Wczoraj skończyło się moje wypowiedzenie, dziś nie jestem już członkiem zespołu redakcyjnego Interia.pl. Po 14 latach pracy. Sporo czasu zważywszy na fakt, że jestem w zawodzie od (dokładnie co do dnia!) 21 lat.
Trzy razy zabierałem się za napisanie czegoś, co byłoby rodzajem pożegnalnego listu. I dwa razy kasowałem całkiem obszerne już akapity.
Interia to historia, coś, czego nie muszę już przeżywać – ani dobrze, ani źle. I gdy to sobie uświadomiłem, uznałem, że nic nie napiszę. Potem zaś zdałem sobie sprawę, że postępując w ten sposób, utwierdzę ileś tam osób w przekonaniu, że Ogdowski to „koleś, który otrząsa się i idzie dalej – jak czołg”. Tymczasem taki ze mnie czołg, jak z koziej dupy trąba.
Muszę więc coś naskrobać.
A choćby to, że zostawiłem w Interii kawał życia i masę zdrowia. I nie chodzi tylko o skutki tych kilkunastu miesięcy spędzonych na wojnach. Lata walki z systemowym „niedasizmem” i próbami prewencyjnej cenzury też „ryły beret” i „czochrały bebechy”. Zwłaszcza w połączeniu z presją na wynik kosztem jakości, wiecznym niedoczasem i przeciążeniem obowiązkami (z nadgodzin i pracy w weekendy, symbolicznie rekompensowanych, dałoby się wykroić połówkę kolejnego etatu; tak było przez ponad 10 lat). No i jeszcze te personalne potyczki, w które czasem i ja nonszalancko się angażowałem. Niezależnie od pobudek (a zwykle chciało się ratować świat), zawsze z takim samym skutkiem – z ciałem krzyczącym na różne sposoby, że ma już dość.
Ale to nie tak, że kroczyłem jedynie drogą przez mękę. Boże broń! Mimo „szczęścia” do niefajnych ludzi i sytuacji, udało się zrobić w Interii, i dzięki Interii, wiele wartościowych rzeczy. Samemu i we współpracy z gronem świetnych osób, których – zwłaszcza przed 2015 rokiem i „dobrą zmianą” – było tam naprawdę sporo. Najważniejsza (i o niej tylko wspomnę, bo jednak nie będę się rozpisywał), to zmiana dyskursu na temat wojny w Afganistanie. To ja, mój blog i mój portal w ogromnym stopniu przyczyniliśmy się do tego, że o polskim zaangażowaniu pod Hindukuszem przestano mówić jako o misji stabilizacyjnej/pokojowej. Że zaczęto używać adekwatnego określenia „wojna”. Nikt nie zrobił wówczas więcej, a kto pamięta czasy zAfganistanu.pl, ten dobrze wie, o czym piszę.
I choćby z tego powodu postaram się pielęgnować te dobre wspomnienia. Pomaga mi w tym „półeczka chwały”, z wieloma odznaczeniami i nagrodami, zdobytymi w „interiowych czasach”. Nie bez znaczenia jest też świadomość, że Interia to już nie „moja bajka”, że nie byłbym w stanie zaakceptować linii redakcyjnej i samej idei dziennikarstwa internetowego w jej portalowym wydaniu. Czas wyleczyć siniaki i wrócić do „papierowych” korzeni, nade wszystko zaś skupić się na książkach. Odnaleźć to, co przez lata dawało paliwo i nie pozwalało skisnąć – radość Z i szacunek DLA własnej pracy. Jako takiej, a nie wybranych jej fragmentów.
Szanowni Interianie – oraz ci mniej szanowni – dzięki za wszystkie nauki i nauczki.
