Okazja

O nieuzasadnionym czarnowidztwie co do przyszłości Ukrainy, ale i o wyśrubowanych oczekiwaniach (także moich!) odnośnie wyniku wojny. O niezaprzeczalnym ukraińskim sukcesie, ale i straconych szansach – Ukrainy, Polski, całego Zachodu. O możliwej zmianie paradygmatu prowadzenia wojny na skutek ukraińskich doświadczeń. O rosyjskim bestialstwie (także o tym, jak bardzo się w tej kwestii pomyliłem) i konformizmie. O ukraińskiej potrzebie zachowania normalności. O tym, w że państwie walczącym o słuszną sprawę wcale nie jest tak, że nagle wszyscy stają się z automatu dobrzy i uczciwi (a więc również i o mojej naiwności). O rosyjskim rabunku populacyjnym oraz groźbach wysuwanych wobec krajów NATO. O tym wszystkim opowiadam w wywiadzie dla portalu Onet.pl, który przeprowadził ze mną Mateusz Zimmerman.

Poniżej zapis rozmowy. Mimo odmiennych standardów obowiązujących na blogu, zachowałem oryginalną pisownię wywiadu – stąd rosja i rosjanie z wielkiej litery.

Zapraszam do lektury – a jeśli ktoś woli czytać w layoucie onetowskim, artykuł znajdzie pod tym linkiem.

*          *          *

– Pisze pan o tej wojnie regularnie – dlatego zakładam, że siadając do pracy nad książką podsumowującą dwa lata rosyjskiej inwazji, trzeba się było od codziennych doniesień „odsunąć”, tak aby móc dostrzec większy i głębszy obraz. Co pan dzięki temu zobaczył?

– Że przy wszystkich zastrzeżeniach, o których opowiem za moment, mamy do czynienia z wielkim ukraińskim sukcesem.

Widzę w ostatnich tygodniach, że polska opinia publiczna w sprawie tej wojny pada ofiarą czarnowidztwa. Słychać to w mediach głównego nurtu, od wszelkiej maści komentatorów. Można odnieść wrażenie, że ukraińska obrona stoi u progu straszliwej katastrofy. To jest perspektywa „tunelowa”, obejmująca ledwie wycinek tych dwóch lat.

– Ale od tego nie uciekniemy. Upadła Awdijiwka, niedobory amunicji po stronie ukraińskiej nie są tajemnicą, okoliczności odwołania generała Załużnego też trudno postrzegać jako dobry znak – za to destrukcyjny zapał Rosjan nie słabnie…

– Obserwowałem na własne oczy kilka różnych konfliktów, dostrzegając, że każda wojna ma własną dynamikę, zmienność. Dzięki temu wiem m.in., że kiedy w ocenach zaczynają brać górę silne emocje, to trzeba je wyhamować – by nie pomylić się w ocenie sytuacji.

Mówiąc to nie ukrywam, że w ciągu tych dwóch lat sam takim emocjom ulegałem. Było we mnie sporo euforii, kiedy Rosjan udało się pogonić spod Kijowa albo gdy Ukraińcy przeprowadzili błyskotliwą operację charkowską. Nie potrafię zaprzeczyć, że na skutek tych wydarzeń i ja ustawiłem poprzeczkę oczekiwań wobec rezultatów wojny nieco za wysoko.

Bo to, co dzieje się dziś na froncie, nie napawa optymizmem. I skłania do stwierdzenia, że wojna w Ukrainie z dużym prawdopodobieństwem nie zakończy się tak, jakbyśmy sobie życzyli – czyli odzyskaniem przez Kijów wszystkich okupowanych terytoriów i miażdżącą klęską Rosji.

– Gdzie więc ten sukces?

– Ukraina już wygrała niepodległość. Zasadniczy cel agresji Putina – zajęcie dużej części tego państwa i podporządkowanie sobie całej reszty – nie został zrealizowany i nic nie wskazuje na to, by do tego doszło.

Ukraina toczy obecnie wojnę o kształt granic, a nie o to, czy nadal będzie odrębnym, suwerennym państwem z własną tożsamością. Jeśli to zestawimy ze wszystkim, co dwa lata temu wiedzieliśmy o różnicy potencjałów między Rosją i Ukrainą, to należy mówić o sukcesie Kijowa.

– Sam pan jednak przyznał, że stan bieżący nie napawa optymizmem.

– Jeden z kluczowych problemów ukraińskiej armii dotyczy dziś mobilizacji. Jej dotychczasowa formuła polegająca na oszczędzaniu młodszych pokoleń, jest nie do utrzymania. Front tak przetrzebił starsze roczniki, że bez młodych mężczyzn nie sposób odtwarzać stanów osobowych. Ba, nie sposób zachować podstawowych zdolności armii, bo przecież wielu „dziadków” – panów w wieku 45 plus – siedzi w okopach od dwóch lat i jest na granicy fizycznego i psychicznego wyczerpania.

Z drugiej strony, o czym słyszymy mniej, Rosjanie mają podobne problemy. Owszem, nadal mogą rzucić na front więcej ludzi niż Ukraińcy, ale nie są w stanie zdominować przeciwnika ilościową przewagą. Ich zasoby mobilizacyjne też nie są niewyczerpane.

– A kwestia amunicji?

– Do Ukraińców nie dociera jej dziś ani tyle, ile im obiecano, ani tyle, by zrównoważyć rosyjską siłę ognia. A przecież, jakkolwiek dzielni by nie byli, muszą mieć czym strzelać. Ale! To właściwy moment, by poczynić pewne zastrzeżenie: otóż moim zdaniem, kwestia pocisków artyleryjskich jest w publicznej debacie nadmiernie fetyszyzowana.

Wojna w Ukrainie nabrała charakteru dronowego. Niedostateczną ilość amunicji Ukraińcy zręcznie kompensują właśnie przy pomocy aparatów bezpilotowych; to one przejęły przynajmniej niektóre zadania artylerii. Po drugiej stronie – w innym zakresie, ale również borykającej się z niedostatkiem luf i wsadu – jest podobnie.

– A to nie jest raczej przymus podyktowany właśnie brakiem amunicji do armat, szczególnie tej precyzyjnej, a nie taktyka z wyboru?

– Oczywiście, że chodzi o mechanizm adaptacyjny, wynikły z faktu, że w Ukrainie nie walczą dwie zaawansowane technologicznie armie. Obie strony toczą „bieda-wojnę”. Specyficzną, ale i pouczającą dla reszty świata. Nie chcę tego przesądzać, ale mam przeczucie, że coraz szersze wykorzystanie dronów może zachwiać dotychczasowym kanonem używania artylerii na polu bitwy. Już choćby dlatego, że dron jest dużo tańszy niż pocisk.

– Jakiego rzędu to różnice?

