Przełom?

Coś, co jeszcze kilkanaście dni temu wydawało się Rosjanom upierdliwym szturchaniem, urasta właśnie do rangi bardzo poważnego problemu. Ukraińskie ataki na centra dowodzenia, składy amunicji i infrastrukturę transportową, mnożą się dzień po dniu – od początku lipca doszło już do 30 takich akcji. Co więcej, nie ma tu „pustych strzałów” – dzięki precyzji dalekonośnej artylerii rakietowej pochodzącej z zachodnich dostaw oraz za sprawą doskonałego rozpoznania wywiadowczego (w tym satelitarnego), Ukraińcy bezbłędnie punktują Rosjan. W sobotę, w słynnej już Czarnobajewce (lotnisko pod Chersoniem, regularnie atakowane przez ukraińską artylerię), polec miało kilkunastu wyższych rangą wojskowych, w zaatakowanej wcześniej Nowej Kochowce – gdzie poza sztabem mieścił się też skład amunicji przeciwlotniczej – zabito ponad setkę Rosjan, a dwa razy tylu zostało rannych. A wszystko to przy użyciu wciąż nielicznych wyrzutni, strzelających zaledwie po kilka rakiet. Jakość, nie ilość – wniosek jest oczywisty, choć warto dodać, że tajemnica ukraińskiego sukcesu zawiera się także w wysokiej mobilności i skrytości działań. Ukraińskie himarsy są w ciągłym ruchu, a o ich użyciu dowiadujemy się post factum, gdy zestawy są już w zupełnie innych miejscach. To samo zresztą tyczy się innych zachodnich systemów artyleryjskich, w tym naszych krabów.

A to nie koniec dobrych wieści, Amerykanie bowiem już nie mają zastrzeżeń i niebawem do Ukrainy trafią pociski rakietowe o znacznie większym zasięgu (do 300 km). Już dziś można mówić o trwałym efekcie psychologicznym – lęku przed ukraińskimi uderzeniami rakietowymi na rosyjskich tyłach. Zjawisko to przybierze jeszcze poważniejszy wymiar, gdy okaże się, że „spokojne zaplecze frontu” nie istnieje. Ba, ani w Ukrainie, ani w Rosji, w której co najmniej setka ważnych wojskowych celów znajdzie się w zasięgu rażenia. Setka niekoniecznie dobrze zabezpieczonych, bo jak pokazują ostatnie wydarzenia, rosyjskie systemy antyrakietowe S-400 – rzekomo niezawodne – nie radzą sobie z zagrożeniem ze strony ukraińskiej artylerii rakietowej.

Ale tu nie tylko o lęk i bolesne prestiżowe cięgi chodzi. Ukraińskie ataki, po których raz za razem wybuchają setki ton zgromadzonej amunicji, znacząco ograniczają rozmach rosyjskich działań. Strzelanie „wagonami amunicji” wymagało od Rosjan takiej organizacji logistyki, by pociski w wielkiej ilości znajdowały się jak najbliżej linii frontu. Dowożono je pociągami, rozmieszczano w wielkopowierzchniowych obiektach, starając się przy tym, by jednostki artylerii nie miały do składów za daleko. W sytuacji, w której Ukraińcy mieli ograniczone możliwości „odgryzania się ogniem” – mnie luf, mniej amunicji, precyzja rażenia na podobnym, niskim poziomie – system się sprawdzał i pozwalał na stosowanie walca artyleryjskiego. Oto jednak doszliśmy do momentu, gdy żaden rosyjski przyfrontowy skład nie jest bezpieczny – i dotyczy to obiektów oddalonych od linii styku wojsk nawet o kilkadziesiąt kilometrów. W efekcie, mamy do czynienia z raportowaną niemal z każdego odcinka frontu mniejszą intensywnością rosyjskiego ostrzału. Amunicja jest dalej, trzeba ją przywozić na bieżąco, samochodami, bo obrońcy atakują także elementy kolejowej infrastruktury. A w przypadku transportu „na kołach” znów do głosu dochodzi rosyjska bolączka w postaci awaryjności sprzętu. Sprawnych ciężarówek brakuje, wiele jeździ na chińskich oponach kupowanych swego czasu „po taniości”, wycierających się już po kilkudziesięciu kilometrach.

„Ale spokojnie”, mówi Putin, „my nawet jeszcze na dobre nie zaczęliśmy”. Te groźby wypadają wyjątkowo żałośnie, gdy zdamy sobie sprawę z jakości rosyjskich uzupełnień. Zarówno sprzętowych, gdzie absolutnym standardem są już 40-letnie czołgi, jak i ludzkich. Jeden z profili militarnych nazwał rosyjskich rekrutów mianem „volkssturmistów Putina”. I w sumie trudno się z tym nie zgodzić, gdy większość ochotników do służby kontraktowej liczy sobie 40-50 lat. Pochodzą zwykle ze wschodnich rejonów Rosji, mają – o czym już tu pisałem – niski status materialny. Na front trafiają po 3-7-dniowym przeszkoleniu. Równie wiekowe są rosyjskie rakiety i pociski manewrujące, wystrzeliwane na ukraińskie miasta, choć w tym przypadku – zdaje się – zapasy są na wyczerpaniu. Ostatnio bowiem Rosjanie wykorzystali do ataku na cele naziemne (żeby nie było – domy mieszkalne…) rakiety przeciwlotnicze. Oczywiście, takie pociski też niszczą i zabijają, ale efektywność ich użycia jest relatywnie niska.

Świadczy też o desperacji, u podstaw której leży nadzieja, że atakami na ludność cywilną uda się złamać wolę oporu Ukraińców. Tylko czy uda? „Brzmi to okrutnie, wiem. Ale myśmy się przyzwyczaili do codziennych wiadomości o kolejnych ofiarach”, pisze mi koleżanka, urzędniczka z Charkowa. „Tak nas nie złamią, za to mogą być pewni, że każdą zabitą osobę pomścimy. Niech każdy Rosjanin, który wkroczy do Ukrainy wie, że jest dla naszych chłopców celem, że zrobią z niego dwu- albo -trzysetkę” (gruz 200 – zabity, gruz 300 – ranny, dop. MO). A tych dwu- i -trzysetek, przypomnę, jest już niemal 40 tysięcy…

I na koniec jeszcze dwie uwagi:

Dziś w Ukrainie zaczyna obowiązywać zakaz palenia w miejscach publicznych. Mam nadzieję, że przepis ten nie dotyczy terytoriów okupowanych – miejsc składowania rosyjskich sztabów i amunicji.

