ten poziom zagrożenia – mentalny, ideologiczny, rewanżystowski – uważam za szczególnie niebezpieczny.

Możliwość realizacji tego najbardziej negatywnego scenariusza zależy od tego, jak potoczy się wojna. Jak Pan ocenia obecną sytuację?

Nie uważam, by teraz miał nastąpić jakiś przełom. rosjanie przez dwanaście lat nie potrafili zdobyć całego Donbasu – regionu, na którym rzekomo najbardziej im zależy. Oczywiście wiemy, że rosja zdobywa kolejne miejscowości, posuwa się w pewnym tempie do przodu, ale nie widać oznak gwałtownego załamania frontu. Nie ma sytuacji, w której rosjanie mogliby przeprowadzić klasyczny manewr operacyjny, wedrzeć się w ugrupowanie przeciwnika, wyjść na skrzydła i doprowadzić do jego rozpadu. Lecz nie powinno nas to uspokajać. Nie możemy powiedzieć: „Ukraińcy się bronią, więc możemy zmniejszyć zainteresowanie tą wojną”. Wsparcie musi trwać, bo obrona Ukrainy jest w dużej mierze uzależniona od pomocy zewnętrznej.

Jakie powinny być priorytety Polski w pomocy wojskowej dla Ukrainy?

Jak mówił Napoleon, do prowadzenia wojny potrzebne są trzy rzeczy: pieniądze, pieniądze i pieniądze. Ukraina potrzebuje środków, by kupować i produkować drony, rakiety dalekiego zasięgu, amunicję artyleryjską, systemy uzbrojenia. Dlatego tak istotne jest wsparcie finansowe realizowane przez Unię Europejską i państwa europejskie.

Mówimy o wojnie pełnoskalowej. W pierwszych dwóch latach dominowało wsparcie ilościowe w takich obszarach, jak sprzęt, amunicja, paliwa. Polska była jednym z liderów tej pomocy. Od 2024 roku charakter wsparcia się zmienia. Nie chodzi już wyłącznie o ilości przekazywanego sprzętu – poza wybranymi kategoriami, jak obrona przeciwlotnicza czy lotnictwo – ale o budowanie zdolności państwa ukraińskiego, jego przemysłu obronnego. I tu otwiera się możliwości bliższej współpracy przemysłów zbrojeniowych, relokacji produkcji na bezpieczniejsze tereny. Polska może – i moim zdaniem będzie – odgrywać tu bardzo ważną rolę. Jednym z moich osobistych wyzwań przez ostatnie półtora roku było zrozumienie, co, gdzie i jak Ukraińcy produkują, w jakich warunkach, i w jakim obszarze można zaproponować polskiemu przemysłowi zbrojeniowemu współprodukcję lub relokację części produkcji do Polski.

Czy mówimy tu o planach, czy o procesach, które już się dzieją?

Mówimy o procesach, które już trwają – przy wykorzystaniu funduszy europejskich i środków krajowych.

Czy możemy wskazać konkretne przedsięwzięcia?

Proszę wybaczyć, ale zrobię teraz tajemniczą minę… Powiem ogólnie: mówimy o mechanizmach, które już funkcjonują. Choćby o programach wsparcia produkcji, kredytach udzielanych Ukrainie na zakupy sprzętu czy mechanizmach dotyczących współprodukcji uzbrojenia na potrzeby obu państw. W szerszej perspektywie Polska i Ukraina mają wspólną przyszłość strategiczną. To są dwie największe armie w tej części Europy, dwa puklerze kontynentu. Jeśli będą działać razem, przyniesie to znacznie silniejszy efekt. Aby tak się stało, potrzebne są nam trwałe kotwice strategiczne – a przemysł zbrojeniowy jest jedną z nich.

Nawet jeśli wojna zakończy się za miesiąc, pół roku czy rok, Ukraina nie przestanie się zbroić przez kolejną dekadę. Odbudowa Ukrainy będzie ściśle powiązana z jej bezpieczeństwem. Polska i Ukraina mają tu zbieżne interesy i warto już dziś budować te powiązania.

