„Bajka”

– Niech żyją święte Niemcy! – krzyknął pułkownik Claus von Stauffenberg. Zaraz potem dosięgły go kule plutonu egzekucyjnego i niedoszły zabójca Hitlera wyzionął ducha. Scenę tę odegrano w hollywoodzkiej superprodukcji „Walkiria” (z 2008 roku), gdzie w rolę niemieckiego oficera wcielił się Tom Cruise. Ależ ściskała ona gardło…

Chcieli czy nie, producenci amerykańskiego hitu oddali hołd czołowemu zamachowcy i całemu środowisku przeciwników niemieckiego wodza. Mit „kryształowego oficera” – i kilka pomniejszych mitów, na przykład ten o „jedynym nieskazitelnym” 9. poczdamskim pułku Wehrmachtu (który po zabiciu Führera miał aresztować przywódców III Rzeszy) – został ponownie zreprodukowany. Kolejne pokolenia poznały historię dzielnych antyhitlerowskich opozycjonistów. Historię ważną dla współczesnych Niemiec, gdzie von Stauffenberg zyskał miano moralnego autorytetu, a pułk reprezentacyjny Bundeswehry kontynuuje tradycje poczdamskiej jednostki.

Rozumiem funkcjonalność tych mitów dla samych Niemców, którzy potrzebowali i nadal potrzebują wiary, że hitlerowskie szaleństwo nie ogarnęło wszystkich, i że byli też „dobrzy Niemcy”.

Byli.

Ale 9. pułk – gdzie faktycznie służyło wielu niemieckich dysydentów – w 1940 roku brał udział w rabunku i deportacji setek tysięcy Polaków w Wielkopolsce i na Kujawach. A von Stauffenberg? Należał do NSDAP, dzielnie bił się za Hitlera, nienawidził Polaków i Żydów, do końca życia pozostając zwolennikiem Wielkich Niemiec. Wielkich kosztem na przykład Polski. Podobnie jak miażdżąca większość konspiratorów, którzy stali za nieudanym puczem z 20 lipca 1944 roku. Idealistów oburzonych ogromem niemieckich zbrodni było pośród nich niewielu, naczelnym motywem działania pozostawało uchronienie czego się da z dotychczasowych niemieckich zdobyczy. Na co miało pozwolić zawarcie separatystycznego pokoju z aliantami zachodnimi, niemożliwe przy żyjącym Hitlerze.

Za to umarł von Stauffenberg.

No więc może i był on (i jego towarzystwo) „lepszym Niemcem”, ale na pewno nie „tym dobrym”.

Jako miłośnik historii II wojny światowej, obejrzałem „Walkirię” w dniu jej polskiej premiery. I jak było do przewidzenia, wyszedłem z kina z ambiwalentnym uczuciem. Pomijam walory artystyczne dzieła („Walkiria” jest świetnie zrobiona); idzie mi o jego wymowę. Bo i chciałoby się tego von Stauffenberga lubić – a choćby i za osobistą odwagę, a na pewno za chęć zgładzenia tyrana – i nie można. Film po prawdzie nie mówi nam za wiele o samym pułkowniku, ale ja przed laty odrobiłem lekcję i wiedziałem, kto zacz. Stanęło więc na tym, że „nie no sorry, to jednak nie jest moja bajka”.

I dokładnie tak samo pomyślałem jakiś czas temu, oglądając dokument pt.: „Nawalny” (wciąż dostępny na kilku platformach). Stworzony z zamysłem utrwalenia mitu bohaterskiego opozycjonisty, który rzucił wyzwanie współczesnemu tyranowi – putinowi.

Rozumiem potrzebę reprodukcji tego mitu na potrzeby nielicznej rosyjskiej opozycji. Rozumiem osoby manifestujące tę potrzebę w Polsce i gdziekolwiek indziej na Zachodzie. Wielu z nas chce wierzyć w istnienie „dobrych ruskich”, co wynika z humanistycznego namysłu, ale i czysto pragmatycznej kalkulacji, że „kiedyś trzeba będzie z kimś tam się dogadać”.