– Typowy natowski pocisk kalibru 155 mm kosztuje w tej chwili parę tysięcy dolarów. Amunicja kierowana – czyli np. pocisk Excalibur i podobne rozwiązania – może być i kilkadziesiąt razy droższa. Tymczasem prosty dron to wydatek rzędu kilkuset dolarów, a ładunek wybuchowy, który można przenieść przy pomocy tego urządzenia, to kolejne kilkaset.

Oczywiście to nie działa tak, że wysłanie jednego drona przekłada się na jeden zniszczony czołg albo jednego zabitego żołnierza po stronie wroga – choćby dlatego, że obie strony stosują różne techniki zakłócania i strącania dronów. Ze stu aparatów do celu dotrze kilkanaście, na niektórych odcinkach frontu ledwie kilka.

– I to jest zadowalający odsetek?

– Bardziej zadowalający niż w przypadku tradycyjnej artylerii. Mało kto ze „zwykłych zjadaczy chleba” wie, że tylko promil wystrzeliwanych przez nią pocisków wyrządza przeciwnikowi fizyczne szkody, rozumiane jako zabicie czy zranienie. Nie mówię tu oczywiście o amunicji precyzyjnej. Z czysto księgowego punktu widzenia skuteczność artylerii jest niska – i stąd moje podejrzenie, że powszechne wykorzystanie dronów może doprowadzić do zmiany paradygmatu, w którym artyleria pozostaje „bogiem wojny”.

Z dronami w tym konflikcie może być inny problem: duża część podzespołów wykorzystywanych przy ich produkcji pochodzi z Chin. A przecież możemy wyobrazić sobie sytuację, w której Chińczycy zamykają temu czy innemu państwu albo organizacji dostęp do tych części – a z pewnością nie byłaby to Rosja, której Pekin w tym konflikcie sprzyja.

– Użył pan pojęcia: bieda-wojna – mamy tu technologiczne zapóźnienie, posowieckie nawyki, choćby taktyczne, i gospodarowanie ciągłym niedoborem. Czy armie NATO mogą się czegoś z tej wojny dowiedzieć?

– Nie tylko zachodnie opinie publiczne, ale również analitycy militarni i zawodowi wojskowi, przez lata trwali w przekonaniu o wysokiej jakości rosyjskiego wojska. Tymczasem Ukraińcy pokazali, że „druga armia świata” nie jest w stanie prowadzić nowoczesnej wojny o dużej intensywności – w sposób, który dawałby natychmiastowe i nokautujące rozstrzygnięcia.

– To wniosek ogólny, a jakiś konkret?

– Jako się rzekło, nie wiem, czy drony zdeklasują artylerię, ale już dziś – w oparciu właśnie o ukraińsko-rosyjskie doświadczenia – trudno wyobrazić sobie budowanie świadomości sytuacyjnej na polu bitwy bez ich udziału. To nie pozostanie bez wpływu na procesy modernizacyjne sojuszniczych armii, a przynajmniej nie powinno.

– Wracając do kondycji Rosjan: nie taki diabeł straszny, jak go malowaliśmy?

– Kilka lat temu napisałem powieść „Międzyrzecze. Cena przetrwania”. Osadziłem jej akcję w realiach hipotetycznej wojny polsko-rosyjskiej. Czytelnicy, którzy tej książki nie znają, mogą teraz do niej sięgnąć, by przekonać się, że w jakimś sensie przewidziałem przebieg wojny w Ukrainie. Mówię tu o założeniu, że armia średniej wielkości europejskiego państwa może skutecznie walczyć z rosyjską inwazją.

– Pan się już wcześniej naoglądał wojny z bliska. Czy coś pana w wojnie – rozumianej jako ponadczasowe zjawisko – zdziwiło, kiedy przyglądał się tej konkretnej?

– Odwołam się jeszcze raz do „Międzyrzecza”, bo czytelnik znajdzie tam też dowód na to, że jednego nie potrafiłem przewidzieć. Otóż zakładałem, że Rosjanie – jako armia – nie będą bestialscy.

Pochodzę z Torunia. W tym mieście nadejście Armii Czerwonej w 1945 roku, chociaż wiązało się z wyzwoleniem, było postrzegane jako koszmar – a to z powodu gwałtu, jakiego radzieccy żołnierze dopuścili się na ludności cywilnej. Niby miałem więc w głowie różne schematy myślowe, dotyczące „wojska ze Wschodu”. Tyle że odłożyłem je na półkę o nazwie „historia”. Założyłem, że mamy XXI wiek…

– Że wojny wyglądają inaczej – to pan chce powiedzieć?

Bo wyglądają, humanizują się. To z jednej strony efekt postępu technologicznego, z drugiej humanistycznej refleksji, która szeroko rozlała się zwłaszcza po świecie zachodnim.

Co do tego, kim jest Putin i czym jest putinizm, nie miałem wielkich złudzeń – ale zakładałem, że idee związane z wartością ludzkiego życia przenikły również do Rosji. I że przełożą się na sposób prowadzenia wojny.

– To chyba nie pan jeden się w tym pomylił.

– Tak – ale to żadne pocieszenie.

Już drugiego dnia pełnoskalowej inwazji widzieliśmy, jak Rosjanie przy użyciu wyrzutni Grad ostrzeliwują Saltówkę – dzielnicę mieszkaniową w Charkowie. Potem przyszły doniesienia z Mariupola, rujnowanego przez artylerię i lotnictwo.

Kiedy Ukraińcy odzyskali kontrolę nad Buczą, Irpieniem, Borodzianką i całą masą innych miejscowości, było już w pełni jasne, że Rosjanie po prostu wprzęgli barbarzyństwo w swój sposób prowadzenia wojny. „Na Wschodzie bez zmian”, skonkludowałem mocno tym zawiedziony.

– Zdaje się, że nie doceniliśmy przemocy jako fundamentu życia społecznego w Rosji.

– Przemoc to jedno, ale nie zapominałbym też o konformizmie. Putin nie musi się dziś obawiać żadnego istotnego oporu społecznego, jeśli chodzi o wojnę. Możemy sobie wyobrazić, że gdyby nasiliła się akcja mobilizacyjna w większych miastach, pojawiłyby się zarzewia buntu – ale to byłby sprzeciw oparty nie na wartościach, a na strachu o życie potencjalnych poborowych.

Zresztą, to już i tak byłoby coś. Po wybuchu wojny w Czeczenii w Rosji mocno uaktywnił się Komitet Matek Żołnierzy – dziś nic takiego się nie dzieje. Protesty, jeśli o jakichś słyszymy, dotyczą np. tego, że żonie jakiegoś żołnierza pensja nie wpłynęła na konto w terminie. Putinizm, niestety, do spodu przeorał także etyczno-moralną kondycję rosyjskiego społeczeństwa.

– A co pan w wojnie zobaczył niezmiennego?

Zdolność ludzi do adaptacji do nienormalnych warunków. Zawsze mnie to fascynowało, choćby z uwagi na moje socjologiczne wykształcenie.

