Wina

„Bachmut by ocalał, gdyby nie był tak zażarcie i bezsensownie broniony. Każdy zniszczony budynek w tym mieście to także zasługa armii ukraińskiej”, komentarz tej treści ukazał się pod moim wpisem, gdzie relacjonowałem wyprawę do miasta, o które wówczas – w styczniu 2023 roku – toczyły się zacięte walki. Materiał ilustrowały zdjęcia zrujnowanych przedmieść Bachmutu (centrum pozostawało wtedy w miarę nietknięte) – i to one przede wszystkim sprowokowały ów wysryw.

Nie był to pojedynczy eksces – z podobnymi opiniami podważającymi sens ukraińskiego oporu oraz znoszącymi odpowiedzialność rosjan za wyrządzone szkody, zetknąłem się wcześniej, później, stykam się i obecnie, przy różnych sytuacjach. Generalnie tego typu „refleksja” jest stale obecna w naszych mediach społecznościowych, inspirowana przez rosjan i roznoszona przez rzesze użytecznych idiotów.

Dziś – zapewne nie tylko ja – zderzyłem się z kolejną jej odmianą.

Okazuje się, że dom w Wyrykach – uszkodzony podczas „wizyty” rosyjskich dronów sprzed tygodnia – ucierpiał nie z powodu upadku bezzałogowca, a rakiety wystrzelonej przez nasz samolot. Pocisk miał awarię, szczęśliwie zadziałały zabezpieczenia i nie doszło do eksplozji; szkody wyrządziła sama „kinetyka” zdarzenia. To nadal nieoficjalne ustalenia, ale gra nimi już „cała Polska”. Grają też ruSSkie i ich mniej lub bardziej świadome przydupasy. To wina naszego lotnictwa (wojska, państwa, Tuska; opcji jest wiele, istotą jest wskazanie, że samiśmy sobie zrobili krzywdę). Do tego obowiązkowe heheszki z kompetencji i wniosek ogólny pod tytułem: gdybyśmy się nie angażowali w pomoc Ukrainie, nic by tu nie przyleciało – vide chałupa w Wyrykach by nie ucierpiała.

Zaśmiałbym się, gdyby nie fakt, że ta odwrócona logika ma tak wielu zwolenników…

Znów dzieje się historia, jak z Przewodowem, gdzie w 2022 roku zginęły dwie osoby, po upadku ukraińskiej rakiety przeciwlotniczej, wcześniej wystrzelonej w kierunku rosyjskiego pocisku manewrującego. Co poniektórzy orzekli wówczas, że winna jest Ukraina. Bo przecież gdyby Ukraińcy nie strzelali do rosyjskich rakiet, nic by do nas nie przyleciało.

W głowie się nie mieści, że takie rzeczy trzeba tłumaczyć i rozpisywać na kawałki.

Więc po kolei. Awarie amunicji przeciwlotniczej się zdarzają (każdej amunicji). Po to wymyśla się samolikwidatory i inne techniczne rozwiązania, które mają ograniczyć szkody. Nie zmienia to faktu, że sam upadek takiego pocisku bywa niebezpieczny, ba, może zabić. W każdym rosyjskim nalocie część zniszczeń, pożarów i ofiar to „efekt” działalności ukraińskiej obrony przeciwlotniczej – i ten przykład (po uprzedniej wymianie podmiotów) możemy rozszerzyć na wszystkie konflikty zbrojne, w których używano i używa się środków napadu powietrznego. Na ziemię – obok intencjonalnie zrzucanych przez napastnika ładunków – spadają też wraki, wystrzelona amunicja, niedoloty. Jeśli bitwa toczy się nad obszarem zurbanizowanym, śmieci trafiają w domy. Gdzie drwa rąbią, tam wióry lecą, niestety.

