Aktywa

Miałem kiedyś kolegę, zapalonego motocyklistę. Po najechaniu na tył auta wyleciał w powietrze, a gdy upadł, głową uderzył o krawężnik. Przeżył, ale jest dziś głęboko upośledzonym kaleką. A mógłby wyjść z wypadku bez większego szwanku, gdyby w czasie lotu nie spadł mu niezapięty kask; odpowiednio zabezpieczona głowa doznałaby wówczas mniejszych obrażeń. BHP przy prowadzeniu jednośladów jest niezwykle ważne – motocykl nie ma stref zgniotu, kurtyn, poduszek. Zabezpieczyć się całkiem nie sposób – ryzyko zawsze pozostanie duże – ale można starać się ochronić najbardziej narażone na urazy części ciała. Kaskiem i kombinezonem, rozsądną jazdą na sprawnym motocyklu.

Nie potrafię wskazać, jakim motocyklem jest Polska, ale wiem, że droga, którą się porusza, jest piekielnie niebezpieczna. Dziś położenie geograficzne czyni nas państwem przyfrontowym – trzymając się motocyklowej analogii, ruch koło nas jak na autostradzie. A zjazdu nie ma.

No więc nie wiem, co to za maszyna, ale widzę, że kask i kombinezon naszego motocyklisty są „takie se”. Trochę oldskulowe i szpanerskie, 40 lat temu nawet nowoczesne, dziś jednak pozbawione podstawowych właściwości. Nie na te prędkości, nie na tę gęstość ruchu, poobijane, przetarte.

Snuję porównanie nie bez powodu. Od wtorku obserwuję wysyp wypowiedzi na temat jakości naszej obrony przeciwlotniczej. O ile nie oburzają mnie wątpliwości laików, o tyle do szału doprowadzają wynurzenia pseudoekspertów. Dziennikarzy i drugoliniowych polityków lamentujących nad stanem OPL. Pierwszych mam za niemądrych – za chwilę wyjaśnię, dlaczego. Najpierw jednak odpowiem, z jakiego powodu drugich uważam za hipokrytów. Otóż kiepska kondycja naszej obrony przeciwlotniczej nie wzięła się znikąd. Ostatnie zaniedbania w tym zakresie – autorstwa Antoniego Macierewicza – istotnie, obciążają obecny rząd. Lecz o tym, że sprawnej OPL potrzebujemy „na wczoraj”, wiadomo od ponad 20 lat. Zaniedbania, machanie ręką na problem nieszczelnego parasola, to zasługa całej klasy politycznej, od lewa do prawa. Kilku kolejnych rządów, działających w myśl zasady, że „jakoś to będzie…”.

Nie będzie. Bez parasola zmokniemy. Chowanie się pod czaszą sojuszników to półśrodek, bo ani ona dość szeroka, ani wiecznie rozpostarta. Musimy mieć własny parasol – koniec-kropka.

Tyle że nawet wtedy i tak oberwiemy deszczem, bo gdzieś pozostaniemy odsłonięci. I tu wracam do motocyklisty (wybaczcie to skakanie po analogiach, ale tak mi prościej). OPL jest jak wspomniane atrybuty kierowcy jednośladu – kask i kombinezon. Tak jak motocyklista nie jest w stanie zabezpieczyć całego ciała przed skutkami upadku, tak kraj nie zapewni sobie skutecznej obrony przeciwlotniczej dla 100 procent własnego terytorium. Motocyklista chroni głowę, państwo kluczowe części „ciała” – stolicę (gdzie mieści się „mózg”), duże skupiska ludności, elementy krytycznej infrastruktury (ważne fabryki, rafinerie, porty itp.) czy zgrupowania wojsk. I fajnie by było, gdyby motocykle miały na przykład katapulty (albo inny system ratunkowy), kraje zaś funkcjonowały w realiach „jeden powiat-jedna bateria antyrakiet”. Czysto teoretycznie to możliwe, praktycznie nieosiągalne. Bateria Patriotów na powiat to gwarancja niemal szczelnego nieba – tyle że powiatów mamy w Polsce 308, a pojedyncza bateria kosztuje niemal 2,5 mld dol. Kto za to zapłaci? Kto wyprodukuje? Jak pogodzić rozłażące się w przeciwnych kierunkach porządki – z jednej strony wymóg szybkości dostaw, z drugiej, rozłożoną w czasie odpłatność za sprzęt? To wyzwania nierozwiązywalne nie tylko dla nas, ale i zasobniejszych krajów. USA też nie ochronią całości swojego terytorium, tak jak miliarder-motocyklista nie kupi super-hiper maszyny z gwarancją „niezabijalności”. Pozostaje inwestować w jak najlepsze kaski, kombinezony, naramienniki, nakolanniki i co tam jeszcze może się przydać przy szorowaniu po asfalcie. Pozostaje inwestować w dobrą punktową OPL.