Widziałem to na wojnie już wcześniej, również w Ukrainie podczas poprzedniej odsłony konfliktu. Mam mnóstwo takich wspomnień – oto jestem 15-20 kilometrów od linii walk, słychać artylerię, co jakiś czas nawet spada w okolicy jakiś pocisk. Część mieszkańców oczywiście uciekła, ale życie toczy się w miarę normalnym rytmem: jest sklep, jeżdżą auta, działa szkoła i przedszkole itd. Gdyby „wyłączyć fonię”, można by odnieść wrażenie, że nic się nie zmieniło.

Na przełomie września i października ubiegłego roku objechałem spory kawał Ukrainy. Byłem w miejscowościach przyfrontowych, gdzie właściwie żadnych ludzi już nie było. Ale w odległości kilkudziesięciu, a już na pewno kilkuset kilometrów, toczyło się zwykłe życie. W Połtawie widziałem wycieczki szkolne, pełne restauracyjne ogródki, w których poza zwykłymi nasiadówkami odbywały np. urodzinowe imprezy.

Zresztą, co tu dużo mówić – w Chersoniu, w bezpośrednim zasięgu rosyjskich armat, w takim właśnie ogródku zjadłem kilka razy obiad.

– Pozór normalności?

– Wszystko to, co uważamy za normalność i z czym jesteśmy oswojeni. O wojnie przypominają Ukraińcom alarmy przeciwlotnicze, choć ludzie na nie zwykle już nie reagują. Czytać o takim przystosowaniu w książkach to jedno, a widzieć je na własne oczy to coś innego. Za każdym razem, od lat, zmagam się z poczuciem surrealizmu.

– Skoro mowa o normalności w Ukrainie – jakimś wstydliwym objawem tejże jest powrót korupcji.

– Na początku inwazji to zjawisko z jednej strony osłabło, z drugiej – woleliśmy go nie widzieć i sami Ukraińcy chyba też. Pamiętam, jak podczas walk o Czernihów dotarły do mnie doniesienia, że ukraińskim żołnierzom jakiś zaopatrzeniowiec oferował „wykupienie” dodatkowej amunicji. Nie dałem temu wiary, choć przecież taka historia nie powinna mnie zaskakiwać – natykałem się na różne oblicza korupcji podczas moich wcześniejszych podróży do Ukrainy.

Kraj zmaga się z tą plagą od zarania niepodległości. Do tego dochodzi uniwersalna prawidłowość: gdzie toczy się wojna, tam zawsze pojawiają się tłuste koty, które się na niej pasą.

Warto to widzieć we właściwych proporcjach. Sam długo sobie idealizowałem obraz Ukrainy. Zakochałem się w kraju, który chce zmiany, wydostania się z posowieckiej strefy wpływów. Nie mówię, że korupcja to unieważnia – mówię, że to nigdy nie działa tak, że w państwie walczącym o słuszną sprawę nagle wszyscy stają się z automatu dobrzy i uczciwi.

– Pan pokazuje na paru przykładach, że ta wojna ma wymiar także grabieżczy – ta jej warstwa jest chyba nie do końca dostrzegana na Zachodzie.

– Rzeczywiście łatwiej nam widzieć ten konflikt w kategoriach terytorialnych czy czysto militarnych – czyli to, że Moskwa traktuje Ukrainę jako teren do zbudowania sobie głębi strategicznej, czegoś w rodzaju bufora, który miałby chronić miękkie podbrzusze Matki Rosji. Ale tam pod spodem jest jeszcze coś innego: próba potraktowania Ukrainy jako wartościowego zasobu ludzkiego.

Rosyjskie społeczeństwo jest w koszmarnym stanie, jeśli idzie o demografię i zdrowie publiczne. Mówię m.in. o średniej długości życia i dostępie do opieki medycznej – te i inne wskaźniki lokują Rosję poza kręgiem krajów rozwiniętych.

Oczywiście jej mieszkańcy są świadomi, w jakim państwie żyją. Ale jakakolwiek perspektywa zmiany tego stanu rzeczy łączy im się w głowach z przywiązaniem do statusu mocarstwa. I dla jego utrzymania są gotowi popierać takie narzędzia, które w kategoriach cywilizowanego świata się nie mieszczą.

– Na przykład grabież dzieci?

– Nie tylko. W 2014 roku Rosjanie zajęli Krym: powiększyli swój rezerwuar demograficzny o 2,5 mln ludzi, i to bez większych kosztów. „Specjalna operacja wojskowa” też miała tak wyglądać.

Z perspektywy dzisiejszej Rosji, Ukraina to kilkadziesiąt milionów ludzi: białych – w rozumieniu: „lepszych” od ludów azjatyckich czy kaukaskich – prawosławnych i stosunkowo dobrze wykształconych. A przede wszystkim: kulturowo bliskich, co ułatwia ich „wchłonięcie”.

– Bliskich?

– Niezależnie od w pełni zrozumiałej chęci Ukraińców do zerwania więzi z rosyjskością, tej kulturowej bliskości nie da się zaprzeczyć. Tylko że Rosja dla Ukraińców nie jest cywilizacyjną obietnicą ani punktem odniesienia. Ukraińskie społeczeństwo w miażdżącej większości wybiera dziś Zachód, jego wartości, nie „ruski mir”. Moskwie, która nie może zdobyć „serc i umysłów” tych ludzi, pozostaje metoda populacyjnego rabunku.

– Zachód nie zostawił Ukrainy samej po inwazji – ale jednocześnie jego wsparcie bez przerwy podlega zasadzie: za mało, za późno. Teraz widzimy, jak przykręcenie amerykańskiego kurka z pomocą wojskową przekłada się na sytuację na froncie. Co myśleć o tych sprzecznościach?

– Przed 24 lutego 2022 roku nie było na Zachodzie wielkiego przekonania, że Ukraina przetrwa. To przekładało się na symboliczne dostawy broni, obliczone na to, żeby napsuć Rosjanom krwi, gdyby się jednak porwali na inwazję. Kiedy okazało się, że armia najeźdźcy nie jest wcale niezwyciężona i jej pokonanie nie byłoby cudem, pojawiła się w zachodnich elitach obawa.

Uznano, że Rosji nie można pokonać szybko ani zdecydowanie, bo skutkiem byłby kolaps państwa rosyjskiego, co z kolei byłoby straszliwym scenariuszem – mówimy bowiem o kraju, który dysponuje sześcioma tysiącami głowic nuklearnych. A co jeśli wpadną one w ręce podmiotów mających „jeszcze krótszy lont” niż obecne kremlowskie władze? Ten lęk do dziś kształtuje myślenie zachodnich elit o zbrojnym wspieraniu Kijowa. Dawano więc Ukrainie dość, by Rosjanom uniemożliwić zajęcie tego kraju – ale zarazem nie tyle, by Ukraińcy mogli przepędzić najeźdźców z własnej ziemi i wybić im z głowy ewentualną powtórkę.