Trzeba-nie trzeba; moim zdaniem wcale nie jest to konieczność. Izolowana i sprowadzona do roli światowego pariasa rosja też jest jakimś wyjściem. Co piszę świadom zła wyrządzanego przez to państwo, ale czemu broń boże nie towarzyszy przekonanie, że nie ma „dobrych ruskich”. Są.

Podrzucę Wam jeden przykład z „Alfabetu…”.

„W lipcu 2022 roku Aleksiej Gorinow usłyszał wyrok siedmiu lat więzienia. To wtedy po raz pierwszy orzeczono karę na podstawie przepisu penalizującego dyskredytację armii rosyjskiej. Na czym konkretnie ów czyn miał polegać? 15 marca 2022 roku, podczas posiedzenia rady dzielnicy Krasnosielskiej w Moskwie, na wniosek Gorinowa ogłoszono minutę ciszy. Tym sposobem miano upamiętnić ofiary agresji na Ukrainę, także te najmłodsze, o losie których wspominał radny. Zdaniem wnioskodawcy wysiłki społeczeństwa obywatelskiego w Rosji powinny być skupione na powstrzymaniu wojny. „Wojny” – właśnie takiego słowa w rozmowie z radną Jeleną Kotionoczkiną użył Gorinow. Członkowie rady z ramienia putinowskiej Jednej Rosji złożyli donos, prokuratura wszczęła śledztwo przeciwko Gorinowowi i Kotionoczkinej. Kobieta zbiegła za granicę, mężczyzna stanął przed sądem. Ten uznał, że Gorinow rozpowszechniał niesprawdzone informacje na temat armii, wykorzystując swoją funkcję, a czynił to z nienawiści (…)”.

No więc jest Aleksiej Gorinow „tym dobrym”.

A jego imiennik Nawalny? Zbyt wiele mam wątpliwości…

Dał się bowiem ów czołowy rosyjski dysydent poznać jako zagorzały nacjonalista i imperialista, który poparł inwazję w Gruzji, zaakceptował aneksję Krymu i twierdził, że jako prezydent federacji nie zwróciłby półwyspu Ukrainie. Co przez lata umykało jego apologetom, widzącym w Nawalnym przede wszystkim antyputinistę, pragnącego zdecydowanej rozprawy z endemiczną korupcją trawiącą rosję (której putin był i uosobieniem, i patronem).

To prawda, pod koniec życia Nawalny potępił rosyjską inwazję na Ukrainę, a w zeszłym roku opublikował 15-punktowy program polityczny, w którym m.in. postulował zwrócenie Krymu Ukrainie i rozliczenie rosyjskiej agresji. Nie wiem, na ile rzeczywista była to przemiana, faktem jest, że demonstrowana przez człowieka, który nie miał już nic do stracenia. Wiedział, że i tak go zabiją, mógł więc głosić cokolwiek, zwłaszcza treści, które cementowałyby jego legendę.

Ale i w sprawach, za które go ceniono, a o których mówił jeszcze na wolności, kryło się zagrożenie dla Polski. Nie wymyślę tu nic nowego, posłużę się więc słowami Witolda Jurasza, świetnie zorientowanego w realiach Wschodu. „Rosja pod rządami Nawalnego miałaby inny, lepszy, image. Lepszy image nacjonalistycznej Rosji to dla Polski zła, a nie dobra wiadomość (…) Rosja pod rządami Nawalnego byłaby mniej skorumpowana. Korupcja osłabia każde państwo. Lepsza słaba nacjonalistyczna Rosja niż silna nacjonalistyczna Rosja”.

Lepsze rozbite hitlerowskie Niemcy, niż Rzesza bez Hitlera, próbująca renegocjacji swojego położenia kosztem sąsiadów. To w takim ujęciu von Stauffenberg i Nawalny są dla mnie rycerzami tej samej sprawy.

