„Bajka”

– Niech żyją święte Niemcy! – krzyknął pułkownik Claus von Stauffenberg. Zaraz potem dosięgły go kule plutonu egzekucyjnego i niedoszły zabójca Hitlera wyzionął ducha. Scenę tę odegrano w hollywoodzkiej superprodukcji „Walkiria” (z 2008 roku), gdzie w rolę niemieckiego oficera wcielił się Tom Cruise. Ależ ściskała ona gardło…

Chcieli czy nie, producenci amerykańskiego hitu oddali hołd czołowemu zamachowcy i całemu środowisku przeciwników niemieckiego wodza. Mit „kryształowego oficera” – i kilka pomniejszych mitów, na przykład ten o „jedynym nieskazitelnym” 9. poczdamskim pułku Wehrmachtu (który po zabiciu Führera miał aresztować przywódców III Rzeszy) – został ponownie zreprodukowany. Kolejne pokolenia poznały historię dzielnych antyhitlerowskich opozycjonistów. Historię ważną dla współczesnych Niemiec, gdzie von Stauffenberg zyskał miano moralnego autorytetu, a pułk reprezentacyjny Bundeswehry kontynuuje tradycje poczdamskiej jednostki.

Rozumiem funkcjonalność tych mitów dla samych Niemców, którzy potrzebowali i nadal potrzebują wiary, że hitlerowskie szaleństwo nie ogarnęło wszystkich, i że byli też „dobrzy Niemcy”.

Byli.

Ale 9. pułk – gdzie faktycznie służyło wielu niemieckich dysydentów – w 1940 roku brał udział w rabunku i deportacji setek tysięcy Polaków w Wielkopolsce i na Kujawach. A von Stauffenberg? Należał do NSDAP, dzielnie bił się za Hitlera, nienawidził Polaków i Żydów, do końca życia pozostając zwolennikiem Wielkich Niemiec. Wielkich kosztem na przykład Polski. Podobnie jak miażdżąca większość konspiratorów, którzy stali za nieudanym puczem z 20 lipca 1944 roku. Idealistów oburzonych ogromem niemieckich zbrodni było pośród nich niewielu, naczelnym motywem działania pozostawało uchronienie czego się da z dotychczasowych niemieckich zdobyczy. Na co miało pozwolić zawarcie separatystycznego pokoju z aliantami zachodnimi, niemożliwe przy żyjącym Hitlerze.

Za to umarł von Stauffenberg.

No więc może i był on (i jego towarzystwo) „lepszym Niemcem”, ale na pewno nie „tym dobrym”.

Jako miłośnik historii II wojny światowej, obejrzałem „Walkirię” w dniu jej polskiej premiery. I jak było do przewidzenia, wyszedłem z kina z ambiwalentnym uczuciem. Pomijam walory artystyczne dzieła („Walkiria” jest świetnie zrobiona); idzie mi o jego wymowę. Bo i chciałoby się tego von Stauffenberga lubić – a choćby i za osobistą odwagę, a na pewno za chęć zgładzenia tyrana – i nie można. Film po prawdzie nie mówi nam za wiele o samym pułkowniku, ale ja przed laty odrobiłem lekcję i wiedziałem, kto zacz. Stanęło więc na tym, że „nie no sorry, to jednak nie jest moja bajka”.

I dokładnie tak samo pomyślałem jakiś czas temu, oglądając dokument pt.: „Nawalny” (wciąż dostępny na kilku platformach). Stworzony z zamysłem utrwalenia mitu bohaterskiego opozycjonisty, który rzucił wyzwanie współczesnemu tyranowi – putinowi.

Rozumiem potrzebę reprodukcji tego mitu na potrzeby nielicznej rosyjskiej opozycji. Rozumiem osoby manifestujące tę potrzebę w Polsce i gdziekolwiek indziej na Zachodzie. Wielu z nas chce wierzyć w istnienie „dobrych ruskich”, co wynika z humanistycznego namysłu, ale i czysto pragmatycznej kalkulacji, że „kiedyś trzeba będzie z kimś tam się dogadać”.

Trzeba-nie trzeba; moim zdaniem wcale nie jest to konieczność. Izolowana i sprowadzona do roli światowego pariasa rosja też jest jakimś wyjściem. Co piszę świadom zła wyrządzanego przez to państwo, ale czemu broń boże nie towarzyszy przekonanie, że nie ma „dobrych ruskich”. Są.

