„Swoje”

Spędziłem w strefach działań wojennych i kryzysów humanitarnych dwa lata. Nie ciągiem – jeździłem zwykle na dwa-cztery tygodnie, przytrafiły mi się również dwie dłuższe wyprawy. Działo się to na przestrzeni kilkunastu lat, było zatem doświadczeniem mocno rozłożonym w czasie. I stopniowalnym. W Afganistanie czym innym był wyjazd na patrol z grupą bojową, czym innym opuszczenie bazy w towarzystwie CIMIC-u realizującego projekty dla ludności. Jeszcze innym doświadczeniem były wyprawy samodzielne, bez wojska; poznawanie kraju i ludzi w trybie, powiedzmy, „turystycznym”. Inne ryzyka, inna „adrenalina” i strach. Podobnie sprawy mają się z Ukrainą, gdzie nie sposób zrównać przebywania na froncie z pobytem w miejscowości, gdzie owszem, słychać działa, czasem nawet coś przyleci, ale zasadniczo trzeba by wyjątkowego pecha, żeby czymś oberwać. Pecha lub czyjegoś nieogaru – w Iraku mało mnie nie zabił tamtejszy żołnierz (z nowej irackiej armii), który podczas ćwiczeń z ostrą amunicją rzucił granat tak, jakby sam chciał się nim zabić. Uratował mnie refleks, lecz i tak tygodniami szorowałem dupsko, by pozbyć się drobinek, kamyków i bóg wie czego jeszcze, co poszło z falą uderzeniową, czyniąc z części moich spodni siateczkę.

Mniejsza o to; nie o weterańskie wspomnienia chodzi. Chcę o skutkach. Kiedyś, po nieprzyjemnym kontakcie z IED, cały i zdrów wróciłem do domu. Poszedłem do kina, zgasło światło, a ja… uciekłem z sali. Ciemność wywołała atak paniki; to w takich okolicznościach dowiedziałem się, że choruję na PTSD. Terapia pomogła, po rocznej przerwie wróciłem do wyjazdów. Ale po kilku latach, z których najintensywniejsze były doświadczenia donbaskiego frontu, uznałem, że mam już dość. Przestałem się bać, a to jest gorsze niż paraliżujący strach. Dlatego moje ostatnie pobyty w Ukrainie to wolontaryjna humanitarka a nie wojenna reporterka. Na front niech pakują się młodsi dziennikarze, z mniejszym bagażem. Ja swoje zrobiłem.

„Ja swoje zrobiłem”, mówi Ihor, którego poznałem w 2015 roku. To skądinąd ciekawa historia, bo mowa o chłopaku z Doniecka, który osiem lat temu opowiadał się za noworosją. W stolicy tzw. donieckiej republiki ludowej działał w proseparatystycznej młodzieżówce; zapewniał mnie wtedy, że to, co działo się na wschodzie, to prawdziwa ludowa rewolucja. Nie przekonał mnie, nie przekonał samego siebie – rok później był już w wolnej Ukrainie, w kolejnych latach odbył turę na Donbasie. Po 24 lutego znów zaciągnął się do wojska. Odsłużył rok, wiosną został zdemobilizowany. Latem dołączył do rodziny w Polsce. „Proponowali mi kolejne pół roku w wojsku, ale odmówiłem. Nie mam już na to sił”.

Mnie nie musi się tłumaczyć, jednak w Polsce spotkał się już z komentarzami typu „dezerter”, „dekownik”, „tchórz”.

Jakiś czas temu rozmawiałem z kolegą fotoreporterem na temat wyzwań rekrutacyjnych, przed jakimi staje ukraińska armia. Ubywa ochotników, mobilizowane są kolejne roczniki; to kwestia na odrębny wpis, dość zaznaczyć, że wielu doświadczonych żołnierzy opuściło już szeregi. „No kurwa, po roku w wojsku, kilku miesiącach na froncie, który tam przecież jest prawdziwym młynem, opcja demobilizacji to jak wygrany los na loterii”, skwitował ów kolega.

Mogłem tylko przytaknąć.