Która nie jest i nie będzie „moją bajką”.

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Nz. filmowy von Stauffenberg (w środku)/fot. materiały dystrybutora

Święto

Dziś trochę wieści z rosji i okolic. A zacznę od kina, gdzie na indeksy trafił film pt.: „72 metry”. To obraz z 2004 roku, z fabułą ewidentnie inspirowaną historią „Kurska”, co już samo w sobie stanowi poważny problem. W putinowskiej rosji ostatnich miesięcy trwa bowiem w najlepsze sekowanie wszelkich przejawów nieprawomyślności. „Rodina” jest wielka, wspaniała i w ogóle – i kto twierdzi inaczej ma przechlapane. „72 metry” nie jest kinem wybitnym, ale ciekawym. W jednej z retrospekcji oglądamy dumnych do niedawna żołnierzy ZSRR, marynarzy drugiej floty na świecie, którzy po rozpadzie imperium – by mieć za co żyć i co jeść – zbierają kartofle. Elita marynarki wojennej – podwodniacy; matrosy i oficerowie – ufajdana błockiem, mająca w tle ponury krajobraz jakieś rozpadającej się wiochy. Z radością konstatująca, że ktoś wreszcie dowiózł worki, w które będzie można zapakować bulwy… Dla polskiego widza to doskonała lekcja, pozwalająca zrozumieć fenomen stadnego zachwytu – i w armii i wśród zwykłych rosjan – nad powrotem do twardej, imperialnej polityki Moskwy, której finalnym aktem jest inwazja Ukrainy. Tyle że film kończy się w sposób nieoczywisty, raczej zły. Z życiem z pewnością uchodzi tylko jedna postać – marynarz ukraińskiego pochodzenia. Choć ukraińskość jest przez bohaterów „72 metrów” postrzegana jako coś felernego, „chocholego”. Niebezpieczne dla cenzorów memento? Najwyraźniej.

A propos uchodzenia z życiem – zachował je, póki co, niesławny generał surowikin, który zapadł się pod ziemię po puczu wagnerowców. Plotki głosiły, że go aresztowano, a nawet stracono w ramach zemsty za wsparcie dla prigożyna. No więc „armagedon” objawił się publicznie, choć faktycznie oberwał po dupie, bo odebrano mu większość dotychczasowych stanowisk. Zachował jedynie posadę koordynatora obrony powietrznej Wspólnoty Niepodległych Państw. Brzmi poważnie? No cóż, to tak, jakby jakiegoś polskiego generała delegować na fuchę koordynatora OPL państw Trójmorza. Albo uznanego dotąd dyplomatę wysłać na arcyważne stanowiska ambasadora w San Escobar. Nazwać to degradacją to nic nie powiedzieć.

Kłopoty ma także inny generał, niejaki konstantin ogienko, który właśnie trafił do aresztu śledczego. Większości obserwatorom to nazwisko nic nie mówi, tymczasem to nie lada szycha. Zatrzymany do niedawna bowiem dowodził obroną przeciwlotniczą Moskwy. Generałowi zarzuca się przyjęcie łapówki w wysokości 30 mln rubli (ok. 300 tys. dolarów) i oszustwa związane z gruntami. Z ustaleń śledztwa ma wynikać, że ogienko opitolił działki należące do jednostek OPL. Mógł sprzedać sterczące tam pancyry i inne wyrzutnie, a tego nie zrobił, śledczy więc muszą brać pod uwagę okoliczność łagodzącą. Żart, choć żartem wydaje się również sam zarzut. Nie dlatego, że jest nieprawdziwy, a dlatego, że w rosji nie karze się za łapówkarstwo osób na eksponowanych stanowiskach. Branie w łapę może stać się pretekstem do wymierzenia kary, gdy sprzeniewierca na innych polach podpadnie władzy. Czym jest moskiewska OPL w ostatnich tygodniach dobrze wiemy. Wiemy też, jak bardzo siarczyste są policzki wymierzane przez ukraińskie drony, hasające nad stolicą rzekomego imperium. Budanowa, którego ludzie ślą nad Moskwę bezpilotowce, putin dopaść nie może, ale ogienko był/jest jak najbardziej pod ręką. No to sobie chłop posiedzi…