Podrzucę Wam jeden przykład z „Alfabetu…”.

„W lipcu 2022 roku Aleksiej Gorinow usłyszał wyrok siedmiu lat więzienia. To wtedy po raz pierwszy orzeczono karę na podstawie przepisu penalizującego dyskredytację armii rosyjskiej. Na czym konkretnie ów czyn miał polegać? 15 marca 2022 roku, podczas posiedzenia rady dzielnicy Krasnosielskiej w Moskwie, na wniosek Gorinowa ogłoszono minutę ciszy. Tym sposobem miano upamiętnić ofiary agresji na Ukrainę, także te najmłodsze, o losie których wspominał radny. Zdaniem wnioskodawcy wysiłki społeczeństwa obywatelskiego w Rosji powinny być skupione na powstrzymaniu wojny. „Wojny” – właśnie takiego słowa w rozmowie z radną Jeleną Kotionoczkiną użył Gorinow. Członkowie rady z ramienia putinowskiej Jednej Rosji złożyli donos, prokuratura wszczęła śledztwo przeciwko Gorinowowi i Kotionoczkinej. Kobieta zbiegła za granicę, mężczyzna stanął przed sądem. Ten uznał, że Gorinow rozpowszechniał niesprawdzone informacje na temat armii, wykorzystując swoją funkcję, a czynił to z nienawiści (…)”.

No więc jest Aleksiej Gorinow „tym dobrym”.

A jego imiennik Nawalny? Zbyt wiele mam wątpliwości…

Dał się bowiem ów czołowy rosyjski dysydent poznać jako zagorzały nacjonalista i imperialista, który poparł inwazję w Gruzji, zaakceptował aneksję Krymu i twierdził, że jako prezydent federacji nie zwróciłby półwyspu Ukrainie. Co przez lata umykało jego apologetom, widzącym w Nawalnym przede wszystkim antyputinistę, pragnącego zdecydowanej rozprawy z endemiczną korupcją trawiącą rosję (której putin był i uosobieniem, i patronem).

To prawda, pod koniec życia Nawalny potępił rosyjską inwazję na Ukrainę, a w zeszłym roku opublikował 15-punktowy program polityczny, w którym m.in. postulował zwrócenie Krymu Ukrainie i rozliczenie rosyjskiej agresji. Nie wiem, na ile rzeczywista była to przemiana, faktem jest, że demonstrowana przez człowieka, który nie miał już nic do stracenia. Wiedział, że i tak go zabiją, mógł więc głosić cokolwiek, zwłaszcza treści, które cementowałyby jego legendę.

Ale i w sprawach, za które go ceniono, a o których mówił jeszcze na wolności, kryło się zagrożenie dla Polski. Nie wymyślę tu nic nowego, posłużę się więc słowami Witolda Jurasza, świetnie zorientowanego w realiach Wschodu. „Rosja pod rządami Nawalnego miałaby inny, lepszy, image. Lepszy image nacjonalistycznej Rosji to dla Polski zła, a nie dobra wiadomość (…) Rosja pod rządami Nawalnego byłaby mniej skorumpowana. Korupcja osłabia każde państwo. Lepsza słaba nacjonalistyczna Rosja niż silna nacjonalistyczna Rosja”.

Lepsze rozbite hitlerowskie Niemcy, niż Rzesza bez Hitlera, próbująca renegocjacji swojego położenia kosztem sąsiadów. To w takim ujęciu von Stauffenberg i Nawalny są dla mnie rycerzami tej samej sprawy.

Która nie jest i nie będzie „moją bajką”.

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Nz. filmowy von Stauffenberg (w środku)/fot. materiały dystrybutora

Podsumowanie

Przy okazji śmierci Nawalnego chciałbym przypomnieć, że był to wielkorus i imperialista pełną gębą. Fakt, że w opozycji do putina, dla nas, Polaków, nie ma większego znaczenia.