Kto jest temu winien? No właśnie…

Wspomniany na wstępie Bachmut nie musiałby się bronić, gdyby rosjanie go nie atakowali. Ukraińcy nie wysłaliby w powietrze żadnej rakiet S-300, gdyby nie musieli strącać rosyjskich pocisków. Nasz F-16 nie oddałby strzału, gdyby w naszej przestrzeni powietrznej nie było intruzów. Są, bo jest rosja – postimperialny twór państwowopodobny, który sens swojego istnienia sprowadza do agresywnych poczynań wobec własnych sąsiadów. To rosja jest winna, w całości, bez wyjątku, w każdym ze wskazanych tu przykładów i we wszystkich innych dramatach będących skutkiem rosyjskiej agresji. Koniec, k…, kropka. Kto tego nie rozumie jest albo idiotą, albo zdrajcą.

Ps. Stawiam sprawy bezalternatywnie? A jak je postawić, skoro niebronienie się, uleganie, niepomaganie sąsiadom, którzy się bronią, to pozwolenie, by ruSSkomirski raj się do nas przybliżył czy wręcz objął nas swoimi mackami?

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, moje książki powstają także dzięki Wam! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Bachmut, dom na przedmieściach. Zrobiłem to zdjęcie w styczniu 2023 roku.

Bicz

Ćwiczenia „Zapad 2025” powoli dobiegają końca. Propaganda Moskwy i Mińska usiłuje nadać im poważny wymiar, użyć ich do zastraszania Europy, zwłaszcza wschodniej flanki, ale fakty są takie, że mamy do czynienia z niemrawym „show of force”. Tegoroczny „Zapad” jest cieniem wcześniejszych edycji manewrów i potwierdza poważne problemy rosyjskich sił zbrojnych oraz to, jak gigantycznym wyzwaniem dla rosji jest toczona przez nią wojna w Ukrainie.

Pisałem o tym przedwczoraj, więc nie będę rozwijał wątku (zainteresowanych odsyłam do sobotniego wpisu). Chciałbym jednak odnieść się do zdarzeń, które wydarzyły się już po publikacji mojego postu. W miniony weekend burzą przez nasze media – głównie społecznościowe – przetoczył się krótki film zarejestrowany w obwodzie królewieckim. Była to klasyczna „wrzutka” rosyjskiej propagandy – materiał prezentujący okazały sprzęt wojskowy, w tym przypadku wyrzutnię Iskander ze spionizowanym (bliższym momentowi wystrzelania) pociskiem. Co istotne, pojazd pojawił się w pobliżu granicy z Polską, a rosyjskie źródła przekonywały, że ta dyslokacja jest elementem „Zapadu”.

W ramach manewrów zrealizowano również w zamyśle bardziej spektakularny epizod. Jako podało ministerstwo obrony rosji, fregata floty północnej „Admirał Gołowko” wystrzeliła pocisk hipersoniczny Cyrkon. Oczywiście cel znajdujący się na Morzu Barentsa „został zniszczony bezpośrednim trafieniem”. Działaniom na odległym akwenie towarzyszyła operacja lotnicza, w trakcie której użyto czterech samolotów bombowych Tu-22M3. Wykonały one czterogodzinny patrol oraz symulację uderzenia rakietowego na cele naziemne. Brzmi to wszystko poważnie? Na pierwszy rzut oka i ucha owszem.

A na drugi? Cóż, skoro nie można grać spektakularnymi obrazkami wielkich manewrów na Białorusi – bo ich nie ma (przypomnę, w tegorocznym „Zapadzie” udział wzięło 10 tys. żołnierzy) – można (a patrząc z rosyjskiej perspektywy trzeba) potrząsać szabelką w inny sposób. Z czym jednak realnie mamy do czynienia? Loty patrolowe samolotów bombowych to nic nadzwyczajnego, a miotane przez nie pociski nie są wielkim wyzwaniem dla natowskich systemów przeciwlotniczych. Wizerunek cudownej broni, jaki usiłuje budować rosyjska propaganda w odniesieniu do Cyrkona, ma z kolei niewiele wspólnego z rzeczywistością. To  ulepszona wersja pocisku Oniks, opracowanego jeszcze w czasach Związku Sowieckiego. Diabelnie szybkiego, to prawda, ale niespecjalnie celnego i już z pewnością nie „niestrącalnego”. Ukraińcy potrafią sobie z nim radzić, używając w tym celu amerykańskich Patriotów. A warto podkreślić, że nie dostali najnowszych wytworów zbrojeniówki zza oceanu (przekazane im systemy prezentują poziom z przełomu wieków).