„World War Z” – kasowa produkcja sprzed niemal dekady – to opowieść o zombiakach. Niezbyt mądra (jak na gatunek przystało…), ale diabelnie widowiskowa. W istotnym jej fragmencie główny bohater – grany przez Brada Pitta – dostaje się do Izraela – jedynej zorganizowanej struktury państwowej na świecie, która wciąż opiera się straszliwej epidemii. Żydzi bowiem, wcześniej niż inni, wyczuli nadchodzące niebezpieczeństwo i ogrodzili kraj bardzo wysokim murem, przy którym militarna aparatura słynnej berlińskiej ściany to dziecięcy plac zabaw. Jest zatem Izrael prawdziwą twierdzą, otoczoną przez zainfekowane i zzombifikowane populacje sąsiadów.
Ten fabularny zabieg, przy całej swojej politycznej niepoprawności, co do zasady dobrze oddaje rzeczywistą sytuację żydowskiego państwa, na które z trzech stron napiera kilkusetmilionowy żywioł arabski (czy szerzej, muzułmański). I jakkolwiek sytuacja polityczna na Bliskim Wschodzie jest dziś nieco lepsza niż kilkadziesiąt lat temu, Żydzi wciąż mają prawo sądzić, że są maleńka wysepką w morzu wrogów. Śmiertelnych wrogów, którzy chcieliby ich zepchnąć do morza i w nim utopić.
Efektem tego stanu rzeczy jest fakt, że Izrael to bodaj najbardziej zmilitaryzowane państwo na świecie. Z doskonałą, nieproporcjonalnie silną armią, wyposażoną także w broń jądrową. To kraj bazujący na powszechnym zaciągu, którego infrastruktura i organizacja publicznych instytucji dostosowana jest do nadrzędnego celu – sprostania nawet najpoważniejszym trudnościom. Zapewne nie bez znaczenia są tu też wątki epigenetyczne – dziedziczona społecznie trauma Holocaustu, rodząca przekonanie o konieczności zabezpieczenia się na przyszłość, by już nigdy więcej nie stanąć na krawędzi biologicznej zagłady.
Bez tej wiedzy nie będziemy w stanie zrozumieć fenomenu izraelskiego sukcesu w zakresie szczepień przeciw COVID-19. Dla tamtejszej służby zdrowia to kolejne z serii wojennych wyzwań.
Nie da się też, tak po prostu, tego sukcesu skopiować. Właściwie nigdzie nie jest to możliwe i Polska nie stanowi tu wyjątku. W sieci pojawiają się odwołania do akcji, która miała miejsce po wybuchu w Czarnobylu. W trakcie której, w ciągu kilku dni, państwo polskie było w stanie podać płyn Lugola i zabezpieczyć w ten sposób przed skutkami promieniowania kilkanaście milionów dzieci. Zgoda, to była perfekcyjnie przeprowadzona operacja, ale…
– ale z uwagi na wiszące nad światem widmo wojny jądrowej, wiele państw magazynowało wówczas wielkie ilości wspomnianego płynu. Szczepionki na COVID-19 nikt nie składował, bo do niedawna jeszcze jej nie było.
– ale – z tego samego powodu (perspektywy konfliktu, nawet jeśli nie atomowego, to z pewnością gigantycznego) – struktury krajów adwersarzy były mocno zmilitaryzowane. Przy czym w znaczenie większym stopniu dotyczyło to członków Układu Warszawskiego, także Polski. I jej służby zdrowia.
Po 1989 roku roku nastąpił szybki demontaż tych zbędnych już – jak się wydawało – elementów organizacji państwa. Zdemilitaryzowała się nie tylko Polska i Wschód; na Zachodzie działy się podobne procesy, towarzyszące stopniowym redukcjom armii. Jednym z nich była zgoda na ekspansję rosyjskich koncernów energetycznych w Europie, niosąca częściową utratą kontroli nad strategicznie ważnymi elementami gospodarek. Takie podejście skutkowało też brakiem sensownej wizji kompleksowych zadań służby zdrowia. Kruche zapasy na czas poważnego kryzysu najlepszym tego dowodem.