Nie wolno – zwłaszcza tym, którzy nie wiedzą, czym jest wojna – oceniać wyborów Ihora i jemu podobnych. Powściągliwość w tym przypadku to kwestia elementarnej przyzwoitości. Pamiętajmy też o czynnikach obiektywnych – gdy zaczęła się inwazja, Ukraińcy walczyli o przetrwanie. Po drodze okazało się, że diabeł nie taki straszny, że orków można pokonać, że moskal nie jest w stanie zagrozić całemu państwu. Że dla większości Ukraińców nie jest to zagrożenie egzystencjalne. Jest i nie jest, karty wszak mogą się obrócić, ruskim mogłoby być łatwiej, gdyby nie mieli się z kim bić. Tym niemniej w ukraińskiej świadomości społecznej coraz mocniej zakorzenia się przekonanie o „odległej wojnie”. Podobnej do tej z lat 2014-22. Do której można się przyzwyczaić i która niekoniecznie jest już tak motywująca dla potencjalnych rekrutów. Ukraiński sukces – przetrwanie, odzyskanie części ziem, straszliwe poturbowanie rosyjskiej armii – ma i taki wymiar: sprzyja myśleniu „ja swoje zrobiłem”.

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. To zdjęcie zrobiono mi zimą 2015 roku, gdzieś na ługańszczyźnie

„Uwikłani”

Osiem lat temu też było gorące lato. Ledwo co wróciłem z Donbasu i w głowie miałem pomysł na książkę. Powieść toczącą się w realiach ukraińskiej wojny, ale z Polakami w roli głównej. Usiadłem do komputera i po czterech tygodniach pracy, w trakcie których narzuciłem sobie naprawdę mordercze tempo, powstali „Uwikłani”.

O czym przypomniał mi dziś Facebook. A ja dzielę się tym wspomnieniem zamiast regularnym wpisem, bo odrobinę się zajechałem. Wybaczcie, ale potrzebuję nieco dłuższego weekendu, by się zregenerować.

Wracam z raportowaniem w poniedziałek, a dziś – w ramach „rekompensaty” – podrzucam fragment „Uwikłanych”. Książkę nadal można kupić – oto link do sklepu wydawnictwa Warbook.

Zapraszam do lektury otwierającego powieść rozdziału!

Okolice Słowiańska, obwód doniecki, 20 lipca

Młody żołnierz nazwiskiem Daniłow leżał kilka metrów od drewnianej chałupy, do której chwilę wcześniej usiłował wejść. Odrzucony siłą eksplozji darł się wniebogłosy, unosząc kikuty zakrwawionych przedramion.

– Aaa! – przez moment słychać było tylko ten potworny dźwięk.

Zaraz jednak odezwało się co najmniej kilka AKM‑ów, których serie siekały ściany rachitycznej budowli.

– Wstrzymać ogień! – Michał Domański uniósł lewą dłoń. – Tam nikogo nie ma! – krzyczał. – To była mina pułapka! – dodał i nie czekając na reakcję kolegów, ruszył w stronę rannego.

Zrobił ledwie kilka kroków i padł na brzuch – żołnierze za nim przestali strzelać, ale ci, których miał po prawej stronie, nadal walili w rozpadający się dom.

– Kurwa! Co za debile!? – zaklął po polsku, gdy tuż obok przeleciał pocisk odpalony z granatnika RPG.

„Ki chuj użył rury, i to na tak małą odległość!?” – przeszło mu przez myśl, gdy dociskał głowę do wilgotnej po niedawnym deszczu ziemi. Wraz z wybuchem poczuł ciarki na plecach, a potem zasypał go stos drewnianych odłamków. „Zabiją swojego…” – Michał troszczył się nie tyle o siebie, co o Daniłowa, który leżał tak blisko trafionego budynku. „Ochotnicy, psia ich mać!”.

Uniósł głowę, wypatrując rannego. Chłopak wciąż był w tym samym miejscu, teraz przywalony stertą desek. Domański nie słyszał jego jęków, lecz zaraz zdał sobie sprawę, że poza nieprzyjemnym szumem w uszach nie dociera do niego niemal nic. „Ogłuszyło mnie” – uznał, zrzucając z siebie resztki zdemolowanej chałupy.

Podniósł się i z ulgą dostrzegł opuszczone kałachy kolegów. Przez moment walczył z pokusą, by pójść w ich kierunku i zdzielić pierwszego z brzegu kolbą w pysk. Opamiętał się jednak i podbiegł do Daniłowa.

– Trzymaj się! – znów mówił po polsku, zdejmując z nóg rannego kawałki wyrwanej eksplozją ściany. – Trzymaj!

– Misza! – Ktoś klepnął go w ramię. – Misza! – Dźwięk imienia przedarł się przez szum. Domański odwrócił się i zobaczył Wadima, trzydziestoparolatka, jednego z najstarszych chłopaków w oddziale.

– Miszka, zostaw, my się nim zajmiemy! – Wadim musiał krzyczeć, by Michał był w stanie go zrozumieć.