I już bardziej na poważnie – rozkręca się kolejna fala koronawirusa. Przebieg choroby zdaje się być łagodniejszy niż w przypadku zakażeń wcześniejszymi odmianami kowidu, niemniej trudno przewidzieć, w którym kierunku to pójdzie. W Polsce chyba możemy już mówić o odporności stadnej, ale w Ukrainie przed rozpoczęciem inwazji zaszczepiono tylko 1/3 populacji. A po 24 lutego służba zdrowia zaczęła funkcjonować w trybie wojennym i akcja szczepienna zeszła na odległy plan. Niestety, nie mam aktualnych danych, ale docierają do mnie alarmistyczne informacje, z których wynika, że większość nowopowołanych rezerwistów nie jest zaszczepiona (bądź nie jest dostatecznie zaszczepiona). I przyznam, przeraża mnie wizja masowych zachorowań na froncie. Gorączka i osłabienie – a choćby tylko 2-3 dniowe – to w pojedynczej skali żaden kłopot, ale co, gdy zaczną chorować całe oddziały? Ufam, że problem nie zostanie zlekceważony…

Mem powyżej taki bardzo a propos. Na zdjęciu głównym ukraińskie himarsy przygotowujące się do strzelania/fot. Dowództwo Sił Zbrojnych Ukrainy.

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Peryferia

Przez większość historii lotnictwa to, co działo się nad Polską, miało peryferyjny wymiar. Nawet podczas drugowojennego wzmożenia – po bezprecedensowej aktywności niemieckich bombowców we wrześniu 1939 r. – nastało kilka lat względnego bezruchu. Potężna kampania lotnicza zachodnich aliantów skoncentrowana była na Rzeszy – brytyjskie i amerykańskie samoloty tylko czasami zapuszczały się nad terytorium okupowanej RP. Radzieckie lotnictwo miało zaś przede wszystkim frontowy charakter – wspierało walczące na ziemi oddziały. Przeszło więc przez Polskę stosunkowo szybko, jak szybko przesunął się front na przełomie 1944 i 45 r. Po wojnie mieliśmy w kraju do czynienia z intensywnym rozwojem lotnictwa sportowego, ale cywilny ruch pasażerski do końca PRL-u pozostał znikomy. „Rozhulało się” za to lotnictwo wojskowe – wielu dzisiejszym pasjonatom sił powietrznych trudno uwierzyć, że w latach 70. armia dysponowała 8-krotnie większą liczbą maszyn niż obecnie. Lata 90. to okres wielkiej lotniczej smuty – Polaków wciąż nie było stać na odległe eskapady, zaś wojsko cierpiało na niedosyt lotniczego paliwa. Godzina lotu MiG-a 29 kosztowała tyle, co miesięczny wikt dla kompani poborowych, migi zatem z rzadka wzbijały się w powietrze. Pilot z tamtych czasów wspomina, że nalatywał rocznie 30-40 h, gdy minimum dla podtrzymania nawyków wynosiło 80-100 h.

Amerykański wschód

Wejście Polski do Unii Europejskiej, która sfinansowała rozbudowę lotnisk, rosnąca zamożność Polaków oraz pojawienie się tanich linii sprawiły, że niebo między Bugiem a Odrą wypełniło się odrzutowymi maszynami pasażerskimi w nieznanej dotąd skali. Wraz z nastaniem „ery F-16” siły powietrzne wyszły z paliwowego dołka, na początku drugiej dekady XXI w. zapewniając pilotom naloty na przyzwoitym poziomie. I choć rosło jednocześnie grono prywatnych użytkowników samolotów i śmigłowców, globalna perspektywa nadal kazała widzieć w Polsce lotnicze peryferia. Aby to zrozumieć, wystarczy obejrzeć natężenie ruchu nad zachodnią Europą i Stanami Zjednoczonymi. Co istotne dla dalszej części tekstu, dziś możemy to zrobić sprzed komputera bądź zerkając w komórkę. Wystarczy odpalić popularny serwis Flightradar24, pozwalający na lokalizowanie statków powietrznych w czasie rzeczywistym. F24 pokazuje trasę, miejsce startu i lądowania, numer lotu, typ maszyny, aktualną pozycję, wysokość, kierunek i prędkość – wszystko to naniesione na dokładne mapy Google. Oczywiście, nie ma tam wszystkiego. Usługa opiera się na śledzeniu sygnałów nadawanych przez transpondery, tymczasem wojskowe samoloty (i maszyny specjalne, np.: boeing cesarza Japonii) mają możliwość zmiany trybów nadawanych sygnałów, tak, by stały się niewidoczne dla cywilnych odbiorników.

Prowincjonalny charakter polskiego nieba zaczął przechodzić do historii wraz z rozkręcającym się kryzysem, wywołanym przez Władimira Putina. Jego groźby wobec Ukrainy i NATO, a nade wszystko koncentracja wojsk rosyjskich przy ukraińskiej granicy pchnęły zachodnie rządy do bezprecedensowych działań. Zaczęło się przebazowanie wojsk, w tym komponentów lotniczych, także na terytorium Rzeczpospolitej. Dodatkowe tysiące amerykańskich żołnierzy przyleciały do nas czarterami, samolotami takich linii jak Atlas Air czy United Airlines. Wojskowi lądowali w Warszawie, Szczecinie, Katowicach, no i w Rzeszowie, gdzie siadało większość maszyn wiozących cargo. Pośród sprzętu, który trafił na wschodnią flankę, znalazło się mnóstwo śmigłowców, głównie wielozadaniowych UH-60 i szturmowych AH-64. Obecność żołnierzy USA to elementem show of force (ang. prezentacja siły), co odbywało się także – i nadal odbywa – poprzez intensywne ćwiczenia. Ledwie zatem wyładowano śmigłowce, a ich załogi przystąpiły do lotów. Dziś na wschodzie kraju łatwiej wypatrzyć wiropłat z oznaczeniami amerykańskiej armii niż z biało-czerwoną szachownicą. Podobnie jest z aktywnością typowo bojowego lotnictwa. Nie rejestruje jej F24, ale to, co widać gołym okiem i czego dowiadujemy się z oficjalnych komunikatów, daje wyobrażenie o skali przedsięwzięć.