A skoro o Budanowie mowa – Ukraińcy kontynuują w tym zakresie sowieckie wzorce i celebrują dni chyba wszelkich możliwych rodzajów wojsk i typów służby. No i dziś świętuje Główny Zarząd Wywiadu Ministerstwa Obrony Ukrainy, struktura, na czele której stoi Kyryło Budanow. Generał opublikował w mediach społecznościowych krótki filmik, na którym gasi świeczki na torcie. Tymczasem w zupełnie przeciwnym kierunku – rozniecania ognia – poszły działania w „realu”. Kilka ukraińskich dronów zaatakowało dziś Rostów nad Donem, a ściślej, okolice kwatery głównej Południowego Okręgu Wojskowego. To stamtąd, od 2014 roku, dowodzona jest operacja wymierzona w Ukrainę. Nie znam szczegółów ataku – rosjanie oczywiście „wszystkie” drony zestrzelili – tym niemniej mowa jest o co najmniej trzech eksplozjach. Jedna z nich została nawet zarejestrowana, z kilku różnych miejsc, co może być przypadkiem, ale może też oznaczać, że filmujący wiedzieli, gdzie upadnie dron-kamikadze. I że wcale nie byli przygodnymi „nagrywaczami”. Cóż, mógł sobie prigożyn swobodnie „wjechać” do Rostowa, mogą też i działać tam ukraińscy dywersanci…

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. (screen z filmu) – moment eksplozji drona przy ulicy, gdzie znajduje się dowództwo POW

Promil

Dwa razy znalazłem się pod silnym ogniem artylerii. Za pierwszym razem był to ostrzał z gradów, w odsłoniętym polu; szczęśliwie zagrzebałem się wówczas w dziurze w ziemi i jakoś poszło. Po wszystkim tylko w zasięgu wzroku doliczyłem się dwudziestu lejów.

Następnym razem było trochę lepiej – już po pierwszej eksplozji dałem nogę do piwnicy, skąd wyszedłem kilka godzin później, gdy było już cicho. Przez pierwszą godzinę liczyłem nieodległe eksplozje, po dojściu do 120 dałem sobie spokój. Ale wybuchy wciąż następowały, z kwadransa na kwadrans coraz rzadziej i rzadziej.

Ani za pierwszym razem – gdy towarzyszyło mi pięć osób – ani za drugim – gdy siedziałem w rumowisku z plutonem ukraińskiego wojska – nikt nie zginął, ba, nikt nawet nie został poważnie ranny.

Wspominam o tym nie dla weterańskich opowieści, lecz by uzmysłowić Wam prostą, wojenną zależność. Jeden wystrzelony pocisk nie musi i w miażdżącej większości przypadków nie oznacza zabitego człowieka. To trochę inna kategoria, bo dotyczy amunicji strzeleckiej, ale dobrze ilustruje problem. Gdy Amerykanie w Wietnamie podsumowali zużycie środków bojowych, wyszło im, że zabicie jednego żołnierza z północy/partyzanta z Wietkongu, kosztowało wystrzelenie… 500 tys. sztuk naboi. Wojskowi z USA zwykle strzelali do dżungli – czasem udało im się kogoś trafić.