Domański pokiwał głową – Wadim był lekarzem, przed wojną w rodzinnej Winnicy jeździł w karetce pogotowia.

– Pomóżcie mu. – Michał raz jeszcze spojrzał na Daniłowa i jego okaleczone ręce. Spróbował przypomnieć sobie, skąd Ukrainiec pochodził. „Charków. Chyba Charków” – stwierdził. „Mają tam dobry, wojskowy szpital” – skojarzenie przyszło samo i na kilka sekund odpędziło ponury nastrój.

„I co z tego, kurwa, skoro to tak daleko?” – Domański westchnął głośno. Skrzywił usta w uśmiechu, w ten sposób żegnając się z rannym, i ruszył w miejsce, w którym zastał go wybuch miny pułapki.

Usiadł na twardej drewnianej ławie przed jednym z domów i zapalił papierosa.

Dobrze wiedział, co się niebawem wydarzy. Za jakieś trzydzieści–czterdzieści minut na miejsce dotrze zdezelowany ambulans z najbliższego cywilnego szpitala – najpewniej z odległego o kilkanaście kilometrów Słowiańska. Z kierowcą, wkurwionym, że musiał pętać się po wiejskich drogach, w rejonie, w którym jeszcze wczoraj toczyły się ciężkie walki. Z otyłą lekarką koło czterdziestki, narzekającą na polityków i oligarchów, bo ci „własnych synów na wojnę nie puścili”. I dwoma pijanymi sanitariuszami, którzy swój stan wytłumaczą stwierdzeniem, że „przecież nikt na trzeźwo w takie miejsce nie przyjedzie”. To oni zapakują Daniłowa do karetki, z której chłopak trafi na stół operacyjny pamiętający czasy świetności Związku Radzieckiego.

Tak to zwykle do tej pory wyglądało.

– Do dupy! – Michał wdeptał papierosa w ziemię. Wojskowe śmigłowce ewakuacji medycznej, doskonale wyposażone szpitale, lekarze najwyższej klasy – o systemie, który znał z poprzedniej wojny, tu można było tylko pomarzyć. „I jeszcze ta ochotnicza zbieranina, bez pojęcia o walce” – Domański westchnął ponownie. Wioska – a właściwie przysiółek liczący osiem chat – miała być już wcześniej sprawdzona. Tak wynikało z zapewnień dowódcy kompanii, który informował przez radio, że trafił na opustoszałą osadę. Gdy pluton Michała dotarł na miejsce, panowała tam już iście piknikowa atmosfera. Żołnierze ulegli jej na tyle, że kompletnie zignorowali stojącą na skraju chatę.

Z jakiegoś powodu zwróciła ona uwagę osiemnastoletniego Daniłowa. Chłopak szarpnął za klamkę wejściowych drzwi i…

I teraz umierał w otoczeniu niewiele starszych kolegów.

—–

Czyta się? Ta książka zebrała sporo dobrych recenzji i wciąż odkrywana jest przez nowych Czytelników. Co niezmiernie cieszy, ale i przywodzi do łba dziki pomysł. Taki, by rzucić wszystko i napisać kolejną powieść, może kontynuację, tym razem w realiach pełnoskalowego konfliktu. Kusi, więc może kiedyś…

Dobrego weekendu!

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Oryginalne ujęcie, wykorzystane do projektu okładki „Uwikłanych”. Zdjęcie powstało latem 2015 roku w Szyrokino, wykonał je towarzyszący mi wówczas fotoreporter/fot. Darek Prosiński

Go-Pro

– Uśmiech separy, fotkę robię!

Pozycje watników były jakieś 200 metrów dalej, strzelali, więc ani myślałem wystawiać łba z przyklejonym do oka aparatem. Skorzystałem z bio wysięgnika, co utrwalił na załączonym zdjęciu towarzyszący mi żołnierz.

I co w ósmą rocznicę wykonania tej wiekopomnej fotografii przypomniał mi Facebook.

A co mnie z kolei przypomniało, że w Szyrokino nosiłem Go-Pro cały czas odpalone. Mocowane na kamizelce (jak na zdjęciu), albo na hełmie, w zależności od potrzeb. Szło więc „na taśmę” wszystko, łącznie z…

– Nosz ku…! – syknąłem, gdy uświadomiłem sobie, że z kamerą na hełmie, podczas sikania, lepiej nie patrzeć w dół i odwrócić głowę.

Z wojny i takie człek ma wspomnienia…

Ps. Z relacją wracam jutro, tymczasem dobrej niedzieli!

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Strzelec

– Kim jesteś?

