Bateria

Dostaję od Was sporo pytań dotyczących Patriotów dla Ukrainy. Śpieszę więc z odpowiedziami.

W ramach najnowszego pakietu pomocy wojskowej, Ukraińcy otrzymają jedną baterię tego systemu. W „wypasionej” konfiguracji to osiem wyrzutni z 16 prowadnicami każda, co oznacza pełną salwę w postaci 128 antyrakiet. Z jednej strony słychać narzekania, że to mało, z drugiej dobiegają głosy, wedle których pojawienie się Patriotów zasadniczo zmieni zasady gry na ukraińskim niebie.

No więc tak – jedna bateria to rzeczywiście mało. Polska kupiła dwie, zamierza dokupić sześć kolejnych, a i tak te osiem będzie stanowiło absolutne minimum. Ukraina „na wczoraj” potrzebuje kilkunastu baterii – Patriotów bądź porównywalnego systemu. I nie chodzi tylko o rozbudowę możliwości OPL, ale w pierwszej kolejności o zastępowanie poradzieckiego sprzętu – gorszej jakości i zużywającego się na skutek intensywnej eksploatacji. Ale już „zadekretowana” bateria wcale nie będzie jedyna. Odpowiednia kondycja ukraińskiej obrony przeciwlotniczej została zdefiniowana jako priorytetowe wyzwanie dla państw wspierających Kijów, mam więc niemal absolutną pewność, że po nowym roku usłyszymy o kolejnych bateriach, w następnych pakietach.

Biorąc pod uwagę wysokość ostatniego – 1,8 mld dol. – oraz fakt, że zawiera on mnóstwo innych pozycji, bez wątpienia chodzi o Patrioty-używki (ze stanu/zapasów US Army). Nowa bateria kosztuje 2,5 mld, na jej wyprodukowanie i dostawę czeka się kilka lat. Ukraińcy tyle czas nie mają – ich Patrioty za 6 do 8 tygodni mają być na miejscu. Tym samym mamy jasność, że:

– Kijów nie otrzyma systemu najnowszej wersji (ale to, co dostanie, i tak „na rosjan” wystarczy);

– szkolenia ukraińskich załóg zaczęły się na długo przed oficjalnym ogłoszeniem transferu Patriotów (tych kilka tygodni to za mało, by przygotować obsługę na odpowiednio wysokim poziomie).

Nie wiadomo, gdzie zostanie rozlokowana pierwsza bateria – z dużym prawdopodobieństwem posłuży do obrony stolicy. Większych możliwości pojedynczej baterii przypisywać nie można. Patrioty – nawet w dużej liczbie – nie zapewnią Ukraińcom szczelnego nieba, a i nikt takich ambicji nie ma (ich realizacja wymagałby setek wyrzutni, co jest niewykonalne technicznie i finansowo). Amerykańskie antyrakiety (i systemy z innych krajów) mają pozwolić Ukrainie na obronę kluczowych miast i obiektów o znaczeniu strategicznym. Na mniej ważne cele rosyjskie rakiety nadal będą spadać.

Patrioty bez wątpienia staną się priorytetowym celem dla rosjan. Nie dlatego, że są wyjątkowo skuteczne, ale z uwagi na ich „format” propagandowy. Ta broń to jedna z „wizytówek” zachodniej technologii wojskowej – rosjanie poświęcą wiele zasobów, by wykazać, że są w stanie wyeliminować ów system z akcji. Co w prostackim przekazie pozwoli im mówić o wyższości własnej „techniki”. Niestety, z Patriotami będzie im łatwiej niż z Himarsami, te ostatnie bowiem są bardziej mobilne, a w ruchu, przy odrobinie maskowania, wyglądają jak zwykłe ciężarówki. Ta wyjątkowa mobilność wynika nie tylko z cech technicznych, ale i z filozofii użycia Himarsów – wykonują one „zlecenia” na konkretnym odcinku frontu, po czym przemieszczają się gdzie indziej. Patrioty też poruszają się na kołach, ale to system mniej nomadyczny – przypisany do obrony obiekt ogranicza pole manewru konkretnej baterii. Krótko mówiąc, by bronić miasta, należy być w jego pobliżu (owo pobliże jest rzecz jasna mierzone w kilometrach). Nie będzie więc łatwo mylić ruskich, ale z drugiej strony Ukraińcy mają duże doświadczenie w maskowaniu stanowisk OPL.

