„Krym”

Zimą i wiosną 2014 roku świat z napięciem śledził doniesienia z Krymu i wschodniej Ukrainy. Pamiętam nastroje panujące wówczas w Polsce, zwłaszcza na ścianie wschodniej. Baliśmy się, że „ruskie wejdą i do Polski”, a każdy rutynowy ruch naszego wojska – przejazd na ćwiczenia czy zwykły wymarsz na strzelnicę – wielu interpretowało jako przygotowania do wojny. Jednocześnie, uspokajani przez specjalistów, nieco kurczowo trzymaliśmy się myśli, że przecież u nas „nie ma bazy dla działalności zielonych ludzików”. Że nie mamy mniejszości rosyjskiej czy rosyjskojęzycznej, której interesów miałyby bronić oddziały Putina – uprzednio prowokując sytuacje, które byłby dla nich zagrożeniem.

Panika nie wybuchła, z wojną za miedzą nauczyliśmy się żyć. I nawet szaleniec Macierewicz nie był w stanie podkręcić naszych lęków. „Niech żyje zdolność adaptacji i racjonalizacji!” – chciałoby się rzec. Owszem, niech żyją, tyle że sytuacja w Polsce na przestrzeni ostatnich kilku lat mocno się zmieniła. Wspomniany strategiczny atut poszedł sobie bowiem w cholerę wraz z masowym napływem ukraińskiej migracji do Polski. Tak, ten milion czy nawet dwa miliony przybyszów zza wschodniej granicy jest dziś doskonałą bazą dla rosyjskiej aktywności.

Pozornie rzecz nie trzyma się kupy – przecież Ukraina jest w stanie wojny z Rosją, a Putin zrobił wszystko, by między zaprzyjaźnionymi niegdyś narodami wykopać głęboki rów. Dlaczego więc Ukraińcy mieliby wspierać destrukcyjne akcje Kremla? Już wyjaśniam.

Po pierwsze, Rosjanie do perfekcji opanowali umiejętność manipulowania działaniami tak jednostek, jak i całych społeczności. Zwłaszcza tam, gdzie mają ku temu odpowiednie zaplecze kulturowe. Diaspora ukraińska w Polsce jest w dużej mierze rosyjskojęzyczna i w całości wywodzi się z postsowieckiego uniwersum. Ponadto, antyrosyjskość nie jest postawą charakterystyczną dla wszystkich Ukraińców. Dobrze pamiętam obrazki z Donbasu, gdzie „armię Kijowa” często traktowano niczym najeźdźcze oddziały.

Po drugie, strukturalnym problemem państwa ukraińskiego jest totalne zinfiltrowanie przez rosyjskie służby. Agenci Kremla są wszędzie i potrafią umiejętnie wpływać na procesy decyzyjne rozmaitych instytucji naszego wschodniego sąsiada. Dziś nie jest żadną tajemnicą, że porażki armii ukraińskiej na froncie nie raz wynikały z działalności zdrajców we własnych szeregach. Wracając na grunt polski – byłoby naiwnością zakładać, że w milionowym tłumie migrantów nie ma miłośników „ruskiego miru”.

Po trzecie, społeczności emigranckie mają naturalne skłonności do konsolidacji i mobilizacji w obliczu wspólnych dla grupy wyzwań. Ma to zarówno pozytywny, jak i negatywny wymiar.

Idźmy dalej. Polską rządzą dziś politycy, dla których bazą nie jest zakotwiczony w wartościach demokratycznych i liberalnych elektorat. Ostatnie wybory dobitnie to potwierdziły. PiS jest partią numer jeden dzięki obyczajowej konserwie, akceptującej autorytarne formy rządów i hołubiącej nacjonalizm. A ponieważ przekonanie o religijnej i etnicznej wyjątkowości prowadzi do ksenofobii, ta ostatnia stała się narzędziem władzy (jej utrzymania i poszerzania). Spot wyborczy PiS-u poświęcony migrantom – i ich zgubnego wpływu na Polskę – najlepszym tego dowodem. To zarazem czwarty powód, dla którego tak liczna obecność Ukraińców w Polsce może zostać wykorzystana w agresywnych planach Moskwy.