O czym pojęcia nie mają dziennikarze-specjaliści, załamujący dłonie nad tym, co wydarzyło się w Przewodowie.

Śmierć dwóch osób to oczywiście tragedia. Nie będę się powtarzał i pisał o okolicznościach, w jakich do niej doszło. Na użytek tego wpisu trzeba tylko przypomnieć, że pocisk upadł tuż za linią graniczną (mniej niż 10 km), w gminie, w której gęstość zaludnienia jest jedną z najniższych w Polsce. Gdzie poza liniami energetycznymi (jakich wszędzie w Polsce pełno) nie ma żadnych elementów krytycznej infrastruktury. Po co to wyliczam? Bo jestem przekonany, że nawet gdybyśmy dysponowali najbardziej „wypasioną” OPL, ta rakieta i tak spadłaby, gdzie spadła. Właśnie dlatego, że w gminie Przewodów nie ma czego bronić.

„Eksperci” powołują się na wzorcowy przykład izraelskiej Żelaznej Kopuły, która potrafi „zdjąć” 90 procent atakujących cały kraj rakiet. Tylko że zapominają (?) o istotnych szczegółach.

Po pierwsze, Izrael jest piętnaście razy mniejszy od Polski; to obszar jednego naszego województwa, gdzie stosunkowo łatwo nasycić teren obroną przeciwlotniczą.

Po drugie, wysoka skuteczność bierze się nie tylko z efektywności kinetycznych elementów systemu, ale i z wydajności/szybkości komputerów balistycznych. Wyliczają one trajektorie nadlatujących pocisków i te, których kurs uznany zostaje za niezagrażający, są przez Kopułę ignorowane. Dotyczy to nawet 80 procent wystrzeliwanych na Izrael rakiet, które spadają na terenach niezamieszkałych bądź takich, gdzie mówiąc kolokwialnie, ni-ma nic (nie ma nic ważnego). Do pozostałych 20 procent wysyła się antyrakiety, które „zdejmują” 9 na 10 celów. Izraelskie straty w ludziach biorą się właśnie z tego, że coś się zawsze przebije, no i z tego, że niekiedy te zignorowane rakiety jednak kogoś zabijają. Bo przypadkiem (jak panowie z Przewodowa) jacyś pechowcy znaleźli się w miejscu upadku pocisku.

Po trzecie, tajemnica sukcesu Kopuły zawiera się również w zagrożeniu, które system zwalcza. A stanowią je proste rakiety, pozbawione sterowania, lecące do celu torem balistycznym, łatwym do wyliczenia. Zaawansowane pociski i rakiety – manewrujące w górę, w dół, na boki, tak, że nie da się obliczyć, dokąd zmierzają, wyrzucające wabiki, które zwodzą antyrakiety – to już zupełnie inny poziom trudności. By uzyskać tak wysoki wskaźnik skuteczności (te 90 procent), należałoby strzelać do wszystkiego, co znajduje się w powietrzu, dla pewności po kilka razy.

I tak dochodzimy do kwestii wydolności OPL, której granice wyznacza z jednej strony prędkość załadunku wyrzutni, z drugiej, ekonomiczna kalkulacja, przekładająca się na zawartość magazynów i decydująca o tym, kiedy powiemy „dość!”. Antyrakiety kosztują dziesiątki tysięcy dolarów za sztukę. Warto te koszty ponosić, gdy bronimy swoich najcenniejszych aktywów. Do których z pewnością nie należą przygraniczne pola, gdzie ryzyko uśmiercenia człowieka jest tak prawdopodobne jak statystyczna możliwość porażenia piorunem.