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Wyrzutnia Patriot/fot. Raytheon

Cele

Nad ranem w Kijowie znów zawyły syreny alarmowe. Tym razem rosjanie nie zaatakowali Ukrainy rakietami, nie był to też mieszany nalot przy użyciu pocisków balistycznych i dronów. W ruch poszły jedynie te ostatnie – irańskie szahidy, które nadleciały nad miasto dwiema falami. W stolicy niewielkiemu uszkodzeniu uległ budynek administracji i cztery domy mieszkalne, pod miastem – kolejny. Wszystkie zniszczenia wywołały szczątki spadających dronów-kamikadze – stołeczna obrona przeciwlotnicza zestrzeliła ich w sumie 13.

Co istotne, nie ma zgłoszeń o stratach osobowych.

Jeszcze jakiś czas temu spekulowano, że zapas amunicji krążącej, posłanej rosjanom przez Iran, uległ wyczerpaniu. Szahidy na wiele dni znikły znad Ukrainy, ich nieobecność tłumaczono także konstrukcją, źle znoszącą zimowe warunki – co ostatecznie okazało się nieprawdą. Drony-kamikadze irańskiej produkcji mogą operować przy niskich temperaturach, o czym dziś przekonali się kijowianie. Tym niemniej faktycznie – wcześniejsze partie tej broni musiały rosjanom „wyjść”. Bez zbędnych szczegółów – zestrzelone rano szahidy zostały wyprodukowane na przestrzeni ostatnich tygodni. To zaś oznacza, że Teheran kontynuował dostawy mimo świadomości, że drony nie rażą celów wojskowych – że rosjanie używają ich do ataków na obiekty cywilne. Mamy tu zatem do czynienia ze świadomym udziałem w praktykach terrorystycznych.

Których rosja nie zamierza zaprzestać – o czym mówił ostatnio sam putin (dodając do wypowiedzi absurdalny argument, że to Ukraina zaczęła, atakują most krymski). Zachód reaguje, śląc i obiecując kolejne dostawy nowoczesnych systemów obrony przeciwlotniczej. Wczoraj gruchnęła wiadomość, że Amerykanie zamierzając dostarczyć armii ukraińskiej patrioty. Dziś, że Francuzi i Włosi przekażą Ukraińcom własne porównywalne systemy o nazwie SAMP/T. Oficjalnych deklaracji należy spodziewać się lada moment, zaraz potem ruszą szkolenia ukraińskich załóg – jeśli idzie o patrioty, nastąpi to w Grafenwoehr w Bawarii, gdzie znajduje się baza sił lądowych USA.

Szef Pentagonu Lloyd Austin i sekretarz stanu Antony Blinken, wielokrotnie w ostatnim czasie podkreślali, że obrona przeciwlotnicza jest priorytetem, jeśli chodzi o potrzeby wojskowe Ukrainy. Takie same opinie wyrażali przywódcy europejscy. Przekazanie wspomnianych systemów nie powinno więc być zaskoczeniem, ale zwróćmy uwagę, że w tej kategorii uzbrojenia to najlepsze, co Zachód może dać Ukrainie. Najnowsza i najbardziej sekretna wojskowa technologia zaczęła docierać na wschód już jakiś czas temu – punktem przełomowym były późnowiosenne dostawy himmarsów. Niemniej był to strumień wąski, ostrożnie dozowany, wciąż bowiem pokutowała – i w jakiejś mierze nadal pokutuje – obawa przed reakcją rosjan z jednej strony, utratą tajemnic (na przykład, gdy sprzęt wpadnie w ręce wroga) z drugiej. Z tej perspektywy patrząc, wysyłka patriotów to przekroczenie kolejnej „czerwonej linii”. Mówiąc wprost, NATO boi się dziś mniej i daje temu wyraz.

Lecz to zapewne również zwyczajna konieczność. Przez długi czas wsparcie dla ukraińskiej OPL sprowadzało się do „załatwiania” gdzie się dało części i całych systemów, w tym amunicji, pochodzenia sowieckiego. Problem w tym, że „rynek” się wydrenował, a ukraińskie zapasy – po dziesięciu miesiącach intensywnej wojny – są już na wyczerpaniu. „Bezbronne niebo” to porażająca wizja i pewny krok w kierunku ukraińskiej porażki, którego NATO nie chce ryzykować, nawet za cenę tak kosztownych dostaw (dość wspomnieć, że pojedyncza bateria Patriot kosztuje 2,5 mld dol; Ukraińcy raczej najnowszych wersji nie dostaną, ale i tak powierzony im zostanie sprzęt o wielkiej wartości).