Podczas II wojny światowej odpowiedzią Niemiec na alianckie bombardowania była m.in. decentralizacja i zejście produkcji pod ziemię. Czy w przypadku Ukrainy możemy mówić o podobnej sytuacji?

Dosłownie tak – ukraiński przemysł zbrojeniowy w ogromnej mierze już funkcjonuje pod ziemią: w podziemiach, na parkingach, w opuszczonych fabrykach, w miejscach, których nikt nie podejrzewa o działalność produkcyjną. Chodzi o bezpieczeństwo. Ale ja wolę mówić o modelach działania, a nie tylko o fizycznym zabezpieczeniu produkcji. Kluczowa jest transformacja ukraińskiego przemysłu zbrojeniowego. Jeszcze kilka lat temu był on w 80–90% państwowy. W ciągu kilku lat, zwłaszcza po rozpoczęciu pełnoskalowej wojny, doszło do sytuacji, w której około 60% tego przemysłu jest prywatne i działa według wojennych reguł rynkowych: produkujesz dobrze – sprzedajesz. Ten model, nie waham się powiedzieć, uratował Ukrainę. Innowacyjność, elastyczność, obniżanie kosztów – to wszystko sprawiło, że produkcja prywatna weszła w symbiozę z ciężkim przemysłem państwowym. Gdy obserwuje się wytwarzanie systemów artyleryjskich, widać wyraźnie, które elementy robi sektor państwowy, a które prywatny. Ten elastyczny model produkcji zbrojeniowej jest moim zdaniem wzorcowy – także dla Polski.

Ta innowacyjność Ukrainy została wymuszona przez niedobory.

Zgadza się. Przypomnijmy sobie pierwsze dwa lata pełnoskalowej wojny: wciąż mówiło się o walce artyleryjskiej. Ale to już przeszłość. Przejście na technologie dronowe było odpowiedzią Ukrainy, a później i rosji na braki klasycznego uzbrojenia. Nie twierdzę, że dokładnie ten sam model wojny odtworzy się w ewentualnym konflikcie rosji z państwami NATO, w tym z Polską. Nie jestem o tym przekonany. Ale widzę, że tu i teraz, w Ukrainie, ten model działa. Pełnoskalowa wojna trwa już cztery lata. Obie armie utraciły impet uderzenia konwencjonalnego, dziś bazują z jednej strony na żołnierskich masach, z drugiej właśnie na innowacjach technologicznych. Trzeba to obserwować, wyciągać wnioski i dostosowywać je do własnych warunków – nie kopiować jeden do jednego.

Jak Pana zdaniem ta wojna się skończy?

Kiedyś się skończy – ale nie jestem prorokiem i nie chcę nim być. A jak? Wierzę, że Ukraina tę wojnę wygra, i temu podporządkowuję swoje działania. Zwycięstwo rozumiem jako zachowanie państwa: suwerennego, demokratycznego, niepodległego, na drodze do Unii Europejskiej.

Jak realna jest perspektywa członkostwa Ukrainy w UE?

Wszystko wskazuje na to, że Ukraina zmierza ku solidnemu członkostwu. Nie chcę operować konkretnymi datami, ale początek lat trzydziestych wydaje się realny. Oczywiście okresy przejściowe będą przedmiotem negocjacji.

A NATO? Czy ta perspektywa jest już przegrana?

Polski dyplomata będzie ostatnim, który powie, że Ukraina nie wejdzie do NATO. Naszym interesem jest Ukraina silna – ekonomicznie i militarnie – jako sojusznik, a w przyszłości być może członek Sojuszu. Nie wiemy, jak NATO będzie wyglądało za pięć czy dziesięć lat. Ale musimy mieć pewność, że Ukraina pozostanie naszym sojusznikiem – wojskowym, politycznym, społecznym.

A rosja, co zyskała, a co straciła, wikłając się w tę wojnę? Odpowiedź na to pytanie, i kilka kolejnych, znajdziecie w dalszej części wywiadu. Jak  pisałem, ukazał się on w miesięczniku „Polska Zbrojna” – magazyn jest już w sprzedaży. Dostępna jest także wersja cyfrowa lutowego numeru – znajdziecie ją pod tym linkiem – a w niej trzy inne moje teksty, w tym materiał „Państwo pod ostrzałem”, w którym szerzej opisuję, w jaki sposób Ukraina radzi sobie z rosyjską presją i jakie stąd płyną wnioski dla Polski. Zapraszam do lektury!