Lotnicza menażeria

Dużo by mówić o typach maszyn stacjonujących w Polsce bądź tylko zapuszczających się tu w ramach sojuszniczych patroli. Dość wspomnieć o wizytach B-52, najpotężniejszych bombowców świata. Trzydzieści kilka lat temu ich przelot nad naszym krajem oznaczałby inaugurację drugiego rozdziału atomowego Armagedonu (pierwszym byłyby ataki rakietowe), współcześnie boeingom towarzyszyły w eskorcie polskie myśliwce. Wedle dostępnych danych B-52, które latały w ostatnich tygodniach nad Polską, nie nosiły ładunków jądrowych, co nie zmienia faktu, że ich pojawienie się przyjęto w Moskwie z niepokojem. Bo i taki był cel, podobnie jak w przypadku przeniesienia do Polski amerykańskich myśliwców F-15, z których część delegowano do natowskiej misji Air Policing, czyli ochrony przestrzeni powietrznej Litwy, Łotwy i Estonii. „Piętnastki” cieszą się renomą najskuteczniejszych samolotów bojowych pozostających w służbie – udokumentowano na nich ponad setkę zestrzeleń (głównie na Bliskim Wschodzie) przy zerowych stratach tego typu maszyn. „Nowicjusz”, jakim przy F-15 jest F-35, także zagościł na polskim niebie w związku z ukraińskim kryzysem. I nie były to wyłącznie maszyny USAF, ale również brytyjskie i holenderskie – te ostatnie gościnnie, w drodze do Bułgarii. Poza tym przylatują do nas francuskie Rafale i Mirage 2000, belgijskie F-16, niemieckie Eurofightery i amerykańskie F/A-18.

Cała ta lotnicza menażeria wymaga odpowiedniego wsparcia – stąd widoczne na polskim niebie latające cysterny. Widoczne gołym okiem (choć na dużej wysokości), ale i na Flightradarze – takie misje bowiem nie mają zwykle gryfu tajności. Podanie paliwa w powietrzu realizują u nas najczęściej amerykańskie boeingi KC-135, lecz pojawiają się również np.: A330 od Airbusa, należące do MRTT Fleet (ang. Multinational Multi-Role Tanker Transport), wielonarodowej flotylli tankowców/transportowców, z której swego czasu „wypisał” nas Antoni Macierewicz (pieniądze na polski udział w projekcie wydając na zakup samolotów dla vipów). Tankowce nad Polskę wysyłają także Brytyjczycy, Francuzi i Włosi.

Nie jest tajemnicą, że Ukraińcy otrzymują wsparcie wywiadowcze od NATO. Rozpoznanie lotnicze to jeden z najefektywniejszych sposobów na zbieranie danych. Nim zaczęła się rosyjska inwazja, samoloty Sojuszu regularnie odbywały loty w przestrzeni powietrznej Ukrainy (zasięg ich sensorów pozwalał na zbieranie danych z głębi rosyjskiego i białoruskiego terytorium). Misje te wykonywały przede wszystkim należące do USA boeingi RC-135, obserwowano również bezzałogowe RQ-4 Global Hawk. Nie bez powodu użyłem określenia „obserwowano”, operacje te bowiem prowadzono niezwykle transparentnie. Nie dla uciechy fanów F24, a dla wiedzy Rosjan, których tym sposobem informowano o czujności Sojuszu. Wraz z wybuchem działań zbrojnych natowskie samoloty rozpoznawcze znikły z przestrzeni powietrznej Ukrainy – dziś realizują zadania głównie wzdłuż naszej wschodniej i północnej granicy.

Status humanitarny

Lecz to nie misje SIGINT (ang. signals intelligence, rozpoznanie elektromagnetyczne) stanowią o nasyceniu polskiego nieba. Odpowiadają za nie w miażdżącej większości loty transportowe. Nasz kraj stał się hubem logistycznym dla Ukrainy, obsługującym dostawy pomocy wojskowej i humanitarnej. Długo by wymieniać typy samolotów, siły powietrzne i komercyjnych przewoźników lądujących na naszych lotniskach (chodzi rzecz jasna głównie o kraje i samoloty NATO). Przywołam najciekawsze przykłady, jak choćby pakistańskie, jordańskie i tunezyjskie Herculesy, kuwejckie C-17 i brazylijskiego Embraera C-390.

Na koniec warto dodać, że to z Polski zaczynają podróże do Kijowa zagraniczne delegacje (z uwagi na ryzyko strącenia docierające do ukraińskiej stolicy koleją). I że choć Rzeczpospolita – jak cała Unia – zamknęła niebo dla rosyjskich samolotów, istnieją wyjątki. Wszystko zależy od statusów – jeśli mamy do czynienia z lotem humanitarnym czy emergency (ang. nagły wypadek; taki status przysługuje np.: samolotom wiozącym ekipy ratunkowe), wówczas piloci mają zielone światło. Przy czym kategoria humanitarna jest dość rozległa – kilka tygodni temu przepuściliśmy Iła-76 z paliwem jądrowym dla Słowacji.

Dziś trudno ocenić, czy rosyjscy przewoźnicy wrócą nad nasz kraj. Nie sposób przewidzieć, kiedy istotnemu ograniczeniu ulegnie natowskie show of force. Faktem jest, że zwiększona obecność wojskowa USA w Polsce to element rzeczywistości, z którym trzeba się pogodzić. Godzić się wypada też z przekonaniem, że komercyjny ruch lotniczy największy peak ma już za sobą. Pandemia COVID-19 przeflancowała podniebne biznesy, a rosnące ceny paliw nie ułatwiają stawania na nogi. Zwłaszcza że rośnie świadomość ekologiczna klientów, którzy coraz częściej zwracają uwagę na ślad węglowy. To wszystko sprawia, że obecny tłok na polskim niebie może się okazać chwilową odskocznią od peryferyjnej codzienności. Z drugiej strony, nadchodzi era dronów, dla których planuje się rozległe zastosowania. Ale to już zupełnie inna historia…

—–

Nz. Francuskie Mirage/fot. Bartek Bera

Tekst opublikowałem w Tygodniku Przegląd, 25/2022

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Premiera

Uwaga, uwaga! PREMIERA mojej najnowszej książki już lada moment – 24 listopada 2021 r. O czym będzie? Na razie nie zdradzę zbyt wielu szczegółów – musi Wam wystarczyć notka wydawnicza na okładce. Brzmi następująco:

„Nadkomisarz Paweł Danilewski prowadzi śledztwo dotyczące śmierci, w którą zamieszany jest jeden z kościelnych hierarchów, od początku mierząc się z naciskami politycznymi i próbami ukrycia niewygodnych wątków obyczajowych.