Kreml już czuje pismo nosem i ustami dmitrija pieskowa grozi, że „patrioty w Ukrainie staną się celem rosji”. Uśmiecham się, gdyż dobrze pamiętam równie buńczuczne zapowiedzi dotyczące himmarsów. I wcale bym się nie zdziwił, gdyby ktoś mi powiedział, że w rosji zaczęto właśnie budować makiety patriotów, które podobnie jak makiety himmarsów „zagrają” w propagandowych filmikach rus-armii, ilustrujących widowiskowe rozwalanie zachodnich super-broni.

Budowniczy mają jeszcze trochę czasu, bo wdrożenie zachodnich systemów nie nastąpi z dnia na dzień. Dotychczasowa praktyka pokazuje, że o kolejnych dostawach nowoczesnego sprzętu dla Ukrainy dowiadujemy się post factum, a jedną z tajemnic ukraińskiego „szybkiego uczenia się” (nowych broni) jest fakt, że szkolenia odbywają się wcześniej, w tajemnicy, czasem w rygorze „decyzji jeszcze nie ma, ale na wszelki wypadek zapoznajcie się z tym systemem” (wiem, jak to brzmi, wybaczcie, lecz nie czuję się uprawniony do dzielenia się szczegółami). No i pozostaje kwestia spięcia różnorodnych elementów OPL w jeden działający system – „pożenienia” różnych technologii (zachodniej, też przecież zróżnicowanej, posowieckiej i ukraińskiej). Myślę, że w najlepszym razie zajmie to wiele tygodni. Że o pierwszym bojowym użyciu patriotów usłyszmy nie szybciej niż na wiosnę.

Chciałoby się szybciej, to oczywiste. Z drugiej strony patrząc, Ukraina musi budować swoje zdolności obronne nie tylko na dziś czy jutro, ale i na pojutrze. Jestem przekonany, że armia ukraińska pokona rosjan i wyrzuci ich z kraju, lecz zarazem wątpię, by przyniosło to koniec wojny. Taki „automatyczny”; rosja bowiem nie odpuści i pobita na lądzie – przynajmniej przez jakiś czas – będzie jeszcze kontynuować kampanię terrorystycznych ataków powietrznych z użyciem rakiet i dronów. Z zamysłem nie tyle zemsty, co dalszej dewastacji Ukrainy, z nadzieją, że jej mieszkańcy w końcu „pękną”.

To na ten scenariusz Kijów potrzebuje solidnego parasola.

Koniecznym byłoby też pozbawienie rosjan dostaw nowych rakiet i dronów (zapasy w końcu i tak wystrzelają). Czyli presja na sojuszników typu Iran czy Korea Północna oraz fizyczne zniszczenie rosyjskich zakładów. Nie produkują one pocisków balistycznych i rakiet „na kopy” – przeciwnie. Ale nawet te 40 sztuk miesięcznie, to o 40 za dużo. Nad tym jednak pochylę się przy okazji innego wpisu.

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Uszkodzony rosyjski pocisk manewrujący/fot. Sztab Generalny Sił Zbrojnych Ukrainy

Aktywa

Miałem kiedyś kolegę, zapalonego motocyklistę. Po najechaniu na tył auta wyleciał w powietrze, a gdy upadł, głową uderzył o krawężnik. Przeżył, ale jest dziś głęboko upośledzonym kaleką. A mógłby wyjść z wypadku bez większego szwanku, gdyby w czasie lotu nie spadł mu niezapięty kask; odpowiednio zabezpieczona głowa doznałaby wówczas mniejszych obrażeń. BHP przy prowadzeniu jednośladów jest niezwykle ważne – motocykl nie ma stref zgniotu, kurtyn, poduszek. Zabezpieczyć się całkiem nie sposób – ryzyko zawsze pozostanie duże – ale można starać się ochronić najbardziej narażone na urazy części ciała. Kaskiem i kombinezonem, rozsądną jazdą na sprawnym motocyklu.

Nie potrafię wskazać, jakim motocyklem jest Polska, ale wiem, że droga, którą się porusza, jest piekielnie niebezpieczna. Dziś położenie geograficzne czyni nas państwem przyfrontowym – trzymając się motocyklowej analogii, ruch koło nas jak na autostradzie. A zjazdu nie ma.

No więc nie wiem, co to za maszyna, ale widzę, że kask i kombinezon naszego motocyklisty są „takie se”. Trochę oldskulowe i szpanerskie, 40 lat temu nawet nowoczesne, dziś jednak pozbawione podstawowych właściwości. Nie na te prędkości, nie na tę gęstość ruchu, poobijane, przetarte.