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Zniszczony rosyjski czołg w okolicach miasta Izjum, zima 2023 roku/fot. własne

Wina

Wyczyny Donalda Trumpa wywołują w nas mocne emocjonalne reakcje. Chodzi przecież o głowę państwa pozostającego jedynym supermocarstwem, dla nas, Polaków, istotnego gwaranta bezpieczeństwa tej części Europy. Tak rodzi się zapotrzebowanie na wszelkiej maści tłumaczenia o co Trumpowi chodzi, jakie przyświecają mu intencje.

Egzegezy bywają różne – od poważnych, po humorystyczne. Niektóre, siląc się na realizm, wpadają wręcz w opary absurdu, w czym celują zwłaszcza nadwiślańscy miłośnicy trumpizmu. Poświęćmy im odrobinę uwagi.

No więc czym Ukraina i osobiście prezydent Wołodymyr Zełenski zasłużyli na połajanki Trumpa?

Wśród lokalnych trumpistów popularna jest teza, że to wina samej Ukrainy, która „odwróciła się od Stanów, wybierając Niemcy jako nadrzędnego sojusznika”. Zatem nowy-stary prezydent USA „nie chciał, ale musiał”, zwłaszcza że uważnie wsłuchuje się w głosy wyborców, którzy los Ukraińców mają głęboko w d… (co akurat jest prawdą, niestety). Brzmi to lepiej niż przyznanie, że lidera wielkiego sojusznika motywuje do działania jego własny egotyzm, osobista niechęć do Zełenskiego, koszmarna niewiedza i rażąca niekompetencja, której przejawem jest postrzeganie polityki jako odmiany działalności biznesowej.

No ale przyjrzyjmy się tej „(nie)ukrytej opcji niemieckiej”. Celowo sięgam po narzędzie narracyjne używane w polsko-polskiej napierdalance, gdyż mamy tu do czynienia z pewną kontynuacją.

Gdy latem 2023 roku w Polsce rozkręcała się kampania wyborcza, języczkiem u wagi stali się wyborcy prawicowi, antyukraińscy, potencjalny elektorat konfederacji. By przekonać ich do siebie, rządzący PiS zmienił retorykę na ukraińskosceptyczną. Jeszcze raz podkreślę – był to zwrot narracyjny, szkodliwy, bo wpływający na postawy Polaków. Tym niemniej w obszarze realnych działań, poza skandalicznym przyzwoleniem na bezhołowie blokujących granicę rolników, nie wydarzyło się nic dramatycznego. Nie wykolejono dotychczasowej polityki – Polska nadal Ukrainę wspierała, wciąż pozostając newralgicznym hubem logistycznym.

Lecz zmiana opowieści o polsko-ukraińskich relacjach – przejście od „miłości” do „mocno szorstkiej przyjaźni” – była na tyle drastyczna, że wymagała wytłumaczenia. Spin-doktorzy sięgnęli po wypróbowany, niemiecki argument, wzbogacając go o warstwę emocjonalną. To wtedy zaczął się wysyp komentarzy o „ukraińskiej niewdzięczności”, o tym, że Kijów „woli Berlin niż Warszawę”, że Zełenski częściej rozmawia z Scholtzem niż Dudą, itp., itd.

Łatwo było używać takich argumentów także z obiektywnych powodów – ukraińska dyplomacja rzeczywiście bardziej koncentrowała się na relacjach z większymi od Rzeczypospolitej partnerami, niekiedy dawał o sobie znać jej sowiecki sznyt i Polskę zwyczajnie urażano. Lecz co do zasady, Kijów grał na wielu fortepianach, wszak tego wymagała dramatyczna sytuacja walczącej o życie Ukrainy.

