Pancerze

Ukraina zgłasza zapotrzebowanie na większą liczbę wozów bojowych – bewupów, transporterów i czołgów. To potwierdzona informacja z dowództwa NATO zajmującego się koordynacją zachodniej pomocy. „No ale jak to!?”, mógłby rzec ktoś. „Przecież drony wyeliminowały z pola walki sprzęt ciężki…”, argumentowałby świadomy lub nie wyznawca dronozy. Z czego nie czynię zarzutu, bo łatwo nim zostać, będąc zewsząd bombardowanym doniesieniami o absolutnej dominacji bezzałogowców. Tymczasem sprawa jest bardziej złożona, co od dawna usiłuję przekazać swoim Czytelnikom.

Drony rzeczywiście ograniczyły obecność czołgów i wozów bojowych na rosyjsko-ukraińskim froncie. Na odcinkach najbardziej nasyconych bezzałogowcami redukując ich role do działających z oddali, mobilnych stanowisk artyleryjskich (czołgi) i „taksówek” podwożących żołnierzy na podejścia do „zerówek” (bwp-y i transportery). To nadal użycie zgodne z zasadami sztuki, niemniej mocno redukcyjne, pozbawione elementu ofensywnego.

Ale…

Dronami można przeciwnika szachować – razić go, gdy atakuje, dokonywać nalotów na jego pozycje obronne i, przede wszystkim, paraliżować jego logistykę. Jeśli tym działaniom będzie towarzyszyć skuteczne zwalczanie wrogich dronów – kinetyczne i z użyciem środków zagłuszania – można pokusić się o coś więcej. O przejęcie inicjatywy, czyli próbę zdobycia/odzyskania terenu.

Rzecz w tym, że drony tego nie zrobią. Potrzebny jest – jak to się mówi w anglosaskiej terminologii wojskowej – boot on the ground. Człowiek, który fizycznie zabezpieczy zdobyty obszar. Tyle że ten człowiek musi być jak najlepiej chroniony – także pancerzem. I musi mieć przewagę ogniową, czyli coś więcej niż karabin. Najlepiej coś, co będzie w stanie niszczyć ogniem bezpośrednim umocnione stanowiska wroga. Do czego idealnie nadaje się na przykład czołgowa armata (dysponująca siłą, której żaden dron mieć nie będzie).

Tak drodzy Państwo, właśnie to usiłuję Wam powiedzieć: Ukraińcy wracają do manewru na froncie. Na razie na poziomie taktycznym, w walce o niewielkie obszary, ale dotychczasowe doświadczenia znad rzeki Oskoł (na pograniczu obwodu charkowskiego i donieckiego) są obiecujące. Problem w tym, że do działań na większą skalę zwyczajnie brakuje sprzętu. Mnóstwo czołgów i wozów bojowych Ukraińcom „wyszło”, skupiając się na obronie i dronach poniekąd sami też temat zaniedbali. I stąd zwiększone zapotrzebowanie.

Podkreślmy to: warunkiem tego manewru jest zredukowanie dronowych możliwości przeciwnika. Wtórnym, ale wciąż ważnym – zabezpieczenie nacierających oddziałów na okoliczność uderzeń wrogich dronów, które mimo wszystko się przedrą. Atakować nie mogą zatem „gołe” czołgi czy bwp-y, a wozy wyposażone w systemy ochronne (co najmniej siatki i zagłuszarki). Oczywiście pod parasolem własnych dronów.

Które są bardzo ważne – jako część całego „ekosystemu”, pozwalającego na efektywną walkę, w tym przypadku natarcie.

I już na marginesie: ukraińskie doświadczenia niosą korzystny dla natowskich armii wniosek. Paraliż rosyjskich dronów otwiera drogę dla działań na lądzie, w których Sojusz ma miażdżącą przewagę techniczną nad rosjanami. Biorąc pod uwagę zaplecze finansowe, technologiczne i organizacyjne NATO, trudno mi sobie wyobrazić, by wyłączenie ruSSkich bezzałogowców stanowiło wyzwanie nie do pokonania.

Amen.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Narodziny

Pocisk artyleryjski kalibru 155 mm kończy swój żywot spektakularną eksplozją. Zajrzałem tam, gdzie jego historia dopiero się zaczyna.