– Super-strzelcem.

– Do kogo strzelasz?

– Do „separów” – chłopiec nawet nie oderwał oczu od monitora laptopa. Pokręciłem głową z niedowierzaniem, tyle treści kryło się za tak lakoniczną odpowiedzią…

Pod koniec czerwca 2015 roku, w drodze do Donbasu, zatrzymałem się w Charkowie. Pod miastem, w dawnym pionierskim ośrodku „Romaszka”, zorganizowano obóz dla uchodźców ze strefy wojny. Było ich wówczas w całej Ukrainie milion trzysta tysięcy. Uciekali przed wojną, ale i przed „nowym wspaniałym światem”, który wyklarował się w postaci tak zwanych republik ludowych. Z Doniecka, Ługańska, z frontowych miasteczek i wsi, z miejsc oddalonych o kilkanaście-kilkadziesiąt kilometrów od „linii rozgraniczenia”, wszak nie każdy nadawał się do życia w towarzystwie huku armat. W „Romaszce” mieszkało kilkaset kobiet i dzieci, właściwie nie sposób było znaleźć mężczyzn, szczególnie takich w sile wieku. Był to po trosze temat tabu, którego uciekinierki starały się unikać. Zapytane wprost, mówiły zwykle, że mężowie albo nie żyli, albo zostali w Donbasie, żeby pilnować domów przed szabrownikami. Tajemnicą poliszynela było, że w części przypadków panowie po prostu wybrali wojaczkę – bądź też wojaczka wybrała ich. Jedni strzelali po jednej, drudzy po drugiej stronie…

Grających w strzelankę chłopców było dwóch – mieli może po 10-11 lat. Wiedziałem, że ojciec jednego z nich – tego, który „strzelał do separów” – u „separów” właśnie służył. Zdaje się, że dobrowolnie, ale tego nie udało mi się ustalić; matka chłopca i żona „bojca” straciła cierpliwość do naszej rozmowy.

No więc strzelał dzieciak do starego, a ja zastanawiałem się, co takiego uczynił mu ten ojciec. Jakie były źródła tej przeniesionej i zsublimowanej, ale ewidentnej przecież złości.

Nie poznałem odpowiedzi, nie chcę też stawiać psychologicznych czy psychiatrycznych diagnoz. Zasmuciła mnie ta historia. Zasmucił widok z tej samej „Romaszki” – młodszych dzieciaków bawiących się plastikowym modelem czołgu. Nie mam nic przeciwko militarnym zabawkom, ale tamte szkraby miażdżyły czołgiem figurki żołnierzyków. I wcale nie idzie mi o samą makabrę, a o fakt, że większość najmłodszych mieszkańców „Romaszki” budziła się w środku nocy z głośnym krzykiem na ustach. Nie było przy nich ojców, były równie straumatyzowane matki. Tymczasem we śnie „oni”, „tamci” – kimkolwiek byli – znów strzelali i bombardowali…

Takie naszły mnie wspomnienia na okoliczność Dnia Dziecka. Międzynarodowego święta, które rosja zainaugurowała nocnym atakiem rakietowym na Kijów. Zginęły trzy osoby, w tym pięcioletnie dziecko i dziewięciolatek. Godne obchody, wasza orcza mać…

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Upokorzenie

Pamiętam dobrze ów obrazek w telewizji – kolumnę ciężarówek ciągnących haubice. Było ich kilkanaście, pokonywały jakiś duży zakręt. „Ukraina zaczęła operację antyterrorystyczną”, informował pasek u dołu ekranu. Był kwiecień 2014 roku, świat od tygodni żył tym, co działo się za naszą wschodnią granicą. Protesty na Majdanie, przewrót, aneksja Krymu, ruchawki w Donbasie – rok wcześniej nikt nie spodziewał się takiego ciągu tak dramatycznych zdarzeń. „Operacja antyterrorystyczna, a oni jadą z haubicami?”, ta myśl przez jakiś czas nie dawała mi spokoju. Wtedy już wiedziałem, że „powstańcy” – ci wszyscy „górnicy, hutnicy i rolnicy” – to i owszem, ukraiński z pochodzenia kryminalny element, który nie stanowił jednak istoty wskrzeszanego na Donbasie „ruchu oporu”. Wiedziałem, że stoją za tym rosjanie, zawodowi wojskowi, wysłani przez Moskwę na wschód Ukrainy. Mieli ją podpalić i urwać co się da, faktyczną aneksję sprzedając światu jako oddolną inicjatywę „pragnących wolności” wschodnich Ukraińców. „Noworosjan”, jak przechrzciła ich kremlowska propaganda.