Snuję porównanie nie bez powodu. Od wtorku obserwuję wysyp wypowiedzi na temat jakości naszej obrony przeciwlotniczej. O ile nie oburzają mnie wątpliwości laików, o tyle do szału doprowadzają wynurzenia pseudoekspertów. Dziennikarzy i drugoliniowych polityków lamentujących nad stanem OPL. Pierwszych mam za niemądrych – za chwilę wyjaśnię, dlaczego. Najpierw jednak odpowiem, z jakiego powodu drugich uważam za hipokrytów. Otóż kiepska kondycja naszej obrony przeciwlotniczej nie wzięła się znikąd. Ostatnie zaniedbania w tym zakresie – autorstwa Antoniego Macierewicza – istotnie, obciążają obecny rząd. Lecz o tym, że sprawnej OPL potrzebujemy „na wczoraj”, wiadomo od ponad 20 lat. Zaniedbania, machanie ręką na problem nieszczelnego parasola, to zasługa całej klasy politycznej, od lewa do prawa. Kilku kolejnych rządów, działających w myśl zasady, że „jakoś to będzie…”.

Nie będzie. Bez parasola zmokniemy. Chowanie się pod czaszą sojuszników to półśrodek, bo ani ona dość szeroka, ani wiecznie rozpostarta. Musimy mieć własny parasol – koniec-kropka.

Tyle że nawet wtedy i tak oberwiemy deszczem, bo gdzieś pozostaniemy odsłonięci. I tu wracam do motocyklisty (wybaczcie to skakanie po analogiach, ale tak mi prościej). OPL jest jak wspomniane atrybuty kierowcy jednośladu – kask i kombinezon. Tak jak motocyklista nie jest w stanie zabezpieczyć całego ciała przed skutkami upadku, tak kraj nie zapewni sobie skutecznej obrony przeciwlotniczej dla 100 procent własnego terytorium. Motocyklista chroni głowę, państwo kluczowe części „ciała” – stolicę (gdzie mieści się „mózg”), duże skupiska ludności, elementy krytycznej infrastruktury (ważne fabryki, rafinerie, porty itp.) czy zgrupowania wojsk. I fajnie by było, gdyby motocykle miały na przykład katapulty (albo inny system ratunkowy), kraje zaś funkcjonowały w realiach „jeden powiat-jedna bateria antyrakiet”. Czysto teoretycznie to możliwe, praktycznie nieosiągalne. Bateria Patriotów na powiat to gwarancja niemal szczelnego nieba – tyle że powiatów mamy w Polsce 308, a pojedyncza bateria kosztuje niemal 2,5 mld dol. Kto za to zapłaci? Kto wyprodukuje? Jak pogodzić rozłażące się w przeciwnych kierunkach porządki – z jednej strony wymóg szybkości dostaw, z drugiej, rozłożoną w czasie odpłatność za sprzęt? To wyzwania nierozwiązywalne nie tylko dla nas, ale i zasobniejszych krajów. USA też nie ochronią całości swojego terytorium, tak jak miliarder-motocyklista nie kupi super-hiper maszyny z gwarancją „niezabijalności”. Pozostaje inwestować w jak najlepsze kaski, kombinezony, naramienniki, nakolanniki i co tam jeszcze może się przydać przy szorowaniu po asfalcie. Pozostaje inwestować w dobrą punktową OPL.

O czym pojęcia nie mają dziennikarze-specjaliści, załamujący dłonie nad tym, co wydarzyło się w Przewodowie.

Śmierć dwóch osób to oczywiście tragedia. Nie będę się powtarzał i pisał o okolicznościach, w jakich do niej doszło. Na użytek tego wpisu trzeba tylko przypomnieć, że pocisk upadł tuż za linią graniczną (mniej niż 10 km), w gminie, w której gęstość zaludnienia jest jedną z najniższych w Polsce. Gdzie poza liniami energetycznymi (jakich wszędzie w Polsce pełno) nie ma żadnych elementów krytycznej infrastruktury. Po co to wyliczam? Bo jestem przekonany, że nawet gdybyśmy dysponowali najbardziej „wypasioną” OPL, ta rakieta i tak spadłaby, gdzie spadła. Właśnie dlatego, że w gminie Przewodów nie ma czego bronić.

„Eksperci” powołują się na wzorcowy przykład izraelskiej Żelaznej Kopuły, która potrafi „zdjąć” 90 procent atakujących cały kraj rakiet. Tylko że zapominają (?) o istotnych szczegółach.

Po pierwsze, Izrael jest piętnaście razy mniejszy od Polski; to obszar jednego naszego województwa, gdzie stosunkowo łatwo nasycić teren obroną przeciwlotniczą.