Fakt, iż więcej uwagi poświęcano tym, którzy mogą więcej, nie powinien był nikogo oburzać. Wojskowe wsparcie Polski odegrało kluczową rolę w początkowej fazie pełnoskalowej wojny (choć moim zdaniem istotniejszy był impuls, jaki wyszedł z Warszawy do pozostałych sojuszników, nakłaniający ich do pomocy dla Kijowa), później jednak pałeczkę przejęli inni. Zwłaszcza Niemcy; dość stwierdzić, że to Berlin przekazał ukraińskiej armii połowę z posiadanych przez nią zachodnich systemów OPL.

Opowieść o „zdradzie z Niemcami” była głupia wtedy, równie głupie jest sięganie po nią dziś. Zwłaszcza gdy wiemy już, że na przełomie lat 2023-2024, na niemal pół roku, Stany Zjednoczone Ukrainę porzuciły. Nieruchawy Joe Biden miał w tym swój udział, ale zasadniczo był to efekt działań Trumpa i jego zidiociałych „szabel” w Kongresie – podkreślmy dla porządku. Skutkiem wstrzymania amerykańskiej pomocy był m.in. kryzys amunicyjny ukraińskiej armii, co musiało i miało przełożenie na działania polityczne i dyplomatyczne Kijowa. Ten z jeszcze większą uwagą zwrócił się ku Europie – owszem i Niemcom, wszak to największa gospodarka na kontynencie – ale także ku Czechom, których inicjatywa zakończyła amunicyjny głód ZSU.

Powrót Stanów do gry, wiosną 2024 roku, przywitano nad Dnieprem z ostrożnym optymizmem, przy świadomości, że „Ameryka to kapryśna dama”. Jednak ani wcześniej – choć poczucie porzucenia przez USA było wśród Ukraińców powszechne – ani później nikt nie myślał o tym, żeby się na Stany obrażać i kazać im iść w cholerę. W Ukrainie mieli i mają świadomość tego, o czym pisałem – konieczności gry na wielu fortepianach. Muzyka z tego amerykańskiego robi największe wrażenie, ale jeśli go zabraknie, są jeszcze inne instrumenty. Muszą być, wszak to gra o życie, a nie koncert życzeń.

A, i jeszcze jedna uwaga. Czyż nie jest intencją Trumpa, by Europa w większym stopniu zadbała o samą siebie? Ja po prawdzie już nie wiem, czy Trump tego chce (i czego chce, poza tym, by było o nim głośno), ale tak działania swego guru tłumaczy jego intelektualne zaplecze. No więc jeśli Europa ma „się ogarnąć”, to znaczy że i Niemcy winny wziąć więcej odpowiedzialności za los Ukrainy. A skoro tak, to ukraiński zwrot ku Niemcom byłby działaniem i oczywistym, i pożądanym. W tym ujęciu „odkładanie rąk” przez USA od Ukrainy, bo „wybrała Niemca”, jest jak karanie za przechodzenie na zielonym świetle. Naprawdę, polo-trumpiści, klei Wam się to we łbach…?

—–

Szanowni, jak wielokrotnie podkreślam, moje publicystyczne i reporterskie zaangażowanie w konflikt na Wschodzie w istotnej mierze możliwe jest dzięki Wam i Waszemu wsparciu. Pomożecie w dalszym tworzeniu kolejnych treści?

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

To dzięki Wam powstają także moje książki!

A skoro o nich mowa…w sklepie na Patronite pojawiły się kolejne książki – powieści, które napisałem i wydałem „w czasach afgańskich”, reportaż z tamtego okresu oraz książka political/war fiction, dziejąca się w realiach pandemii i rosyjskiej agresji militarnej na Polskę. Polecam lektury – by je nabyć, przejdźcie na stronę pod tym linkiem.

Koszt

Rozstrzelana brama, powalony murek, zdemolowane obejście, a na nim wywleczone z domu ciuchy i rzeczy osobiste właścicieli. Wybite okna, uszkodzony dach i częściowo zawalony sufit. Zniszczone, nienadające się już do użytku meble i sprzęty. Brak prądu, gazu, bieżącej wody.

Tak wyglądał jeden z domów w Posad-Pokrowskie, który odwiedziłem w marcu tego roku. Tak wyglądał świat dotknięty dobrodziejstwem ruskiego miru.

Diabła popędzono, ale zgliszcza pozostały.