Pierwsze wrażenie – jest głośno! Wrzeciona obrabiarek wirują z prędkością kilku tysięcy obrotów na minutę, automatyczne tokarki zmieniają narzędzia, a po wytwarzanych detalach nieustannie spływa emulsja chłodząca. Jedne maszyny toczą, inne frezują, kolejne wiercą. Wszystkie wykonują elementy, z których niebawem powstanie amunicja artyleryjska.

„Proszę spojrzeć na to”, Tomasz Serafin, kierownik wydziału obróbki mechanicznej Zakładów Metalowych Dezamet kładzie na dłoni niewielki przedmiot. Wygląda jak guzik lub nit, ma kilka milimetrów średnicy. „To kołek ustalający”, wyjaśnia inżynier. „Jeden z 57 elementów zapalnika do pocisku artyleryjskiego kalibru 155 mm”. Biorę część do ręki, obracam. Trudno mi uwierzyć, że coś tak niepozornego może być tak ważne. Bez kołka mechanizm nie zostałby prawidłowo złożony, a bez sprawnego zapalnika pocisk pozostałby jedynie stalowym korpusem wypełnioną materiałem wybuchowym.

O amunicji najczęściej mówi się w kategoriach statystycznych, używając wielkich liczb, szacując zawartość magazynów lub zużycie na poziomach milionów sztuk. Państwa prześcigają się w zapowiedziach zwiększania produkcji, armie liczą zapasy, a politycy ogłaszają kolejne inwestycje. W takich dyskusjach łatwo zapomnieć, że każdy pocisk jest sumą dziesiątek precyzyjnie wykonanych części, setek operacji technologicznych i żmudnej pracy anonimowych ludzi. Postanowiłem się jej przyjrzeć i nieco przybliżyć proces, którego finalnym efektem jest podstawowy środek walki artyleryjskiej NATO – wspomniany pocisk 155 mm.

Wszystko zaczyna się od pręta

Od razu trzeba wyjaśnić jedną rzecz. W zakładach w Nowej Dębie, które odwiedziłem, nie powstaje cały pocisk, od A do Z. Trafiają tu korpusy i część podzespołów wyprodukowanych przez kooperantów, a wytwarzane są m.in. zapalniki i gazogeneratory. Na końcu wszystkie elementy składane są w gotową amunicję.

Jedną z najbardziej skomplikowanych części wytwarzanych w Dezamecie jest kadłub mechanizmu zabezpieczająco-uzbrajającego zapalnika. „Tak to wygląda”, Tomasz Serafin wręcza mi aluminiowy detal niewiele większy od pudełka zapałek. A potem pokazuje rysunek techniczny, uświadamiający skalę wyzwania. Na tej niewielkiej części konstruktorzy zapisali 75 wymiarów odnoszących się do powierzchni, otworów, gwintów i innych cech geometrycznych. Wszystkie muszą mieścić się w ściśle określonych parametrach, choć cały detal powstaje podczas jednej operacji na automacie tokarskim sterowanym numerycznie.

Na pierwszy rzut oka wszystkie obrabiarki wyglądają podobnie. Za przezroczystymi osłonami znikają kolejne stalowe i aluminiowe pręty, po chwili wypuszczając gotowe detale. Za namową kierownika przyglądam się jednej z maszyn. Jej wyjątkowość polega na tym, że zintegrowano ją z magazynem narzędzi, w którego skład wchodzi aż osiemdziesiąt frezów, wierteł, rozwiertaków, noży tokarskich i innych końcówek, dobieranych przez program sterujący. Im bardziej skomplikowany detal, tym częściej maszyna sięga po następne narzędzie. Operator nie prowadzi już noża ręką po materiale. Przygotowuje program, kontroluje przebieg procesu i sprawdza gotowy wyrób. Resztę wykonuje automat.

Jeszcze ćwierć wieku temu wyglądało to zupełnie inaczej. Taki sam element trzeba było przenosić pomiędzy kolejnymi tokarkami i frezarkami. Każda operacja oznaczała osobne ustawienie maszyny, osobne mocowanie detalu, a czas mijał. Dziś cały proces trwa około 12–14 minut. Na obrabiarkach konwencjonalnych wykonanie tego samego elementu zajęłoby co najmniej godzinę i wymagałoby kilkudziesięciu osobnych operacji.