Pierwsza poważna refleksja, że trochę za bardzo poszliśmy w kierunku demilitaryzacji, przyszła wraz z rosyjską agresją na Ukrainę. Wtedy dotyczyła ona ściśle wojskowego potencjału. O tym, jak fatalnie jest z zapleczem, przekonaliśmy się wraz z wybuchem pandemii.
Dekad zaniedbań nie da się odrobić w kilka czy kilkanaście miesięcy nawet przy najlepszych chęciach. Z pewnością zaś nie sposób tego zrobić przy tak nieudolnej władzy, którą zarządzanie państwem wyraźnie przerosło. W efekcie my, Polacy, i nasz kraj, nie jesteśmy dziś ani mentalnie, ani organizacyjnie przygotowani do masowej akcji szczepiennej.
Gdy zaczynała się wielka narodowa kwarantanna, w mojej bańce było jak na „Titanicu”. Tak, jakbyśmy poczuli, że zbliża się katastrofa, której nie da się uniknąć, a i z dużym prawdopodobieństwem przeżyć. „Bawmy się więc, bo co nam zostało?” – czytałem to hasło po wielokroć, wciąż zapraszany na kolejne e-imprezy.
Dziś nie ma już śladu tej specyficznie radosnej autodestrukcji. Gdzie się nie obejrzę, widzę zmęczenie, złość, niecierpliwość, a nawet rozgoryczenie. Statek nie zatonął i raczej nie zatonie. Dryfuje za to w Czerń, a załoga nie potrafi uruchomić silników. Społeczne i ekonomiczne skutki izolacji zaczynają nam coraz bardziej doskwierać. Przyszłość zaś napawać lękiem.
Rodzi się sprzeciw wobec rygorów, mnożą żałosne teorie o pochodzeniu koronawirusa. Mądrzy ludzie, nawykli do funkcjonowania w intelektualnym reżimie przyczynowo-skutkowości, chcą dojrzeć sens „tego wszystkiego”. Człowiekowi, który musiał zamknąć dobrze prosperującą firmę, trudno przyjąć do wiadomości, że całe zamieszanie jest efektem przypadkowych mutacji niewidzialnych gołym okiem „zarazków”.
Ta niewidzialność tylko pogarsza problem. Gdyby za zamrożenie gospodarki i konieczność siedzenia w domach odpowiadały krążące nad naszymi miastami samoloty wroga, na swój sposób byłoby nam łatwiej. Nienawiść daje siłę, umacnia; koronawirusa nienawidzić się nie da. Można co najwyżej obdarzyć tym uczuciem „nośniki” choróbska, zakażonych, ale do tego etapu (na szczęście) jeszcze nie doszliśmy. Zagrożenie wielu z nas wciąż wydaje się cholernie abstrakcyjne.
Sprzyjają temu media i sama natura choroby, wymagająca izolowania chorych. Dramaty osób zakażonych – tych w najcięższym stanie – dzieją się poza naszymi oczami. Mimo zalewu koronatreści, większość z nich tak naprawdę nie zasługuje na uwagę. To medialna papka, bezwartościowe gówno, które w sposób naturalny zaczyna nas już odrzucać. To, co dzieje się po „brudnych stronach” szpitalnych oddziałów, dla większości pozostaje tabu.
Odzywają się w nas również atawistyczne odruchy, co widać w rosnącej akceptacji dla narracji typu: warto robić to wszystko, skoro zagrożone są przede wszystkim osoby w podeszłym wieku? W domyśle – już niepotrzebne, stanowiące balast dla współczesnych społeczeństw. COVID-19 to test dla czegoś, co nazywa się solidarnością społeczną. W praktyce sprowadza się on do odpowiedzi na pytanie: czy jestem gotowy/a na materialne perturbacje, będące ceną za ratowanie życia naszych rodziców, dziadków i pradziadków?