Skądinąd to znamienne, że epizod „Zapadu” ćwiczyła flota północna, a nie bałtycka. Ta druga, trzymana w szachu na „wewnętrznym morzu NATO”, niespecjalnie miałaby się czym pochwalić (czym nam pogrozić). Takie są fakty.

Co zaś się tyczy nieszczęsnego Iskandera blisko granicy – w gruncie rzeczy była to żałosna próba zwrócenia uwagi polskiej opinii publicznej. Wyrzutnia nie musi wyjeżdżać niemal pod przejście, by mogła być użyta – te rakiety mają zasięg kilkuset kilometrów. To niebezpieczna broń, w Ukrainie siejąca niemałe spustoszenia w miastach na północy kraju. Lecz miejmy świadomość kontekstu – w obwodzie królewieckim jest raptem kilka wyrzutni, które już w pierwszych minutach wojny nie przetrwałyby konfrontacji z naszym lotnictwem (i siłami specjalnymi). A uzupełnić tych strat rosjanie nie mieliby czym i jak. Generalnie, cała królewiecka eksklawa jest – z ich perspektywy – nie do obrony przy wykorzystaniu dostępnych, konwencjonalnych środków. Niegdyś potężnie uzbrojony obwód – na skutek działań wojennych w Ukrainie – został ogołocony z niemal wszystkiego, co miało jakąkolwiek militarną wartość. Mówiąc wprost i dosadnie, dziś to rosjanie winni się bardziej obawiać naszego „wjazdu” niż my ich.

Co warto podkreślić, by odbić piłeczkę rosyjskiej narracji. Nie dla satysfakcji i potrzeby poprawienia sobie nastroju. Jest rzeczą niepokojącą, jak łatwo „obrabia nas” kremlowska propaganda. „Zapad”, gdzie z „niczego” kręci się przysłowiowy bicz – a my to kupujemy (część mediów i opinii publicznej) – jest kolejnym na to dowodem. Dojrzyjmy owo „nic”, i generalnie dostrzeżmy realne możliwości rosyjskiej armii, brutalnie weryfikowane w Ukrainie. I przestańmy u licha panicznie się bać. Ten diabeł wcale nie jest taki straszny…

—–

Całość swoich rozważań na temat „Zapadu” zawarłem w tekście dla portalu TVP.Info – oto link do tego materiału.

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, moje książki powstają także dzięki Wam! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Kadr ze wspomnianego w tekście filmu.

Zapad(ł)

Znów na szybciutko, bom wciąż w podróży…

Dziś o „Zapadzie”, który właśnie rozpoczął się na Białorusi. Z jednej strony mamy histeryczne reakcje części mediów, w których biało-ruSSkie ćwiczenia jawią się niczym topór wiszący nad Polską i państwami bałtyckimi. Z drugiej zaś, marną projekcję siły w wykonaniu moskali i ich białoruskich podnóżków. A zatem czy naprawdę jest się czego obawiać?

Nim odpowiem na to pytanie, uporządkujmy pewne sprawy.

Ćwiczenia „Zapad” „od zawsze” miały wybitnie agresywny wobec zachodnich sąsiadów rosji charakter – choć dla niepoznaki zakładały scenariusz zbrojnej reakcji na wcześniejszy atak. Poprzednie edycje – zwłaszcza ta przed inwazją na Ukrainę – były manewrami angażującymi pokaźne siły. Ich koncentracja w stosunkowo bliskiej odległości od granicy NATO mogła wywoływać niepokój.