Czasem udaje się też trafić rosyjskim artylerzystom. Którzy zużywają ogromne ilości pocisków – Ukraińcy szacują, że 50-60 tys. sztuk dziennie – ale tylko promil z nich wyrządza realne fizyczne szkody ukraińskiej „sile żywej”. Są rzecz jasna jeszcze szkody niefizyczne – nawała ma bowiem moc łamania psychiki, co zauważam gwoli rzetelności, ale nad czym nie zamierzam się pochylać z braku statystycznych danych. Ta materiałochłonność wojny jest zjawiskiem obiektywnym, ale o zmiennej skali. Armie Zachodu jeszcze w ubiegłym wieku zaczęły odchodzić o filozofii masowego ostrzału na rzecz precyzyjnych uderzeń. W ostatecznym rozrachunku, tak jest taniej (gdy zbuduje się już odpowiednie zaplecze naukowo-techniczno-przemysłowe), nie bez znaczenia są też przesłanki humanitarne. Strzelanie wagonami amunicji w pozycje wroga zwiększa ryzyko strat ubocznych, pośród cywili. Rosjanie do takiej armii „nie dorośli”; próbowali świat przekonać, że jest inaczej, ale po zużyciu skromnych zapasów precyzyjnej broni, po uwłaczających porażkach punktowych natarć, szybko wrócili do tego, na czym znają się najlepiej. Na kumulacji masy i ilości, przede wszystkim rozumianej jako tak zwany artyleryjski walec.

Mimo przerażających atrybutów werbalno-wizualnych ów walec jest tak sobie skuteczny. Rosjanie potrzebowali 10 tygodni, by wygrać bitwę na łuku donbaskim. Wzięli dwa miasta – jedno wielkości Włocławka, drugie Kutna – co usiłują przedstawić jako wielki sukces. Ma on wymiar symboliczny – bo to na obszarze Siewierodoniecka i Lisiczańska koncentrowały się w ostatnich tygodniach wysiłki zbrojne obu stron – więc nie jest to tylko „propagandowe pierdolenie”. Niemniej nie zapominajmy, że w wymiarze praktycznym mówmy o wejściu w głąb terytorium przeciwnika na 15-35 km. Co więcej, tej pełzającej ofensywie nie towarzyszyły spektakularne zjawiska typu „kocioł”, w którym zamknięto by, a następnie wzięto do niewoli tysiące żołnierzy. Ukraińcy wycofali się w sposób uporządkowany i na tyle zmyślnie, by nie musieć porzucać ciężkiego sprzętu – co zwykle towarzyszy odwrotowi (Moskwa coś tam bredzi o porzuconych czołgach, ale dowodów zdjęciowych i filmowych brak). Dla pełnego obrazu dodajmy, że wzięcie Lisiczańska oznacza utratę przez Ukrainę całości obwodu ługańskiego. I że ten cel Rosjanie mieli osiągnąć najpierw 1 czerwca, potem w połowie czerwca, a ostatnia OFICJALNA zapowiedź mówiła o 1 lipca.

Trochę wolny ten walec, co nie zmienia faktu, że jednak obrońców przetrzebił. Dał im w kość do tego stopnia, że Ukraińcy postanowili „odciąć go od prądu”. W efekcie już od wielu dni – a od kilku w niezwykle efektownej „oprawie” – obserwujemy ataki ukraińskiej artylerii na składy materiałowe armii najeźdźców. Gdy piszę te słowa, płoną co najmniej cztery takie obiekty – niektóre, jak w Doniecku, na bliskim zapleczu frontu, inne, jak w Melitopolu, w sporej odległości od linii styku wojsk, co sugeruje użycie dalekonośnej artylerii rakietowej.

Z informacji, jakie do mnie napływają, wynika, że od kilkudziesięciu godzin rosyjska presja na froncie słabnie. Być może jest to już efekt odcięcia od zapasów, wiele jednak wskazuje, iż mamy do czynienia z pauzą operacyjną, za którą stoi cały szereg także innych czynników. Sam Putin orzekł wczoraj, że po „wyzwoleniu” obwodu ługańskiego, oddziały muszą odpocząć, odbudować potencjał bojowy. „Zielone światło” z Kremla chyba zostało wykorzystane przez dowódców w Ukrainie, świadomych, że jednostki bojowe gonią w piętkę. Rosjanie nie mają w tej chwili dość sił, by „dokończyć” zadania w Donbasie – do zajęcia jest połowa obwodu donieckiego, co przy dotychczasowym tempie oznacza kolejne długie tygodnie walk.

