Monstrum

Pojawiają się nowe elementy użyteczno-idiotycznej narracji sponsorowanej przez Kreml. W połączeniu ze starymi, mają wywrzeć wrażenie totalnej nieodpowiedzialności, jakiej dopuszczają się władze RP, wspomagając wojskowo Ukrainę. Kreślona jest analogia z przedwojennym „silni-zwarci-gotowi”, wieńczona konkluzją, że skończy się jak wtedy – tragiczną klęską – i stwierdzeniem, że Polacy „niczego się nie uczą”/”nie wyciągają wniosków z własnej historii”.

W tej perspektywie niemądre jest doprowadzenie armii do „niemalże ogołocenia ze sprzętu, w znacznym stopniu przekazanego Ukrainie”. Naiwna jest wiara w stojące za nami potęgi militarne, które wedle różnych odmian narracji, albo się od nas odwrócą, albo owszem, w razie potrzeby pokonają Rosję, ale stanie się to kosztem Polski, która zostanie „kompletnie zdemolowana”.

Zabawny, choć warty odnotowania jest inny element – żal, że lewica nie potrafi stanąć na wysokości zadania i protestować przeciwko wysyłce broni, co skutkuje przedłużaniem walk i śmiercią niewinnych ludzi. I że niemal 20 proc. Polaków – deklarujących poparcie dla idei zakończenia walk nawet za cenę ustępstw terytorialnych – nie ma swojej reprezentacji politycznej. Co przekłada się na cementowanie bieżącej polityki aktywnego zaangażowania Polski w rosyjsko-ukraiński konflikt.

Rzygać mi się chce, gdy czytam te wypociny, niemniej warto się nad nimi pochylić, bo presja Moskwy – w obliczu coraz bardziej oczywistych porażek na froncie – tylko będzie rosła. Agenci wpływu i użyteczni idioci nie będą narzekać na brak zajęcia, a cel – przemienienie wspomnianych 20 proc. na 50-60 – jakkolwiek odległy, wcale nie jest nieosiągalny. Im więcej trucizny pojawi się w naszym obiegu, tym większe ryzyko coraz liczniejszych infekcji.

Ujmująca jest troska o życie i zdrowie niewinnych ludzi; sam ją podzielam. Nie widzę jednak prostszego sposobu na zapobieżenie dramatom, jak wycofanie się wojsk rosyjskich z Ukrainy. Przy takim obrocie spraw Ukraińcy nie przeniosą wojny na terytorium rosji – im zależy wyłącznie na wyzwoleniu własnego kraju.

Wolność to wartość leżąca u podstaw lewicowych przekonań, trudno zatem się dziwić, że poza oszołomskimi odłamami, ludzie lewicy (wśród nich piszący te słowa) wspierają Ukrainę (i polityki, które służą jej przetrwaniu). putin i jego hordy niosą Ukraińcom zniewolenie, w wymiarze materialnym (tak przecież istotnym w myśli lewicowej) biedę, w obszarze obyczajowym najobrzydliwszą odmianę konserwatyzmu, z jej pogardą dla rozmaitych mniejszości. Co zaś się tyczy defetystów – nie wszystkie poglądy, nawet jeśli są umiarkowanie popularne, zasługują na reprezentację polityczną. Zwłaszcza jeśli stwarzają zagrożenie dla racji stanu i biologicznego bytu wspólnoty. Pozwólmy putinowi zagarnąć część Ukrainy, a za jakiś czas upomni się o następny kawałek. Owszem, z przeszłości płyną pouczające doświadczenia – niekrępowanie bezkarności Hitlera jest jedną z nich.