W dyskusjach z ostatnich dni – sprowokowanych napięciami politycznymi między Polską a Ukrainą – z upodobaniem podnoszono kwestię rzekomej niewdzięczności. „Bo my im tyle, a oni nas obrażają”. Nie podważam wartości polskiej pomocy dla Ukrainy, ba, jej rozmiar i mnie napawa dumą. Ale pamiętajmy, jaką cenę płacą tamci. A przecież nie są to tylko ranni i zabici, koszty obejmują nie tylko wojsko i jego sprzęt. Ceną jest również dobytek setek tysięcy – jeśli nie milionów – zwykłych ludzi. Ich domy, jak ten ze zdjęcia…

Szanowni, jestem już w trybie przedwyjazdowym, skupiacz myśli nie działa jak należy, więc nic więcej dziś nie napiszę. Wyjeżdżam do Ukrainy w poniedziałek, najpierw na południe, potem na północny wschód. O szczegółach będę meldował na bieżąco. W tym czasie, z oczywistych powodów, nie będzie rozbudowanej relacji – raczej, jak to u mnie w trybie podróżnym, krótkie impresje foto-tekstowe, zamieszczane na moim profilu na Facebooku. Po powrocie, w październiku, wrócę do starej formuły.

Dobrego weekendu i do zobaczenia na łączach!

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nic-nieznaczenie

Jeszcze ad vocem zbożowej gówno-burzy – komentarz socjo-psychologiczny, oddający zarazem stan mojego ducha, a przez to intymny. Niebędący elementem ukraińskiej relacji, którą tu uskuteczniam.

Zdjęcie BuBu na czołgu załączone dla atencji.

Tytułem wprowadzenia. Kryteria dobroduszności w większości pozostają obiektywne – nie relatywizują się i nie zmieniają w czasie, nie są związane z kontekstem kulturowym. Dobry uczynek był, jest i będzie dobry, tu, tam, gdziekolwiek. Jeśli nieśliśmy masowo – jako zwykli ludzie – pomoc Ukraińcom zimą i wiosną 2022 roku, nic tego nie zmieni. Było to dobre wtedy, jest dobre dziś, takim pozostanie w przyszłości – chyba że dojdzie do jakieś wolty, która dramatycznie przewartościuje podstawowe kryteria moralności. W co nie wierzę, bo są one nieodłącznie związane z biologią i wyznacza je na przykład ból (którego zadawanie jest złe).

Świadomość poczynionego dobra powinna nam wystarczyć dla zachowania odpowiedniego życiowego komfortu. Ale tu, niestety, wchodzi do akcji przeklęty polski rys kulturowy, odtwarzany z pokolenia na pokolenie za sprawą społecznego dziedziczenia zachowań. Mam na myśli poczucie niższości, to ciągłe niedowartościowanie, tę potrzebę przeglądania się w oczach innych, skazywania się na ich oceny i opinie.

Wiosną zeszłego roku nazwano nas „humanitarnym supermocarstwem”, spijaliśmy słowa uznania z ust obcych, pękaliśmy z dumy. Rosło nam ego, bo przecież zrobiliśmy coś wspaniałego i wszyscy o tym mówili. A potem zamilkli. A potem adresaci pomocy już nie dziękowali nam na każdym kroku, ba, stali się bardziej asertywni także wobec nas. Część z nas uznała, że to oznaka braku wdzięczności. Słusznie czy nie, nie ma to znaczenia – liczy się fakt, że taki wniosek demoluje nasze poczucie wartości. Bo jeśli tamci nie są nam wdzięczni, jeśli świat „zapomniał o tym, co zrobiliśmy”, to znów nic nie znaczymy.

To ból rzekomego nic-nieznaczenia stoi za obecną histerią, która tak wielu prowadzi do „zerwania z Ukrainą”. A przecież wcale nie musimy w ten sposób przeżywać świata…

Dobrej nocy!