—–

Szanowni, wracam po tygodniowym banie do bieżących relacji na FB. Gdybym znów tam zamilkł, pamiętajcie, że możecie mnie czytać na blogu, na Patronite, zajawki materiałów pojawią się też na moich kontach na Twitterze i Instagramie.

A jeśli chcecie mnie w pisaniu wesprzeć, będę szczerze zobowiązany. Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Nz. Start antyrakiety S-300/fot. Ministerstwo Obrony Ukrainy

Kopuła

Najpierw trochę historii.

W maju 2021 roku świat śledził kolejną odsłonę izraelsko-palestyńskiego konfliktu w jego gorącej odmianie. Podczas 11 dni zginęło 254 Palestyńczyków, a blisko 1900 zostało rannych. Śmierć poniosło również 13 Izraelczyków, 355 raniono. Dysproporcja ogromna, ale wcale nie musiała taka być, wziąwszy pod uwagę fakt, że Hamas wystrzelił w tym czasie na Izrael ponad 4 tys. rakiet. Zakładając – w oparciu o izraelskie źródła – że 80 proc. z nich nie stanowiło zagrożenia, upadły bowiem na terenach niezamieszkałych, każdy z pozostałych 800 pocisków mógł zabić i ranić od kilku do kilkudziesięciu osób. Historycznie patrząc, nie wydarzyło się nic nadzwyczajnego. Wszystkie izraelsko-arabskie konflikty po 1948 roku kończyły się dużo większymi stratami Arabów. O ile w przypadku zmagań żydowsko-palestyńskich przyczyny leżały w dramatycznej różnicy potencjałów, o tyle w wojnach międzypaństwowych (sześciodniowa, Jom Kippur), Egipcjanie, Syryjczycy czy Jordańczycy mieli dość atutów, by odnieść zwycięstwa. Przegrywali i ginęli w starciu z umiejętną kombinacją lepszej motywacji, wyszkolenia i technologii. Z biegiem czasu ta ostatnia zaczęła odgrywać coraz większą rolę – czego ucieleśnieniem stała się „Żelazna kopuła”.

Izrael jest 15 razy mniejszy od Polski. Całe jego terytorium znajduje się w zasięgu rakiet działającego w Strefie Gazy Hamasu. W zależności od dystansu dzielącego żydowskie osiedla od Gazy, ich mieszkańcy mają od 15 s. do 1,5 min. na schronienie się w razie ostrzału. To czas, który „wyszarpała” dla nich „Żelazna kopuła” – gdyby bazować na wizualnej obserwacji, osoby przebywające w rejonie ataku dowiadywałby się o nim post factum (po pierwszej eksplozji). Pasywna część systemu składa się ze stacji radarowych i centrów dowodzenia, które wykrywają start rakiet, obliczają ich trajektorię i punkty uderzenia. „Kopuła” współpracuje z systemem ostrzegawczym dla ludności – na podstawie płynących z niej informacji, sektorowo uruchamiane są syreny alarmowe. Alarm rozlega się także w telefonach komórkowych osób przebywających w zagrożonych rejonach – za sprawą obowiązkowej aplikacji. Aktywna część systemu to baterie antyrakiet Tamir. Każda z nich składa się z 3-4 wyrzutni po 20 antyrakiet. Tamiry wystrzeliwane są do celów zmierzających na tereny zamieszkane – dla pewności posyła się po dwa pociski. Początkowo antyrakieta leci kursem zadanym przez centrum dowodzenia, w trakcie lotu ma możliwość samodzielnego manewrowania. Zniszczenie wrogiej rakiety następuje poprzez eksplozję w jej pobliżu. Z uwagi na niesłychanie krótki czas na reakcję, cały proces jest w pełni zautomatyzowany.