Po drugie, wysoka skuteczność bierze się nie tylko z efektywności kinetycznych elementów systemu, ale i z wydajności/szybkości komputerów balistycznych. Wyliczają one trajektorie nadlatujących pocisków i te, których kurs uznany zostaje za niezagrażający, są przez Kopułę ignorowane. Dotyczy to nawet 80 procent wystrzeliwanych na Izrael rakiet, które spadają na terenach niezamieszkałych bądź takich, gdzie mówiąc kolokwialnie, ni-ma nic (nie ma nic ważnego). Do pozostałych 20 procent wysyła się antyrakiety, które „zdejmują” 9 na 10 celów. Izraelskie straty w ludziach biorą się właśnie z tego, że coś się zawsze przebije, no i z tego, że niekiedy te zignorowane rakiety jednak kogoś zabijają. Bo przypadkiem (jak panowie z Przewodowa) jacyś pechowcy znaleźli się w miejscu upadku pocisku.

Po trzecie, tajemnica sukcesu Kopuły zawiera się również w zagrożeniu, które system zwalcza. A stanowią je proste rakiety, pozbawione sterowania, lecące do celu torem balistycznym, łatwym do wyliczenia. Zaawansowane pociski i rakiety – manewrujące w górę, w dół, na boki, tak, że nie da się obliczyć, dokąd zmierzają, wyrzucające wabiki, które zwodzą antyrakiety – to już zupełnie inny poziom trudności. By uzyskać tak wysoki wskaźnik skuteczności (te 90 procent), należałoby strzelać do wszystkiego, co znajduje się w powietrzu, dla pewności po kilka razy.

I tak dochodzimy do kwestii wydolności OPL, której granice wyznacza z jednej strony prędkość załadunku wyrzutni, z drugiej, ekonomiczna kalkulacja, przekładająca się na zawartość magazynów i decydująca o tym, kiedy powiemy „dość!”. Antyrakiety kosztują dziesiątki tysięcy dolarów za sztukę. Warto te koszty ponosić, gdy bronimy swoich najcenniejszych aktywów. Do których z pewnością nie należą przygraniczne pola, gdzie ryzyko uśmiercenia człowieka jest tak prawdopodobne jak statystyczna możliwość porażenia piorunem.

—–

Szanowni, wracam po tygodniowym banie do bieżących relacji na FB. Gdybym znów tam zamilkł, pamiętajcie, że możecie mnie czytać na blogu, na Patronite, zajawki materiałów pojawią się też na moich kontach na Twitterze i Instagramie.

A jeśli chcecie mnie w pisaniu wesprzeć, będę szczerze zobowiązany. Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Nz. Start antyrakiety S-300/fot. Ministerstwo Obrony Ukrainy

Pech

Z mgły nad Przewodowem wyłania się obraz, który w języku dyplomacji można by określić mianem „niezręcznej sytuacji”. Bo wychodzi na to, że spadła u nas rakieta wystrzelona przez Ukraińców. Co nam to mówi w kontekście naszej obrony przeciwlotniczej, co oznacza dla relacji polsko-ukraińskich i polsko-rosyjskich, jakich kroków NATO należy się spodziewać?

O kondycji tej części naszej armii, która odpowiada za powietrzny parasol, pisałem całkiem niedawno – odsyłam do lektury tekstu pt.: „Parasol”. Rekapitulując – nasze niebo wciąż pozostaje dziurawe, choć jesteśmy na dobrej drodze, by to zmienić. Tym niemniej trzeba na to kilkunastu lat. Zatem fakt, że coś do nas przyleciało, nie powinien być wielkim zaskoczeniem. Ale…

Ale mówimy o rejonie nadgranicznym, gdzie znajdują się stałe urządzenia obserwacyjne (radary), na bieżąco monitorujące sytuację w powietrzu nad zachodnią częścią Ukrainy. Ów nadzór jest po 24 lutego liczniejszy, bo po pierwsze, dodatkowo latają wzdłuż granicy samoloty rozpoznawcze (nie 24/24 h, ale dość często), po drugie, jako że południowo-wschodnia Polska jest hubem logistycznym, przez który idzie pomoc dla Ukrainy, Amerykanie rozmieścili tam wyrzutnie antyrakiet Patriot, co daje kolejne stacje radarowe. Innymi słowy, wszystko, co lata po drugiej stronie granicy – nad Lwowem, Łuckiem, Iwano-Frankiwskiem i innymi ukraińskimi miastami – „świeci się” u nas od momentu startu czy wejścia w przestrzeń. Niezależnie czy jest to rosyjskie czy ukraińskie.

Jest więc dla mnie oczywistą oczywistością, że widzieliśmy też – na naszych, natowskich radarach – rakietę, która spadła w Przewodowie. Śledzono ją od początku do końca. Dlaczego zatem nie została zestrzelona?