Pokonana Ukraina to rosjanie szerzej u naszych wrót. Na dziś nie byłoby to wielkim zagrożeniem, nie można bowiem porównywać NATO z sojuszem polsko-francusko-brytyjskim z końca lat 30. rosja to nie III Rzesza, której potencjał przy umiejętnym wykorzystaniu dawał sposobność na pokonanie zjednoczonych przeciwników. NATO nie daje rosjanom żadnych szans, z dużym prawdopodobieństwem można przyjąć, że nie pozwoliłoby putlerowskim armiom wkroczyć na jakikolwiek skrawek własnego terytorium. W rachubach czysto wojskowych zacofane i zdegenerowane rosyjskie siły zbrojne to przeciwnik do pokonania bez konieczności sięgania po broń jądrową.

Minione miesiące pokazują, że niezależnie od wewnętrznych tarć, Sojusz pozostaje organizacją spójną, zdeterminowaną do obrony własnych granic. By to dostrzec, należy przymknąć oko na działania czysto polityczne, dyktowane bieżącym interesem ekonomicznym, a skupić się na aktywności militarnej. Niestety, duża jej część pozostaje niejawna, ale już to, co widać – jak choćby dyslokacje wojsk, zwłaszcza komponentów lotniczych – pozwalają sądzić, że nie ma tu mowy o „papierowych zobowiązaniach”. Dzięki takim uwarunkowaniom Polska może sobie pozwolić na przekazywanie części swojego uzbrojenia Ukrainie. Chroni nas natowska tarcza i miecz. Nominalnie skala tej pomocy jest imponująca – dojdzie niebawem do 10 mld zł – ale czy rzeczywiście „ogołaca się” przy tej okazji Wojsko Polskie? Część jednostek utraciła możliwości szkoleniowe, część ma je ograniczone. Obok starej broni (np. czołgów T-72, samobieżnych haubic Goździk), na wschód powędrowało sporo nowoczesnego sprzętu (armatohaubice Krab, wyrzutnie przeciwlotnicze Piorun itp.). Przekazaliśmy Ukraińcom niemało broni strzeleckiej, amunicji, mnóstwo elementów wyposażenia żołnierzy. W skali całego wojska można mówić o kilkunastoprocentowym obniżeniu gotowości jako skutku tych działań. Ale to sytuacja tymczasowa – wydrenowane zasoby zostaną uzupełnione w ciągu 3-5 lat, nowszym sprzętem, o lepszych parametrach. Zyskiem będzie – już jest! – przetestowana w warunkach bojowych broń, co poskutkuje jej odpowiednimi modyfikacjami. Ale to „resztówka” w porównaniu z tym, co przyniesie nam, całej środkowo-wschodniej Europie, potężny wysiłek ukraińskiej armii. Już dziś zniwelował on możliwości bojowe rosji w nieprawdopodobnym stopniu.

A Ukraińcy, wszystko na to wskazuje, dopiero się rozkręcają. Wstrzymać ich, to wyzbyć się dziejowej szansy. NATO w ciągu najbliższych kilkunastu lat się nie rozleci – nie ma ku temu racjonalnych przesłanek. Ale co będzie za dwie-trzy dekady? To już perspektywa, za którą kryje się zbyt duża niewiadoma, jednocześnie horyzont uwzględniany w sensownym planowaniu militarnym. Zwycięska w ukraińskiej wojnie rosja zapewne będzie czyhać, szukać swojej szansy – choćby tylko na zemstę; takie jest „DNA” tej struktury państwowej i etnicznej mentalności. Wykorzysta słabość naszą, naszych sojuszników – jeśli takie się pojawią. Trzeba będzie ich unikać – budować własne możliwości obronne, chuchać na sojusze. Lecz idealną w tym kontekście byłaby sytuacja, w której rosji – jaką znamy – już nie będzie. Dotąd dekompozycja federacji rosyjskiej wydawała się scenariuszem z hurraoptymistycznych analiz kiepskich think-tanków. Ukraińcy sprawiają, że staje się to zupełnie realne. Potężny zdawało się ZSRR, rozpieprzył się na Afganistanie, słabsza przecież rosja natrafiła na dużo większy i twardszy kamień. Niech więc się potknie i walnie łbem o glebę tak, że rozpadnie się na kawałki. Ostatecznie rosja jest niczym monstrum Frankensteina – bytem pozszywany z różnych ciał. Ani to naturalne, ani żyjące w harmonii.