„Iron Dome” (ang.) ignoruje rakiety, których trajektorie uzna za niegroźne. Skuteczność w przypadku pozostałych celów waha się od 80 do 90 proc. „Kopuła” ma 10 lat, wciąż jest udoskonalana. Składa się z kilkunastu baterii – dziś jest ich wystarczająco dużo, by mówić o pełnym pokryciu kraju. Są one mobilne, lecz jak wszystko mają też ograniczoną wydajność. Wyrzutnię po odpaleniu 20 antyrakiet trzeba załadować – czas załadunku to pilnie strzeżona tajemnica izraelskiej armii, ale nawet przy założeniu, że trwa to szybko (kilka minut?), okresowa niezdolność części systemu może mieć znaczenie przy zmasowanym ataku. Intensywność ubiegłorocznej wymiany ciosów dowodzi, że Palestyńczycy próbowali przeciążyć „Kopułę”. Nie zdołali, także z uwagi na jakość własnego arsenału. Ich rakiety mają krótki zasięg, niski pułap lotu, są niekierowane, czyli lecą torem balistycznym, stosunkowo łatwym do wyliczenia. Są za to tanie – i na tym polega ich podstawowa zaleta. Kosztują po kilka tysięcy dolarów, gdy pojedynczy Tamir to wydatek rzędu kilkudziesięciu tysięcy (w zależności od źródeł, mówi się o 40-70 tys. dol.). Relacja zysków do kosztów związanych z funkcjonowaniem „Kopuły” wydaje się zatem zaburzona, ale w Izraelu nie ma właściwie dyskusji na ten temat. Przyjmuje się, że straty społeczeństwa i gospodarki i tak byłby wyższe, gdyby odpuścić sobie aktywną ochronę przed rakietami. Zniszczona i uszkodzona infrastruktura, odszkodowania z tytułu śmierci i ran, niewypracowany dochód, koszty leczenia itp. – wydatki szłyby w wielkie sumy w przypadku każdej pojedynczej eksplozji. W takim ujęciu „Iron Dome” to po prostu dobra inwestycja.

O której wspominam z dwóch powodów. Piszecie w komentarzach (na moim profilu), że „Kopuła” przydałaby się Ukrainie, z czym trudno się nie zgodzić. Nie sądzę jednak, by Jerozolima zdecydowała się na przekazanie uzbrojenia. I nie chodzi tu o kwestie polityczne czy ekonomiczne, a o etniczne uwikłanie Izraela, gdzie żyją liczne społeczności żydowskie pochodzące zarówno z rosji, jak i Ukrainy; obie wciąż emocjonalnie związane z dawnymi ojczyznami. Tym, moim zdaniem – czyli niechęcią rządu do rozbudzania wewnętrznych napięć – należy tłumaczyć izraelską wstrzemięźliwość w reakcji na rosyjsko-ukraiński konflikt.

Piszę też o „Kopule” sprowokowany komentarzem red. Wyrwała z Onetu, który był łaskaw stwierdzić, że skoro rosjanie wystrzelili w poniedziałek na Ukrainę 84 pociski, a Ukraińcy zestrzelili 56, to obrona przeciwlotnicza „nie wygląda najlepiej”, bo mniej więcej jedna trzecia rakiet jednak spadła na miasta. Zignorowałbym ten niemądry głos, lecz nie roznosi się on w próżni; ileś osób może uznać tę argumentację za sensowną, o zyskach, jakie przynosi rosyjskiej kampanii zastraszania i dezinformacji tylko wspomnę.

Do brzegu. 65 proc. skuteczność (odsetek zestrzeleń) nie świadczy o nienajlepszej kondycji obrony przeciwlotniczej/przeciwrakietowej. Przeciwnie. Oczywiście, wskaźnik o 20-30 punktów procentowych wyższy – jak w przypadku „Kopuły” – byłby pożądany, ale trudno taki wynik osiągnąć, gdy cele manewrują. Nie lecą jak palestyńskie Hassany łatwo przewidywalnym/wyliczalnym torem balistycznym, ale operują w trzech płaszczyznach (na boki, w górę, w dół, niektóre dodatkowo hamują/przyśpieszają). Co więcej, manewrowość narzuca konieczność „zdejmowania z nieba” wszystkiego, co wlatuje w przestrzeń powietrzną Ukrainy – bo długo nie wiadomo, w co dany pocisk czy dron-samobójca ma uderzyć. Komputery balistyczne „Iron Dome” „na wejście” ignorują znaczącą większość rakiet, wyliczywszy, że tam, gdzie Hassany spadną, nikomu krzywdy nie wyrządzą. Poza „poprawianiem statystyki” – czego ignorować nie wolno, ma to bowiem ogromne znaczenie psychologiczne – taka preselekcja podnosi ekonomiczną efektywność systemu. Przywołajmy na chwilę wymienione na wstępie liczby. Hamas wystrzelił w maju 2021 roku 4 tys. rakiet, ale tylko do zniszczenia 800 z nich posłano antyrakiety. Po dwie, czyli 1600 sztuk. Sporo, ale 1600 to nie 8 tysięcy. Przy uśrednionej cenie Tamira (55 tys. dol.) mamy tu oszczędności na poziomie 350 mln dol. A wojna to również (a w ostatecznym rozrachunku może i przede wszystkim) domena księgowo-materiałowa – wygrywa ją ta strona, która potrafi zmobilizować/wdrożyć/pozyskać więcej zasobów.