Jak? Już dziś nie brakuje napięć między Polakami a mieszkającymi u nas Ukraińcami. Wielokrotnie spotykałem się z argumentem, że odbierają nam pracę. Że tworzą zamknięte enklawy, nie integrując się z otoczeniem. I choć generalnie te zarzuty nie wytrzymują konfrontacji z rzeczywistością, bardzo łatwo znaleźć pojedyncze przykłady – zwolnionego z pracy Polaka, czy mieszkańców jakiegoś budynku, w którym obcy zaburzyli dotychczasowy spokój. A teraz wyobraźmy sobie, że „ktoś” postanowił „podkręcić” sytuację. Że doszło do jakiejś polsko-ukraińskiej scysji, że w wyniku większej bójki polała się krew. Media, łase na takie kąski, puszczą informacje w świat. Media w jakikolwiek sposób związane z Moskwą, zrobią z tego wydarzenie dnia/tygodnia. Mam inteligentnych Czytelników, którzy dobrze wiedzą, jakimi mechanizmami rządzą się pogromy i lincze. Jak łatwo eskalować napięcie, zwłaszcza gdy pielęgnuje się wszelkiej maści fantazmaty – poczucie wyższości, krzywdy, przekonania o konieczności wymierzenia dziejowej sprawiedliwości (nie brakuje w Polsce wariatów, deklarujących gotowość do bicia Ukraińców „za Wołyń”; z tamtej strony też mamy środowiska nawołujące do „wyrównania starych rachunków”). Gdy łączy nas tak skomplikowana historia, z nieporozumień o charakterze socjalnym mogą wyniknąć dalsze problemy. Wystarczy dolać oliwy do ognia. Zaatakowani będą się bronić, aż w pewnym momencie zjawisko nabierze takich rozmiarów, że stanie się poważnym problemem. Także politycznym.

Gdy liczba kryminalnych incydentów wzrośnie, pojawi się postulat wyrzucenia Ukraińców z Polski. Co, jeśli nałoży się to na kalendarz wyborczy? Łagodzenie konfliktu może się nie powieść. A i tak bardziej prawdopodobnym jest scenariusz „dokręcenia śruby” – PiS bowiem nie raz już udowodnił, że jest władzą o nastawieniu konfrontacyjnym. No i pod presją „prawdziwych patriotów” może po prostu nie mieć wyjścia (tak przynajmniej to postrzegać). Stan wyjątkowy, wojsko na ulicach i masowe, przymusowe deportacje. A w mediach prawdziwy karnawał przemocy – prawdziwych i fejkowych informacji o kolejnych polsko-ukraińskich incydentach.

Nie, to jeszcze nie jest scenariusz, w którym Rosja wchodzi do Polski. Na tym etapie świat nie kupiłby bajeczki o konieczności wysłania nad Wisłę „misji pokojowej”. Zresztą, po co Rosjanie mieliby to robić? PiS od trzech lat robi wszystko, by osłabić nasze więzi z Unią Europejską. Niby zabiega przy tym o większe zaangażowanie NATO we wschodniej części Europy, jednocześnie jednak rozbraja polskie wojsko. W efekcie z prymusa staliśmy się kłopotliwym członkiem i sojusznikiem. Czy do kogoś takiego warto wyciągać pomocną dłoń? Czy nie znajdą się na Zachodzie politycy, którzy w naszej sytuacji znajdą pretekst, by dokonać „amputacji, która uratuje wspólnotę”. „Przecież Polska masowo łamie prawa człowieka, stosując zasadę odpowiedzialności zbiorowej na Ukraińcach!” – zagrzmi jeden z drugim. I nawet jeśli nie będzie miał racji, służby Kremla dostarczą mu odpowiednich „dowodów”. Przez cały 2015 rok karmiły Europę „newsami” o ekscesach uchodźców – wiedzą, jak się gra w te klocki.