Warto wszak zauważyć, że ta śmierć może rezonować w sposób korzystny dla Polski i dla Ukrainy. Wciąż są na Zachodzie pięknoduchy, wierzące, że rosję da się ucywilizować, ta tymczasem morduje opozycjonistów…

Tyle tytułem bieżących spraw. Jest piątek i nim zaczniecie weekend zapraszam Was do odsłuchania wywiadu, jaki udzieliłem Podkastowi Dezinformacyjnemu. To podsumowanie dwóch lat pełnoskalowej wojny w Ukrainie. Polecam tym, którym odpowiadają moje analizy i ostrożny, nienachalny optymizm.

Poniżej linki do platform, gdzie zamieszczono rozmowę:

YouTube, Spotify

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Wyzwanie

Wbrew alarmistycznym doniesieniom z ostatnich tygodni, ryzyko rosyjskiego ataku na Polskę pozostaje znikome. Tym niemniej nie da się go zredukować do zera. W przypadku rosji mamy bowiem do czynienia z reżimem cechującym się wybitną agresywnością i determinacją, pod przywództwem osoby, której antypolonizm w coraz większym stopniu przekształca się w obsesję (kto wątpi w tę diagnozę, niech odsłucha wywiadu putina dla Tuckera Carlsona). Zarazem istotą wojskowego planowania jest jego wielowariantowość, uwzględniająca scenariusze od najlepszych po najgorsze. Polska musi zatem mieć plan obrony przed rosyjską agresją – czy nam się to podoba czy nie.

—–

I takie plany istnieją, są co jakiś czas aktualizowane, a ponieważ Rzeczpospolita należy do NATO, stanowią część sojuszniczej strategii. Z zasady są tajne, ale ich ogóle założenia można wyczytać na przykład ze scenariuszy manewrów. I tak odbywające się obecnie Steadfast Defender 2024 służą przećwiczeniu obrony po uprzednim rosyjskim ataku na państwa wschodniej flanki, w tym kluczowego dla jej powodzenia przerzutu amerykańskich sił do Europy. Epizody są i będą rozgrywane m.in. w Finlandii, krajach nadbałtyckich, w Polsce i Rumunii.

Bez wchodzenia w zbędne szczegóły, w przypadku naszego kraju operacja obronna podzielona jest na dwie fazy. W pierwszej chodzi o spowalnianie rosyjskiego marszu na zachód, w drugiej – gdy nadejdzie już wsparcie – o wyrzucenie wroga z zajętych obszarów. Istotne znaczenie przypisuje się tu Wiśle jako nieprzekraczalnej barierze, za którą będą się koncentrować przewidziane do kontrataku siły.

Oddawanie terenu przy jednoczesnym skrwawianiu przeciwnika na przygotowanych wcześniej punktach i rubieżach oporu to strategia, którą w pierwszej fazie pełnoskalowej wojny zastosowała armia ukraińska. Czy była to właściwa opcja? Jakie jeszcze wnioski z ukraińskiej operacji obronnej płyną dla Polski i NATO?

—–

Doktrynalny spór o to, jak się bronić – czy stawiać „tamę” od razu przy granicy, czy prowadzić elastyczną, manewrową operację i potraktować wschód kraju jako głębię operacyjną – nie jest nowy i sięga początków III Rzeczpospolitej. Ostatecznie zwyciężyła koncepcja druga i to ona zapisana jest w najważniejszych dokumentach dotyczących bezpieczeństwa narodowego.

Dlaczego tak? Ano Wojsko Polskie jest za małe i nie ma odpowiedniego potencjału technicznego, by większość jednostek liniowych delegować do bitwy granicznej. Ba, nie jest w stanie samodzielnie obronić kraju, może co najwyżej stworzyć warunki dla natowskiej odsieczy. Mówiąc wprost, jednoczesne przebywanie w strefie walk – w zasięgu rażenia wszystkich systemów bojowych rosyjskiej armii – zbyt wielkiego komponentu WP, oceniono jako zbyt ryzykowne. W takim ujęciu przegranie „wielkiej bitwy granicznej” mogłoby być równoznaczne z przegraniem całej wojny.