Zasoby ukraińskiej obrony przeciwlotniczej są ograniczone. Ta ich część bazująca na posowieckiej technice jest już znacząco zużyta, nowe, zachodnie systemy dopiero od niedawna są wdrażane i nadal jest ich niewiele. W takich okolicznościach każda wyrzutnia i każda rakieta są na wagę złota, o kosztochłonnym „cementowaniu nieba” nie ma mowy. Mogę sobie wyobrazić skuteczność systemu chroniącego tak wielki obszar, jak w przypadku Ukrainy, na poziomie wyższym niż 65 proc. Wystarczy gęstsze nasycenie bateriami antyrakiet, na co mogą sobie pozwolić najbogatsze kraje świata (chciałem napisać „bogatsze niż Ukraina”, ale wpadłbym tu w pułapkę – Polska jest znacznie zasobniejsza, a dziś – bez wsparcia sojuszników – nasza obrona przeciwlotnicza jest dziurawa jak szwajcarski ser). Ale nawet ci najbogatsi w kalkulacjach ryzyka przewidują margines akceptowalnych strat. Nie każdemu zagrożeniu da się w pełni przeciwdziałać, bronione obiekty mają różną szeroko rozumianą wartość. Rosyjski ostrzał z poniedziałku – jakkolwiek w wymiarze czysto humanitarnym zasługuje na miano barbarzyńskiego – z perspektywy wojskowej przyniósł marne skutki. Szkody w infrastrukturze krytycznej szybko naprawiono, a i w aspekcie terrorystycznym trudno mówić o rosyjskim sukcesie, gdy zginęło raptem kilkanaście osób, a kilkadziesiąt zostało rannych. Tak Ukraińców zastraszyć się nie da.

Co przywodzi nas do osoby architekta planu zastraszania przez ostrzały – gen. Siergieja Surowikina, nowego głównodowodzącego rosyjskimi siłami w Ukrainie. Media piszą o nim w tonie przestrachu, podkreślając zasługi generała w Syrii. Surowikin miał tam „dobić” antyasadowskie bojówki, wykazując się przy tym nie lada okrucieństwem wobec cywilów. Jeśli pokonanie wroga miało oznaczać zniszczenie obiektów cywilnych, to je niszczono, nie zważając na straty uboczne. W gruncie rzeczy nic w tym nadzwyczajnego – to modus operandi rosyjskiej armii – no ale generał SS ma tu mieć wybitne zasługi. „To odrażająca postać, ale niestety dobry fachowiec”, pisze o nim red. Wyrwał.

Czy na pewno? Surowikin trafił do Syrii, gdy antyasadowskie powstanie chyliło się już ku upadkowi. Tytuł bohatera rosji zawdzięcza kontynuacji działań swoich poprzedników, m.in. gen. Aleksandra Dwornikowa (kolejnego neosowieckiego dowódcy, który na Bliskim Wschodzie wykazał się niezłą skutecznością, a w Ukrainie kompletnie sobie nie poradził). Oczywiście mógł sprawę zawalić, ale przy tak niskiej jakości przeciwniku, byłoby to naprawdę trudne. Jedyne, co może przemawiać za jego fachowością – wyrastającą ponad rosyjskie standardy – to zrozumienie potrzeby koordynacji działań lotnictwa i sił lądowych. Surowikin wie, że bez bezpośredniego wsparcia z powietrza nie da się przełamywać frontów. W Syrii mu to wychodziło, a jak będzie w Ukrainie?