—–

Nz. Inna symboliczna reprezentacja współczesnej rosji – wypalony wóz bojowy piechoty/fot. Центр стратегічних комунікацій та інформаційної безпеки

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Najeżeni

Sztokholmski Międzynarodowy Instytut Badań nad Pokojem (SIPRI) nie ma dobrych wiadomości i alarmuje, że po raz pierwszy od 1991 r. możliwy jest wzrost potencjału nuklearnego na świecie. A przecież już to, co obecnie znajduje się w silosach i magazynach, wystarczyłoby do wielokrotnego zniszczenia naszej cywilizacji. 90% światowego potencjału atomowego posiadają Rosja i USA (odpowiednio 6 tys. i 5,4 tys. głowic), reszta wyjątkowo śmiercionośnej broni zalega w arsenałach Wielkiej Brytanii, Francji, Chin, Indii, Pakistanu, Izraela i Korei Północnej. „Mamy wyraźne oznaki, że redukcje przeprowadzane od zakończenia zimnej wojny, właśnie dobiegły końca”, mówi Hans Kristensen z Programu Broni Masowego Rażenia SIPRI. Łączna liczba pocisków nuklearnych zmalała w ciągu minionego roku o niespełna 400 sztuk (do 12,7 tys.), a proces ten wynikał przede wszystkim z konieczności utylizacji najstarszych głowic. „Państwa posiadające broń jądrową zwiększają lub modernizują arsenały, a większość zaostrza retorykę nuklearną i rolę, jaką broń atomowa odgrywa w ich strategiach”, konkluduje Wilfred Wan, dyrektor Programu.

Strach tykać…

Inwazja Rosji na Ukrainę i wsparcie wojskowe Zachodu dla Kijowa zwiększyły napięcia wśród państw posiadających głowice. „Ryzyko użycia tego rodzaju broni jest największe od dziesięcioleci”, twierdzą analitycy SIPRI. Dodać należy, iż marne rosyjskie postępy w Ukrainie i ujawniona przy tej okazji kiepska kondycja konwencjonalnych sił zbrojnych Federacji, zwiększają jeszcze jedno ryzyko. Moskwa chroni się dziś za nuklearną tarczą, bez której inaczej wyglądałaby współpraca NATO z napadniętym krajem. Ryzyko atomowej eskalacji i ponawiany co rusz jądrowy szantaż Kremla, powściągają zachodnich przywódców przed otwartą konfrontacją, która zakończyłaby się niechybną klęską Rosji. Dla innych państw – zwłaszcza bandyckich reżimów – jest oczywiste, że tylko atomowy argument zapewni im bezpieczeństwo. Można więc założyć, że zwiększą wysiłki mające na celu pozyskanie takiej broni. Pouczający jest tu także przykład Korei Północnej, której „strach tykać”, bo skutki dla całego regionu mogą być dramatyczne.

W tym kontekście łatwiej zrozumieć decyzję Chin, posiadających stosunkowo skromny zasób 350 głowic jądrowych. Z danych pozyskanych przez Departament Obrony USA wynika, że Pekin planuje podwoić arsenał do 2027 r., a trzy lata później dysponować już tysiącem pocisków. Służby wywiadowcze donoszą o trwających w ChRL pracach budowlanych, w wyniku których powstanie około 300 nowych silosów rakietowych. Tym wysiłkom – oraz sytuacji we wschodniej Europie – z niepokojem przyglądają się w Tokio. Kilka tygodni temu ministerstwo obrony Japonii, w dorocznym raporcie znanym jako „Biała Księga Obronna”, wyraziło „głębokie zaniepokojenie agresywnymi działaniami Chin i Rosji”. Efekt? Japoński rząd nie ustanowił maksymalnego pułapu wydatków na obronność w kolejnym roku fiskalnym (co czyniono w projektach budżetu w poprzednich latach, by tym sposobem unikać niekontrolowanego wzrostu długu publicznego). W bieżącym roku fiskalnym nakłady Japonii na wojsko zaplanowano na poziomie 5,4 bln jenów, co odpowiada kwocie 40 mld dol. Dla porównania, tegoroczny budżet polskiego MON ma równowartość 13,7 mld dol.