Jak zatem poświęcić wiele, nie poświęcając nikogo? Gdy wyjazdy na wojny stały się częścią mojej pracy, przyjąłem, że będąc „tam”, muszę sprowadzić swoje funkcjonowanie do najprostszych czynności. Oprzeć je o rutynę, w której nie ma miejsca na plany wykraczające poza następny dzień. I nawet wobec nich przyjąć strategię „na dwa uda” – uda się albo nie uda. A przy tym wszystkim nie dać się zabić i nie pozwolić, by z mojego powodu zginął ktoś inny.
Tak, będzie nam łatwiej, jak na koronawirusowe wyzwanie popatrzymy jak na wojnę. Komu trudno, niech pobudza wyobraźnię statystykami – te bowiem są już mocno wojenne. Ponad 170 tysięcy zmarłych, niemal 2,5 miliona zakażonych – tak wyglądają oficjalne dane na dziś. A wedle nieoficjalnych, samych zmarłych może być 5 do 10 razy więcej. A te liczby urosną – gros krajów, w tym niemal cała Afryka, szczyt zachorowań ma jeszcze przed sobą. Już więc mamy do czynienia z katastrofą. Właśnie na skalę wojny.
Co daje też nadzieję, bo po każdej wojnie następuje szybkie odbicie. Chęć do polepszenia warunków życia to nasza naturalna cecha. Możemy ją czasowo „zawiesić”, ale jako gatunek nigdy z niej nie zrezygnujemy. Zobaczycie, „jeszcze będzie przepięknie”…
PS. Ten i poprzedni wpis dzielą zaledwie tygodnie. A jednocześnie jakby całe lata świetlne. W tym czasie zmieniło się wiele, także moje postrzeganie zagrożenia związanego z epidemią i jej skutkami. Wcześniej nieco ją trywializowałem, dziś nabrałem do cholery większego respektu. Chyba nie jestem jedyny…
—–
Nosiłem na sobie już różne atrybuty wojenne, takich jak maseczki jeszcze nie/fot. własna
Praca w Iraku czy w Afganistanie do bezpiecznych nie należała. Wojsko, jakkolwiek redukowało różne zagrożenia, inne przyciągało. Teoretycznie nie miałem do rebeliantów nic, oni za to – nie raz i nie dwa – ładowali w moją stronę z wszystkiego, co mieli pod ręką. Przy czym nie chodziło im konkretnie o moją osobę; strzelali w wojsko, ja byłem narażony niejako przy okazji.
Lecz bez względu na to, co by się działo, zawsze towarzyszyła mi pewna myśl: jak się zesra, w try miga załadują mnie do śmigłowca i wywiozą do szpitala. Dobrego szpitala – daj boziu światu, całemu światu, takie szpitale, jak zbudowano do obsługi sił sprzymierzonych w Iraku i Afganistanie. Wiedziałem, że gdziekolwiek z tym wojskiem pojadę, zawsze będzie to dystans, który pozwoli dostarczyć mnie na stół operacyjny w ciągu tak zwanej złotej godziny. W taki sposób budowano (budowali Amerykanie, gwoli rzetelności) zabezpieczenie medyczne na obu wojnach. I nie były to tylko teoretyczne rozważania, bo na własne oczy zobaczyłem, że system działał.
I „wychowany” w takiej bańce, pojechałem na wojnę ukraińsko-rosyjską. A był to czas, kiedy armia ukraińska była jeszcze w opłakanym stanie. Dotyczyło to również ratownictwa pola walki, o czym przekonałem się w tak zwanym kotle debalcewskim zimą 2015 roku. Nie wiem, co mi strzeliło do łba, ale zapytałem żołnierzy, czym, w razie czego, będą ewakuować rannych. Pokazali mi tak zdezelowany ambulans, że bałbym się go poprowadzić z prędkością większą niż 40 kilometrów na godzinę.