Tam, gdzie maszyna się zatrzymuje

Patrząc na pracę automatów łatwo dojść do wniosku, że współczesna produkcja amunicji jest już niemal całkowicie zrobotyzowana. To złudzenie znika kilkadziesiąt metrów dalej, w hali, w której nie słychać już jednostajnego szumu wrzecion. Na stołach leżą te same detale, które przed chwilą opuściły obrabiarki. Teoretycznie gotowe.

„Tutaj wykonujemy gratowanie”, informuje mnie mój przewodnik. Chodzi o ręczne usuwanie zadziorów i ostrych krawędzi, które mogą pozostać po toczeniu, frezowaniu czy gwintowaniu. Czasem są niemal niewidoczne, ale wystarczy jeden, by podczas montażu któryś z elementów nie pracował tak płynnie, jak powinien. Dlatego każda, nawet najdrobniejsza część, przechodzi przez ręce pracownika uzbrojonego w pilnik, skrobak, rozwiertak czy pogłębiacz. Większość personelu stanowią tu kobiety, trudno oprzeć się wrażeniu, że wykonują iście zegarmistrzowską robotę, z wyczuciem przesuwając pilniki po krawędziach elementów mniejszych od monety.

Następnie części zapalnika trafiają do myjki. Zamknięte urządzenie bardziej przypomina przemysłową pralkę niż element linii produkcyjnej amunicji. Świeżo wykonane detale umieszczane są w koszu, który przez około piętnastu minut obraca się w kąpieli z czterochloroetylenu. To ostatni etap oczyszczania przed kontrolą jakości – z powierzchni muszą zniknąć resztki emulsji chłodzącej, opiłki i wszelkie zanieczyszczenia, które mogłyby utrudnić późniejszy montaż. Dopiero wtedy elementy trafiają do laboratorium pomiarowego. Jeśli kontrola potwierdzi zgodność z dokumentacją, mogą rozpocząć kolejny etap swojej podróży przez fabrykę.

Tam, gdzie detal staje się mechanizmem

Oddział montażu zapalników – potocznie nazywany zapalnikownią – bardziej przypomina laboratorium niż halę produkcyjną. Na długich stołach stoją pojemniki z dziesiątkami drobnych elementów. Monterki – wszak większość znów stanowią kobiety – pracują z pęsetami, precyzyjnymi wkrętakami i przyrządami kontrolnymi, korzystają z niewielkich pras montażowych oraz lup i powiększalników. Zamiast huku obrabiarek słychać jedynie cichy stuk odkładanych części i krótkie rozmowy między pracownikami.

Montaż odbywa się w systemie gniazdowym. Każdy zespół pracowników odpowiada za określony etap składania, po którym gotowy podzespół trafia na kolejne stanowisko. Tak, krok po kroku, rodzi się mechanizm. „Tutaj wkładamy serce zapalnika”, Wojciech Żmuda, szef wydziału montażu obejmującego zapalnikownię i lakiernię, podchodzi do jednego ze stołów. Serce okazuje się rotorem, który po wystrzeleniu obraca się we właściwej pozycji, decydując o sposobie działania zapalnika. W zależności od ustawienia – przez artylerzystę, tuż przed oddaniem strzału – pocisk może zadziałać natychmiast po uderzeniu albo z krótką zwłoką. Dwa tryby pracy, jeden niewielki element i precyzja, bo nie ma tu miejsca na przypadek.

Ale na tym etapie zapalnik nadal nie jest gotowym mechanizmem. O tym, kiedy się nim staje, przeczytacie w dalszej części tekstu, który opublikowałem w „Polsce Zbrojnej”. Oto link do tego materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Gotowe pociski/fot. Zakłady Metalowe Dezamet.

Podprogowo

„W tej chwili nie widzimy bezpośredniego zagrożenia atakiem”, oświadczył w niedzielę, 30 sierpnia, anonimowy przedstawiciel NATO cytowany przez Reutersa. Jednocześnie zaznaczył, że rosja nasila ataki na Ukrainę oraz działania hybrydowe w Europie. NATO – zapewnił – pozostaje czujne.

Dzień wcześniej z Warszawy popłynął komunikat brzmiący znacznie bardziej alarmistycznie. Po rozmowie z sekretarzem generalnym NATO Markiem Ruttem premier Donald Tusk napisał, że rosyjska eskalacja postępuje, a najbliższe pół roku może okazać się rozstrzygające. Polska i NATO powinny być przygotowane na różne scenariusze. „Nie możemy wykluczyć prowokacji ze strony rosji przeciwko któremuś z państw NATO”, ostrzegł szef rządu RP.