Trzech prowodyrów

A kolejne będą tylko wyższe, gdyż Polska planuje podnieść wydatki zbrojeniowe do 3% PKB już w 2023 r (w 2020 było to 2,1%). Jak zauważa sekretarz generalny NATO Jens Stoltenberg, Sojusz przechodzi obecnie „największą przebudowę obrony zbiorowej i odstraszania od czasów zimnej wojny”. Statystki mogą się tu wydawać nieco mylące, bo zaledwie 9 z 29 obecnych członków Paktu (posiadających siły zbrojne), łoży na armie ustalony w 2014 r. pułap 2% PKB. Poza Polską są to: Grecja (3,76%), USA (3,47%), Litwa (2,36%), Estonia (2,34%), Wielka Brytania (2,12%), Łotwa (2,10%), Chorwacja (2,03%) i Słowacja (2,00%) – co znamienne, w większości państwa Europy Środkowo-Wschodniej. Rumunia i Francja, które osiągnęły już dwuprocentowy cel, w 2022 r. spadły nieznacznie poniżej tego progu. Stawkę zamykają więksi i zasobniejsi członkowie NATO – Niemcy, Kanada, Włochy i Hiszpania. Ale w liczbach rzeczywistych budżety wojskowe tych krajów i tak pozostają imponujące (np.: Berlin w 2021 r. przeznaczył na cele obronne 56 mld euro), no i nie bez znaczenia są podjęte niedawno zobowiązania do odnowienia potencjału wojskowego, zaniedbanego przez ostatnie 30 lat. Najdalej w tym zakresie idą Niemcy, przeznaczając na armię dodatkową kwotę (poza bieżącymi budżetami) 100 mld euro w zaledwie pięć lat.

Dramatyczne wzrosty dotyczą także innych krajów. Kazachstan na kolejny rok zwiększa budżet wojskowy o 900 mln dol. – do kwoty 1,7 mld dol. (mamy więc do czynienia z więcej niż podwojeniem wydatków!). Jednocześnie kraj – dotąd blisko związany z Moskwą – zacieśnia stosunki z ChRL z jednej strony, i krajami NATO z drugiej. Powodem takiej wolty są ambicje geopolityczne Władimira Putina, obnażone po całości wraz z napaścią na Ukrainę. Działania Rosji są zatem impulsem do zbrojeń nie tylko w obszarze euro-atlantyckim – gdzie sprawy przyśpieszyły po aneksji Krymu w 2014 r. – ale też w centralnej Azji. Trzeba jednak podkreślić, że odpowiedzialność za remilitaryzację świata rozkłada się i na inne podmioty. Rosja istotnie, od 2000 r. począwszy wydawała wiele, próbując odzyskać status supermocarstwa. Ponad dekadę temu była jednym z nielicznych krajów, które nie obcięły wydatków na wojsko w następstwie kryzysu z 2008 r. W 2021 r., gdy gromadziła żołnierzy wzdłuż ukraińskiej granicy, nakłady na obronność sięgnęły 65,9 mld dol., czyli 4,1% PKB. Ale to Chiny od 30 lat napędzają indo-pacyficzny wyścig zbrojeń. Niezwykle spektakularne są także wzrosty wydatków militarnych USA po 11 września 2001 r.