Zdaje się, że następnego dnia odwiedziłem z kolegami szpital, do którego mieli trafiać ranni, gdy zacznie się rosyjsko-rebeliancka ofensywa (ruszyła kilka dni później). Do końca życia nie zapomnę widoku ukraińskiego lekarza, który opowiadał mi, jakimi środkami dysponuje placówka. I jego przygnębienia, gdy mówił, że zebrane przez wolontariuszy pieniądze na zakup urządzeń do defibrylacji, ktoś zwyczajnie podpierdolił. Człowiek ów pracował kiedyś w Afganistanie, w polskim szpitalu w Ghazni (był taki czas, kiedy naszych lekarzy zastępowali Bułgarzy i Ukraińcy…) – i z rozrzewnieniem wspominał, czego to wówczas nie miał do dyspozycji.
Podrapałem się po głowie, pomyślałem – od tej pory nie miałem wątpliwości, że dobrze to już było. Że trzeba trochę bardziej uważać, bo w razie czego szanse na uratowanie tyłka nie są już tak duże. Co więcej, jakiś czas później poszedłem za ciosem i zaliczyłem kurs ratownictwa taktycznego, by w razie „cuś” nie umrzeć z byle powodu.
—–
Od dziecka miałem kłopot z podejściem do wszelkiej maści zarazków. Brzydziły mnie różne rzeczy do tego stopnia, że mamy moich kolegów z podwórka nazywały mnie z przekąsem „czyścioszkiem”.
Nie wyzbywszy się tych cech, zacząłem jeździć na wojny, a później w miejsca humanitarnych kryzysów, gdzie zarazki czyhały na mnie z różnych stron. Swojskie pluskwy i grzyby czy egzotyczne choróbska; kilka razy siłowały się z moim układem odpornościowym (a raz nawet z przestarzałymi antybiotykami). Jakoś tam dawałem radę, wchodzą w tryb misyjny, cechujący się ograniczoną wrażliwością na jęki własnego ciała i ducha. Raz tylko miałem ochotę się rozpłakać, gdy mina-pułapka rozwaliła szambiarkę, a ja utonąłem – dosłownie – po kolana w gównie.
Było minęło. Bardziej już zahartowany, trafiłem jakiś czas temu do szpitala w północnej Ugandzie. Placówki, której część pacjentów cierpiała na malarię, a sposób ich izolowania sprowadzał się do oznaczenia łóżek. I w tymże szpitalu rozmawiam z jego wicedyrektorem, gdy stojąca za mną kobieta wydała z siebie ciche jęknięcie, a zaraz potem nastąpiło głośne „chlup!”. I poczułem na nogach sporą ilość jej wód płodowych, które odeszły akurat w tym momencie.
Patrick, mój rozmówca, uśmiechnął się przepraszająco, pielęgniarki zabrały pacjentkę na porodówkę, a ja… cóż miałem robić, wróciłem do rozmowy. W tym szpitalu brakowało wszystkiego, łącznie z bieżącą wodą. Obmycie się w takiej sytuacji byłoby koszmarnym marnotrawstwem – tak wówczas pomyślałem. Ale wyobraźnia nie dawała spokoju i podsuwała często absurdalne scenariusze. Na przykład widok chmary zarazków na moich poobcieranych wcześniej łydkach. „Stop” – powiedziałem sobie, wiedząc, że wieczorem dokonam doustnej dezynfekcji. I tym sposobem znów skupiłem się na robocie.
—–
A po co o tym piszę? Bo z lekkim zażenowaniem obserwuję to, co w ojczyźnie kochanej dzieje się za sprawą koronowirusa. Wiem, objawów paniki nie ma, ale niektórym ewidentnie odbiła szajba, czego najlepszą ilustracją maseczki-gate. Przede wszystkim jednak odwaliło mediom, które rzuciły się na temat niczym Reks na szynkę i szarpią, szarpią, szarpią – aż do zrzygania. Tworząc atmosferę gigantycznego zagrożenia, co przecież może nabrać takiej dynamiki, że wszyscy pożałujemy, że kiedyś nauczono nas mówić i czytać. A wszystko w imię podbijania słupków oglądalności. Dla mnie to jedna z tych sytuacji, kiedy wstydzę się, że pracuję w mediach (i fakt, że jestem na urlopie, wcale nie łagodzi objawów mojego zniesmaczenia).