Ano właśnie. Dziś, w ciągu zaledwie 18 minut (między 8.40 a 8.58), Ukraińcy zestrzelili aż cztery rosyjskie śmigłowce (prawdopodobnie Ka-52). Maszyny prowadziły misje wsparcia ogniowego dla własnych wojsk. Surowikin zapewne pogonił niemrawe dotąd lotnictwo do roboty, ale wyszło jak wyszło. Armia ukraińska to nie syryjskie bojówki, najlepsi rosyjscy piloci już nie żyją bądź są w niewoli. Kompetencje reszty pozostają nienajwyższe, a sprzęt awaryjny i zużyty (wychodzi niska jakość wykonania skutkująca krótką żywotnością). Brak precyzyjnej amunicji zmusza do niebezpiecznych manewrów, wystawiając załogi (dziś piszemy o śmigłowcach, ale dotyczy to również pilotów samolotów) na ryzyko zestrzelenia. Surowikin ponoć ma na koncie kilka samobójstw podwładnych, co może oznaczać, że jest dowódcą wysoce zmotywowanym – aż do granic desperacji – i nie odpuści swoim lotnikom. Będzie ich słał do walki bez względu na okoliczności. No ale – parafrazując popularne powiedzenie – „z gówna tortu zrobić nie zdoła”.

—–

Nz. Centrum Kijowa po rosyjskim ataku rakietowym/fot. Центр стратегічних комунікацій та інформаційної безпеки

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Post-wojna

Powoli zapominamy o kolejnym przesileniu, do jakiego doszło na Bliskim Wschodzie w maju br. Zgodnie z logiką izraelsko-palestyńskiego, czy szerzej, żydowsko-arabskiego konfliktu, strony weszły teraz w fazę wyciszenia, co skutkuje mniejszym zainteresowaniem opinii publicznej sytuacją w „ziemi świętej”. Jeśli nic się nie zmieni, za kilka lat znów dojdzie do gwałtownej eskalacji, której towarzyszyć będzie wzmożona uwaga świata. Owo selektywne, okresowe zainteresowanie sprzyja myśleniu o potyczkach Palestyny i Izraela w kategoriach nihil novi. Ot, znów się piorą – tak jak prali się przed laty, i jak prać się będą jeszcze długo w przyszłości. Tymczasem kilka tygodni temu w Strefie Gazy i nad izraelskimi miastami rozegrało się coś, co zasługuje na miano post-wojny. Konfliktu, w którym autonomiczne systemy uzbrojenia i analizy danych, odegrały ważniejszą rolę niż ludzie. Parafrazując słynne Churchillowskie stwierdzenie: jeszcze nigdy w historii naszego gatunku maszyny nie uczyniły tak wiele, tak licznym, bez decydującego udziału człowieka.

Umiejętna kombinacja

To nie państwo posiada armię, tylko armia własne państwo – mówi się czasem o Izraelu. Żartem, choć trudno oprzeć się wrażeniu wyjątkowej trafności tego spostrzeżenia. Wojskowi z innych krajów z zazdrością spoglądają na Jerozolimę. Nigdzie indziej wojsko nie ma tak wysokiego odsetka przeszkolonych rezerw, rzadko gdzie cieszy się tak dużym budżetem (zarówno proporcjonalnie do całości PKB, jak i w liczbach rzeczywistych) oraz społecznym szacunkiem. Izrael to kraj, który z bezwzględnej ochrony swoich obywateli uczynił kościec państwowej ideologii, niemal religię – pozycja armii to jedno z oblicz tego zjawiska. Jego źródeł należy upatrywać we wrogim, a w najlepszym razie nieprzychylnym sąsiedztwie, oraz w doświadczeniu Zagłady, do dziś objawiającym się społecznie dziedziczoną traumą. Taki stan rzeczy ma również wymiar czysto technologiczny – w maju zobaczyliśmy w akcji system antyrakietowy, znany jako „Żelazna kopuła”. Chroni on całe miasta, ale w jego wersje mini wyposaża się nawet pojedyncze wozy bojowe. To nie armata czy właściwości jezdne, a poziom ochrony załóg czyni izraelskie Merkavy najlepszymi czołgami na świecie.