Sytuacja wyglądałaby inaczej, gdyby strefa przygraniczna była „wdzięczniejszym” terenem do obrony, ale Wisła – stanowiąca poważną przeszkodę terenową – płynie tam gdzie płynie. Wysokie nasycenie wojska bronią przeciwlotniczą oraz systemami pozwalającymi dławić rosyjską artylerię również ułatwiłoby sprawę (dając luksus wystawienia do walki od razu większych sił). Ale jest jak jest – mamy armię „wyspowo nowoczesną” i upośledzoną w zakresie wielu zdolności. Zbyt podatną na ryzyko nokautującego pierwszego uderzenia przy użyciu środków napadu powietrznego i artylerii.

—–

Z drugiej strony, za sprawą wojny w Ukrainie, wiemy dziś znacznie więcej o tym, czym jest, jakie ma możliwości i jak walczy rosyjskie wojsko.

Nominalnie gigantyczna przewaga rosjan nie dała im panowania w powietrzu – rosyjscy piloci okazali się kiepsko wyszkoleni, ich samoloty zużyte bądź szybko się zużywające, a zapas precyzyjnej broni niewielki. Tymczasem siły powietrzne RP – jakkolwiek mniejsze od ukraińskich z przedednia inwazji – są od nich lepiej wyposażone i wyszkolone, co tylko podniosłoby stopień trudności, przed jakimi stanęliby rosyjscy piloci.

Zdolność strategicznych uderzeń rakietowych – przed inwazją uważana za główny atut rosji – także okazała się na poły pustym sloganem. Agresorzy strzelają rzadko, niecelnie, większość ich rakiet i pocisków manewrujących jest strącana bądź z przyczyn technicznych (kiepska jakość!) w ogóle nie dolatuje do celu. Obrona przeciwlotnicza to pięta achillesowa WP, ale też obszar, gdzie w ciągu kilku lat będziemy mieli do czynienia z poważnym skokiem jakościowym. Doświadczenie ostatnich dwóch lat uczy również, że o wsparcie sojusznicze w tym zakresie nie jest trudno.

Idźmy dalej. Marynarka wojenna rosji to parodia sił morskich – Ukraińcy, w zasadzie pozbawieni floty, nie tylko skutecznie ochronili wybrzeże przed desantem. Zerwali rosyjską blokadę, ba, co rusz topią i uszkadzają kolejne okręty wroga. Bałtyk tymczasem to „natowskie jezioro” i bez uprzedniej koncentracji sił (to po prostu „dom” kilku sojuszniczych flot).

Wróćmy na ląd – stosowanie przez moskali „walca artyleryjskiego” nie złamało ukraińskiej obrony w Donbasie. Spowodowało zużycie gigantycznych środków, obnażając niską efektywność tej metody. I można by tak długo i dużo, generalnie dość powiedzieć, że nie taki diabeł straszny, jak go malują.

—–

Zarazem jednak bardziej straszny, niż można się było spodziewać…

…o czym przeczytacie w dalszej części tekstu, który opublikowałem na portalu Interia.pl – wystarczy kliknąć w ten link.

Nz. Sreeen z Google Maps

(Anty)bohaterowie

Pozwólcie, że wrócę jeszcze do kwestii mobilizacji, która okazuje się jednym z kluczowych problemów Ukrainy. Pisałem o tym w minionym tygodniu, więc przepraszam za kilka powtórzeń, niezbędnych wszak dla podsumowania tematu, o które poprosił mnie portal Interia.pl.

W grudniu 2021 roku Kijowski Międzynarodowy Instytut Socjologii opublikował badania, z których wynikało, że 55 proc. Ukraińców jest gotowych stawić opór w razie rosyjskiej agresji. Z tego 33 proc. z bronią w ręku, a 22 proc. uczestnicząc w akcjach obywatelskiego sprzeciwu. Reszta nie zrobiłaby nic, albo uciekłaby w bezpieczniejsze rejony kraju lub za granicę.

„Źle to wygląda…”, komentowali ukraińscy publicyści. Wyżsi rangą wojskowi, z którymi miałem wówczas kontakt, uspokajali. W ich ocenie, wyniki wcale nie były złe. „Jedna trzecia populacji to o wiele za dużo, nawet na pełnoskalową wojnę. Tak naprawdę wystarczy nam dziesięć procent najbardziej zmotywowanych ludzi”, mówił mi jeden z generałów. W Ukrainie żyło wtedy około 40 mln mieszkańców, nieco mniej niż połowę stanowili mężczyźni. Mój rozmówca miał zatem na myśli prawie dwumilionowy zasób mobilizacyjny.