Ale i nie zapominajmy o zdolnościach armii ukraińskiej do absorpcji zachodniego sprzętu. Na Zaporożu widzieliśmy, czym się może skończyć użycie świetnych skądinąd niemieckich czołgów w sposób, do jakiego nawykli Ukraińcy. Leopardy po prostu nie miały szans zrealizować swoich zadań. Takie epizody mówią nam, jak ważne jest szkolenie. Prawdziwe, rozłożone w czasie, a nie powierzchowne, trwające kilka czy kilkanaście tygodni.

– Od kilku tygodni coraz częściej słychać, że Rosja w perspektywie kilku lat może spróbować ataku na któreś z państw NATO. To są pańskim zdaniem realistyczne ostrzeżenia?

– Jeśli ktoś stawia prognozę, w której Rosjanie za dwa-trzy lata wjeżdżają do Polski na czołgach, to tego rodzaju wizje trochę mnie śmieszą.

Ta armia nie była i nie jest w stanie poradzić sobie z Ukraińcami, a przecież to ich musiałaby najpierw pokonać, żeby ruszyć dalej na zachód. Mało tego: w takim scenariuszu nadziałaby się na wojsko natowskie – o wiele bardziej zaawansowane technologicznie.

Moim zdaniem, pojawianie się takich przewidywań wynika z dwóch powodów. O jednym powiem za chwilę, drugi wiąże się ze specyfiką współczesnych mediów. Straszenie po prostu się opłaca: ludzie lubią się trochę bać, a media lubią na tym zarabiać.

– Jeśli więc nie próba inwazji – to co?

– Zagrożenia hybrydowe. Próby wzniecania niepokoju wszędzie tam, gdzie można wykorzystać choćby rosyjską mniejszość – czyli w państwach bałtyckich. Sabotaż. Dywersja. Dezinformacja.

To ostatnie wydaje mi się szczególnie groźne. Rosjanie bardzo sprawnie używają rozmaitych technik dezinformacyjnych, by doprowadzić do sytuacji, w której obywatele państw NATO i UE nie wierzą swoim rządom. Przed wojną mieliśmy próbkę takich działań w kwestii pandemii i szczepień – Rosjanie znakomicie to rozgrywali.

Mówimy o metodzie małych kroków, mało widocznych na co dzień – i dlatego wydaje mi się ona tak niebezpieczna. Efektem ma być „poszatkowanie” zachodnich opinii publicznych, sparaliżowanie ich przez wzajemną nieufność – i to wszystko ma upośledzać procesy decyzyjne, gospodarcze, a w ostatecznym rozrachunku również zdolności militarne Zachodu. Tego powinniśmy się obawiać.

– A rosyjskich czołgów nie?

– Ryzyko, że Rosja przyniesie tutaj wojnę i zaleje Europę wojskiem jest znikome. Jeśli ten scenariusz budzi w kimś lęk, to mogę odpowiedzieć tylko w jeden sposób: można to ryzyko obniżyć jeszcze bliżej zera. Jak? Pomagając Ukrainie. Tu i teraz.

To w tym prostym przekazie kryje się drugi powód alarmistycznych doniesień. Mają nas one zmobilizować.

Po dwóch latach tej wojny jest we mnie rozczarowanie i optymizm. Rozczarowanie – bo Zachód przegapił już kilka okazji, żeby Rosję po prostu pokonać. Znieść egzystencjalne zagrożenie dla Wschodu kontynentu. Optymizm – bo to ciągle jest możliwe. Pozwólmy Ukraińcom prowadzić wojnę bez niedostatków, dajmy im wszystkie niezbędne narzędzia. A dostaniemy Rosję tak osłabioną, że niezdolną do agresji na wiele, wiele lat. Ukraina wciąż może nam wywalczyć czas na zbrojenia, konwersję przemysłu, ściślejszą integrację. Jeśli go dobrze wykorzystamy, „okienko strategicznych okazji” może się dla Moskwy już nigdy nie otworzyć.

– Dziękuję za rozmowę.

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Nz. Okaleczona Saltówka, gdzie niemrawo – z uwagi na brak pieniędzy – toczy się odbudowa/fot. własne

Dekada

Kilkanaście dni temu znajoma z Ukrainy wzięła ślub. Państwo młodzi są tuż przed trzydziestką, mieszkają w Charkowie, skąd nie zamierzają się wynosić. Niestraszne im rosyjskie rakiety co rusz spadające na miasto, on ani myśli uciekać przed powołaniem do armii. „Żyjemy tu i teraz”, mówią zgodnie.

Na okolicznościowych zdjęciach widać uśmiechniętych i pięknych ludzi. Oglądając ilustracje, trudno oprzeć się wrażeniu, że świat i przyszłość stoi przed parą otworem.

Ile jeszcze wytrzymają?

Nie znam statystyk z pierwszych tygodni bieżącego roku, ale w minionym zawarto w Ukrainie 186 tys. małżeństw. A na świat przyszło 187 tys. dzieci. Porównywanie tych parametrów z danymi sprzed pełnoskalowej wojny nie ma sensu. Wtedy dotyczyły one 41-milionowej populacji, dziś na terenach kontrolowanych przez władze w Kijowie mieszka 29 mln osób. Reszta uciekła – w tym nadreprezentacja kobiet w wieku reprodukcyjnym – bądź znalazła się pod rosyjską okupacją. Tak czy inaczej, życie w Ukrainie płynie dalej, w miażdżącej większości kraju cechując się wieloma atrybutami normalności.

To często pozór, choć w jego utrzymanie Ukraińcy wkładają sporo energii. Historycznie patrząc, nic w tym nadzwyczajnego – ludzkość przetrwała mnóstwo zawieruch, sprawnie adaptując się do nienormalnych sytuacji. Dość wspomnieć koszmarną niemiecką okupację w Polsce. Zdziesiątkowani i okaleczeni, dotrwaliśmy jednak do wiosny 1945 roku. Także dlatego, że w międzyczasie zawierano małżeństwa/wchodzono w relacje i rodziły się dzieci.

Lecz nie wolno zapomnieć, że konflikt w Ukrainie trwa już 10 lat. I że Ukraińcy są nim po prostu zmęczeni. Nie trzeba żyć na wschodzie kraju, żeby się bać, odczuwać zubożenie, mierzyć się ze skutkami zawieszenia powinności państwa, które większość wysiłku wkłada w prowadzenie wojny. Tym trudniej zaakceptować taką rzeczywistość, gdy istnieje możliwość „wejrzenia w inne światy”. Ukraina nie jest fizycznie odcięta, nie działa tam surowa cenzura – inne realia pozostają na wyciągnięcie ręki, co wzmaga poczucie dyskomfortu.