I tak zostaniemy sami. I nawet jeśli rozwiążemy „problem ukraiński”, spadną na nas kolejne gromy. Choćby załamanie na rynku pracy, bo bez Ukraińców nie jesteśmy w stanie rozwijać naszej gospodarki. O konsekwencjach „wylania z Zachodu” aż strach pomyśleć.

Wnioski? Nie, nie nawołuję do wyrzucenia Ukraińców z Polski. Tych, którzy przyjechali tu pracować, potrzebujemy jak płuca powietrza. Tym, którzy uciekli przed wojną, winniśmy udzielić schronienia. Czas przestać być beneficjentem pomocy od innych i zacząć spłacać długi wdzięczności.

Przede wszystkim jednak czas pogonić ludzi, którzy demolują polską politykę zagraniczną, którzy rozmieniają na drobne potencjał polskiej armii. Czas powiedzieć „do widzenia” politykom flirtującym z nacjonalistami, faszystami i stadionową chuliganerią. Piewców supremacji – białych, katolików, „prawdziwych Polaków” i bóg wie czego jeszcze – odesłać gdzie ich miejsce: kryminalistów do więzień, resztę poza margines społecznego dyskursu. Czas zacząć budować służby specjalne, które zajmą się tropieniem „zielonych ludzików”, a nie zabezpieczaniem interesów ludzi władzy. Czas na pozytywny program edukacyjny, który pozwoli Polakom zmierzyć się z wyzwaniami, jakie niesie ze sobą koniec wspólnoty homogenicznej. Podoba nam się to czy nie, jesteśmy skazani na obcych. Czas najwyższy zatem tak zdefiniować politykę państwa, by uwzględniała nieuniknione procesy demograficzne. Ukraińcy (i wszyscy inni, którzy tu przyjadą), muszą znaleźć w Polsce swój drugi dom – nie mogą być niczym robotnicy na platformie wiertniczej, otoczeni groźnym, nieprzyjaznym morzem.

Tak unikniemy polskiego Krymu.

—–

Nz. Budynek lokalnej administracji w jednym ze wschodnio ukraińskich miast/fot. Marcin Ogdowski

Postaw mi kawę na buycoffee.to

„Strachy”

Podczas prywatnego spotkania z przedstawicielami Rosji, sekretarz obrony USA James Mattis miał usłyszeć, że Moskwa nie zawahałaby się użyć taktycznej broni jądrowej przeciw wojskom NATO, gdyby doszło do wojny w krajach nadbałtyckich. Pisze o tym w swojej najnowszej książce „Strach” Bob Woodward (za „Rzeczpospolitą”).

Co to dla nas oznacza? Nic dobrego.

Oczywiście zawsze można machnąć ręką i na kilku płaszczyznach zdezawuować owo doniesienie. Bo dziennikarz (a nie żadne oficjalne źródło), bo spotkanie prywatne, bo mowa o „Pribałtyce”, nie zaś o Polsce. Rzecz jednak w tym, że Woodward to legenda amerykańskiego dziennikarstwa (niewtajemniczonym wyjaśniam – to ten od ujawnienia afery Watergate). Politykę zagraniczną z kolei uprawia się właśnie podczas nieformalnych spotkań – te oficjalne to tylko wisienki na torcie, możliwe, gdy utarto już pewne kompromisy bądź dokonano pewnych ustaleń właśnie w kuluarach. Co zaś się tyczy ostatniej kwestii – dość przyjrzeć się planom rosyjskich ćwiczeń strategicznych, by uświadomić sobie, że Polska zawsze występuje w nich „w pakiecie” z Litwą, Łotwą i Estonią. Nie sposób bowiem – tu kłania się mapa – odciąć państw nadbałtyckich od pozostałej części NATO, bez zajęcia północno-wschodnich rubieży Rzeczpospolitej.

„Wystarczy nie prowokować wojny z Rosją” – można by rzec, próbując w ten sposób ignorować zacytowane doniesienie. Tyle że nikt w NATO nie planuje ataku na Rosję, wykorzystując do tego celu wschodnią flankę sojuszu (czy jakąkolwiek flankę). Rosyjskie ostrzeżenie wiąże się w istocie z ewentualnymi zamiarami samej Moskwy. Groźba, jaką usłyszał Mattis, gdyby ją rozwinąć i przedstawić w bardziej zrozumiały sposób, brzmiałaby tak: „jeśli zajmiemy państwa nadbałtyckie, niech wam do głowy nie przyjdzie, by je odbijać. Bo wówczas w ruch pójdą nasze atomówki”.