—–

24 lutego 2022 roku w szeregach ukraińskiej armii było ćwierć miliona żołnierzy. W następnych tygodniach rozrosła się ona niemal trzykrotnie, co wraz z innymi formacjami mundurowymi – przede wszystkim policją i strażą graniczną – dawało milion ludzi pod bronią. Rosyjski atak wyzwolił wśród Ukraińców ogromny entuzjazm dla służby – wojenkomitety nie nadążały z obsługą ochotników, większość odsyłając z kwitkiem, bo armia nie była w stanie wchłonąć takiej masy ludzi. Dość wspomnieć, że tylko w pierwszym tygodniu pełnoskalowej inwazji do kraju wróciło 80 tys. mężczyzn. Zdaniem szefostwa MSW, powodem powrotów była chęć „obrony suwerenności i integralności terytorialnej”.

Jednocześnie władze uchwaliły zakaz opuszczania kraju, obejmujący mężczyzn w wieku 18-60 lat. Nie dotyczył on samotnych ojców, mężczyzn posiadających troje i więcej dzieci oraz osób niepełnosprawnych. Zwolnieni zostali też m.in. studenci zagranicznych uczelni, kierowcy transportów pomocy humanitarnej i osoby posiadające stały pobyt za granicą. W tamtym czasie wydawało się, że rząd w Kijowie „dmucha na zimne”, zatrzymując miażdżącą większość męskiej populacji. Szczególnie że rosyjskie bestialstwo – które objawiło się w całości wraz z wyzwoleniem podkijowskich miasteczek – tylko wzmogło ukraińską wolę walki. Po Buczy i Irpieniu stało się jasne, czym byłaby rosyjska okupacja. Nie chciano jej dla bliskich i dla siebie, co przełożyło się na kolejne fale ochotników.

Mając takie „bogactwo”, można było zadekretować, że obowiązkowa mobilizacja nie obejmie mężczyzn do 27. roku życia, co pozwoliłoby na „oszczędzenie najcenniejszych zasobów demograficznych”.

—–

Kilkanaście miesięcy później zaciąg ochotniczy dramatycznie się skurczył, a wojsko zyskuje rekrutów głównie na drodze obowiązkowego poboru. W ukraińskiej przestrzeni medialnej właściwie nie mówi się o dobrowolnych powrotach, za to coraz więcej uwagi poświęca kwestii przymusowego ściągania poborowych z zagranicy. Nade wszystko jednak debata publiczna skupia się na kwestii zmiany kryteriów mobilizacji.

W ukraińskich okopach walczą dziś głównie mężczyźni 45 plus. Wielu z nich służy od kilkunastu miesięcy, będąc na skraju wyczerpania. Pobór znacząco wydrenował roczniki „panów w średnim wieku” i bez sięgnięcia po młodych nie sposób odtwarzać stanów osobowych ukraińskiej armii. Skala i intensywność zmagań podważyła założenia czynione przez ukraińskich wojskowych przed wojną – dwa miliony mężczyzn to za mało, by „obsłużyć” taki konflikt (nawet jeśliby uwzględnić ograniczony pobór kobiet, które stanowią obecnie 17 proc. personelu sił zbrojnych).

„Winne” są szeroko rozumiane straty, od zabitych – których ma być co najmniej 70-90 tys. – przez rannych (dwa razy tyle), po inne ubytki „sanitarne” związane z psychicznym i fizycznym zużyciem żołnierzy. Biorą się one ze specyfiki frontu – intensywności ognia, trudnych warunków pogodowych (ziąb, rasputica, gorąc – i tak na okrągło), niskiej jakości logistyki. Ale mówiąc o specyfice, musimy również zauważyć przemianę, do jakiej doszło w ukraińskim wojsku. Zginęło już wielu szkolonych na Zachodzie podoficerów i młodszych oficerów, w ich miejsce przyszli rezerwiści z nawykami odziedziczonymi po sowieckiej armii (które były reprodukowane także po 1991 roku). Owe mentalne złogi w połączeniu z masą technicznych niedostatków sił zbrojnych sprawiają, że i Ukraińcy często walczą „po radziecku”. „Rozpoznając sytuację bojem”, czyli ludzkimi masami, rzucanymi do walki bez należytego wsparcia, ba, wyszkolenia i wyposażenia. Innymi słowy, jedne straty generują kolejne.