„Ile jeszcze wytrzymamy?”, zastanawia się Tetiana, znajoma z Dnipro, po czym wzrusza ramionami. Po prawdzie, to chyba nikt nie zna odpowiedzi na to pytanie. Zaś próba wiarygodnego rozeznania – jeśli rząd w Kijowie komukolwiek coś takiego zlecił – zawierałaby na tyle wrażliwe dane, że jak nic by je utajniono. Bo morale społeczeństwa to jeden z fundamentów ukraińskiego oporu – nie mniej istotny od kondycji armii czy zachodniej pomocy. W tym obszarze, w zakresie śródtytułowego pytania, jesteśmy więc skazani na niewiadomą.

Agresywna retoryka i mobilizacja

„Jeśli zostanę prezydentem Stanów Zjednoczonych, zakończę wojnę w Ukrainie w ciągu doby”, chwali się Donald Trump. Nie bardzo wiemy, jakim to złotym środkiem dysponuje kontrowersyjny polityk, ale w oparciu o inne jego wypowiedzi – oraz działania trumpistów w Kongresie – z dużym prawdopodobieństwem możemy przyjąć, że chodzi o odcięcie Kijowa od pomocy wojskowej. Wedle takiego scenariusza, pozbawiona „kroplówki” Ukraina zmuszona będzie usiąść do rozmów pokojowych. Trudno traktować poważnie owe 24 godziny, ale ramy czasowe konfliktu zdają się być w tym ujęciu wyraźniejsze, sięgające początku 2025 roku i inauguracji nowej prezydentury. Ale…

Po pierwsze, wciąż nie mamy pewności, że Trump obejmie urząd. Zmiennych, które mogą wpłynąć na kampanię i wyniki wyborów w USA, jest wiele, a ich wyliczanie wykracza poza temat tego tekstu.

Po drugie, amerykańska pomoc jest w dyskursie polityczno-medialnym, skutkiem czego także i w potocznym przekonaniu, nadmiernie fetyszyzowana. Nie chcę umniejszać jej znaczenia, ale przyjrzyjmy się statystykom. Do początku listopada 2023 roku łączna pomoc sojuszników dla Ukrainy wyniosła 242 mld euro. Dwie trzecie tych nakładów poniosła Europa, jedną trzecią USA. Transfery pieniężne – przeznaczone na bieżące funkcjonowanie państwa ukraińskiego – przekroczyły poziom 100 mld euro. W dostawach ściśle wojskowych prym wiodły Stany, które między lutym 2022 a listopadem 2023 roku przekazały Ukrainie broń i amunicję o wartości 44 mld euro. Reszta to przede wszystkim Europa (z nieznacznym udziałem pozaeuropejskich członków „kolektywnego Zachodu”).

Są więc USA liderem, jednak coraz bardziej w ujęciu historycznym, bo wpływy trumpistów sprawiają, że polityka „odcięcia Kijowa” de facto już jest przez Waszyngton realizowana. Co zaowocowało mobilizacją Europy. Ukraina zyskała gwarancje wieloletniej pomocy ze strony Wielkiej Brytanii, Francji i RFN, podobne zobowiązania zamierzają podjąć inne europejskie kraje. Niezależnie od tego organizowane są kolejne dostawy sprzętu i amunicji, których wartość na ten rok już teraz dochodzi do 20 mld euro.

Zarazem agresywna retoryka Trumpa – której częścią jest wygrażanie Europie i wyraźna skłonność do „romansu” z putinowską rosją – zmusiła europejskie rządy do zajęcia się na poważnie kwestiami własnego bezpieczeństwa militarnego. I nawet jeśli nie towarzyszy temu obawa o wyjście Ameryki z NATO, to niezdecydowanie USA w kwestii Ukrainy daje sojusznikom do myślenia. Nikt nie chciałby – jak obecnie Kijów – stać się zakładnikiem wewnątrzamerykańskiego sporu między demokratami a republikanami. Szczególnie że Moskwa tylko podsyca obawy, niekiedy już wprost grożąc członkom natowskiej i unijnej wspólnoty. Długofalowym skutkiem opisanej sytuacji będzie remilitaryzacja Europy, co w bliskiej i średniej perspektywie oznacza wspieranie Ukrainy. Jej opór bowiem wyraźnie osłabia rosję, wybijając Kremlowi z głowy inne militarne akcje.

Wolta wcale nierozstrzygająca

Tylko czy Europa da radę podtrzymać ukraińskie zdolności obronne, jeśli USA na dobre oddadzą się woli trumpistów? Bez wchodzenia w zbędne szczegóły, wobec braku amerykańskiego sprzętu trudno będzie Ukraińcom znacząco podnieść potencjał bojowy armii. W mojej ocenie, przełożyłoby się to na niemożność rekonkwisty okupowanych terytoriów. Ale bronić byłoby się czym, byle tylko starczyło rekruta, na co wpływ mają wyłącznie Ukraińcy (zasoby ludzkie są, trzeba tylko decyzji politycznej, by je zmobilizować).

Gdy mowa o brakach wywołanych zawieszeniem pomocy przez USA, często pojawia się kwestia amunicji artyleryjskiej. Faktem jest, że do Ukraińców nie dociera jej dziś ani tyle, ile im obiecano, ani tyle, by zrównoważyć rosyjską siłę ognia. Ale i w tym przypadku mamy do czynienia ze zjawiskiem przesadnego fetyszyzowana. Trzeci argument, który moim zdaniem wyklucza automatyczną klęskę Ukrainy w obliczu odcięcia amerykańskiej „kroplówki”, ma związek z charakterem toczonej na Wschodzie wojny. To temat wymagający oddzielnego tekstu, nadmienię więc tylko, że niedostateczną ilość amunicji Ukraińcy częściowo kompensują przy pomocy dronów; to one przejęły niektóre zadania artylerii.

Po drugiej stronie – w mniejszym zakresie, ale również borykającej się z niedostatkiem luf i wsadu – jest podobnie, co skłania mnie do refleksji, że chyba stoimy u progu zmiany pewnego paradygmatu. Być może artyleria przestanie być „bogiem wojny”, ustępując miejsca tańszej i efektywniejszej broni dronowej. Tymczasem by zasypać front masą bezpilotowców, Ukraina nie potrzebuje aż tak bardzo USA. Sama ma w tym zakresie spore zdolności, choć warto zauważyć też i ryzyko związane z tym, że istotnym producentem podzespołów są Chiny. Te jednak, zdaje się, wolą grać na dwoje skrzypiec, udostępniając swoje produkty obu stronom konfliktu.

Konkludując wątek amerykańskiej wolty – nie musi ona mieć rozstrzygającego charakteru; z USA czy bez, Ukraińcy i tak będą walczyć. Choć znów – bałbym się oszacować jak długo.

Scenariusz, w którym to rosja klęka

No i jest jeszcze federacja rosyjska, potocznie coraz częściej postrzegana jako struktura o niewyczerpalnych zasobach. To stary schemat – odłożyliśmy go „na półkę” po kompromitacjach armii rosyjskiej w 2022 roku, ale znów wraca do łask…

…o czym przeczytacie w dalszej części tekstu, który opublikowałem w portalu Interia.pl – wystarczy kliknąć w ten link.