Z kolei prezydent Finlandii Alexander Stubb w opublikowanym tego samego dnia wywiadzie dla niemieckiego „Bilda” stwierdził, że nie spodziewa się rosyjskiego ataku na państwo NATO. Powołał się przy tym zarówno na informacje wywiadowcze, jak i siłę odstraszania Sojuszu. Jego zdaniem rosja ponosi w Ukrainie straty, które utrudniają jej otwarcie drugiego frontu, zaś sprawdzanie militarnej determinacji NATO byłoby dla Moskwy pozbawione sensu. Nie znaczy to – zastrzegł – że Europa może przestać przygotowywać się na najgorszy scenariusz.

Kto więc ma rację? Wszyscy. Mówią bowiem o różnych rzeczach.

—–

rosyjski atak na NATO najłatwiej wyobrazić sobie jako powtórkę z 24 lutego 2022 roku. Koncentrację wojsk, przygotowania logistyczne, uderzenia rakietowe i lotnicze, a następnie przekroczenie granicy przez jednostki lądowe. W przypadku Sojuszu najczęściej przywoływany jest przy tym kierunek bałtycki – Estonia, Łotwa i Litwa – albo Polska.

Taki scenariusz rzeczywiście trudno dziś uznać za najbardziej prawdopodobny. rosja nadal prowadzi pełnoskalową wojnę przeciw Ukrainie i angażuje w nią ogromną część swojego potencjału wojskowego. Musiałaby przy tym liczyć się z wejściem w konflikt z sojuszem dysponującym nieporównanie większym potencjałem gospodarczym i wojskowym oraz bronią jądrową.

I właśnie przewaga Sojuszu ma kluczowe znaczenie dla odstraszania. Jego istotą jest przekonanie przeciwnika, że ewentualny atak nie pozwoli mu osiągnąć zakładanych celów albo pociągnie za sobą koszty większe od możliwych korzyści. NATO wzmacnia ten mechanizm, zwiększając siły na wschodniej flance, rozbudowując plany obronne i podnosząc wydatki wojskowe. Sojusz oficjalnie określa rosję jako najpoważniejsze i bezpośrednie zagrożenie dla bezpieczeństwa państw NATO.

Rzecz w tym, że między pokojem a rosyjskimi czołgami przekraczającymi granicę NATO znajduje się jeszcze bardzo dużo miejsca. I Moskwa potrafi z niego korzystać.

—–

Najświeższego przykładu dostarczyły Niemcy. 1 września władze w Berlinie oficjalnie uznały rosję za odpowiedzialną za próbę zamachu na lotnisku Lipsk/Halle. Na początku sierpnia znaleziono tam drona wyposażonego w materiał wybuchowy. Według niemieckich mediów celem mógł być ukraiński samolot transportowy.

Minister spraw wewnętrznych RFN Alexander Dobrindt poinformował, że konfiguracja drona, rodzaj materiału wybuchowego i technika detonacji były znane z wcześniejszych rosyjskich operacji hybrydowych oraz wojny przeciw Ukrainie. Niemiecki rząd uznał więc incydent za rosyjski atak hybrydowy. Moskwa zaprzecza, by miała z nim cokolwiek wspólnego.

To już nie operacja dezinformacyjna czy próba włamania do rządowej sieci komputerowej. Dron przewożący materiał wybuchowy mógł zniszczyć samolot, spowodować pożar i zabić ludzi. Jednocześnie sposób przeprowadzenia tej operacji zasadniczo różni się od otwartego ataku militarnego. Z rosji nie nadleciał bombowiec, nie wystartowała rakieta balistyczna, granicy Niemiec nie przekroczyli rosyjscy żołnierze. Zamiast jednoznacznego aktu agresji mamy działanie, którego sprawcę trzeba najpierw ustalić, a jego związek z rosyjskim państwem – udowodnić.

I właśnie ta niejednoznaczność jest istotą problemu.

rosja od lat prowadzi przeciw państwom europejskim działania, które NATO i Unia Europejska określają jako kampanię hybrydową. Obejmuje ona cyberataki, sabotaż, ingerencję w procesy polityczne, operacje informacyjne, zakłócanie systemów elektronicznych i działania przeciw infrastrukturze krytycznej. W lipcu Rada Północnoatlantycka ponownie oficjalnie potępiła rosyjskie cyberoperacje wymierzone w państwa Sojuszu. UE mówi z kolei o „uporczywych, skoordynowanych i długotrwałych” rosyjskich kampaniach hybrydowych.