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

(Nie)wdzięczność

Wczoraj CNN ujawniło, że siły specjalne Ukrainy mogą stać za atakami na oddziały wagnerowców w Sudanie. Do kilku takich incydentów doszło 8 września br., dwa dni po tym, jak Grupa Wagnera (a właściwie jej pogrobowcy), wwiozła do Sudanu przez granicę z Czadem duże ilości broni. Kontrabanda przeznaczona była dla rebelianckich oddziałów RSF (ang. Rapid Support Forces), które walczą przeciwko sudańskiemu rządowi. I to pojazdy RSF – z bojownikami i najemnikami na pokładach – zostały zaatakowane przy użyciu dronów. W sposób typowy dla ukraińskich uderzeń z wykorzystaniem bezpilotników, dotąd obserwowany wyłącznie w Ukrainie.

Ukraińcy oficjalnie nie zaprzeczają, ale i nie potwierdzają – co jest również typowe dla dotychczasowej praktyki działań wywiadu wojskowego. Jeśli faktycznie operują w Omdurmanie i Chartumie (jako doradcy, szkoleniowcy?), oznaczałoby to uruchomienie kolejnego frontu/sposobu zwalczania przez Ukrainę rosyjskich interesów. De facto jeszcze większą globalizację wojny.

Wojny, która na dobre zagościła też na terytorium federacji rosyjskiej. Oto bowiem „niezidentyfikowani sabotażyści” dokonali w poniedziałek (18 września) ataku na jedno z podmoskiewskich lotnisk. I to nie byle jakie, bo chodzi o silnie strzeżony Czkałowsk, gdzie stacjonują samoloty rządowe i rozpoznawcze, w tym jedna z maszyn przeznaczonych do dowodzenia wojskiem na okoliczność nuklearnego konfliktu. W wyniku eksplozji podłożonych materiałów wybuchowych poważnie uszkodzone zostały dwa samoloty (An-148 i Ił-20) należące do 354. Pułku Lotnictwa Specjalnego Przeznaczenia. Sabotażyści pogruchotali też śmigłowiec bojowy Mi-28N. W ostatnim czasie maszyny tego typu używane były do przechwytywania ukraińskich dronów operujących nad Moskwą.

Niezależnie od skali sukcesu (samoloty raczej nie nadają się do remontu, śmigłowiec owszem), „wjazd” w takie miejsce dowodzi wyjątkowo długich rąk ukraińskiego wywiadu wojskowego, dowodzonego przez gen. Kyryło Budanowa.

—–

Lecz jakie by te ukraińskie dłonie nie były długie i skuteczne, nie starczy ich, jeśli Kijów straci swoich sojuszników. Pośród nich istotną rolę odgrywa Polska, tymczasem w ostatnich dniach relacje między nami a Ukrainą znacząco się pogorszyły. A wszystko za sprawą eksportu ukraińskiego zboża. Szkoda czasu na przypominanie szczegółów, które Czytelnicy znają, ale warto odtworzyć kalendarium wydarzeń i wskazać najważniejsze z nich.

Rzecz podstawowa – praprzyczyną problemów z ukraińskim zbożem jest rosja. To rosja zaatakowała Ukrainę (a nie na odwrót, jak bredzi kremlowska propaganda…) i to rosyjskie siły zbrojne utrzymują blokadę uniemożliwiającą eksport na dotychczasowych zasadach. Zbiory zresztą też – za sprawą rabunku i zniszczeń.

To w takich okolicznościach Ukraina musiała uruchomić alternatywne ścieżki wysyłki zboża – drogą lądową, przez państwa ościenne.

To winą naszej władzy i naszych służb jest, że coś, co miało być tylko transferem, zmieniło się w nielegalną operację na wielką skalę. Zboże tylko nominalnie jechało przez Polskę, faktycznie zostawało w naszych magazynach. Kupowane przez przestępców po zaniżonej cenie. Oczywiście, polscy pożal się boże biznesmeni współpracowali tu z ukraińskimi przedsiębiorcami – jedni kupowali, drudzy sprzedawali. Ale inna jest sytuacja producenta rolniczego w ogarniętym wojną kraju, a inna cwaniaczka w bezpiecznej Polsce. No i raz jeszcze podkreślę – proceder odbywał się na polskim terytorium i to polskie władze i służby winny mu przeciwdziałać.