Nz. Pracownik ukraińskiej firmy energetycznej. Na wyzwolonych w 2022 roku terenach chersońszczyzny trwa odbudowa zniszczonej przez rosjan infrastruktury. Ekipa elektryków, której towarzyszyłem przy pracy, zmuszona była nosić kamizelki i hełmy. Nad Tomaryne, gdzie naprawiano powaloną sieć, regularnie zapuszczały się rosyjskie drony, a zza pobliskiego Dniepru strzelała artyleria. Także w ramach polowań na energetyków. Oto przykład jednego z tysięcy (dziesiątek tysięcy?) okołowojennych wyzwań, z którymi musi się mierzyć państwo ukraińskie/fot. własne

Rozmowa

Sporo się dzieje w związku z nadchodzącą premierą „Alfabetu…”, jest więc trochę tak, jak z tymi taczkami, co to nie ma czasu na ich ładowanie – mnie brakuje „ramówki”, by coś większego napisać.

Ale jutro podrzucę Wam satysfakcjonujące, mam nadzieję, i obszerne czytadła.

A dziś zapraszam do odsłuchania rozmowy, jaką rano przeprowadził ze mną Tomasz Sekielski. Jest i o książce, i bieżącej sytuacji w Ukrainie oraz perspektywach na przyszłość.

„15 minut gęstego”, komentuje jedna z Czytelniczek.

Zresztą sami oceńcie.

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Nz. Sreeen z dzisiejszej audycji/fot. Onet Rano

„Idioci”

„Nikt nie chce głośno powiedzieć polskiemu rolnikowi, że jest sterowany z Kremla”, pisze mi Czytelnik, przerażony tym, co wyczynia się na polsko-ukraińskiej granicy. No więc ja to powiem/napiszę; w mojej ocenie, protest rolników nie tylko jest przez rosję wykorzystywany propagandowo, ale i, w jakiejś mierze, sterowany. W przypadku tej drugiej aktywności dzieje się to poprzez mechanizm opisany przeze mnie w Alfabecie rosyjskiej agresji, czyli z wykorzystaniem agentury wpływu i użytecznych idiotów. Idioci, taki tytuł nosi rozdział, którego obszerny fragment chciałbym Wam zacytować. Zapraszam do lektury, skonfrontowania opisanego mechanizmu z rzeczywistością przygranicznego protestu i rzecz jasna do dyskusji.

24 lutego 2022 roku Rosjanie uderzyli także w Polskę. Atak przybrał postać kampanii dezinformacyjnej, prowadzonej z zamiarem zasiania paniki wśród obywateli RP. „Niebawem zabraknie paliwa i gazu LPG!”, wieszczyli rosyjscy trolle operujący w polskiej info-sferze. Przekaz odwoływał się do potocznego doświadczenia, łączącego wojnę z paliwowym deficytem. Setki tysięcy Polaków uległy presji – przed stacjami benzynowymi ustawiły się długie kolejki. Kupowanie na zapas podbiło ceny – pod koniec pierwszego dnia pełnoskalowej inwazji w Polsce były miejsca, gdzie cena popularnej „dziewięćdziesiątki piątki” skoczyła z 5,5 do 10 zł.

Dwa dni później Rosjanie użyli treści spreparowanej pod odbiorców z całego proukraińskiego uniwersum (nazywanego przez nich „kolektywnym Zachodem”). Było to zdjęcie wykonane jakoby w Siewierodoniecku[1], przedstawiające baterię ciężkiej artylerii, rozstawioną między blokami. Ilustrację uzupełniał komentarz zarzucający ukraińskiej armii, że nie liczy się z życiem własnych cywilów. Bo ignoruje ryzyko ognia kontrbateryjnego, który siłą rzeczy pokryłby również budynki mieszkalne. Tej fotografii nie zrobiono w wolnej Ukrainie, a w Doniecku, mieście kontrolowanym przez Moskali. Tym niemniej utrwalony widok nosił typowe i powtarzalne cechy wschodnioukraińskiego anturażu, a i rodzaj broni zgadzał się z zasobami sił zbrojnych Kijowa – co przydawało zdjęciu wiarygodności.

Dobrze skonstruowane profile uwiarygodniały z kolei doniesienia, które rozpalały polskie portale społecznościowe w pierwszych dniach marca 2022 roku. Mówiono w nich o gwałtach, napadach i innych zdarzeniach kryminalnych, gdzie ofiarami byli obywatele RP – zwykle młode kobiety – z przygranicznych miejscowości, a sprawcami okazywali się świeżo przybyli uchodźcy z Ukrainy. Odpowiedzialni za ferment podszywali się pod Polaków, a faktycznie byli Rosjanami, przed którymi postawiono zadanie wywołania kryzysu na polsko-ukraińskiej granicy. Za ich sprawą w Przemyślu pojawiły się „patriotyczne straże obywatelskie”, powołane przez skorych do rozróby pseudokibiców, gotowych bić każdego Ukraińca. Zdecydowane dementi i twarde działania policji pozwoliły zdusić problem w zarodku.

Co – poza rosyjskim sprawstwem – łączy te trzy sytuacje?

Choć pierwotne źródła dezinformujące były rosyjskie, wieści szły w świat już nie tyle za sprawą Rosjan, co Polaków, a w przypadku rzekomej fotografii z Siewierodoniecka wieloetnicznej cyfrowej społeczności. Ludzi, których można podzielić na dwie kategorie. W pierwszej umieściłbym osoby o uprzywilejowanej pozycji, dbające o rosyjski interes poprzez wywieranie wpływu na miejscową opinię publiczną i instytucje. Polityków, naukowców, aktorów, biznesmenów, dziennikarzy; wszystkich, ze zdaniem których liczą się ich rodacy. A więc i gwiazdy Internetu, funkcjonujące wyłącznie na jego niwie – blogerów, youtuberów, właścicieli lub administratorów serwisów, tematycznych stron i forów. Innymi słowy, agentów wpływu, pełniących swoje role świadomie, choć z różnych pobudek – kryminalnych (szantaż), finansowych czy ideowych. Do drugiej kategorii zaliczyłbym „użytecznych idiotów”. Włodzimierz Lenin – autor tego określenia – posługiwał się nim w odniesieniu do zachodnich dziennikarzy, którzy 100 lat temu chwalili bolszewicką rewolucję, pomijając, umyślnie lub nie, różne jej wypaczenia. Ale ów epitet pasuje także do współczesnych internautów, propagujących korzystne dla Moskwy narracje, a nierzadko czyniących to w zgodzie z własnym postrzeganiem rzeczywistości i bez świadomości wysługiwania się Rosji, ba, w sprzeczności z wyznawanymi antyrosyjskimi poglądami[2].