Ktoś straci, ktoś zarobi

Według SIPRI, w ciągu dekady (licząc od początku 2012 do końca 2021 r.), światowe wydatki na zbrojenia wzrosły o 12%. Rok do roku (2020-21) powiększyły się o nieznaczne 0,7%, lecz i tak pierwszy raz w historii przekroczyły 2 bln dol. (dokładnie było to 2,11 bln dol.). W 1989 r. globalne wydatki na cele wojskowe zamknęły się w kwocie 1,7 bln dol., a 10 lat później wyniosły „tylko” 1,2 bln dol. To właśnie wtedy – po „biednym” 1999 r. – ma swój początek trend wzrostowy dotyczący zbrojeń. Wśród państw wydających najwięcej na wojsko w 2021 r. znalazły się USA – 801 mld dol. (38% udziału w światowych wydatkach), Chiny – 293 mld dol. (14%), Indie – 76,6 mld dol. (3,6%), Wielka Brytania – 68,4 mld dol. (3,2%) i Rosja – 65,9 mld dol. (3,1%). Zastrzec należy, że chińskie i rosyjskie dane są oficjalnymi – rzeczywiste nakłady bez wątpienia były większe. Nie zapominajmy również o innej sile nabywczej dolara w krajach Zachodu i u pozostałych liderów (w Chinach czy Rosji za miliard dolarów można kupić więcej niż w Stanach). Zdaniem analityków, koszty rosyjskiej inwazji na Ukrainę oraz wywołane przez nią militarne wzmożenie sprawią, że tegoroczne wydatki zbrojeniowe przekroczą pułap 2,3 bln dol.

Ktoś straci – bo wojna to śmierć i zniszczenie – ale ktoś też zarobi. Według SIPRI, w latach 2017–2021 największymi eksporterami uzbrojenia były USA z 39-procentowym udziałem w światowym rynku. Kolejne miejsca zajmowała Rosja (19%), Francja (11%), Chiny (4,6%) i Niemcy (4,5%). Amerykańska broń trafiała do 103 państw; w wielu z nich koncerny z USA zdominowały miejscowe rynki. Rosja eksportowała broń do Indii, Egiptu, Chin, Algierii, Wietnamu, Iraku, Kazachstanu i Białorusi. Chiny zyskały status wiodących dostawców w Pakistanie, Bangladeszu i Mjanmie. W gronie największych importerów znalazły się Indie (11% udziału w globalny imporcie), Arabia Saudyjską (11%), Egipt (5,7%), Australia (5,4%) i Chiny (4,8%). Stany zajęły 13. miejsce, Rosji zabrakło w pierwszej czterdziestce – oba państwa mają bowiem rozwinięte przemysły zbrojeniowe i pozostają w dużej mierze samowystarczalne. Jest jednak pewne „ale” – w czym kryje się też odpowiedź na pytanie o źródła przewagi amerykańskiej zbrojeniówki. Oferuje ona broń drogą, lecz niezawodną, znacząco lepszą od rosyjskich i chińskich odpowiedników. Hojnie dofinansowana, szybko opracowuje i wdraża kolejne systemy. Chińczycy wciąż takiej wydajności nie osiągnęli, Rosjanie zmagają się z technologicznym zapóźnieniem – dlatego ich broń pozostaje głównie ofertą dla biednych. Ci drudzy mają teraz dodatkowy kłopot – odcięto ich od zachodnich komponentów, a ciężkie straty w Ukrainie zmuszają do skupienia wysiłków na odbudowie własnej armii. Chiny już ostrzą sobie zęby na porzucone przez Rosję rynki…

—–

Nz. Eksplozja głowicy jądrowej/fot. Departament obrony USA

Tekst opublikowałem w Tygodniku Przegląd, 34/2022

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Wiano

Z czym do NATO? Czy Szwecja i Finlandia to cenne nabytki dla Sojuszu Północnoatlantyckiego?