A przecież Ukraińcy ani myślą w tym czasie spać. Ich pierwszoliniowe oddziały też potrzebują odpoczynku, ale artyleria zasilona zachodnim sprzętem zdaje się właśnie rozkręcać. Nie będę tu wyrwalił (w drugą stronę) i rościł sobie prawo do budowania całościowych scenariuszy – nie mam takiej wiedzy, by bez ryzyka blamażu orzec, jak będą wyglądać najbliższe tygodnie na froncie. Niezmiennie trzymam kciuki za obrońców.

Zaś własne intuicje (optymistyczne) zasilam kolejnymi doniesieniami, z których jasno wynika, że dla matuszki roSSji ta wojna jest solidnym obciążeniem. Jak zauważa portal Riddle, od maja 2022 roku moskiewskie ministerstwo finansów niemal całkowicie ograniczyło dostęp do danych o bieżących wydatkach budżetu federalnego. Lecz z jakiegoś powodu pozycja „obrona narodowa” jest nadal dostępna. Dzięki czemu wiemy, że w okresie styczeń-kwiecień na obronę narodową wydano około 1,6 bln rubli z planowanych 3,85 bln. Tymczasem cały budżet federalny na 2022 rok wynosi około 26 bilionów rubli. I teraz tak – w 2021 roku na obronę narodową wydano prawie 3,6 bln rubli (cały budżet wynosił wówczas 24,8 bln rubli), ale poprzeczkę 1,5 bln rubli przekroczono dopiero w czerwcu. Jeśli zatem utrzyma się tempo wydatków z okresu marzec-kwiecień – 500 mld rubli miesięcznie zamiast średnio 300 mld – do końca roku wydatki na obronę narodową mogą sięgnąć 5,0-5,5 bln rubli, czyli 19-21 proc. budżetu federalnego. Dla porównania, obronność w Polsce czy USA „przejada” 10-11 proc. budżetu, Rosja tymczasem funkcjonuje w realiach coraz dotkliwszych sankcji. Na wojowanie trzeba mieć pieniążki, zwłaszcza gdy straciło się na przykład 1600 spośród 3300 najlepszych (najnowszych lub zmodernizowanych) czołgów.

No ale „Rosja jest wielka, a Ukraińcy walczyć nie chcą”. Do takiego wniosku doszedłem, zanurzając się dziś w rodzimy, prorosyjski internet. Sporo tam o „byczkach” – ukraińskich mężczyznach, którzy migają się od walki. I wieją zagranicę. Amunicji dostarczyła kilka tygodni temu „Rzeczpospolita”, pisząc, że do połowy czerwca 430 tys. Ukraińców w wieku 18-60 lat wjechało do Polski. W dużej mierze dzięki łapówkom, bo mężczyźni w wieku poborowym nie mają prawa opuszczać Ukrainy. Zabawne, że w antyukraińskiej narracji jest to powód do oburzenia („jak można nie chcieć walczyć za swój kraj!?”), nie mniejszy niż fakt, że Ukraina stawia Rosji opór („po co, przecież Rosjanie nie mają złych intencji?”). Znać tu sznyt rosyjskiej propagandy i jej wewnętrznej niespójności. Klocuszki nie muszą się układać w jedną opowieść, każdy ma „walić w Ukraińców” – w taki czy inny sposób. Na marginesie – ów mechanizm wykorzystał do perfekcji Antoni Macierewicz w swoich smoleńskich bredniach; ileż to wzajemnie wykluczających się teorii lansował? Nieważne, grunt, że część ludzi uwierzyła, iż coś na rzeczy jest z tym zamachem…

No więc we wspomnianym przypadku „coś na rzeczy jest” z tym brakiem woli walki u Ukraińców. Tylko że:

a/istnieją w ukraińskim prawie wyjątki pozwalające wyjechać poborowym;

b/pół miliona osób (z uwzględnieniem tych, którzy wyjechali inną niż polska drogą) to 1/34 męskiej populacji w tym przedziale wieku (słownie: jedna trzydziesta czwarta, trzy procent), trudno zatem mówić o masowej skali zjawiska;

c/z samej Polski w opisywanym okresie (luty-czerwiec) wyjechało na Ukrainę 600 tys. mężczyzn; popytajcie firmy budowlane, w jakich warunkach funkcjonują dziś takie biznesy.