Tymczasem Polska, rządzona przez Partię Sprawiedliwości, staje się głównym ogniskiem kolejnej, wyjątkowo groźnej fali epidemii SARS-CoV-2. Rosyjskie służby, od lat doskonalące techniki wojny informacyjnej, bezwzględnie wykorzystują słabość RP.

W dobie stanu wyjątkowego krzyżują się losy ludzi stojących po różnych stronach i wyznających odmienne wartości, ale gotowych poświęcić dla nich życie.

Niepokojąco realistyczna powieść Marcina Ogdowskiego z mocnym i zaskakującym finałem”.

Więcej informacji znajdziecie na stronie wydawnictwa Warbook.

Okładka zaś wygląda tak:

Rys. Warbook

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Prymusi

Lotniskowiec USS Theodore Roosevelt zawinął do wietnamskiego portu w Da Nang 5 marca 2020 r. Część spośród liczącej 4,8 tys. członków załogi zeszła wówczas na ląd. Kilku oficerów zakwaterowano w jednym z miejscowych hoteli, gdzie – jak się wkrótce okazało – przebywały także osoby zarażone Covid-19. Kurtuazyjna wizyta trwała cztery dni, marynarzy, którzy mieli kontakt z chorymi, poddano izolacji po powrocie na pokład. Mimo to 22 marca służby medyczne Roosevelta wykryły pierwszy przypadek koronawirusa. W następnych dniach sprawy potoczyły się błyskawicznie. Niezależnie od potężnych rozmiarów okrętów, załogi atomowych lotniskowców żyją na małych przestrzeniach, w nieustannym ścisku. To idealne warunki do rozprzestrzeniania się wirusa, którego ostatecznie zdiagnozowano u niemal 1,3 tys. załogantów. Kilkudziesięciu marynarzy wymagało hospitalizacji, jeden zmarł. 41-letni starszy podoficer Charles Thacker Jr. był pierwszą ofiarą covidu, pozostającą w służbie czynnej w siłach zbrojnych USA.

Flota na czele

Ofiarą pokładowej epidemii padł również dowódca Roosevelta kpt. Brett Crozier. Gdy choroba atakowała kolejnych podwładnych, Crozier zdefiniował zagrożenie jako niepotrzebne – wszak nie toczyły się działania zbrojne – narażanie życia i zdrowia całej załogi. Oczekiwał więc od przełożonych ewakuacji części personelu, by móc kontynuować rejs. Jego list w tej sprawie – poza admiralicją – dostał się także w ręce dziennikarzy. 31 marca 2020 r. „San Francisco Chronicle” opublikowała treść depeszy, co wywołało natychmiastową reakcję dowództwa floty. Lotniskowiec zacumował w Guam, marynarzy wyokrętowano (pozostawiając jedynie szkieletową obsadę), a kapitana pozbawiono dowództwa. Crozier schodził z mostka, żegnany przez podwładnych wiwatami i oklaskami. Ta reakcja nie powstrzymała pełniącego obowiązki sekretarza marynarki Thomasa Modly’ego – który niebawem odwiedził Roosevelta – przed nazwaniem kapitana „zbyt naiwnym lub zbyt głupim” na dowodzenie jednostką. Nieco później Modly przeprosił i ustąpił ze stanowiska, Croziera przeniesiono do służby na lądzie. USS Theodore Roosevelt odzyskał sprawność bojową dopiero po dwóch miesiącach.

Lotniskowiec to jeden z filarów amerykańskiej potęgi. Dopłynie niemal wszędzie, a jego arsenał – wraz z potencjałem towarzyszącej mu grupy – przewyższa możliwości militarne niejednego państwa. Z faktu, iż niewidzialny gołym okiem „przeciwnik” wyeliminował z akcji tak potężną jednostkę, Marynarka Wojenna USA wyciągnęła odpowiednie wnioski. Jak donosi „Washington Post”, w drugim tygodniu października br. aż 90% personelu US Navy miało za sobą pełen cykl szczepień przeciwko Covid-19. Marynarzy, którzy przyjęli co najmniej jedną dawkę, było z kolei 98%. Dla porównania, w całej populacji Stanów Zjednoczonych te statystki wyglądają następująco: 57 i 66%. Na tle prymusów z floty gorzej wypadali przedstawiciele lotnictwa i armii – w obu rodzajach sił zbrojnych w pełni zaszczepionych było 81% wojskowych. Korpus Piechoty Morskiej (USMC) mógł się pochwalić 77-proc. współczynnikiem wyszczepialności. I na tym koniec dobrych wieści, bowiem w przypadku rezerwy armii oraz Gwardii Narodowej statystki odstawały in minus od średniej populacyjnej i nie przekraczały 40%.

Szczepienia na rozkaz

W Stanach – jak w wielu innych krajach – gros opiniotwórczych środowisk używa do opisu pandemii typowo wojennej narracji. I nic w tym dziwnego – covid zabił do tej pory ponad 700 tys. Amerykanów, więcej, niż wyniosła liczba ofiar wojny secesyjnej, najkrwawszego konfliktu w historii USA. Ów zabieg drażni członków ruchów antyszczepionkowych, zwłaszcza po tym, jak stracili największego zwolennika w postaci Donalda Trumpa (który pomimo denialistycznych poglądów, sam szczepionkę przyjął). Przekłada się bowiem na postępowanie obecnej administracji, traktującej pandemię jako realne i poważne zagrożenie. W sierpniu br. Pentagon – działając na podstawie dekretu Joe Bidena – poinformował 2,1 mln żołnierzy, że szczepienia stają się obowiązkowe, zwolnienia będą udzielane z rzadka, a ci, którzy odmówią zabezpieczenia, zostaną ukarani. Rodzajom sił zbrojnych wyznaczono terminy dla osiągnięcia pełnej immunizacji. Część mija wraz z początkiem listopada, ale gwardzistom i rezerwistom pozostawiono wolną rękę aż do czerwca 2022 r.