Co do zasady, wielkie ćwiczenia mogą być sposobem na zakamuflowanie koncentracji wojsk przed zaplanowaną agresją. Dziś – w dobie zwiadu satelitarnego i innych technologicznych możliwości – nie da się skrycie zebrać dużej ilości wojska i sprzętu, z konieczności więc trzeba to robić pod innym pretekstem. De facto temu właśnie posłużyły manewry „Zapad 2021” – gros rozwiniętych wówczas jednostek kilka miesięcy później użyto do pełnoskalowego ataku na Ukrainę.

Idźmy dalej. Państwa bałtyckie są małe, nie mają operacyjnej głębi (rozległego terenu, gdzie można się długo bronić); bez nasycenia ich pokaźnym natowskim kontyngentem ciężkim, 100-tysięczna rosyjsko-białoruska armada mogłaby je pokonać. Więc gdy na przykład w 2017 roku siły tej wielkości ćwiczyły na Białorusi i na poligonach w zachodniej roSSji, ryzyko było ponadnormatywne. Dla naszych nadbałtyckich sojuszników – dla nas pośrednie, wynikające z konieczności dotrzymania sojuszniczych zobowiązań.

Ale „Zapad 2025” to cień tamtych manewrów; w sumie bierze w nich udział nieco ponad 10 tys żołnierzy, bardzo skromnie wyposażonych w sprzęt ciężki. Dlaczego? Bo 90 proc. rosyjskich wojsk lądowych jest w tym momencie zaangażowanych w Ukrainie (a sama armia białoruska to „śmiech na sali”). Czy taki komponent stanowi jakiekolwiek zagrożenie? Nie.

„No ale Polska, w odpowiedzi na 'Zapad’, zamknęła przejścia graniczne z Białorusią”, mógłby zauważyć ktoś. „Co więcej, odpaliliśmy własne ćwiczenia, największe po 1989 roku, właśnie w odpowiedzi na rosyjskie. Po co więc takie działania, skoro nie ma zagrożenia?”

I znów co do zasady – marszruty wojsk wiodą stałymi szlakami komunikacyjnymi, co w realiach transgranicznych oznacza konieczność przejęcia przejść granicznych. Ale nie na taką okoliczność przyszykowała się Polska. Betonowe jeże i drut kolczasty nie zatrzymałyby sił inwazyjnych na dłużej niż kilka minut. Zamknięcie przejść służy czemu innemu. Przede wszystkim ma zobligować do działania Chiny, których eksport do Europy wiedzie przez Białoruś i Polskę. „Przytkawszy” szlak, oczekujemy, że Pekin wpłynie na Białoruś i roSSję, wszak oba kraje ma „w kieszeni”. Przede wszystkim chodzi nam o zażegnanie inspirowanego przez Kreml kryzysu migracyjnego na polsko-białoruskiej granicy. „Zapad” to tylko pretekst do opuszczenia szlabanu.

Jeśli zaś idzie o ćwiczenia „Żelazny obrońca” – rzeczywiście są imponujące. W polu jest/będzie trzy razy więcej naszych żołnierzy niż po drugiej stronie granicy. Nasz „Iron” zbiega się z innymi natowskimi ćwiczeniami, w których łącznie bierze udział 70 tys. wojskowych. Upraszczając sprawy, mamy więc „pod parą”, „na teatrze”, znacznie więcej wojska niż skarpetkosceptycy. Znacznie lepiej wyposażonego w sprzęt ciężki. Nie jest to przypadek, że nasze, natowskie manewry, zbiegły się z biało-ruSSkimi; takie przedsięwzięcia planuje się z dużym wyprzedzeniem, a kilkanaście miesięcy temu można było zakładać, że „Zapad” będzie wymagał efektownego show of force z naszej strony. Ponadto, to już wyłącznie polska perspektywa, dobiega końca proces formowania 18 Dywizji Zmechanizowanej, którą, jako zwartą formację, trzeba przećwiczyć w polu. I temu także służy „Żelazny obrońca”.