No ale nie o uczciwość i racjonalne argumenty zwolennikom „rosyjskiego głosu w twoim domu” chodzi.

PS. „Nie spotkałem się z dezercjami” – pisze Damian, Polak, ochotnik pracujący w Ukrainie jako medyk polowy. „Wręcz przeciwnie, są osoby które walczą nieoficjalnie, bez kontraktu, bo chwilowo nie ma dla nich etatu. Ryzykują więc życie, wiedząc, że rodzina nie dostanie nawet grosza, jak zginą. Czy to świadczy o niskim morale?”.

—–

Nz. Ukraińskie Himarsy gdzieś w obwodzie zaporoskim/fot. Dowództwo Sił Zbrojnych Ukrainy.

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Kontekst

Rosyjscy żołnierze w Ukrainie kradną. Ma to systemowy charakter – na przykład wywózki zboża z elewatorów czy drogiego sprzętu medycznego ze szpitali na okupowanych terytoriach – jak i całej masy indywidualnych aktów. Kradną, bo wojna sprzyja rozluźnieniu obyczajów, ale też kradną, bo wpisuje się to w schemat zachowań typowych dla instytucji, w jakiej funkcjonują. Rosyjska armia stała, stoi i zapewne stać będzie nieprawdopodobną korupcją. Nie dalej jak wczoraj były dowódca wojsk radiotechnicznych Sił Powietrzno-Kosmicznych Rosji gen. Andriej Koban, został skazany na pięć lat kolonii karnej o zaostrzonym rygorze. „Miał przyjąć pięć milionów rubli łapówki od kierownictwa instytutu badawczego w Niżnym Nowogrodzie w zamian za ‘pomoc’ w realizacji kontraktu obronnego. Dotyczył on prac nad sprzętem przeznaczonym do wykrywania celów aerodynamicznych i balistycznych”, czytam w depeszy poświęconej sprawie. Koban z jakichś powodów został pokazowo osądzony i skazany – najpewniej nie miał na tyle wpływowych wspólników, by zagwarantowali mu „dupochron”. Ale dziesiątki, jeśli nie setki rosyjskich dowódców, mają się dobrze mimo ewidentnych przewałów, których skala znacząco zaważyła na jakości wysłanej do Ukrainy armii.

A że ryba psuje się od głowy po ogon, własną armię okradają też pomniejsi oficerowie i zwykli żołnierze. Najczęściej „znika” paliwo, na które łatwo znaleźć kupców pośród cywilów. Ostatnio coraz częściej złodzieje biorą na cel wysyłany na remonty do Rosji uszkodzony sprzęt, ogołacając go z przydatnych „w cywilu” podzespołów. Skala procederu stała się na tyle powszechna, że dowództwo postanowiło wzmocnić ochronę składów kolejowych, którymi „technika” wywożona jest do kraju. Pojawiły się też doniesienia o nielegalnym handlu amunicją z drugą stroną konfliktu, co może się wydawać absurdalne, a z pewnością nieracjonalne (w końcu Ukraińcy tej amunicji użyją przeciwko Rosjanom). Tyle że nie ma w tym niczego nowego – do podobnych sytuacji dochodziło już w Czeczeni, podczas obu wojen; rosyjscy żołnierze „opychali” bojownikom nawet sprawne i załadowane „po korek” czołgi. Byleby mieć pieniądze na alkohol (to jedna z podstawowych motywacji), czy wykupne, rozumiane jako zdobycie zgody przełożonego/przełożonych na powrót do domu.