Niewykluczone jednak, że okres ten ulegnie skróceniu wobec tak powszechnej obstrukcji w szeregach Gwardii. Pandemia, niepokoje społeczne i wojskowe zaangażowanie Waszyngtonu na całym świecie powodują, że gwardziści – jakkolwiek nie wchodzą w skład regularnego wojska – są masowo powoływani do służby. „Ludzie w mundurach nie mogą stanowić zagrożenia epidemiologicznego” – grzmią krytycy tak długiego odroczenia. W tym kontekście niepokojąca wydaje się sytuacja w Korpusie Piechoty Morskiej. Marines mają czas do końca listopada, ale to najbardziej „zalatana” część amerykańskiej armii. Ponadto średnia wieku w Korpusie jest najniższa w całych siłach zbrojnych, służy tam mało kobiet oraz niewielki odsetek osób z wykształceniem wyższym. Zdaniem specjalistów, sprzyja to większej otwartości na idee antyszczepionkowe. Co więcej, nieustanne zaangażowanie w misje wymaga odpowiedniej kondycji, której często towarzyszy przekonanie o doskonałym zdrowiu, niewymagającym „niepotrzebnych” szczepionek. Czy w obliczu tych czynników USMC dołączy do prymusów z floty? A może będziemy świadkami masowych zwolnień z tej elitarnej formacji?

Nie ma śladu po emocjach

Spektakularnych zwolnień nie należy spodziewać się w Wojsku Polskim. Nie ma u nas szczepień na rozkaz – trudno zatem o podstawę prawną. Formalnie stosunek armii do sprawy reguluje decyzja gen. Rajmunda Andrzejczaka, szefa sztabu generalnego WP, z sierpnia br. Warunkuje ona udział w szkoleniach, kursach i misjach zagranicznych od posiadania certyfikatu immunizacji. De facto więc wojsko uniemożliwia normalnie funkcjonowanie tym, którzy bez wyraźnych przeciwskazań sprzeciwiają się przyjęciu preparatów ochronnych. Na początku roku – gdy Departament Kadr MON opuściło pismo o podobnym brzmieniu jak późniejsza decyzja szefa sztabu – pośród wojskowych zawrzało. „Pojawią się skutki uboczne i nie będziemy w stanie pełnić służby. Wylecimy z armii i co dalej? Kto weźmie odpowiedzialność za nasze zdrowie i sytuacje rodzin?” – pytano. I zwracano uwagę, że szczepienie na rozkaz załatwiłoby problem – odpowiedzialność przełożonych byłaby wówczas oczywista. I choć brzmiało to sensownie, trudno było oprzeć się wrażeniu, że wojskowi darzyli państwo polskie nieufnością. Zapewne nie bez znaczenia był w tym kontekście fakt, że w historiach rannych w Iraku i Afganistanie żołnierzy nie brakowało przykładów umywania rąk przez urzędników MON.

Dziś nie ma już śladu po tamtych emocjach. Jak wynika z informacji przekazanej nam przez Dowództwo Generalne, w pełni zaszczepionych jest obecnie 88% żołnierzy. Pierwszą dawkę zaś przyjęło 91% wojskowych.

– Szczepienia trwają, a różnice między rodzajami sił zbrojnych są niewielkie, rzędu procenta-dwóch – mówi ppłk Marek Pawlak. – Przygotowujemy się do szczepień dawką przypominającą – dodaje.

Dowództwu Generalnemu nie podlegają wojskowi z obrony terytorialnej, a tam sytuacja nie wygląda już tak dobrze. Co prawda w pełni zaszczepionych jest 85% kadry zawodowej, ale pośród ochotników (cywilów powoływanych do służby w razie potrzeby oraz na cykliczne ćwiczenia) odsetek ten nie przekracza 60%. Jak podkreśla płk Marek Pietrzak, rzecznik Wojsk Obrony Terytorialnej, proces szczepień trwa – i wkrótce należy spodziewać się lepszych wyników. Dla porządku odnotujmy, że pełen cykl szczepień przeszło zaledwie 51% wszystkich Polaków (dane z 14 października br.). Co sprawia, że mundurowi – nawet ci z WOT – wykazują się większą niż reszta społeczeństwa zapobiegliwością? Poza wspomnianą decyzją szefa sztabu, istnieją też inne czynniki.

– Jeśli ktoś miał wątpliwości, zwyciężył nawyk podporządkowania – twierdzi dr Grzegorz Winogrodzki z Katedry Technologii Informacyjnych i Mediów Wydziału Humanistycznego AGH, sam niegdyś wojskowy. – Poza tym środowisko mundurowe jest do szczepień przyzwyczajone, udział w misji zagranicznej wiąże się z przyjęciem kilku preparatów. Zwróćmy też uwagę na specyfikę służby, która wymaga stałego monitorowania stanu zdrowia, choćby po to, by stanąć do corocznego egzaminu z WF-u. Żołnierz nie powie, że nie był u lekarza przez ileś tam lat, bo to niemożliwe. Cywilom nierzadko się to zdarza. Częste kontakty owocują zaufaniem, co w przypadku szczepionek na covid mogło mieć znacznie. Zaufanie jest istotne także na innej płaszczyźnie. Jeśli podwładny nie ufa przełożonym, armii nie ma, nie jest w stanie funkcjonować. Więc jeśli dowódcy oczekują szczepień, sami się szczepią, to żołnierze idą ich śladem. No i nie zapominajmy o etosie – żołnierz ma być gotowy do poświęceń. Nawet jeśli boi się powikłań, zakładając mundur zgodził się narażać zdrowie i życie dla dobra innych.

—–

Szczepienia to wyraz zapobiegliwości/fot. autor

Tekst opublikowałem w Tygodniku Przegląd, 43/2021

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Nieufność

Moim rozmówcą jest dr hab. Michał Wróblewski – socjolog i filozof z Instytutu Socjologii Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu, profesor tamtejszej uczelni. Pracownik naukowy Łukasiewicz-Centrum Oceny Technologii. Zajmuje się m.in. socjologią medycyny; obecnie prowadzi projekt ewaluacji programu szczepień przeciwko COVID-19 oraz badania nad aktywizmem smogowym. Na początku września br. wydał wraz z dr hab. Łukaszem Afeltowiczem, prof. AGH, książkę pt.: „Socjologia epidemii. Wyłaniające się choroby zakaźne w perspektywie nauk społecznych”.