O tym, że Rosjanie właśnie w ten sposób kalkulują, pisał w zeszłym roku gen. Richard Shirreff, były zastępca naczelnego dowódcy sił NATO w Europie. Jego fabularyzowana książka nosiła zresztą znamienny tytuł: „2017. Wojna z Rosją”.

Z rosyjskiego ostrzeżenia można też wywieść pozytywny wniosek – oto Moskwa sama przyznaje, że jest zbyt słaba, by wygrać konwencjonalny konflikt z NATO. No i co z tego, skoro ów słaby mocarz posiada argumenty niwelujące asymetrię?

Zatem nie pozostaje nam nic innego, jak zabezpieczyć się na ewentualność złego. Można to osiągnąć dwoma sposobami, najlepiej uskuteczniając oba jednocześnie. Polska jest krajem, którego potencjał pozwoliłby na zbudowanie w ciągu kilkunastu lat względnie silnej armii. Nie mówię o wojsku, które pokonałoby Rosjan – takie myślenie to mrzonki. Chodzi mi o siły zbrojne na tyle liczne, dobrze wyposażone i wyszkolone, by konfrontacja z nimi wiodła rosyjskich planistów do widma ekonomicznej katastrofy. Federacja ma potężną armię i słabiutką gospodarkę – taki plan wcale nie byłby niewykonalny, w sytuacji gdy tamtejsi generałowie nauczyli się już przeliczać straty na pieniądze.

Drugi sposób to już klasyczna polityka – dbanie o sojusze. „Chodzenie wokół nich” tak, by przyniosły efekt w postaci jak najliczniejszej obecności żołnierzy z innych krajów NATO. Im będzie ich więcej, tym mniejsze ryzyko, że Rosjanie zaatakują.

A teraz wróćmy na ziemię.

Od trzech lat konsekwentnie budujemy siłę naszej armii – na papierze. Symptomatyczny jest przykład z ostatnich dni – powołanie czwartej dywizji wojsk lądowych. Brzmi poważnie, ale gdy przyjrzymy się szczegółom, wychodzi błazenada. Nowy związek taktyczny ma powstać na bazie już istniejących jednostek. Jedyne nowo powołane struktury to dowództwo (kilkaset etatów sztabowych) oraz jeden batalion. Zatem nie 15 tys. nowych żołnierzy, a ledwie tysiąc. No ale „dywizja” jest świetnym produktem z zakresu politycznego marketingu. Nie do przecenienia tuż przed wyborami.

A sojusze? Polityka obecnie rządzących – jakkolwiek w wymiarze retorycznym mowa jest o czymś zupełnie przeciwnym – skutkuje coraz mocniejszym luzowaniem sojuszniczych więzi. Unia Europejska i NATO to byty różne, ale nierozerwalne. Wojna z tą pierwszą – prowadzona przez rząd RP – osłabia również naszą pozycję w NATO. Kto zechce wspierać polskiego pariasa, który ma za nic unijne reguły gry?

Rząd PiS – choć oficjalnie zaprzeczy – zdaje sobie z tego sprawę. I dlatego wdzięczy się do USA. „Kupimy u was to, kupimy tamto, będziecie zadowoleni” – deklaruje. Pokaźne płatności i zapowiedź kolejnych, ma nam zapewnić parasol Waszyngtonu. Pal licho, że część tych wydatków jest niepotrzebna (flotylla VIP), część dokonana z ogromnym opóźnieniem i w trybie mocno przepłaconym (Patrioty). Bo i tak efekt wcale nie jest przesądzony. Prezydent Trump, biznesmen, zapewne pochwala miliardowe transfery do amerykańskiej gospodarki. Osobiście może też patrzeć z sympatią na pisowską rewolucję w Polsce – w końcu lubi silnych ludzi. Rzecz w tym, że Ameryka to nie (tylko) Trump. Że ten ostatni niebawem przeminie – i to z łatką najgorszego prezydenta w historii USA. Amerykańskie pryncypia zaś pozostaną – a pośród nich poszanowanie reguł demokratycznej gry, lekceważonych teraz i łamanych przez PiS.