Agresywne kraje, ćwiczące wojsko przy granicy, w scenariusze manewrów wpisują też rozmaite prowokacje. Zwykle chodzi o „drobne” wtargnięcia, na które przeciwnik musi zareagować. Z pozycji prowokatora mamy dwie korzyści – reakcja sprowokowanego czyni ćwiczenia bardziej realistycznymi. Nade wszystko jednak chodzi o wojnę nerwów. W przypadku roSSji o jej podtrzymanie, „dorzucenie do pieca”. Przestrach – jako reakcja społeczeństwa przeciwnika – jest tu wartością samą w sobie, jest też narzędziem realizacji bardziej długofalowych celów, głównie demobilizacji drugiej strony (chodzi o doprowadzenie do sytuacji, kiedy powszechnie zaczniemy myśleć: „zgódźmy się na warunki rosjan, wtedy przestaną nas dręczyć”). Taki jest powód mobilizacji naszych służb przy okazji „Zapadu”, z tego wynika stała obecność ćwiczeń na naszej agendzie politycznej. Nasze władze mówią o nich, obawiając się prowokacji, a nie inwazji. Nie wszyscy to rozumieją i dmą w róg wielkiego zagrożenia, wieszcząc masową wizytę ruSSkich czołgów w naszym kraju.

Nie dla psa kiełbasa.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, moje książki powstają także dzięki Wam! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Fot. MON Białorusi

Sukces

rosyjski atak wymierzony dziś w Polskę ma dwie odsłony – kinetyczną i (dez)informacyjną. O ile na tej pierwszej płaszczyźnie państwo polskie całkiem nieźle sobie poradziło, o tyle na drugiej moskale odnoszą poważny sukces.

Mówię o tym w materiale, który nagrałem dla „Polski Zbrojnej” – całość poniżej.

Zapraszam Was również do lektury wywiadu, którego udzieliłem „Krytyce Politycznej” – oto link do tekstu.

(Nie)winna

Na szybciutko.

Wtargnięcie rosyjskich dronów mogło być efektem:

a. świadomej akcji Moskwy, mającej na celu przetestowanie naszego systemu; prowokacji poniżej progu kinetycznej wojny, dla której istnieje wygodne usprawiedliwienie „nie chcieliśmy, ale tak wyszło”.

b. grubszej awarii technicznej sprzętu (wtedy rzeczywiście by nie chcieli).

c. skutkiem porażenia dronów przez ukraińską obronę przeciwlotniczą przy użyciu systemów WRE (walki radiowo-elektronicznej). W takim ujęciu „ogłupiałe” maszyny poleciały dalej – i wleciały do nas.

Nie będę teraz rozważał prawdopodobieństwa tych scenariuszy, bo za mało wiem. Ale chciałbym się odnieść do trzeciego, który już stał się amunicją dla wszelkiej maści użytecznych idiotów i skarpetkosceptyków; amunicją wykorzystywaną do walenia w Ukrainę i Ukraińców rzecz jasna. Bo to „ich wina”.

Nosz k…

Pozwólcie, że ujmę sprawy łopatologicznie. Atakuje mnie łobuz nożem, odparowuję jego cios, narzędzie wypada bandycie z ręki, a ostrze kaleczy przypadkową osobę – czy ja za to odpowiadam? A może jednak ten ancymon, który chciał mi zrobić krzywdę? Nie musiałbym się bronić, gdybym nie został zaatakowany – to jest istota tej analogii.

Ukraina nie musiałaby unieszkodliwiać szahedów, gdyby nad nią nie przylatywały. Ale przylatują, bo ma bandytę za sąsiada. I co, ma mu ulec?

Uważajcie, błagam. Nie dajcie się wciągnąć w roSSyjski schemat narracyjny użyty już po tragedii w Przewodowie. To nie jest/nie byłaby nawet pośrednia wina Ukrainy.

Owszem, zło czai się na wschodzie, ale nieco dalej…

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, moje książki powstają także dzięki Wam! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.