Po pierwsze, nie mamy jasności, czy nie została zestrzelona. Świadkowie na miejscu – sugerując się dwoma wybuchami – mówią o dwóch rakietach; może ta druga to antyrakieta, która zdjęła ukraiński pocisk? Trafiony S-300 – jego szczątki – spadły następnie niefortunnie na obiekt, gdzie byli ludzie, wywołując pożar.

Nie przywiązuję się do tego scenariusza, gdyż bardziej prawdopodobny wydaje mi się inny – że ukraińskiej rakiecie pozwolono do nas wlecieć. Pojawiła się ona w przestrzeni powietrznej RP na dosłownie dwie sekundy, upadła 10 km od granicy, na terenie jednej z najsłabiej zaludnionych gmin w Polsce. Czasu na reakcje było zatem niewiele, właściwie to go nie było, bo jako NATO nie bierzemy czynnego udziału w wojnie i nie strącamy rakiet nad terytorium Ukrainy. Reguły tej nie łamiemy zwłaszcza gdy ryzyko ewentualnych szkód wywołanych przez intruza jest minimalne – a tak było w tym przypadku. Pech chciał, że pocisk spadł akurat na miejsce, gdzie przebywali ludzi – w morzu „bezludzia”. Gdyby z wyliczonej przez komputery balistyczne trajektorii wynikało, że rakieta uderzy w coś większego/grubszego, zapewne zostałaby zestrzelona. Inna sprawa, że w całej tej sytuacji – trwającej kilkadziesiąt sekund! (miejmy tego świadomość) – należało zakładać, że pocisk po nietrafieniu w cel – rosyjską rakietę – ulegnie samolikwidacji. I tu znów pojawiają się wątpliwości – bo może samolikwidator zadziałał, ale już nad Polską? Stąd pierwszy wybuch, poprzedzający wtórną eksplozję na ziemi (wywołaną spadającymi szczątkami; mam na myśli pożar paliwa, wybuch niezdetonowanej głowicy czy samozapłon oparów, do tragedii doszło bowiem w suszarni zbóż).

Niezależnie od tego, jaki przebieg na finale miały sprawy, z całą stanowczością należy podkreślić – winni są rosjanie. To ich kolejny barbarzyński atak rakietowy na ukraińskie miasta – w tym na przygraniczny Lwów – wywołał reakcję miejscowej obrony przeciwlotniczej. Reszta to splot niefortunnych okoliczności, które nie powinny skutkować zmianą nastawienia wobec Ukrainy i Ukraińców. Ukraiński pocisk nie opuściłby wyrzutni, gdyby nie było takiej potrzeby. Jakiekolwiek reakcje muszą zatem iść w kierunku dalszego sekowania rosji i rosjan. Tak długo, jak długo będą prowadzić swoją zbrodniczą wojnę (a w wymiarze politycznym i ekonomicznym – dopóki nie powetują wywołanych strat i zniszczeń).

W wymiarze wojskowym incydent rakietowy zmusza nas, NATO, do korekty postępowania. Do strzelania do rosyjskich rakiet jeszcze nad terytorium Ukrainy. Ukraińcy na pewno nie będą mieli nic przeciwko, a putlera skręci z bezsilności…

—–

Szanowni, przypominam, że z powodu banu na FB (zostało jeszcze 20 h) możecie mnie czytać na blogu, na Patronite, zajawki materiałów pojawią się też na moich kontach na Twitterze i Instagramie.

A jeśli chcecie mnie w pisaniu wesprzeć, będę szczerze zobowiązany. Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Nz. Miejsce upadku rakiety i wywołane przez nią zniszczenia/fot. PSP

Parasol

Kilkanaście dni temu na poligonie w Toruniu odbyła się prezentacja pierwszych bojowych elementów systemu antyrakietowego Patriot, który Polska zamówiła w Stanach Zjednoczonych w 2018 r. Obecni na miejscu Andrzej Duda i Mariusz Błaszczak przekonywali, że wdrożenie patriotów pozwoli stworzyć „unikalne w Europie warunki bezpieczeństwa”.

Gdzie nam do Niemców…

Ta ostrożna w gruncie rzeczy opinia nie stanęła na przeszkodzie rządowym mediom i części komentatorów. Jeden z nich, doradca prezydenta RP prof. Andrzej Zybertowicz, stwierdził w publicznym radio, że już w tej chwili „jesteśmy na innym, wyższym poziomie zabezpieczenia naszego kraju” niż europejskie państwa (jak Niemcy, Norwegia czy Wielka Brytania), planujące stworzenie „europejskiej tarczy przeciwlotniczej i przeciwrakietowej” (ang. European Sky Shield). Do tej pory patologiczne samochwalstwo dotyczące rzekomych – a po prawdzie w najlepszym razie przyszłych – możliwości obronnych Rzeczpospolitej, pozostawało domeną ministra Błaszczaka. To on zwykł mówić w trybie dokonanym („kupiłem”) o zamiarach modernizacyjnych, czyniąc to dla marketingowo-politycznego zysku. Przekonywanie o wyższych niż np. niemieckie zdolnościach przeciwlotniczych RP wywindowało ów absurd na kolejny poziom.