Dziś mamy w Polsce od paru setek do kilku tysięcy – w zależności od pory roku – amerykańskich żołnierzy. O zwiększeniu tej liczby nie ma mowy. Łatwiej za to wyobrazić sobie odwrotny scenariusz – tak, jak polskie władze machają ręką na demokrację, tak Waszyngton po Trumpie może machnąć ręką na Polskę. Bo po co wspierać autokratyczny reżim znad Wisły? Strategia oparcia Zachodu o Niemcy dobrze się przecież sprawdziła przez ponad 40 lat po II wojnie.

I co wtedy? Co, gdy będziemy nominalnym członkiem NATO, a ze wschodu rzeczywiście przyjdzie burza? Mając kiepskie wojsko, przegramy w ciągu kilku dni. A rosyjska gotowość do użycia taktycznej broni jądrowej skutecznie powstrzyma sojuszników od przyjścia nam z odsieczą. Na wojnie często gra się va banque – ale tylko wtedy, gdy cel jest tego warty. Postdemokratyczna Polska takim celem nie będzie…

—–

Czy w razie wojny zobaczylibyśmy amerykańskie myśliwce nad Polską? Nz. formacja F-22 nad Warszawą, prowadzona przez naszego F-16, podczas defilady z okazji święta Wojska Polskiego, sierpień 2018/fot. Bartek Bera

Postaw mi kawę na buycoffee.to

(Dez)informacja

A więc wszystko już jasne. Moja najnowsza książka ukaże się na rynku 4 kwietnia. Już dziś zachęcam do lektury, a na pobudzenie apetytu podrzucam krótki fragment:

„Sawicki wstał od biurka i podszedł do wielkiej mapy Europy, wiszącej na jednej ze ścian. Z zazdrością popatrzył na kraje nadbałtyckie. Już poprzedni „Zapad” uruchomił w NATO alarmowe dzwonki. Rosjanie przeprowadzili ćwiczenia z wielkim rozmachem, co w Europie Środkowo-­Wschodniej wywołało lęki zbliżone do obecnych – choć w mniejszym natężeniu. Przewidując podobny bieg wydarzeń za dwa lata, Sojusz – pod naciskiem Waszyngtonu – zaplanował własne manewry „z przytupem”. W ramach „Allied Shield” na Litwie, Łotwie i w Estonii wylądowały trzy ciężkie brygady armii amerykańskiej oraz sześć batalionów zmechanizowanych z innych krajów NATO. To nie była nawet połowa sił niezbędnych do skutecznej obrony „Pribałtyki”, lecz ich potencjał wymagał w razie wojny zaangażowania nawet pięćdziesięciu tysięcy żołnierzy Federacji. Dużo za dużo, jeśli Moskwa chciała jednocześnie atakować Polskę. Rosyjscy sztabowcy mieli tego świadomość – kto potrafił czytać przejęte mapy, widział, że „Zapad” zakładał wycofanie się sojuszników Bałtów bez jednego wystrzału. Jednak ci wciąż tam byli, Trump zaś – który lokatora Kremla traktował niczym szefa wrogiego gangu – w typowy dla siebie sposób oświadczył światu, że Amerykanie ani myślą o oddaniu Wilna czy Rygi bez walki. Wal się, panie Putin! Jeśli nie chcesz w zęby, trzymaj się z dala od naszych bałtyckich przyjaciół… – tweetował prezydent USA.