– Pamiętam początek pandemii i zaskoczenie, które temu towarzyszyło. Tymczasem w książce stawiacie tezę, że COVID-19 nie był „czarnym łabędziem” – pojawiającym się nagle zjawiskiem. Czy naprawdę dało się go przewidzieć?

– Wirusolodzy już od jakiegoś czasu mówili o zagrożeniu. W wielu artykułach naukowych sprzed 2019 r. wskazywano na bardzo duże ryzyko wybuchu pandemii na mokrym targu w Chinach.

– Targu, gdzie trzymane, zabijane i sprzedawane są zwierzęta, często dzikie, uważane za przysmaki w Południowo-Wschodniej Azji.

– Zgadza się. Były też przepowiednie Billa Gatesa, który w serii wykładów ostrzegał, że świat powinien przygotować się na kolejną pandemię. Mieliśmy zatem ekspercką wiedzę i kanały komunikacyjne, którymi trafiała ona do szerszych kręgów odbiorców. Mieliśmy też, mamy, nowoczesny w sensie socjologicznym świat, tak skonstruowany, że wręcz sprzyja rozwojowi pandemii.

– Na przykład wysoką mobilność społeczną.

– Ale też inne skutki globalizacji, jak przeobrażenia przyrody, jej dewastacje. No i nie zapominajmy, że pandemie i epidemie przetaczają się przez świat regularnie. Wraz z COVID-19 równolegle w Afryce wybuchła epidemia Eboli.

– Przejeżdżałem w sąsiedztwie obszarów objętych kwarantanną z powodu Eboli. Źle reaguję na sam dźwięk tego słowa…

– I nic w tym nadzwyczajnego. Lęk przed chorobą zakaźną jest naturalnym zjawiskiem. A to skłania do stwierdzenia, że zachowania społeczne podczas pandemii COVID-19 – takie jak symptomy paniki czy teorie spiskowe – również nie miały w sobie nic zaskakującego.

– Nim do tego wrócimy, skupmy się na mobilności. Hiszpankę rozwlekli po świecie wracający z frontów I wojny światowej żołnierze. Gdyby wcześniej nie wyjeżdżali, nie byłoby – jak mówią niektóre szacunki – nawet 100 mln ofiar tej grypy. Kiedyś, gdy żyliśmy w małych, zamkniętych strukturach, pandemie nam nie dokuczały.

– Historycznie, czy prehistorycznie rzecz ujmując – nie dokuczały. Lecz proszę pamiętać, że pandemia i epidemia to wyłącznie nazwy sposobu rozprzestrzeniania się chorób zakaźnych. Te ostatnie zaś występowały, tyle że nie rozprzestrzeniały się w modelu epidemicznym, były „zamknięte” na jakimś obszarze. W związku z czym szybko znikały. Choroba – jej wirusy czy bakterie – nie przetrwa bez żywicieli. Im mniejsza pula tych ostatnich, tym szybciej kończy się epidemia. Dla przykładu, odra potrzebuje 3 tys. żywicieli rocznie, co oznacza, że populacja, w której się rozwija, musi liczyć 300 tys. osób.

– Sporo. Znacznie poniżej tego pułapu lokowały się społeczności pierwotne.

– Model epidemiczny wyłonił się wraz z osiadłym trybem życia. Przejście od wspólnot zbieracko-łowieckich do rolniczych wiązało się ze współzależnymi procesami – wzrostem liczby ludności i udomowieniem zwierząt hodowlanych. W kontekście chorób istotne są dwa czynniki – nie dość, że było nas więcej, to za sprawą regularnego kontaktu ze zwierzętami, staliśmy się podatni na ich wirusy. Większość chorób zakaźnych ma odzwierzęcą etiologię.

– Choroby przyczyniły się do zmiany struktur społecznych.

– Wciąż się przyczyniają. To po pandemii hiszpanki powstał zalążek przyszłej Światowej Organizacji Zdrowia, to ona sprawiła, że w wielu krajach powołano ministerstwa zdrowia. Ale świadomość ryzyka, jakie niosą ze sobą stłoczenie i choroby zakaźne, pojawiła się wcześniej. A już w XVIII w. kwestia zdrowia populacyjnego odgrywała bardzo ważną rolę i wymusiła na przykład zmiany architektoniczne. Zaczęto przebudowywać miasta, by były bardziej przewiewne, powstawały systemy kanalizacyjne, ogólnodostępne szpitale itp. Nasilenie tych procesów nastąpiło wraz z uprzemysłowieniem, kiedy życie obywateli stało się rodzajem kapitału. Dla dobra produkcji ów kapitał winien żyć dostatecznie długo i w dobrej kondycji. To w takich okolicznościach tworzyły się zalążki dzisiejszych powszechnych systemów ochrony zdrowia.

– Wróćmy do covidu. Nasze początkowe przerażenie, które z czasem zmieniło się w obojętność, też dało się przewidzieć?

– W momencie, kiedy zagrożenie jest nowe, bardziej rezonuje. A na początku dyskutowaliśmy o czymś nieznanym. Potem zaś pojawiły się dramatyczne doniesienia z Włoch, które uświadomiły nam, że mamy do czynienia ze zjawiskiem bardzo niebezpiecznym. Reakcja była silna, włącznie z panic buying, czyli wykupywaniem towarów ze sklepów. Z niezwykłą jak na polskie warunki dyscypliną, zaakceptowaliśmy lockdown. Fakt, iż szybko się zamknęliśmy, wpłynął na dalszy bieg wydarzeń. Diabeł nie okazał się taki straszny, no a później przyszły wakacje. W międzyczasie oswoiliśmy się z zagrożeniem i do głosu doszły inne czynniki. Gdy podczas jesiennej fali przeprowadzałem z kolegami badania na potrzeby książki, wyszło nam, że większość Polaków nie wierzy w oficjalne statystyki i uważa je za wyolbrzymione.

– Z czego to wynika?