Nie chodzi przy tym o przypadkowy zbiór incydentów. W rosyjskim sposobie prowadzenia konfrontacji działania militarne, wywiadowcze, informacyjne, gospodarcze i cybernetyczne mogą być elementami jednej strategii. Pozwalają wywierać presję na przeciwnika bez podejmowania ryzyka związanego z otwartą wojną.

Można zakłócać GPS. Można atakować sieci komputerowe. Można podpalać magazyny, uszkadzać infrastrukturę albo wykorzystywać pośredników do przeprowadzenia sabotażu. Można również prowadzić operacje wpływu, których celem nie jest zniszczenie konkretnego obiektu, lecz pogłębienie politycznych i społecznych podziałów. Każde z tych działań może powodować realne szkody. Ale czy to już wojna?

—–

Z punktu widzenia bezpieczeństwa NATO istotne jest więc nie tylko ryzyko otwartego rosyjskiego ataku, lecz także to, jak daleko Moskwa może posunąć się poniżej progu wojny. Cyberatak powodujący kilkugodzinną awarię? Sabotaż linii kolejowej? Uszkodzenie kabla na dnie Bałtyku? Dron nad bazą wojskową? Eksplozja w magazynie? Atak na samolot przewożący uzbrojenie dla Ukrainy?

A jeśli w takim zdarzeniu zginą ludzie?

Nie istnieje taryfikator określający, ile zniszczonych transformatorów, samolotów czy ofiar oznacza przekroczenie granicy między działaniem hybrydowym a zbrojnym atakiem. I nie jest to przypadek – o czym przeczytacie w dalszej części tekstu, który opublikowałem w portalu TVP.Info. Oto link do tego materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Pogrom?

Ukraińscy operatorzy dronów mieli podczas ćwiczeń „Combined Resolve” w Niemczech – jak donosiły media – zadać amerykańskiej brygadzie pancernej dotkliwe „straty”. Choć rzeczywisty przebieg manewrów był bardziej złożony, to pokazał, jak wielką przewagę daje doświadczenie zdobyte podczas kilku lat prawdziwej wojny. I jak szybko zachodnie armie muszą dziś uczyć się od Ukraińców.

Amerykańska brygada pancerna ruszyła do natarcia. Abramsy i Bradleye poruszały się po drogach i bezdrożach poligonu Hohenfels w Bawarii. Z góry obserwowały je ukraińskie bezzałogowce. Jedne służyły do rozpoznania, inne odgrywały rolę dronów bombowych, które wkrótce zaczęły eliminować z gry kolejne amerykańskie pojazdy.

Jak napisał niedawno „The Wall Street Journal”, powołując się na uczestników i osoby zaznajomione z przebiegiem ćwiczeń, pojazdy US Army wypadały z gry tak szybko, że część z nich trzeba było „wskrzeszać” i ponownie wysyłać do walki, aby szkolenie mogło być kontynuowane. I tak opowieść z niemieckiego poligonu ruszyła w świat. W medialnych relacjach Ukraińcy „zniszczyli”, „rozgromili”, a nawet „unicestwili” amerykańską brygadę pancerną za pomocą tanich dronów. Co właściwie wydarzyło się w Hohenfels?

Brygada na egzaminie

 „Combined Resolve ‘26” to cykliczne ćwiczenia, które odbywały się od 9 kwietnia do 10 maja w Joint Multinational Readiness Center (JMRC) w Hohenfels. To jedyny należący do US Army ośrodek szkolenia bojowego tej klasy na stałe zlokalizowany poza Stanami Zjednoczonymi. Sam poligon zajmuje 163 km kw., znajduje się na nim ponad 1300 budynków szkoleniowych i ponad 300 km dróg.

W ćwiczeniach uczestniczyło ponad 3600 żołnierzy z siedmiu państw. Główną szkolącą się formacją był 3 Pancerny Brygadowy Zespół Bojowy „Szary wilk” (3rd Armored Brigade Combat Team „Greywolf”) z 1 Dywizji Kawalerii. Amerykańska brygada kończyła właśnie dziewięciomiesięczny dyżur w Europie, podczas którego jej pododdziały stacjonowały m.in. w Polsce, na Litwie i w Estonii. Nie była więc przypadkowo zebranym oddziałem ani formacją dopiero rozpoczynającą szkolenie. „Combined Resolve” miał być jednym ze sprawdzianów jej gotowości.