Ile ta deklaracja była warta, najlepiej wiedział sam Trump. O Polsce w każdym razie już tak nie mówił i nie pisał. Sawicki zaś nie dysponował tyloma asami w rękawie, co jego koledzy z północno­-wschodnich krajów Sojuszu – w Rzeczpospolitej stacjonowała zaledwie jedna brygadowa grupa bojowa US Army. Jej wartość – w zestawieniu z możliwościami wojsk inwazyjnych – była nieduża. Szef sztabu generalnego nawet bez uzyskanych map miał świadomość, że Rosjanie bardzo się przyłożą, by w ciągu dwóch­-trzech dni rozbić główne polskie siły. To dlatego scenariusz „Zapadu” przewidywał użycie w pierwszym rzucie aż dwunastu dywizji. Sawicki tymczasem mógł wystawić do walki cztery związki taktyczne tej wielkości. Razem z Amerykanami i pozostałymi jednostkami WP – miał ekwiwalent pięciu. A potrzebował co najmniej ośmiu”.

Ps. Kto czytał poprzedni wpis, może się poczuć lekko skołowany. Tak, zmieniłem ostateczny tytuł. „(Dez)informacja” trafniej definiuje istotę książki.

(dez)informacja_okladka_duza

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Orlik

Dziś nietypowo – udostępniam łamy komu innemu. Autorem poniższego materiału – a przede wszystkim świetnej galerii – jest Bartek Bera, najlepszy fotograf lotniczy w Polsce.

—–

Polskie F-16 po raz pierwszy dołączą do misji Baltic Air Policing, prowadzonej od 2004 roku przez państwa NATO i mającej na celu zapewnienie bezpieczeństwa przestrzeni powietrznej Litwy, Łotwy i Estonii.

Kraje bałtyckie korzystają ze wsparcia sojuszników, ponieważ same nie posiadają lotnictwa myśliwskiego. W związku z tym nie mogą wystawić standardowego w Sojuszu dyżuru QRA (ang. Quick Reaction Alert), pozwalającego przechwycić statki powietrzne naruszające przestrzeń powietrzną lub poruszające się w przestrzeni międzynarodowej wbrew zasadom jej użytkowania (chodzi przede wszystkim o maszyny poruszające się nad Morzem Bałtyckim z wyłączonym transponderem, koniecznym do identyfikacji, lub bez złożonego planu lotu).

To już siódmy Orlik

Początkowo natowskie samoloty zabezpieczały misję z lotniska Szawle, znajdującej się w połowie drogi między Wilnem i Kłajpedą. Litwini, pełniący rolę tzw.: host nation, zabezpieczali pobyt kontyngentu sojusznika, stopniowo rozbudowując infrastrukturę swojej głównej bazy (hangary, nawierzchnie dróg kołowania i pasa startowego, płyty postojowe, budynki socjalne, wieże i budynek wojskowego portu lotniczego). Z czasem, wraz ze wzrostem aktywności lotnictwa Federacji Rosyjskiej, misja została rozszerzona o drugą lokację – bazę Amari w pobliżu Tallina. Jednocześnie zwiększono liczbę kontyngentów z jednego do czterech (model ten funkcjonował w latach 2014-2015 – Szawle gościły dwa zespoły po cztery samoloty, Amari jeden, a czwarty operował z 22. Bazy Lotnictwa Taktycznego w Malborku). Obecne podejście zakłada współpracę narodu wiodącego (leading nation – Szawle) z narodem wspierającym – (augmenting nation – Amari).

Polski Kontyngent Wojskowy Orlik 7, liczący około 100 osób personelu i 4 samoloty F-16C, wydzielony z 31. Bazy Lotnictwa Taktycznego w Poznaniu-Krzesinach, przejmie obowiązki 2 maja (wtedy nastąpi symboliczne przekazanie klucza do Państw Bałtyckich), od zespołu holenderskiego (zapewne jedna z ostatnich misji królewskich F-16, ustępujących miejsca F-35), który z kolei w styczniu zastąpił Francuzów i ich Mirage 2000. Partnerami Polaków będą Hiszpanie, którzy w Estonii wymienią Niemców wracających do kraju po 8 miesięcznej zmianie (załogi i personel rotowały się po czterech miesiącach). W hangarach Amari myśliwce Eurofighter wymienione zostaną przez F-18 Hornet.