Ale czy z takich sytuacji można wysnuć wniosek o „całkowitym upadku rosyjskiej armii” – jak chce tego część komentatorów i ich czytelników? Byłbym bardzo ostrożny, bo po pierwsze, nie dzieje się nic, czego by rosyjska armia nie doświadczyła (a przecież dalej jakoś funkcjonuje), po drugie, występki przeciwko własności to „sól wojny”, element jej oczywistej-oczywistości. Pozostając na gruncie ukraińskim, dość przypomnieć kondycję sił zbrojnych Ukrainy latem 2014 roku. Historia elitarnej brygady pancernej, zaplanowanej do wysyłki na Donbas – która po otrzymaniu rozkazu nie mogła opuścić koszar, bo oficerowie wcześniej sprzedali cały zapas paliwa – jest tu symptomatyczna. I absolutnie niejednostkowa.

I wcale nie jest tak, że to „takie tam wschodnie konteksty”. Chcecie przykładu z polskiego podwórka? Proszę bardzo.

Tuż po powrocie do Polski V zmiany kontyngentu wojskowego w Afganistanie, w listopadzie 2009 roku, wybuchła afera związana z lipnymi patrolami. Prokuratura zajęła się wówczas kilkoma sztabowcami z bazy Warrior, którzy wedle prowadzonej przez siebie ewidencji wielokrotnie brali udział w operacjach poza bazą. Faktycznie w większości przypadków nie wystawili z niej nawet nogi. Twórcom kreatywnych raportów chodziło nie tyle o powody do chwały, co o pieniądze. Wyjaśniał mi to wówczas jeden z żołnierzy z pododdziału liniowego:

– Za każdy wyjazd należy się 50 złotych, a dodatkowo za trzy pierwsze (w danym miesiącu – dop. MO) po 250 złotych – mówił. – Całość to tak zwany minimaks. Więc jak widzisz, warto wyjechać chociaż trzy razy. I tak część panów ze sztabu, elementów logistycznych, pozostałych grup (którzy nie mają możliwości wyjazdu i nie jest konieczne, by wyjeżdżali), dopisują się na listy wyjazdowe i dorabiają, niekoniecznie wyjeżdżając.

Kilka miesięcy później, w czerwcu 2010 roku, inny żołnierz pisał w jednym z komentarzy na prowadzonym przeze mnie wówczas blogu zAfganistanu.pl: „W Ghazni zdarzały się przypadki, że oficerowie wpraszali się na patrol, po czym po przejechaniu określonego odcinka musieliśmy zawracać, żeby ich odstawić do bazy, następnie już sami jechaliśmy na właściwy patrol. Wiesz teraz, o co mi chodzi? Oni za odstawienie szopki i wyjechanie dwa kilosy za bazę mieli tyle samo co żołnierze jadący na pięciogodzinny patrol, tyle samo co ci, którzy wyjeżdżają dwa razy dziennie po cztery godziny”.

Jeszcze inny „misjonarz” wspominał o tak zwanych szybkich setkach, czyli nocnych patrolach od godziny 23.00 do 00:30, za które przysługiwało zwiększenie dodatku wojennego – dwa razy po 50 złotych, bo wyjeżdżający był poza bazą zarówno podczas pierwszej, jak i drugiej doby…

Dowództwo próbowało takie praktyki eliminować, ale bywało z tym różnie – o czym donoszę nie dla stworzenia wrażenia, że polscy żołnierze są tacy sami, jak rosyjscy. Piszę, by poszerzyć Wam kontekst („kontekst jest wszystkim!”, mawiał jeden z moich dziennikarskich mentorów), co może ułatwić zrozumienie Rosjan.

—–

Nz. Rosyjski żołnierz – zdjęcie najpewniej inscenizowane, udostępnione przez wywiad wojskowy Ukrainy

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to