Nie przeciwdziałały i do dziś nie ujawniły listy podmiotów, które na nielegalnym handlu się wzbogaciły. Znamienna jest ta ochrona personaliów…

Przepełnione magazyny zakłóciły wewnętrzny rynek – polscy rolnicy nie mieli gdzie sprzedać własnego zboża. I wtedy władza się obudziła – po kilku miesiącach zaniedbań.

Jest jej psim obowiązkiem zadbanie o bezpieczeństwo, także ekonomiczne, wszystkich grup ludności w Polsce, w tym rolników. Z tej perspektywy patrząc, nie ma się co oburzać na embargo na ukraińskie zboże. Ale żal, że doprowadzono do sytuacji, w której bez embarga ani rusz, pozostaje. Gdyby Polska rzeczywiście była „silnym państwem”, nikt by u nas wielomiliardowych pokątnych interesów nie robił.

75 proc. budżetu Ukrainy idzie na prowadzenie wojny. Eksport produktów rolnych dawał przed wojną jedną czwartą wpływów budżetowych. Nie wiem, czy taka relacja utrzymała się do dziś, ale z pewnością zyski z eksportu współfinansują ukraiński wysiłek wojenny. Z tej perspektywy patrząc, są jedną ze zmiennych decydujących o być albo nie być Ukrainy. Dlatego dla władz w Kijowie pozostają tak ważne.

Ukraiński interes państwowy wszedł więc w kolizję z polskim. Co robią cywilizowani partnerzy w takiej sytuacji? Próbują się dogadać, a gdy im nie wychodzi – oddają sprawę pod zewnętrzny arbitraż. I tak też uczyniła Ukraina, składając stosowny wniosek do Światowej Organizacji Handlu.

Niezależnie od obiektywnych racji obu stron, spawa ma wymiar etyczny. Cierpimy na działaniach rosji i my, Polacy, i Ukraińcy – nie tylko tamtejsi rolnicy i branża produkcji rolnej. Tyle że my nasze straty liczymy w złotówkach, oni swoje w trupach i rannych. Nikomu, kto zamierza wypowiadać się w temacie kryzysu zbożowego, nie wolno o tym zapominać.

Prezydent Zełenski powiedział w Nowym Jorku: „alarmujące jest to, że (…) niektórzy z naszych przyjaciół w Europie grają naszą solidarnością w teatrze politycznym, robiąc ze sprawy zboża dreszczowiec. Wydaje się, że grają na siebie, a w rzeczywistości pomagają przygotować scenę dla aktora z Moskwy”. Czy to jest oskarżenie Polski o jawną współpracę z rosją? Nie, to smutna konstatacja, że na sprzecznych interesach Polski i Ukrainy zyskuje Moskwa. Bo zyskuje. Osłabiona ekonomicznie Ukraina, to Ukraina osłabiona militarnie – dalej chyba nie muszę ciągnąć tego rozumowania?

Wrócę jeszcze do wypowiedzi Zełenskiego, ale najpierw odpowiedzmy na pytanie, czy tę sprzeczność dałoby się znieść albo przynajmniej załagodzić. Tak – jeślibyśmy nie przespali (nasze władze i służby) kilku pierwszych miesięcy tego roku. Dziś tranzyt ukraińskiego zboża przez Polskę odbywa się bez większych zakłóceń (pamiętajmy, że embargo dotyczy sprzedaży), czyli da się to zorganizować bez szwindli. Polak mądry po szkodzie, a Ukrainiec cierpi…

Jest psim obowiązkiem Zełenskiego występować w obronie interesów własnych obywateli. Z tej perspektywy patrząc, można by uznać, że słowa, które padły w Nowym Jorku, były niepotrzebne. Bo jednak stwarzają one pretekst do złości, która może stać się udziałem wielu zwykłych Polaków. Kowalski nie musi być i nie jest biegły w sztuce retorycznej, nie dokona logicznej i semantycznej analizy słów ukraińskiego prezydenta. Uzna że „nas szkalujo” – w czym zresztą pomogą mu histeryczni komentatorzy. Co może i zapewne przełoży się na międzyludzkie relacje polsko-ukraińskie. Na percepcję miliona uchodźców, którzy nadal u nas przebywają. Zełenski nie zadbał o ich dobrostan, zafundował im konieczność mierzenia się z oskarżeniami o niewdzięczność – ukraińską niewdzięczność wobec Polaków i Polski. Ale najwyraźniej uznał, że to cena, jaką Ukraina może ponieść, wszak chodzi o coś więcej niż milion obywateli przebywających w Polsce.