Mity na temat rosyjskiej aktywności

Koordynowaniem dyżurów bojowych oraz zarządzaniem wylotami alarmowymi (Alpha Scramble) i treningowymi (Tango Scramble) zajmuje się centrum operacyjne CAOC (Combined Air Operation Centre) w niemieckim Uedem. To właśnie stamtąd napływa sygnał podrywający parę dyżurną, która następnie jest kierowana w stronę niezidentyfikowanej maszyny, znajdującej się w pobliżu terytorium NATO. Zwykle interwencje takie dotyczą rosyjskich maszyn lecących do lub z Obwodu Kaliningradzkiego. Bardzo często, mimo obowiązku składania planów lotu i poruszania się z włączonym transponderem, Rosjanie zasady te ignorują – co skutkuje koniecznością wizualnej identyfikacji przez uzbrojoną parę dyżurną. Para QRA zwykle towarzyszy maszynom rosyjskim do czasu opuszczenia rejonu odpowiedzialności, po czym wraca do jednej z baz BAP. Trzeba podkreślić, że obie strony nie demonstrują agresywnych zachowań – są to raczej swoistego rodzaju szachy w powietrzu, którym jednak daleko do otwartej konfrontacji. Wbrew prezentowanym często nieprawdziwym informacjom, Rosjanie praktycznie nigdy nie naruszają przestrzeni powietrznej Państw Bałtyckich (pojedyncze incydenty trwają kilka sekund i dotyczą głównie wysp estońskich).

Nieco gorętsze lato

Teoretycznie oczywiście może wystąpić konieczność zestrzelenia „intruza”, dlatego maszyny przenoszą rakiety powietrze-powietrze w różnych konfiguracjach – oczywiście po części jest to demonstracja siły i „pokazanie flagi” typu: „NATO jest obecne i gotowe”.

Ponieważ Polska po raz pierwszy wysyła swoje najnowocześniejsze samoloty na bałtycką misję (sześć poprzednich Orlików zabezpieczały MiGi-29), a jest to wersja F-16 nigdy wcześniej tam niewidziana – prawdopodobnie można się spodziewać wzrostu aktywności statków powietrznych z czerwoną gwiazdą. „Twarde” prowokacje, znane z pogranicza grecko-tureckiego, nie wchodzą w rachubę; będzie to raczej testowanie „nowości na bałtyckim rynku”.

Dla pilotów F-16 obowiązki związane z dyżurami będą takie same, jak w kraju, gdzie całodobowo jedna z czterech Baz Lotnictwa Taktycznego utrzymuje dwa samoloty w gotowości do startu na sygnał od centrum dowodzenia w Uedem. Nie zmienia to faktu, że lato może być dla nich nieco gorętsze niż zazwyczaj.

Misja Orlika 7 skończy się na początku września, gdy Polaków zluzują Amerykanie.

—–

Polskie F-16 przejmą obowiązki już 2 maja/fot. Bartek Bera

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Ostrzeżenie

Kilka dni temu przeczytałem książkę Richarda Shirreff’a pt.: „2017. Wojna z Rosją”. To głośny ostatnio tytuł, pozwolę więc sobie poświęcić mu osobny wpis.

„2017…” to powieść dziejąca się na przestrzeni kilku miesięcy przyszłego roku. Opowiada o hipotetycznym konflikcie z naszym wschodnim sąsiadem, sprowokowanym atakiem Rosji na państwa nadbałtyckie. Więcej szczegółów zdradzał nie będę, warto jednak zauważyć, że w wymiarze literackim jest to pozycja taka sobie – drażnią papierowi bohaterowie, wkurzają głupie błędy. To dziwne, że autor posiadający tak głęboką specjalistyczną wiedzę, nie wie, ilu czołgami dysponuje polska brygada pancerna. Albo na jednej stronie, jednego z bohaterów raz tytułuje kapitanem, raz majorem.

Mniejsza jednak o to.

Wartość książki wynika z faktu, że napisał ją wysokiej rangi wojskowy. Sir Richard Shirreff służbę w armii rozpoczął w 1976 roku i pełnił ją do marca 2014 roku. Odszedł z wojska w stopniu generała. W trakcie swojej kariery wziął udział w pierwszej i w drugiej wojnie w Iraku, ale co najważniejsze – w latach 2011-2014 pełnił funkcję zastępcy naczelnego dowódcy sił NATO w Europie. Zna więc Sojusz od kuchni, świadom jego siły i słabości jak mało kto.