W Hohenfels Amerykanie zetknęli się jednak z wojskiem posiadającym doświadczenie, którego nie można zdobyć nawet na najlepszym poligonie. Do sił odgrywających rolę przeciwnika dołączyli bowiem operatorzy ukraińskiej 412 jednostki Nemesis, należącej do Sił Systemów Bezzałogowych. To formacja specjalizująca się w wykorzystaniu bezzałogowców i mająca za sobą tysiące realnych misji bojowych.

Według relacji „WSJ” Ukraińcy szybko wykrywali amerykańskich żołnierzy i pojazdy, po czym kierowali przeciw nim kolejne bezzałogowce. Ciężkie wozy miały przy tym prozaiczny problem – podczas ruchu zdradzały swoją obecność choćby kłębami kurzu widocznymi z powietrza.

„Zniszczony” nie znaczy zniszczony

Nie oznacza to jednak, że kilka ukraińskich zespołów rzeczywiście byłoby w stanie w podobnym tempie unicestwić amerykańską brygadę pancerną. „Combined Resolve” były ćwiczeniami, a nie eksperymentem polegającym na ostrzeliwaniu Abramsów prawdziwymi FPV. Samo dotarcie drona do celu mogło więc skutkować uznaniem pojazdu przez sędziów za wyeliminowany. W prawdziwej walce skutki ataku byłyby znacznie mniej przewidywalne.

Niewielka głowica może zniszczyć pojazd, ale może też uszkodzić jego optykę, antenę albo element układu jezdnego, zranić członka załogi albo nie spowodować poważniejszych szkód. Istotne jest miejsce trafienia, rodzaj głowicy, konstrukcja i dodatkowe zabezpieczenia wozu.

Nie podano oficjalnego bilansu mówiącego, że Ukraińcy „zniszczyli” określoną liczbę Abramsów, Bradleyów czy żołnierzy. US Army nie ogłosiła, że „Szary wilk” został unicestwiony przez Nemesis. Źródłem informacji o wyjątkowo dużych stratach symulowanych jest przede wszystkim relacja „WSJ”. Gazeta pisze o zdecydowanej przewadze ukraińskich operatorów, a późniejsze internetowe nagłówki poszły o krok dalej.

Nie ma jednak powodu, by lekceważyć to, co stało się w Hohenfels. Przeciwnie. Jeżeli podczas ćwiczeń trzeba ponownie wprowadzać do walki wcześniej wyeliminowane pojazdy, żeby szkolenie mogło trwać, oznacza to, że ujawniono poważny problem. Tyle że niekoniecznie z czołgami.

Kilku lat wojny nie można kupić

Amerykanie nie zostali pokonani przez nieznaną im technologię. US Army od dawna obserwuje wykorzystanie bezzałogowców w Ukrainie, rozwija własne systemy i intensywnie ćwiczy ich zwalczanie. W samym Hohenfels jeszcze przed manewrami „Combined Resolve” szkolono operatorów małych BSP-ów, w tym maszyn rozpoznawczych, płatowców oraz FPV. Celem było właśnie możliwie wierne odtwarzanie zagrożeń występujących na współczesnym polu walki.

W JMRC powstała nawet Eerie Company – specjalny pododdział sił odgrywających przeciwnika, łączący działanie bezzałogowców, rozpoznanie i walkę radioelektroniczną z tradycyjnymi zadaniami piechoty. Jego operatorzy wykorzystują między innymi FPV Archer (amerykański dron kamikadze). US Army wprost podkreśla, że scenariusze „Combined Resolve” mają uwzględniać doświadczenia z trwających obecnie wojen lądowych.

Amerykanie dobrze wiedzieli więc, jak działają FPV. Różnica polegała na czymś innym. Można kupić tysiąc dronów. Można wyszkolić tysiąc operatorów. Nie można natomiast kupić kilku lat wojny. Dla żołnierzy Nemesis bezzałogowiec nie jest nowinką techniczną ani kolejnym systemem uzbrojenia wprowadzonym do programu szkolenia. Jest narzędziem używanym każdego dnia przeciwko agresorowi, który również posiada tysiące dronów, prowadzi walkę radioelektroniczną, zmienia częstotliwości, maskuje stanowiska, zastawia pułapki i nieustannie modyfikuje własne procedury.