Nie siedzę w głowie ukraińskiego prezydenta, ale uważnie obserwuję ukraińską politykę i mam świadomość kalkulacji, jakie jej towarzyszą. Nie są to wnioski miłe dla nas, co nie zmienia faktu, że realistyczne. Polska ma ograniczoną podmiotowość jeśli idzie o kwestie militarnego bezpieczeństwa. Wisimy w tym zakresie na USA i NATO. I tak długo jak Waszyngton będzie gotów wspierać Ukrainę, tak długo Polska będzie dla tego wysiłku zapleczem. Kładzenie się Rejtanem przez polityków czy publicystów niczego tu nie zmieni. Nie zatrzymamy transportów, nie zamkniemy portów i lotnisk, bo w reakcji otrzymamy kopa, który przetransferuje nas w szarą strefę bezpieczeństwa, de facto wepchnie w łapy Moskwy. Brutalne Realpolitik, pozwalające Kijowowi na hardość wobec Polski (która i tak sprowadza się do cywilizowanych metod prowadzenia sporu).

Ale ta hardość ma jeszcze inne, istotniejsze podłoże. Dostałem dziś list od Czytelnika, który pisze: „(…) po tym, co odwalił aktorzyna-sługa narodu, już nie interesuję się Ukrainą. Dziękuję Ci za każdy tekst. Jeden twój akapit dawał więcej wiedzy niż miesiąc urobku kołchozów typu Onet czy TVP. Mam nadzieję, że zobaczymy się w lepszych czasach. Żegnaj”. Szanuję rzecz jasna decyzję autora tych słów, lecz napawa mnie ona smutkiem, w którym jest coś więcej niż poczucie straty. Ta odmowa wiedzy, to nieinteresowanie się Ukrainą – które w klimacie ostatnich dni udzieli się pewnie wielu Polakom – nie sprawi, że Ukrainą przestanie się interesować rosja. Nie uchroni też nas przed rosyjskim zainteresowaniem. Zakrycie oczu nie znosi problemu. A rosja to także nasz problem.

Żenująca jest dyskusja o ukraińskiej wdzięczności/niewdzięczności. Wdzięczny to mogę być szwagrowi, że mnie kiedy złapał, gdy zatoczyłem się i mało nie runąłem w przepaść na Krywaniu. Wdzięczni Polakom – konkretnym osobom – mogą być Michajło z Natalią, że ich przygarnęli, gdy zaczęła się inwazja. Ale przecież są i będą. A wdzięczność państwa ukraińskiego? Wolne żarty. Koncept wdzięczności w relacjach międzynarodowych to piaskownica, dowód niedojrzałości. W relacjach państwo-państwo nie ma wdzięczności, są interesy. W interesie Polski jest rosja słaba, niezdolna do atakowania sąsiadów – bo my również jesteśmy jej sąsiadem, a wedle chorej rosyjskiej ideologii także należną strefą wpływu. Więc nie jest żadną łaską to, co nasz kraj robi dla Ukrainy. Wysyłka broni, status logistycznego hubu, instytucjonalne wsparcie dla obywateli Ukrainy – to wszystko mieści się w kategorii działań chroniących polski interes narodowy. Zabijanie rosjan w Ukrainie to lepszy scenariusz, niż zabijanie ich tutaj – i związana z tym koszmarna destrukcja.

Dziś chroni nas NATO, ale sojusze nie są wieczne. A rosyjska nienawiść do Polaków i Polski zapewne przetrwa dłużej. Od Ukrainy i Ukraińców w ogromnym stopniu zależy, co rosjanie z tą nienawiścią zrobią. Czy będą w stanie dać jej upust, wybierając się nad Wisłę.

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. nawiązującym do pierwszej części tekstu lotnisko w Czkałowsku/fot. ukraiński wywiad wojskowy