Tymczasem koronawirus hula sobie po Polsce, noszony w ciałach pewnie i setek ludzi. Z których większość nie ma pojęcia, że właśnie „śmiertelnie zaciążyła” – i nigdy się o tym nie dowie, bo organizmy tych osób poradzą sobie z chorobą. Tak, jak radzą sobie z wieloma innymi zarazkami.
Nie warto przejmować się sprawami, na które nie ma się wpływu. Warto za to do zagrożeń podejść racjonalnie – taki wniosek płynie z przytoczonych przeze mnie historii. Idealnie pasujący do całej tej gówno-burzy z koronawirusem. Wiemy, jak minimalizować ryzyko – stosujmy się więc do zasad. I tyle. Czyste ręce wyjdą nam tylko na dobre.
Zdjęcie nr 1 ma przyciągnąć uwagę (haha). Zdjęcie nr 2 przedstawia sytuację, której byłem świadkiem w Prypeci (tej Prypeci). Pan w kombinezonie to Włoch – pod tym białym czymś ma jeszcze jakieś niebieskie wdzianko (byłem świadkiem, gdy je zakładał). Pani na drugim planie, to młoda ukraińska przewodniczka, która do czarnobylskiej zony przyjechała z grupą zagranicznych fizyków jądrowych. Proszę sobie porównać te dwie osoby i zapytać się w duchu: w stosunku do koronowirusowej napinki jestem wyluzowaną Ukrainką czy zdyganym Włochem?
—–
Nz. Ewakuacja medyczna rannego amerykańskiego żołnierza. Prowincja Ghazni, jesień 2013/fot. Marcin Wójcik.
Zdjęcie pochodzi z albumu „Polski Afganistan”, który wydaliśmy z Marcinem jesienią 2014 roku
Co jest niezbędną cechą każdego astronauty? Poczucie humoru – nie ma wątpliwości pułkownik Alfred Worden, członek misji Apollo 15. „Al” – jak każe do siebie mówić – trenował niemal trzy lata, bez gwarancji, że kiedykolwiek wystartuje w kosmos. – Gdyby nie umiejętność robienia sobie żartów, na pewno bym nie przetrwał – przekonuje legenda astronautyki.
Wordena humor nie opuścił także podczas wyprawy. Gdy kapsuła z trzyosobową załogą wylądowała już na Pacyfiku, zawisł nad nią śmigłowiec marynarki wojennej USA.
– Daliśmy marynarzom do zrozumienia, że dla nas, pilotów sił powietrznych, konieczność skorzystania z ich pomocy nie jest zbyt komfortową sytuacją – śmieje się 87-letni dziś pułkownik.
Spotkanie z „Alem” odbyło się w krakowskiej siedzibie Motorola Solutions
Worden przebywał w kosmosie dwanaście dni, na przełomie lipca i sierpnia 1971 roku. Samotnie krążył wokół Księżyca, podczas gdy dowódca misji, David Scott, i pilot modułu księżycowego, James Irwin, eksplorowali powierzchnię ziemskiego satelity. „Piętnastka” była dziewiątą misją załogową programu Apollo i czwartą, podczas której doszło do lądowania. Była to zarazem pierwsza wyprawa charakteryzująca się dłuższym, trzydniowym pobytem na Księżycu i skupiająca się, w większym stopniu niż wcześniejsze, na badaniach i obserwacjach naukowych. W drodze powrotnej Worden opuścił moduł dowodzenia, aby wyjąć film z kamer panoramicznych, niedostępnych z wnętrza pojazdu. Tym samym wykonał spacer kosmiczny jeszcze na orbicie Srebrnego Globu, w odległości trzystu piętnastu tysięcy kilometrów od Ziemi.