– Pandemia obnażyła naszą nieufność do państwa i jego instytucji. I to na różnych poziomach – nie ufamy rządowi, politykom, ale nie wierzymy też lekarzom. 61% badanych zadeklarowało, że najbardziej w kwestiach zdrowia ufa rodzinie, a jedynie 29%, że medykom. Najprostsze wytłumaczenie każe widzieć w tym skutki dobrej kondycji zabobonu i naszego zamknięcia na oświeconą, ekspercką wiedzę. Być może tak jest, ale tylko do pewnego stopnia. Istotniejsze, moim zdaniem, są negatywne doświadczenia, które jako społeczeństwo mamy z systemem ochrony zdrowia. I które pandemia jeszcze pogłębiła. Teraz jeszcze lepiej widzimy, że ów system nie działa, a to sprzyja nieufności. Wpadki z raportowaniem – te znikające i pojawiające się zgony – tylko problem pogłębiły. A dodajmy do tego niespójną komunikację…

– … „odwoływanie” pandemii, potem strasznie jej skutkami.

– Niedotrzymywanie zasad przez rząd, który ustala kryteria „narodowej kwarantanny”, a później nonszalancko je ignoruje. Mówienie o szczepieniach jako o „ostatniej prostej”, gdy wiadomo, że to wcale nie jest ostatnia prosta. Takich zgrzytów komunikacyjnych było mnóstwo, ba, wciąż dochodzą kolejne.

– Jak choćby triumfalizm, widoczny w telewizji publicznej. Czy władze RP mają powód do zadowolenia, bo „wzorcowo walczą z pandemią”?

– Absolutnie nie.

– A na tle innych państw?

– Wyjdę ze skóry socjologa i odpowiem jako zatroskany obywatel – państwo polskie zawiodło w walce z pandemią. Mniej więcej do jesieni zeszło roku nieźle sobie radziliśmy. Metody były toporne, ale skuteczne. Lecz już wówczas niewystarczające, bo nie wykorzystaliśmy czasu między wiosenną mikrofalą zachorowań, a jesiennym dramatem. Widać to najlepiej na przykładzie Sanepidu.

– Na barki instytucji, która dotąd zajmowała się badaniem jakości oleju do smażenia frytek, złożono zarządzanie pandemią w skali całym kraju.

– I której, mimo kilku miesięcy oddechu, kompletnie do tej roli nie przygotowano. Na przykład nie zbudowano tracingu – systemu do śledzenia kontaktów społecznych osób zakażonych – niezwykle ważnego dla sprawnego zarządzania pandemią.

– Zaś w wymiarze prawnym owo zarządzanie odbywało się za pomocą rozporządzeń.

– A rozporządzenia nie dają możliwości egzekwowania wszystkich obostrzeń. Sądy masowo uchylały kary administracyjne dla przedsiębiorców, którzy otwierali swoje interesy, a świadomi bezkarności obywatele nie nosili maseczek. Państwo – cytując prezesa Kaczyńskiego – w pełni objawiło swój imposybilizm.

– Nadal go ujawnia w kwestii szczepień.

– Program okazał się dobrze przygotowany logistycznie. Nie było większych problemów do momentu, gdy wyszczepiliśmy wszystkich chętnych. Ale od kilku tygodni zaczynamy dramatycznie odstawać od wskaźników wyszczepialności w innych krajach Unii. Rząd tymczasem się miota, unika rozwiązań, które wprowadzili Francuzi, Włosi, a ostatnio Niemcy.

– Zasada kija i marchewki.

– Nie jestem zwolennikiem przymusu szczepień covidowych. Nie dlatego, że mamy problem z naturą szczepionek, tylko uważam, że to byłoby kontrproduktywne rozwiązanie. Zrodziłoby jeszcze większy opór nieprzekonanych. Natomiast model francuski, gdzie certyfikat szczepienia umożliwia wstęp do teatru, kina, restauracji itd., jest w mojej ocenie bardzo dobry. Tą drogą powinniśmy iść.

– Lejąc wodę na młyn zwolennikom teorii spiskowych, którzy w powszechnej immunizacji widzą same zagrożenia.

– Teorie spiskowe pojawiały się przy każdej większej epidemii. Przy okazji dżumy mówiło się o spisku żydowskim, zawiązanym w Toledo. Generalnie, idee antysemickie często łączą się z teoriami spiskowymi, choroby zakaźne są tutaj jednym z przykładów takiego związku. Patrząc z socjologicznego punktu widzenia, teorie spiskowe są jak mity. To opowieści, które mają wyjaśnić coś, co jest nieuchwytne, trudne do zrozumienia, a zarazem ważne dla danej społeczności.

– Owa pragmatyczność często idzie w parze z absurdalnością.

– Zgoda, co wcale nie oznacza, że ten, kto wierzy w teorie spiskowe, musi być głupi. Współcześnie mamy do czynienia z czymś, co socjologia nazywa „kulturą konwergencji”. Upraszczając, to sytuacja, w której za jakąś wizją nie stoi pojedynczy tekst, a treści rozproszone w różnych mediach. Mogą to być blogi, memy, filmy na You Tube, cokolwiek – innymi słowy, cały konglomerat treści, na zgłębianie którego trzeba czasu i niemałych kompetencji poznawczych. Współczesne teorie spiskowe zakorzenione są właśnie w takich środowiskach. Mnogość „nośników” i źródeł sprzyja przekonaniu, że to zweryfikowana, pełnoprawna wiedza.

– Skoncentrujmy się na Polakach. Od 2014 r. rośnie w nas skłonność do myślenia spiskowego. Co gorsza, na tle innych narodów europejskich wypadamy tu znacznie gorzej…

– Więc działają u nas prężnie ruchy antyszczepionkowe – co jest zarazem przyczyną (jedną z wielu), i skutkiem tej podatności.

– We Włoszech również działają. We Francji i w Niemczech też.

– Ale tylko w Polsce, może poza Włochami, są silnie obecne w mediach mainstreamowych i mają przełożenie na świat polityki, czego przykładem Grzegorz Braun. Skutkuje to dużym wpływem na debatę publiczną, większym niż w innych krajach UE. Nie zapominajmy też, że teorie spiskowe są narzędziem wojny informacyjnej. Polska zaś, z uwagi na położenie, jest bardziej narażona na ataki. Dość wspomnieć, że szkodliwa w skutkach debata na temat szczepionki Astra-Zeneca, było mocno sterowana z rosyjskich kont w mediach społecznościowych.