Przyjrzyjmy się bowiem patriotom, które mają zapewnić ochronę nieba na średnich odległościach (ok. 100 km). Niemcy – kraj o kilkanaście procent większy od Polski – dysponują 12 bateriami systemu Patriot. Najstarsze pochodzą z końca lat 80. XX w., ale wszystkie są na bieżąco modernizowane, by pozostać w służbie do połowy lat 30. Gdy przed kilkunastu laty ustalano założenia programu „Wisła” – dotyczącego rakiet o zasięgu patriotów – przyjęto, że Polska potrzebuje dziewięciu baterii (każda ma osiem wyrzutni), żeby zapewnić sobie odpowiednie pokrycie. W 2018 r. zakupiono dwie baterie patriotów, sześć kolejnych chcielibyśmy nabyć do 2028 r. W sprawie tej szóstki jesteśmy na etapie wstępnym – nadal czekamy na odpowiedź Amerykanów, czy i kiedy są gotowi nam je sprzedać. Z siódmej brakującej baterii zrezygnowano, zakładając, że lepsze parametry nowych radarów pozwolą na oszczędności (dotąd wydaliśmy na patrioty 4,75 mld dol.). Dwie, których elementy zademonstrowano na toruńskim poligonie, są dopiero integrowane z funkcjonującym systemem OPL. O ich gotowości będzie można mówić w przyszłym roku. Gdzie nam zatem do Niemców?

Z morza w powietrze

– Stan polskiej obrony przeciwlotniczej jest zły – nie pozostawia złudzeń dr Michał Piekarski z Wydziału Nauk Społecznych Uniwersytetu Wrocławskiego. – Patrioty są przykładem wzmocnienia, ale to dopiero początek drogi. Dziś o naszym potencjale – poza tym na najniższym piętrze – decydują zestawy Kub, Newa i Osa. Skuteczne ponad 40 lat temu, gdy rzeczywiście były szczytem techniki. Tymczasem potrzeby w zakresie ochrony wojska i infrastruktury krytycznej są ogromne…

Piekarski, specjalizujący się w tematyce militarno-morskiej, jako jedne z najważniejszych obiektów wskazuje porty, instalacje przesyłowo-wydobywcze oraz bałtyckie farmy wiatrowe. Jak zauważa, Bałtyk jest przy tym obszarem, z którego może wyjść atak lotniczy i rakietowy, co przywodzi go do wniosku, że za sensownością inwestycji w duże okręty bojowe stoi też konieczność zwiększenia możliwości OPL.

– Planowane do zbudowania w ciągu najbliższych kilkunastu lat fregaty „Miecznik” byłyby poważnym wzmocnieniem – przekonuje. – Jeden okręt to mobilna stacja radarowa i jednocześnie bateria rakiet o zasięgu powyżej 50 km, która dodatkowo może zająć pozycje daleko od wybrzeża i tam zwalczać samoloty, rakiety i drony. Ponadto mobilność okrętów daje nam wysunięte oczy i uszy – a więc wiadomość o zagrożeniu nadejdzie wcześniej. Zasięg radarów jest bowiem zależny od ich położenia.

Obecne możliwości przeciwlotnicze marynarki dobrze ilustruje niby-korweta „Ślązak”, którą przed zagrożeniem z powietrza chronią… naramienne wyrzutnie rakietowe. Słabość obnażają też obrazki z poligonu MW, gdzie nadal odbywają się ćwiczenia z użyciem armat przeciwlotniczych S-60 – może nie beznadziejnych, bo wyposażonych w nowy system kierowania ogniem, ale pochodzących z połowy ub.w.

Docelowo będzie dobrze

Zmagania w Ukrainie udowodniły wysoką skuteczność produkowanych w Mesko ręcznych wyrzutni przeciwlotniczych Grom/Piorun. Nie wiadomo, ile zestawów i rakiet posłano na wschód – mówi się, że połowę zapasów WP. Braki jednak mają być uzupełniono z naddatkiem poprzez zakup w najbliższych latach 3,5 tys. rakiet i 600 mechanizmów startowych. Pioruny użytkowane są w wojsku także w formie mobilnych platform, zintegrowanych z 23-milimetrowymi armatami – taki zestaw nosi nazwę Pilica, pierwsze pojawiły się w linii pod koniec 2020 r. Pioruny, w dowolnej konfiguracji, zapewniają ochronę wspomnianego przez dr Piekarskiego „najniższego pietra” – rażą cele lotnicze do zasięgu 5 km. Zdolności docelowych w tym zakresie jeszcze Polska nie uzyskała, ale dramatu nie ma.