Za takim doświadczeniem idzie coś trudnego do zapisania w instrukcji: umiejętność dostrzegania drobnych sygnałów, przewidywania zachowania przeciwnika, szybkiego wyboru celu i właściwego środka jego rażenia. Dochodzi do tego zdolność błyskawicznego modyfikowania sprzętu i procedur, gdy rozwiązanie skuteczne wczoraj, przestaje działać dzisiaj.

Właśnie tę różnicę między posiadaniem technologii a umiejętnością wykorzystania jej na współczesnym polu walki manewry „Combined Resolve” obnażyły bezlitośnie.

Za drugim razem było trudniej

Najbardziej interesująca część historii z Hohenfels zaczyna się jednak po pierwszych niepowodzeniach Amerykanów. Ćwiczenia trwały wiele dni, a scenariusze powtarzano. Amerykańscy żołnierze zaczęli zmieniać sposób działania. Poprawiali maskowanie i rozśrodkowanie, coraz skuteczniej korzystali ze środków walki radioelektronicznej. W rezultacie Ukraińcom coraz trudniej było osiągać tak dobre efekty jak na początku. W dalszej części szkolenia operatorzy Nemesis przeszli na stronę amerykańską i pomagali brygadzie wykorzystywać bezzałogowce podczas działań ofensywnych.

Wysokie straty poniesione na początku ćwiczeń nie są kompromitacją US Army, lecz argumentem za prowadzeniem takich treningów. Poligon służy przecież między innymi temu, by ujawnić słabość jednostki, zanim zrobi to prawdziwy przeciwnik. W Hohenfels Amerykanie mogli po każdym niepowodzeniu zatrzymać ćwiczenia, przeanalizować sytuację i spróbować ponownie. Na wojnie ceną takiej lekcji byliby zabici żołnierze i naprawdę spalone wozy.

Co więcej, zmiany widoczne są już w samym sposobie myślenia amerykańskich wojsk pancernych. Oficerowie 1 Pancernego Brygadowego Zespołu Bojowego z 3 Dywizji Piechoty (1st Armored Brigade Combat Team z 3rd Infantry Division) pisali niedawno na łamach magazynu „Armor”, że rozpoznanie przesuwa się dziś daleko przed załogowe pododdziały. Tworzyć ma je warstwowa sieć sensorów i dronów, wykrywająca i osłabiająca przeciwnika, zanim do walki wejdą ciężkie wozy. Walka z bezzałogowcami stała się przy tym zadaniem już na szczeblu kompanii i batalionu, podobnie jak kontrolowanie własnej emisji elektromagnetycznej.

Doświadczenia „Combined Resolve” łatwo wykorzystać jako kolejny dowód na „śmierć czołgu”. Ale czy rzeczywiście dowód? Piszę o tym w dalszej części tekstu, który opublikowałem w portalu „Polska Zbrojna” – oto link do tego materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Amerykański Abrams na poligonie w Niemczech/fot. 7th Army Joint Multinational Training Command/CC BY 2.0 /Wikimedia Commons

Przestrzeń

No więc po wczorajszym wpisie spotkałem się z argumentem, że ewentualna utrata Litwy, Łotwy i Estonii niewiele zmieniłaby w strategicznym położeniu Polski, bo przecież już dziś mamy setki kilometrów granicy z rosją i Białorusią. Może i brzmi to rozsądnie – do chwili, gdy zaczniemy patrzeć na mapę nie jak na szkolny atlas, lecz jak na przestrzeń prowadzenia wojny.

Dziś Polska ma 104 km granicy z Litwą. Owszem, w porównaniu z 210 km granicy z obwodem królewieckim i 430 km z Białorusią nie wygląda to imponująco. Tyle że te 104 km są dziś granicą z sojusznikiem. Nie trzeba jej bronić przed litewskimi czołgami, osłaniać przed rosyjskimi grupami dywersyjnymi ani przygotowywać na przyjęcie uderzenia pełnoskalowego.