—–

A „panowie w średnim wieku” nie są ze stali. I nie zapominajmy, że chodzi o populację z dawnej sowieckiej strefy kulturowej, gdzie generalnie kondycja zdrowotna społeczeństw jest istotnie gorsza niż w środkowej czy zachodniej Europie. Trudno zatem dziwić się „zużyciu”.

Trudno też, tak po ludzku, dziwić się antybohaterom tej wojny.

Czyli komu? Dowiecie się tego z dalszej części tekstu, który opublikowałem w portalu Interia.pl – wystarczy kliknąć w ten link.

Nz. Jeden z obrońców Bachmutu, styczeń 2023/fot. własne

Ataman

No więc stało się – Walery Załużny został odwołany ze stanowiska dowódcy ukraińskich sił zbrojnych. To nie jest dobra wiadomość.

Na jego miejsce prezydent Zełenski wyznaczył Ołeksandra Syrskiego, dotychczasowego dowódcę wojsk lądowych. To też nie jest dobra wiadomość, Syrski bowiem dowodzi po sowiecko-rosyjsku.

Ale może w tym szaleństwie jest jakaś metoda? Może „zachodniość” Załużnego – w sytuacji niedostatku środków technicznych niezbędnych do prowadzenia wojny wedle natowskiej doktryny – na tym etapie była bardziej obciążeniem niż zaletą?

Może. Tylko czy Ukrainę stać na „rozpoznania bojem”, „mięsne szturmy”, strzelanie wagonami amunicji, obronę nieperspektywicznych pozycji do upadłego? No chyba nie.

A może szaleństwo jest pozorne? Tak naprawdę niewiele wiemy o kulisach zarządzania ukraińskim państwem i armią. Nie dysponujemy konkretną wiedzą o dalszych możliwościach obronnych, zapasach, zasobach ludzkich. Może na jej gruncie sprawy wyglądają nieco inaczej?

Od wielu tygodni chodzi mi po głowie taka myśl – że Ukraina sposobi się do zawarcia pokoju. Że Kijów gotów jest zaakceptować (część?) rosyjskich zdobyczy, byleby zakończyć wojnę i pójść dalej. Stracić przeszłość, zyskać przyszłość, integrując się z zachodnimi strukturami. „Odpuszczamy”, gdyby takie hasło padło z ust Wołodymyra Zełenskiego, kraj by wybuchł. A gdy powie to „Ataman” – uwielbiany generał, symbol jedynej bezwzględnie szanowanej instytucji państwowej, jaką jest armia? Nieobciążony jarzmem dowodzenia, ale wciąż oświetlony blaskiem odniesionych sukcesów (generalnie udanej operacji obronnej i rekonkwisty części okupowanych ziem).

Carl Gustaf Mannerheim, naczelny dowódca fińskiej armii, następnie prezydent tego kraju, zręcznie obronił Finlandię przed sowiecką zarazą. Utracił część terytoriów, ale zachował dla kraju niepodległość.

Może w Ukrainie realizuje się podobny scenariusz?

Dla porządku odnotujmy – to pierwsza zmiana ukraińskiego głównodowodzącego po 24 lutego 2022 roku. Cokolwiek się za nią kryje, raczej nie jest to niekompetencja. Tymczasem to właśnie niekompetencja sprawiła, że w pierwszym roku pełnoskalowej wojny doszło do czterech zmian dowódców rosyjskich sił inwazyjnych. Nie znamy pierwszego dowódcy, drugi był aleksandr dwornikow, trzeci giennadij żydko, czwarty siergiej surowikin, którego na początku 2023 roku zastąpił sam generał gierasimow, „pierwszy żołnierz rosji”. Który nadal utrzymuje się na stołku (choć może to stwierdzenie mocno na wyrost, bo generała nie widziano publicznie od kilku tygodni) nie dlatego, że jest taki dobry, a dlatego, że nie bardzo jest go kim zastąpić.

—–

Dziękuję za uwagę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. „Z nami bóg i ataman Załużny”, głosi napis pod sylwetką generała. Zdjęcie to zrobiłem w Bachmucie, w styczniu ub.r.