Gorzej wygląda sytuacja z obroną krótkiego zasięgu (do 40 km) – tu wciąż bazujemy na sprzęcie poradzieckim. Warto jednak zauważyć, że jeszcze w kwietniu br. podpisano umowę z brytyjską firmą MBDA UK na dostawę baterii pocisków kierowanych CAMM i wyrzutni iLauncher (wartość kontraktu to 1,5 mld zł). Pierwsza z dwóch jednostek ogniowych trafi do nas jeszcze w tym roku, kolejna na początku następnego. Jednostka to trzy wyrzutnie zdolne do odpalenia 24 rakiet przechwytujących. Wszystkie można kontrolować jednocześnie, naprowadzając je na 24 oddzielne cele. Mówimy zatem o ogromnym skoku jakościowym, bowiem obecnie nasza OPL na krótkim dystansie używa systemów jednokanałowych, pozwalających kierować tylko jednym pociskiem na pojedynczy cel. Docelowo w ramach programu „Narew” Wojsko Polskie ma pozyskać 23 baterie krótkiego zasięgu. Plan jest ambitny, gdyż zakłada częściową polonizację – wyposażenie baterii w nasze radary i rakiety produkowane na licencji – a to wszystko do końca dekady.

I wreszcie mamy średni zasięg, do czasu wdrożenia patriotów nie obsługiwany przez rodzimą OPL (rodzimą, bowiem po 24 lutego na terenie RP rozmieszczono co najmniej dwie baterie systemu Patriot należące do armii USA). Tu, jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, docelowe zdolności osiągniemy na początku lat 30. O zbudowaniu całego wielowarstwowego systemu będzie można mówić jeszcze później – gdy wszystkie jego elementy zostaną zintegrowane, także z samolotami F-35, których dostawy zaczną się na przełomie 2025/26 r. i potrwają pięć lat.

Delegowanie kompetencji

A i wówczas – najszybciej w połowie lat 30., kiedy piloci trzydziestek piątek osiągną gotowość operacyjną – nasz parasol będzie miał dziurę. European Sky Shield – inicjatywa niemieckiego kanclerza, która spotkała się z chłodnym przyjęciem polskich władz – zakłada budowę zdolności także na wypadek ataku pociskami balistycznymi zdolnymi do przenoszenia głowic jądrowych. Dlaczego ignorujemy takie ryzyko? Odpowiedzią wcale nie musi być „niemieckosceptyczność” PiS-u czy zgoda na wspomnianą dziurę. Rakiety, o których mowa, należy strącać ponad atmosferą ziemską, a takie możliwości będzie miała amerykańska baza w Redzikowie. Być może zatem chodzi o pomysł oddelegowania części kompetencji na barki sojuszników.

Refleksje na temat (nie)słuszności takiego rozwiązania wiodą nas do rozważań nad naturą zagrożeń. Dotąd było jasne, że boimy się rosji, ale wojna w Ukrainie ujawniła potiomkinowski charakter rosyjskiej armii. Dziś wiemy, że weszła ona do walki z niewielką liczbą precyzyjnych środków rażenia. Że braki w pociskach manewrujących i rakietach są nie do usunięcia bez dostępu do zachodnich technologii (systemów celowniczych, awionicznych, optoelektroniki; tego, czego rosyjski przemysł nie potrafi wyprodukować). Że rosyjskie lotnictwo zostało sparaliżowane przez operatorów ręcznych wyrzutni przeciwlotniczych. I że obecnie zmuszone jest sięgać po bieda-drony irańskiej produkcji, by terroryzować nimi ukraińskie miasta. Z niską skutecznością, bo Szahidy-136 okazały się łatwe do strącania. Tyle że planowanie wojskowe musi uwzględniać także przyszłe zagrożenia. A w WP i MON panuje przekonanie, że rosja nam nie podaruje upokorzenia doznanego w Ukrainie także za naszą sprawą. Że niezależnie od wyniku wojny odbuduje swój potencjał i będzie czekać na okazję. Political fiction? A kto 10 lat temu przewidywał krwawy konflikt między dwoma bratnimi jak się wydawało narodami?

—–

Tekst opublikowałem w Tygodniku Przegląd, 44/2022

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to