—–

Już wiele lat temu Kreml zdał sobie sprawę, że Rosja nie jest w stanie konkurować z Zachodem w dziedzinie klasycznej technologii wojskowej. Moskwa postawiła zatem na „przeskok generacyjny” – z tym że nie w klasycznym tego zwrotu rozumieniu. Nie skupiła się na zaprojektowaniu i wdrożeniu rewolucyjnych, kinetycznych systemów broni – bo na to nie było jej stać (w wymiarze finansowym, technicznym i intelektualnym). Sięgnęła po bieda-broń, czyli dezinformację, szerzoną za pośrednictwem mediów, instytucji kultury, przedstawicielstw dyplomatycznych, głównie jednak przy użyciu Internetu. W długofalowe kampanie dezinformacyjne zaangażowano wszystkie rosyjskie służby specjalne. Ich celem było i jest doprowadzenie do sytuacji, w której problemy „wrogich” państw – wewnętrzne i w relacjach z innymi narodami – zaczną „grać” na korzyść Rosji. Temu właśnie służy podsycanie waśni, podważanie zaufania do rządów, wiary w sens demokracji i integracji – zarówno militarnej, jak i gospodarczej.

„Wrogowie” Rosji sami to ułatwiali, nadając wolności słowa status niezbywalnego prawa i tworząc odpowiednie środowisko technologiczne. To nie Rosja wymyśliła Internet, ale to jej spece od wojny informacyjnej szybciej pojęli, jakie perspektywy stwarza globalna sieć. Dzięki niej możliwe stało się rozpowszechnianie fałszywych i spreparowanych treści, błyskawicznie, licznymi kanałami, tworząc tym samym pozór wielości źródeł. Ów pozór jest efektem nie tylko masowego charakteru działań, ale też ich rozległej automatyzacji. Żywymi ludźmi nie dałoby się obsłużyć gigantycznej liczby kont społecznościowych. Gros tych zadań przydzielono więc botom – na bieżąco udoskonalanym programom, zdolnym w coraz większym zakresie zastępować człowieka. Tak powstały całe internetowe siatki, składające się z licznych podmiotów, za którymi tylko niekiedy stoją pracownicy rosyjskich służb lub agenci wpływu. Esencją tych siatek, poza botami, pozostają wspomniani „użyteczni idioci”. To uczestnicy wymiany informacji, niekoniecznie prorosyjscy, za to pielęgnujący przydatne Moskalom resentymenty (antysemityzm, ukrainofobię, antyamerykanizm, niechęć do demokracji, świata zachodnich wartości itp.), zwolennicy teorii spiskowych lub zwyczajni atencjusze lubujący się w odzewie, jaki generują udostępniane przez nich treści[3].

—–

Gigantycznym zaskoczeniem zareagowali na inwazję prorosyjscy agenci wpływu obecni w polskiej info-sferze[4]. W pierwszych kilku dobach agresji naszą przestrzeń informacyjną zdominowały ukraińskie i proukraińskie przekazy. „Prorosyjscy” zaszyli się w najgłębszych norach – jakby to oni byli celem lotniczych bomb i rakiet. Zdaje się, że zadziałała tu empatia (odruchowe pozytywne uczucie wobec napadniętych), połączona z informacyjnym przeładowaniem i konfuzją, bo przecież Moskwa do końca zapewniała – także „swoich” – że wojny nie rozpęta.

„Interes” rozkręcił się ponownie już w pierwszym tygodniu inwazji. Główne uderzenie wyprowadzono w ukraińskich uchodźców i ich przywileje, nadawane rzekomo kosztem Polaków. Ale kwestionowanie faktów dotyczyło również sytuacji na froncie. Animatorzy prokremlowskiej narracji zaprzeczali kompromitacji rosyjskiej armii, jej okrucieństwom, przy okazji cały czas przemycając crème de la crème antyukraińskiej propagandy – treści przypominające o Wołyniu i zbrodni UPA. Przy tej okazji mogliśmy przekonać się, gdzie wcześniej ulokowany był punkt ciężkości rosyjskiej dezinformacji. Już pobieżna analiza profilów społecznościowych najbardziej aktywnych trolli ujawniła, że na przestrzeni lutego i marca 2022 roku przeszli oni z pozycji pandemicznych denialistów na pozycje szukających „prawdy” o toczonym na Wschodzie konflikcie. Już sama szlachetność tej intencji uwiodła wielu niezdolnych do zakwestionowania jej szczerości „użytecznych idiotów” – i jest to jedna z ważniejszych przyczyn stałej obecności i dystrybucji prorosyjskich treści w Polsce.

—–

PRZYPISY:

[1] Wówczas tymczasowej stolicy obwodu donieckiego, realnie jego nieokupowanych terytoriów. Miasto, po długotrwałych walkach, wpadło w ręce Rosjan w czerwcu 2022 roku.

[2] W ten sposób zdefiniowałem „rosyjski głos w naszych domach” w swojej przedostatniej książce pt. Stan wyjątkowy (wydawnictwo WarBook, 2021). Odnosiłem się do rzeczywistego zjawiska, niemniej kontekst był powieściowy. Do głowy mi wtedy nie przyszło, że o agenturze wpływu i „użytecznych idiotach” będę niebawem pisał w realiach prawdziwego konfliktu…

[3] To zestawienie mocno uproszczone, niewyczerpujące całego spektrum motywacji.

[4] Ten tekst nie ma ambicji śledczych i jest zaledwie wprowadzeniem do tematu prorosyjskiej agentury wpływu oraz przejawów i skutków jej działania. Zainteresowanych poszerzeniem wiedzy odsyłam do książki Przemysława Witkowskiego Partia Rosyjska (wydawnictwo Arbitror, 2023). Środowisko dobrze portretują również Piotr Głuchowski i Katarzyna Bielecka, autorzy artykułu pt. Mroczni siewcy Putina. Sprawdzamy, komu w Polsce mieszają w głowie, który ukazał się w „Dużym Formacie” 14 sierpnia 2023 roku.

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Nz. Przejście graniczne z Ukrainą/fot. własne

(Nie)obecni

Jednym z ostatnich akordów bitwy o Awdijiwkę były zmasowane rosyjskie naloty na ukraińskie pozycje. Przez co najmniej dziesięć dni rosjanie zrzucali po sto i więcej bomb na ruiny i okolice niewielkiego miasteczka (równanego z ziemią i przez artylerię). Takiej intensywności użycia lotnictwa taktycznego w tej wojnie dotąd nie notowano, zwłaszcza na tak wąskim odcinku frontu.

Wnioski? Pierwszy jest oczywisty – Awdijiwkę miano zdobyć za wszelką cenę, niezależnie od kosztów ludzkich i technicznych.