Skutki widać w liczbach. Podczas majowych zmagań zginęło 254 Palestyńczyków, a blisko 1900 zostało rannych. Śmierć poniosło również 13 Izraelczyków, 355 raniono. Dysproporcja ogromna, ale wcale nie musiała taka być, wziąwszy pod uwagę fakt, że podczas 11 dni konfliktu Hamas wystrzelił na Izrael ponad 4 tys. rakiet. Zakładając – w oparciu o izraelskie źródła – że 80% z nich nie stanowiło zagrożenia, upadły bowiem na terenach niezamieszkałych, każdy z pozostałych 800 pocisków mógł zabić i ranić od kilku do kilkudziesięciu osób. Historycznie patrząc, nie wydarzyło się nic nadzwyczajnego. Wszystkie izraelsko-arabskie konflikty po 1948 r. kończyły się dużo większymi stratami Arabów. O ile w przypadku zmagań żydowsko-palestyńskich przyczyny leżały w dramatycznej różnicy potencjałów, o tyle w wojnach międzypaństwowych (sześciodniowa, Jom Kippur), Egipcjanie, Syryjczycy czy Jordańczycy mieli dość atutów, by odnieść zwycięstwa. Przegrywali, i ginęli, w starciu z umiejętną kombinacją lepszej motywacji, wyszkolenia i technologii. Z biegiem czasu ta ostatnia zaczęła odgrywać coraz większą rolę – czego ucieleśnieniem stała się wspomniana „Żelazna kopuła”. Ale nie tylko.

Testy przeciążeniowe

Izrael jest 15 razy mniejszy od Polski. Całe jego terytorium znajduje się w zasięgu rakiet działającego w Strefie Gazy Hamasu. W zależności od dystansu dzielącego żydowskie osiedla od Gazy, ich mieszkańcy mają od 15 s. do 1,5 min. na schronienie się w razie ostrzału. To czas, który „wyszarpała” dla nich „Żelazna kopuła” – gdyby bazować na wizualnej obserwacji, osoby przebywające w rejonie ataku dowiadywałby się o nim post factum (po pierwszej eksplozji). Pasywna część systemu składa się ze stacji radarowych i centrów dowodzenia, które wykrywają start rakiet, obliczają ich trajektorię i punkty uderzenia. „Kopuła” współpracuje z systemem ostrzegawczym dla ludności – na podstawie płynących z niej informacji, sektorowo uruchamiane są syreny alarmowe. Alarm rozlega się także w telefonach komórkowych osób przebywających w zagrożonych rejonach – za sprawą obowiązkowej aplikacji. Aktywna część systemu to baterie antyrakiet „Tamir”. Każda z nich składa się z 3-4 wyrzutni po 20 antyrakiet. „Tamiry” wystrzeliwane są do celów zmierzających na tereny zamieszkane – dla pewności posyła się po dwa pociski. Początkowo antyrakieta leci kursem zadanym przez centrum dowodzenia, w trakcie lotu ma możliwość samodzielnego manewrowania. Zniszczenie wrogiej rakiety następuje poprzez eksplozję w jej pobliżu. Z uwagi na niesłychanie krótki czas na reakcję, cały proces jest w pełni zautomatyzowany.

„Iron Dome” (ang.) ignoruje rakiety, których trajektorie uzna za niegroźne. Skuteczność w przypadku pozostałych celów waha się od 80 do 90%. „Kopuła” ma niespełna 10 lat, wciąż jest udoskonalana. Składa się z 10 baterii, zdaniem specjalistów, o trzy za mało, by mówić o pełnym pokryciu kraju. Są one co prawda mobilne, lecz – jak wszystko – mają też ograniczoną wydajność. Wyrzutnię po odpaleniu 20 antyrakiet trzeba załadować – czas załadunku to pilnie strzeżona tajemnica izraelskiej armii, ale nawet przy założeniu, że trwa to szybko (kilka minut?), okresowa niezdolność części systemu może mieć znaczenie przy zmasowanym ataku. Intensywność majowej wymiany ciosów dowodzi, że Palestyńczycy próbowali przeciążyć „Kopułę”. Nie zdołali, także z uwagi na jakość własnego arsenału. Ich rakiety mają krótki zasięg, niski pułap lotu, są niekierowane, czyli lecą torem balistycznym, stosunkowo łatwym do wyliczenia. Są za to tanie – i na tym polega ich podstawowa zaleta. Kosztują po kilka tysięcy dolarów, gdy pojedynczy „Tamir” to wydatek rzędu kilkudziesięciu tysięcy (w zależności od źródeł, mówi się o 40-70 tys. dol.). Relacja zysków do kosztów związanych z funkcjonowaniem „Kopuły” wydaje się zatem zaburzona, ale w Izraelu nie ma właściwie dyskusji na ten temat. Przyjmuje się, że straty społeczeństwa i gospodarki i tak byłby wyższe, gdyby odpuścić sobie aktywną ochronę przed rakietami. Zniszczona i uszkodzona infrastruktura, odszkodowania z tytułu śmierci i ran, niewypracowany dochód, koszty leczenia itp. – wydatki szłyby w miliony w przypadku każdej pojedynczej eksplozji. W takim ujęciu „Iron Dome” to po prostu dobra inwestycja.