– Czy wzrost podatności na teorie spiskowe może mieć związek ze Smoleńskiem? Narracja wokół rzekomego zamachu doprowadziła do zmiany politycznej, ale ważniejszym – w mojej ocenie – był fakt akceptacji absurdu jako narzędzia w walce politycznej. Brednie Macierewicza płynęły mainstreamem, na tyle często, że część Polaków w nie uwierzyła, a większość zaakceptowała teorie spiskowe jako element „normalności”.

– Rzeczywiście, Smoleńsk był próbą legitymizacji myślenia spiskowego w celach politycznych. Trudno powiedzieć, na ile jest to trwała zmiana, bo proszę zwróć uwagę, że o „zamachu” już się teraz nie mówi.

– Ale stworzono ramy interpretacyjne, które w tej chwili wypełniają się innymi treściami.

– Tak może być.

– Sytuację pogarsza fakt, że duża część elit politycznych obozu władzy, jest, delikatnie mówiąc, naukowo-sceptyczna.

– Wrócę na chwilę do Smoleńska i do zastosowanej wówczas techniki legitymizacji teorii zamachu przy pomocy dyskursu pseudo-eksperckiego. Gdy większość ekspertów mówiła o wypadku komunikacyjnym, druga strona sięgnęła po „swoich” fachowców – profesorów, doktorów, inżynierów. Outsiderów, ale z formalnymi tytułami, co miało uprawdopodobnić ich twierdzenia. Zaryzykuję tezę, że Smoleńsk mógł podważyć w oczach niektórych wiarygodność nauki jako takiej. Być może przyczynił się do tego, że niektórzy z nas dziś z łatwością podważają tezy najwybitniejszych specjalistów. Czy to samo czyni rząd? Nie mówimy o monolicie, nie chcę więc uogólniać. Osoby bezpośrednio odpowiedzialne za zarządzanie pandemią z pewnością nie wykazują sceptycyzmu wobec nauki. Natomiast prawdą jest, że mamy w Polsce polityków – z prezydentem na czele – którzy taką postawę ujawniają.

– Formalnie to głowa państwa…

– I symboliczne implikacje są bardzo poważne. Niezależnie od tego, czy jest to wyraz głębokiego przekonania, czy gra pod publiczkę, skutki są realne. Politycy kształtują dyskurs publiczny w o wiele większym stopniu niż zwykli ludzie.

– Źle zarządzają pandemią, w związku z czym mamy największą liczbę dodatkowych zgonów w Europie. A mimo to słupki poparcia radykalnie się nie zmieniają. Śmiercionośny wirus nie pcha ludzi na ulice w proteście przeciwko dyletantom z rządu. Co się dzieje?

– Moim zdaniem, ma to związek z naszym myśleniem o państwie. Zdjęliśmy z niego masę obowiązków, w kontekście pandemii nie mamy wielkich oczekiwań.

– Pokłosie 30 lat wychowania do neoliberalizmu…

– Zmiany neoliberalne miały u nas poważny wymiar świadomościowy. Przyzwyczailiśmy się do tego, że nie możemy wymagać za wiele od państwa, że musimy dbać sami o siebie. Pochodną neoliberalnych zmian była polityki oszczędności i zaciskania pasa, co przełożyło się na wymiar instytucjonalny. Doszło do procesu „zwijania się” ochrony zdrowia i narzucenia jej rynkowych ram. Dla mnie to kuriozum – mówienie o tym, że szpital ma zarabiać. Szereg analiz pokazuje, że neoliberalne zarządzanie instytucjami publicznymi nie działa, prowadzi do degradacji różnego rodzaju usług – i z tym właśnie mieliśmy do czynienia po 1989 r. I do takiego świata się przyzwyczailiśmy.

– Czy można zaryzykować stwierdzenie, że gdyby nie nasz eksperyment neoliberalny, poradzilibyśmy sobie lepiej z pandemią?

– Gdybyśmy nie myśleli o instytucjach publicznych w kategoriach rynkowych, to one, moim zdaniem, funkcjonowałyby lepiej. Co nam mówi wskaźnik dodatkowych zgonów? Ano to, że infrastruktura – szpitalna, medyczna, ratownicza – w pewnym momencie przestała dobrze funkcjonować. Wyszły lata zaniedbań, braku inwestycji, odwrócenia się państwa od podstawowych potrzeb obywateli.

– Może obywatele by się otrząsnęli, gdyby zgonów było więcej?

– Trudno wyznaczyć jakąś cienką czerwoną linię, zwłaszcza że mieliśmy w najnowszej historii bardziej śmiercionośne pandemie.

– No tak, o hiszpance, przed covidem, mało kto pamiętał. Dlaczego ludzkość niemal wymazała ten dramat z pamięci? Czy to kwestia traumy i mechanizmu wyparcia?

– Nieodległym tłem dla hiszpanki było inne wydarzenie – I wojna światowa, która pochłonęła dziesiątki milionów ofiar. I to ona zogniskowała pamięć społeczną. Zauważmy też, że choć media pisały wówczas o pandemii, to jednak nie było tak licznych jak dziś narzędzi do utrwalania treści, przede wszystkim mediów społecznościowych. No i świat był trochę inny – ludzie generalnie umierali na choroby zakaźne, tego rodzaju śmierci stanowiły oczywisty element krajobrazu społecznego.

– COVID-19 pojawił się w czasie, kiedy nam – na Zachodzie – wydawało się, że już pokonaliśmy choroby zakaźne.

– Tymczasem duża część globu wciąż zmaga się z gruźlicą, malarią, dyzenterią; rocznie umierają z tego powodu miliony ludzi. Ale faktycznie, w naszej chacie z kraja niewiele się dzieje, może więc covid rzeczywiście stanie się doświadczeniem pokoleniowym. A może przyćmią go kolejne pandemie, którym będzie sprzyjać ocieplenie klimatu.

– Dziękuję za rozmowę.

—–

Nz. Prof. Michał Wróblewski/fot. Andrzej Romański

Wywiad (w skróconej wersji) opublikowałem w Tygodniku Przegląd, 38/2021

Postaw mi kawę na buycoffee.to