– Spędziłem w próżni trzydzieści osiem minut, mając doskonały widok i na Ziemię, i na Księżyc – wspomina pułkownik. – Niesamowite doznanie…
Odbyło się ono z okazji 50. rocznicy lądowania na Księżycu
Na tyle niesamowite, że nie zanosi się na „powtórkę z rozrywki”. Zapytany o powrót człowieka na Srebrny Glob, Alfred Worden wskazuje inny cel – Marsa. Ale nie ma złudzeń, że stanie się to za jego życia.
– Potrzeba nam co najmniej trzydziestu lat – mówi, dodając, że technologia jest dziś dużo doskonalsza niż przed laty, lecz jednocześnie stała się koszmarnie droga. – Zapomnijmy o międzypaństwowym wyścigu – przekonuje. – To nieefektywna forma podboju przestrzeni kosmicznej.
Trudno nie przyznać pułkownikowi racji. Program Apollo kosztował rząd Stanów Zjednoczonych ponad dwadzieścia pięć miliardów ówczesnych dolarów. Przy uwzględnieniu inflacji, dzisiaj byłaby to suma niemal czterokrotnie większa.
– Żadnego kraju nie stać na wyłożenie takich pieniędzy z własnej kieszeni – twierdzi Worden. – Międzynarodowa współpraca to konieczność.
„Al” chętnie rozdawał autografy…
Te słowa mają jeszcze inny, symboliczny wymiar. Program Apollo był dzieckiem swoich czasów – przede wszystkim politycznej i militarnej rywalizacji między USA a ZSRR. Waszyngton, w ramach zimnowojennych rozgrywek, usiłował udowodnić Moskwie technologiczną i organizacyjną wyższość, przy okazji testując rozwiązania techniczne, niezbędne do zwycięstwa w wyścigu zbrojeń. Ów zimnowojenny rys można było dostrzec w życiorysach astronautów, z których większość trafiła do NASA z wojska
– Czułeś się żołnierzem wysłanym na kosmiczną misję czy naukowcem zaangażowanym w badanie Księżyca? – pytam „Ala”.
– Byłem człowiekiem, któremu przydały się oba rodzaje treningu – i wojskowy, i naukowy – odpowiada dyplomatycznie astronauta.
Dziś większość jego następców to cywile, a on sam mówi o dawnych rywalach per „przyjaciele” – co stanowi niemały powód do radości.
…i odpowiadał na pytania dziennikarzy
Cieszy również to, że Warden – mimo zaawansowanego wieku – nie rezygnuje z działalności publicznej. Do Polski przyleciał na zaproszenie Motoroli Solutions – firmy mocno zaangażowanej w program Apollo – aby opowiedzieć o kulisach kosmicznego podboju z perspektywy jego uczestnika.
I tu odrobina osobistej refleksji. Kilka lat temu dopadła mnie choroba – akurat w przededniu spotkania z Markiem Edelmanem. Musiałem je odwołać, choć bardzo chciałem poznać przywódcę żydowskiego ruchu oporu. Parę tygodni później pan Marek zmarł – a ja zostałem w poczuciu nieodwracalnej straty. Jako dziecko marzyłem o sposobności porozmawiania z kimś, kto odbył księżycową misję. Wówczas, w czasach komuny, było to marzenie ściętej głowy. Na szczęście świat się zmienił i dawne marzenie udało się zrealizować.
– Eee – macha ręką „Al”, gdy przekonuję go, jak wielki zaszczyt mnie spotkał.
Zdaje się, że ów brak nadęcia i bezpretensjonalny sposób bycia to wizytówka pułkownika.
– Na filmach, gdy rakiety wznoszą się w powietrze, twarze astronautów wykrzywiają dziwaczne grymasy – „Al” robi zabawną minę. – Z naszymi buziami wszystko było w porządku, a o tym, że już wystartowaliśmy, poinformowała nas wieża kontroli lotów. Sami nie mieliśmy o tym pojęcia. W starcie nie ma nic dramatycznego.
Śmieję się, słysząc te słowa. W sumie nie chodzi o nic więcej, tylko o eksplozję, niemal dosłownie pod tyłkiem, setek ton paliwa. Rzeczywiście, nic dramatycznego…