No więc nie miałem złudzeń co do tego, kim są bandyci zajmujący urzędy w Doniecku, Kramatorsku, Mariupolu czy Słowiańsku. Ale też nie sądziłem, że trzeba do nich walić z armat. Sterowani przez ruskich kryminaliści mieli trochę ciężkiego sprzętu – zdobytego na lokalnych oddziałach armii ukraińskiej – lecz to nie przesądzało o niepowodzeniu policyjnej akcji. Taka była moja percepcja – stąd brały się konsternacja i niedowierzanie na widok ciężarówek ciągnących haubice.

Tymczasem to Ołeksandr Turczynow – przewodniczący Rady Najwyższej Ukrainy, po ucieczce janukowycza pełniący obowiązki prezydenta – miał rację, dekretując operację antyterrorystyczną (ATO) jako przedsięwzięcie typowo militarne. Gdy wojsko zaczęło „separów” skutecznie pacyfikować i los rzekomo oddolnie powołanych republik (donieckiej i ługańskiej) zawisł na włosku, rosja pchnęła przez granicę zwarte oddziały swojej armii. Regularnie wspierając je ogniem artylerii, prowadzonym z terytorium rosji. Tymczasem putin i jego propaganda dalej zapewniali, że „nas tam nie ma”. Kłamiąc w żywe oczy powtarzali, że „takie mundury, taki sprzęt, można kupić w każdym sklepie z mundurami i sprzętem”.

Ukraińcy ścierali się z rosjanami w bitwach i potyczkach na Donbasie, ale na ostrzały zza granicy nie odpowiadali. Górę wziął strach przed reakcją Kremla, perspektywą pełnoskalowego uderzenia armii rosyjskiej. Dziś wiemy już, że wojsko federacji nie było wówczas gotowe do takiej wojny, czy zatem ów lęk był zasadny? Owszem, bo armia ukraińska jeszcze bardziej nie była gotowa do dużego konfliktu. Wydarzenia z ostatnich kilkunastu miesięcy dobrze pokazują, kto ten czas po 2014 roku wykorzystał lepiej – ale to już temat na oddzielny wpis.

Wróćmy do lata 2014 roku, gdy ograniczona interwencja Moskwy wyhamowała ukraińską operację antyterrorystyczną. „Grali nam na nosie, a my musieliśmy znosić to upokorzenie”, mówił mi swego czasu Walery, kijowianin powołany do armii w pierwszych tygodniach ATO. Dlaczego o tym wspominam? Bo nie zrozumiemy, co działo się w Ukrainie przez ostatnich kilka dni, jeśli zabraknie nam świadomości tamtego upokorzenia. Rajd na Biełgorod i inba związana z powołaniem Biełgorodzkiej Republiki Ludowej wywołały wśród Ukraińców potężny entuzjazm. „Karma wraca”, komentowano radośnie biełgorodzkie zamieszanie. Planiści uwzględnili taką reakcję jako jeden z celów misji, słusznie zakładając, że widoczne z daleka analogie – „nas tu nie ma”, „to wewnętrzna sprawa naszych sąsiadów” – posłużą do cementowania morale. I tak też się stało.

A skoro jesteśmy przy koncepcji „karmy” – latem 2014 roku komando niejakiego girkina-striełkowa, jednego z ruskich promotorów „oddolnego powstania”, zestrzeliło nad Donbasem samolot pasażerski Malaysia Airlines, pełen obywateli Holandii. Holendrzy to ludzie cywilizowani, domagają się sprawiedliwości w oparciu o narzędzia prawne. Ale też nie rezygnują z żadnej okazji, by pośrednio odwinąć się rosji za jej barbarzyński czyn. W koalicji „F-16 dla Ukrainy” to oni na początek zagrają pierwsze skrzypce, przekazując Kijowowi co najmniej 20 maszyn. W katastrofie MH-17 zginęło 298 osób (cała załoga i wszyscy pasażerowie), w tym 193 Holendrów. 20 efów użytych zgodnie z przeznaczeniem, a choćby i do pojedynczej misji, wyśle na tamten świat znacznie więcej żołnierzy putina.

Karma wraca, towarzyszu girkin. Lepiej było do tego samolotu nie strzelać…

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. F-16 należący do Polskich Sił Powietrznych. Wiadomo już, że ukraińscy piloci będą się szkolić także w Polsce, na naszych efach/fot. Bartek Bera. Zdjęcie pochodzi z albumu pt.: „Sięgając nieba”, wydanego przez oficynę Warbook.