Medialna pułapka

Równie dobrą inwestycją okazały się prace nad adaptacją sztucznej inteligencji do procesu planowania i przeprowadzania akcji ofensywnych. Armia stworzyła zaawansowaną platformę (w nielicznych publikacjach pojawia się nazwa „Gospel”), „karmiąc” ją danymi z rozpoznania osobowego i technologicznego (elektromagnetycznego, wizualnego, satelitarnego). „Dzięki temu w 50. godzinie walki uzyskaliśmy więcej niż po 50 dniach wojny w 2014 r.” – przyznał anonimowo wyższy rangą oficer Sił Obronnych Izraela (IDF). „Po raz pierwszy sztuczna inteligencja była elementem kluczowym i czynnikiem zwielokrotniającym zdolność bojową w walce z wrogiem” – zapewniał z kolei funkcjonariusz wywiadu. Obie wypowiedzi ukazały się w izraelskich mediach (m.in. w „Jerusalem Post” i na portalu IDF) przed kilkunastoma dniami. Pozornie działo się to, co zawsze – Izrael niszczył tunele transportowe, wyrzutnie rakiet, ich wytwórnie i magazyny, atakował siedziby wojskowych komórek Hamasu i mieszkania jego dowódców. Rzecz w tym, że danych do ataku dostarczały na bieżąco superkomputery. Prowadzona w czasie rzeczywistym analiza zmian terenu, wychwytująca anomalie (choćby ciężarówkę, która nie zwykła pojawiać się w określonym miejscu), pozwalała namierzać mobilne wyrzutnie. Analiza przepływu danych teleinformatycznych ułatwiała lokalizowanie grup bojowników. Te dane, w połączeniu z bazą wiedzy, np. raportami na temat stanu technicznego okolicznych budynków, dawały sposobność bardziej efektywnego doboru amunicji.

Co więcej, sztuczna inteligencja ustalała priorytety, kategoryzując zagrożenia – i to do poziomu pododdziałów. Zasugerowała też… zastawienie pułapki na hamasowców. Do tego celu użyto innej po-nowoczesnej broni – mediów społecznościowych, w których pojawiły się sugestie o mającej nastąpić lada moment fazie lądowej izraelskiej ofensywy. W efekcie dowódcy Hamasu polecili podwładnym skryć się w tunelach, skąd mieli prowadzić działania nękające. Na ten ruch czekała izraelska armia. Obserwując aktywność przy zejściach oszacowano, w których miejscach będą przebywać bojownicy. Było to możliwe dzięki sporządzanej od lat – za pomocą niewielkich dronów oraz satelitów – mapy tuneli, uwzględniającej takie parametry jak głębokość, grubość ścian czy zabudowę na powierzchni. Z takim pakietem wiedzy rozpoczęto 40-minutowy „celowany” ostrzał Strefy Gazy przy użyciu lotnictwa i artylerii. Jak podkreśla IDF, zniszczeniu bądź uszkodzeniu uległy istotne fragmenty sieci. W sumie, w trakcie całego majowego konfliktu, ponad 100 km tuneli. Przy tej okazji zniszczono co najmniej kilkadziesiąt obiektów cywilnych. Niektóre celowo, uznając, że pełnią podwójną rolę. Cywilów informowano z wyprzedzeniem o mających nastąpić atakach – zwykle za pomocą SMS-ów, których wysyłkę koordynowała platforma „Gospel”. Mimo to strat wśród kobiet i dzieci nie udało się uniknąć, co przywodzi nas do wniosku, że post-wojna wciąż pozostaje wojną. Wielką ludzką tragedią…

—–

Nz. Niekierowany pocisk rakietowy systemu Grad. Takich rakiet, często chałupniczej produkcji, używa Hamas/fot. Adam Roik

Tekst opublikowałem w Tygodniku Przegląd, 26/2021

Postaw mi kawę na buycoffee.to