Gdyby państwa bałtyckie znalazły się pod rosyjską kontrolą, sytuacja zmieniłaby się zasadniczo. Polska dostałaby kolejny bezpośredni kierunek zagrożenia. I nie wystarczyłoby dopisać do rachunku: „było 640 kilometrów niebezpiecznej granicy, zrobiło się 744”. Granicy nie bronią cyfry w Excelu. Bronią jej ludzie, wozy bojowe, artyleria, systemy przeciwlotnicze, drony, rozpoznanie, logistyka i odwody.

Już w sytuacji zagrożeń hybrydowych zabezpieczenie takiego odcinka wymagałoby znaczących sił – ekwiwalentu brygady WP. W przypadku realnego ryzyka wojny pełnoskalowej mówilibyśmy o konieczności wystawienia co najmniej wzmocnionej dywizji. Dywizji, której nie można byłoby użyć na przykład do osłony Warszawy czy gdziekolwiek indziej. To właśnie jest jedna z najbardziej niedocenianych walut strategii: siły związane na jednym kierunku są siłami niedostępnymi na drugim.

Ale dodatkowe sto kilometrów granicy to byłby nasz najmniejszy problem.

Litwa, Łotwa i Estonia mają razem ponad 175 tys. km kw. powierzchni. To więcej niż połowa terytorium Polski. I dzisiaj ta przestrzeń należy do NATO. Mogą na niej stacjonować wojska państw bałtyckich i ich sojuszników, mogą działać lotniska, magazyny, stanowiska dowodzenia, radary i systemy obrony powietrznej. Już dziś Sojusz utrzymuje w każdym z trzech państw swoje wysunięte siły lądowe, a na Łotwie obecność NATO została rozwinięta do szczebla brygady.

To jest właśnie głębia strategiczna, której nie widać, kiedy mierzy się bezpieczeństwo linijką przyłożoną do polskiej granicy.

W razie wojny te 175 tys. km kw. jest przestrzenią, na której przeciwnika można wykrywać, wiązać, razić i zatrzymywać, zanim znajdzie się na terytorium Polski. Jest miejscem, do którego można przerzucać sojusznicze wojska i z którego mogą operować siły powietrzne. W najbardziej brutalnym ujęciu: jest przestrzenią, na której można stoczyć bitwę o wschodnią flankę NATO, zamiast zaczynać ją na Suwalszczyźnie.

Utrata państw bałtyckich oznaczałaby odwrócenie tej logiki. Przestrzeń, która dziś zwiększa głębię obrony NATO, zwiększałaby głębię operacyjną rosji. Lotniska, porty, drogi, linie kolejowe i tereny dogodne do rozmieszczenia wojsk znalazłyby się po drugiej stronie frontu. Zamiast miejsca, z którego NATO broni Polski, mielibyśmy przestrzeń, z której przeciwnik może Polsce zagrozić.

Idźmy dalej.

Państwa bałtyckie nie leżą po prostu „gdzieś na północ od Polski”. Litwa i Łotwa przylegają do Białorusi od północy i północnego zachodu. Dopóki należą do NATO, białoruski kierunek strategiczny nie jest dla rosji swobodną przestrzenią otwartą ku Bałtykowi. Jeszcze wyraźniej widać to na przykładzie obwodu królewieckiego. Dziś jest on rosyjską eksklawą, odciętą lądem od reszty federacji przez terytorium NATO. To ogromnie komplikuje jego logistykę wojskową: ciężkiego sprzętu, amunicji czy paliwa nie można po prostu wozić z rosji ciężarówkami i pociągami przez własne terytorium.

Po utracie Litwy geografia zaczęłaby pracować dokładnie odwrotnie. Zniknąłby problem izolacji obwodu królewieckiego od kontrolowanego przez rosję zaplecza na wschodzie, a rosyjska przestrzeń wojskowa przesunęłaby się na północną granicę Polski. To, co dziś jest rosyjską eksklawą wciśniętą między państwa NATO, stałoby się zachodnim krańcem znacznie większego obszaru znajdującego się pod kontrolą przeciwnika.

Państwa bałtyckie nie są więc dla Polski jakimś odległym dodatkiem do NATO, którego obrona wynika wyłącznie z traktatowej solidarności. Broniąc Litwy, Łotwy i Estonii, bronimy także Polski – tyle że robimy to setki kilometrów od naszych granic. A lepiej mieć potencjalne pole bitwy pod Narwą niż pod Augustowem.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. ćwiczenia 17WBZ na poligonie w Wędrzynie, zdjęcie ilustracyjne/fot. własne