I o tym jest jego książka.

Dla nas, Polaków, to pozycja szczególnie pouczająca. Autor wiele miejsca poświęca procesowi decyzyjnemu, który w swojej obecnej formie jest skrajnie nieefektywny. Chodzi przede wszystkim o wymóg jednomyślności 28 członków Sojuszu, bez której nie ma mowy o konkretnych działaniach z użyciem wojsk. Te zaś – zarówno w postaci sił szybkiego reagowania, jak i tak zwanej szpicy – są bytem w znacznej mierze propagandowym. Pustym sloganem, jeśli mamy nadzieję na ich operacyjną gotowość w deklarowanych przez polityków terminach.

Bo ci ostatni skutecznie NATO rozbrajają. Shirreff opisuje to na najbliższym sobie przykładzie – armii brytyjskiej, która po kilku latach „restrukturyzacji”, jest dziś cieniem dawnej potęgi. Zdolnym wysłać na nieodległy przecież, środkowoeuropejski front, jedną (!) brygadę. I to w bólach, po wcześniejszym skanibalizowaniu innych związków taktycznych (skądś to znamy, prawda?). Co gorsza, autor „2017…” nie pozostawia złudzeń, że w jego książce wcale nie mamy do czynienia z literacką fikcją odnośnie możliwości Sojuszu. Potencjał NATO jest dużo większy od rosyjskiego, a Rosja nie jest w stanie prowadzić wojny na więcej niż jednym froncie jednocześnie. Ale duża ilość sił skoncentrowanych przy granicy z NATO, ich wysoki stopień gotowości bojowej, przede wszystkim zaś niespotykany na Zachodzie poziom determinacji przywódców oznacza – ni mniej, ni więcej – że ochrona wschodniej flanki ma deklaratywny charakter.

Tak w książce, jak i w rzeczywistości.

Cztery bataliony i brygada pancerna tego nie zmienią. Rosja może z dnia na dzień zająć Litwę, Łotwę i Estonię, po czym zapowiedzieć, że próba odbicia tych terytoriów spotka się z atomową ripostą.

Jak rozwiązać taki dylemat?

Najlepiej w ogóle przed nim nie stawać. Zachód schował się za swoją nuklearną tarczą, przekonany, że to wystarczy. Zapomniał przy tym o konwencjonalnym mieczu, który w nie mniejszym stopniu gwarantuje mu bezpieczeństwo. Rosja, przekonuje Shirreff, będzie testować NATO. Używając przywołanej analogi – będzie sprawdzać, na ile może odepchnąć pozbawionego miecza, skrytego za tarczą wojownika. A gdy ten będzie się cofać, oddając kolejne terytoria, ostatecznie przegra. Rozpadnie się, bez walki, bo przecież tarcza to ostateczny argument, którego użycie oznacza zagładę całej ludzkości.

Zachód musi odzyskać swój miecz, a wraz z nim wolę, by go użyć – taki wniosek płynie z lektury „2017…”. Odstąpić od niemądrych restrukturyzacji sił konwencjonalnych i dać sobie spokój z naiwną wiarą w przewidywalność rosyjskich przywódców. Dyslokować na wschód coś więcej niż niewielkie oddziały i przede wszystkim pokonać polityczną bezwolę. To ostatnie może oznaczać nieprzyjemne korekty w obrębie Sojuszu. Shirreff doskonale ilustruje to, jak w najważniejszych natowskich strukturach „starsi” sojusznicy patrzą na „nowych”, tych z Europy Środkowo-Wschodniej. Polsce się tu nie obrywa, ale już Węgry jawią wręcz jako rosyjski koń trojański w łonie NATO. To powinna być dla naszej dyplomacji ważna wskazówka.

—–

Amerykański Apache – jedna z maszyn, która brała udział w manewrach Anakonda-16/fot. Bartek Bera

Postaw mi kawę na buycoffee.to