Drugi wiąże się z możliwościami rosyjskiego lotnictwa, które przez pierwszych kilkanaście miesięcy wojny w Ukrainie było wielkim nieobecnym na polu bitwy. Nasycenie środkami obrony przeciwlotniczej – przede wszystkim przenośnymi wyrzutniami rakietowymi krótkiego zasięgu – uczyniło strefę (przy)frontową niezwykle niebezpieczną dla samolotów. Niedostatek dalekonośnej i precyzyjnej amunicji tylko uwypuklił problem. Wojska lądowe zasadniczo musiały radzić sobie bez wsparcia sił powietrznych. Aż rosjanie wpadli na pomysł kreatywnego zastosowania starych bomb lotniczych. Obarczoną wielkim ryzykiem konieczność zrzucania ładunków nad celem – a więc w zasięgu rażenia systemów OPL – wyeliminowano poprzez doposażenie bomb w skrzydła i prosty system nawigacji. Tak powstały bomby szybujące, zrzucane z samolotów daleko za linią frontu. Mają one zasięg nawet do 70 km (jeśli zwolni się je z wysokości 12 tys. metrów), poruszają się lotem ślizgowym, kierując na zaprogramowane wcześniej współrzędne. Ich celność jest taka sobie – najlepsza na dystansie 10-15 km – ale i po prawdzie rosjanie nieszczególnie ów parametr fetyszyzują. Po pierwsze z uwagi na ogromne zapasy starych bomb, po drugie, z powodu pokaźnej masy samych ładunków (nawet półtonowe głowice). Bomby mają burzyć duże obiekty – jeśli jest ich dużo i są duże, precyzja schodzi na plan dalszy.

No więc wraz z „odkryciem” szybujących bomb (techniki znanej moskalom wcześniej, ale z jakiegoś powodu licznie zastosowanej dopiero w drugim roku wojny), rozhulało się rosyjskie lotnictwo, co w pobliżu Awdijiwki przybrało już postać bezkarności. Czyli zupełnie nowej dla tego konfliktu jakości.

Jakości, na występowanie której Ukraińcy na dłuższą metę pozwolić sobie nie mogą. Więc nie siedzą z założonymi rękoma.

Odwrót ZSU z Awdijiwki osłaniany był przez któryś z najefektywniejszych/najlepszych systemów OPL, będących w dyspozycji armii ukraińskiej. Najprawdopodobniej przez Patrioty bądź SAMP/T-y, zdolne razić cele na odległość powyżej 100 km. Tak czy inaczej, w weekend spadły łącznie cztery rosyjskie samoloty Su-34/35. Dziś, już bez związku z bojami o Awdijiwkę, zestrzelono kolejne dwie maszyny. W przypadku trzech strąceń mamy wiarygodne potwierdzenia z kilku rosyjskich źródeł, co do pozostałych bezpieczniej uznać zestrzelenia za prawdopodobne. W najkorzystniejszym dla Ukraińców ujęciu – przy sześciu strąceniach – łączne rosyjskie straty przekroczą 400 mln dolarów, mowa bowiem o najnowszych i najlepszych w parku maszynowym agresora samolotach.

Nosicielach bomb szybujących.

Czy bolesna strata, nade wszystko jednak świadomość obecności „na teatrze” niebezpiecznego i skutecznego systemu OPL z „długimi rękoma”, znów sparaliżuje rosyjskie lotnictwo? Przekonamy się już niebawem. Wiele zależy od tego, na jak długo i jak licznie Ukraińcy delegowali na front zachodnie wyrzutnie, dotąd używane głównie do ochrony Kijowa. Jeśli rzeczywiście transfer sprzętu odbył się kosztem możliwości stołecznej obrony powietrznej, bez dwóch zdań mamy do czynienia z „gościnnym występem”. Ale jeśli jest inaczej – w Ukrainie pojawiły się kolejne baterie zachodnich systemów – to ich obecność w strefie (przy)frontowej może się okazać nową i stałą jakością.

Czy to w ogóle możliwe? Prezydent Zełenski ujawnił niedawno, że do kraju dotarły dwa nowe systemy „zdolne zestrzelić wszystko”. Nie dodał, czy chodzi o broń amerykańską czy zachodnioeuropejską, czy stało się to w ramach wcześniejszych pakietów pomocowych (część asortymentu zawsze trafia w późniejszym terminie), czy chodzi o jakieś nowe zobowiązanie. Bazując na tych wcześniejszych, zeszłorocznych, w 2024 roku w Ukrainie powinno się pojawić co najmniej pięć dodatkowych baterii Patriot i ich europejskich odpowiedników. W obliczu bieżących kłopotów ZSU coś z tego zasobu mogło(by) trafić na front, a nie do obrony zaplecza.

Ukraińcy są bowiem w defensywie, rosjanie kontynuują natarcie w kilku punktach od charkowszczyzny po Zaporoże. Z ich aktywności wyłania się czytelny obraz intencji – moskale zamierzają wymazać zeszłoroczne zdobycze terytorialne Ukraińców, w miarę możliwości uszczknąć też coś z tego, co ZSU urwały im latem i jesienią 2022 roku. Spieszą się, chcąc wykorzystać aktualne ukraińskie słabości – niedostatki rezerw i amunicji artyleryjskiej, do soboty wydawało się, że również braki w dalekonośnej OPL. Bombami szybującymi rosjanie ofensywy nie wygrają, ale ich masowe użycie powiększa ukraińskie straty i w którymś momencie mogłoby się okazać kluczowe w przełamaniu frontu.

Dlatego Ukraińcy muszą trzymać rosyjskie suchoje na dystans.

PS. Nie dajmy się zwariować – na skutek obecnych działań i przy założeniu, że rosyjskie ataki się powiodą, przedmiotem „korekt” będzie procent, może półtora procenta terytorium Ukrainy. Taki jest zasięg i skala rosyjskiej ofensywy.

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Arkowi Drygasowi, Magdalenie Kaczmarek, Arkadiuszowi Halickiemu, Piotrowi Maćkowiakowi, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Monice Rani, Maciejowi Szulcowi, Jakubowi Wojtakajtisowi, Michałowi Strzelcowi, Joannie Marciniak, Andrzejowi Kardasiowi i Irinie Wolańskiej. A także: Bożenie Bolechale, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Maciejowi Ziajorowi, Aleksandrowi Stępieniowi, Joannie Siarze, Marcinowi Barszczewskiemu, Szymonowi Jończykowi, Annie Sierańskiej, Tomaszowi Sosnowskiemu, Piotrowi Świrskiemu, Kacprowi Myśliborskiemu, Mateuszowi Jasinie, Mateuszowi Borysewiczowi, Grzegorzowi Dąbrowskiemu, Arturowi Żakowi, Sławkowi Polakowi, Patrycji Złotockiej, Wojciechowi Bardzińskiemu, Michałowi Wielickiemu, Jakubowi Kojderowi, Jarosławowi Grabowskiemu i Jakubowi Dziegińskiemu.

Podziękowania należą się również najhojniejszym „Kawoszom” z ostatnich dwóch tygodni: Łukaszowi Podsiadle, Michałowi Baszyńskiemu, Rafałowi Rachwałowi i Milenie Karlińskiej-Nehrebeckiej.

Szanowni, to dzięki Wam – i licznemu gronu innych Donatorów – powstają moje materiały!

Nz. Su-35/fot. MOFR