W połowie maja br., gdy stało się jasne, że Finlandia – wraz ze Szwecją – zamierzają wejść do NATO, Kreml wysłał Helsinkom kolejną serię pogróżek. Fiński rząd sprawę przemilczał, ale przedstawiciele armii już nie. „Miło was przywitamy – dołączycie do 200 tysięcy Rosjan, zakopanych kilka metrów pod ziemią po waszej ostatniej wizycie z 1939 roku”, skomentował niewymieniony z nazwiska fiński generał, cytowany przez amerykańskiego admirała Jamesa Stavridisa, byłego Naczelnego Dowódcę Sił Sojuszniczych. Wypowiedź jest ponad wszelką wątpliwość autentyczna, znakomicie ilustrując stosunek Finów do Rosji. Wojna zimowa z końca lat 30., mimo iż zakończyła się oderwaniem od Finlandii części terytoriów, upokorzyła stalinowskie imperium, które z trudem – masą i bezprzykładnym okrucieństwem wobec własnych żołnierzy – pokonało kilkudziesięciokrotnie mniejszy kraj. To niełatwe historyczne doświadczenie współtworzyło powojenną tożsamość narodu fińskiego, który wielkiego sąsiada bał się, ale nieprzesadnie. Świadomość relatywnej siły, pozwalającej w razie potrzeby na zadanie agresorom poważnych strat, przez dekady leżała u podstaw fińskiej kultury strategicznej. Pozwalała na luksus neutralności, choć należy zauważyć, że w okresie zimnej wojny działo się to w reżimie ograniczonej politycznej i gospodarczej zależności od Moskwy (nieporównywalnej z sytuacją krajów bloku wschodniego). W ostatnich latach coś się jednak zmieniło.

Rosyjska inwazja Ukrainy sfalsyfikowała dotychczasowe założenia fińskiej strategii bezpieczeństwa. Finowie doszli do wniosku, że dialog i współpraca z Moskwą obarczone są zbyt wielkim ryzykiem, jeśli z drugiej strony ma się wyłącznie niezobowiązujące relacje wojskowe z państwami NATO. Gdy zarządzono głosowanie w parlamencie, 188 z 200 posłów poparło akcesję kraju do Sojuszu, uznając, że tylko art. 5 Traktatu Północnoatlantyckiego zapewni bezpieczeństwo i integralność terytorialną Finlandii. Podobnego zdania jest dziś niemal 80% fińskiego społeczeństwa. Co istotne, gremialne „tak” dla integracji miało ogromny wpływ na sąsiednią Szwecję. Jeszcze w marcu br., już po rosyjskim ataku na Ukrainę, premier Magdalena Andersson wykluczała członkostwo Szwecji w NATO. Fińska wolta zrodziła obawy, że kraj pozostanie strategicznie osamotniony, jako jedyny w regionie Bałtyku (poza Rosją) nienależący do Sojuszu. I choć w Socjaldemokratycznej Partii Robotniczej (SAP) istnieją silne nurty antynatowskie i antyamerykańskie, Andersson przekonała działaczy do zmiany zdania. Zadanie ułatwiło nastawienie opinii publicznej, która pod wpływem wieści z Ukrainy przychylniej odniosła się do idei integracji. Obecnie popiera ją niemal dwie trzecie Szwedów (w ostatnich latach było to zaledwie 30-kilka proc.).

Ryzyko jazdy na gapę

Szwecja i Finlandia to jedne z najzasobniejszych państw świata. Szwedzki PKB za ubiegły rok przebił pułap 600 mld dol., fiński wyniósł ćwierć biliona. Oba kraje mają rozwinięte gospodarki, szwedzka posiada możliwości wyprodukowania niemal każdego rodzaju uzbrojenia – od karabinów po samoloty – zapewniające wojsku samowystarczalność. Jednocześnie to rozległe terytoria (528 tys. i 338 tys. km kw.), ze stosunkowo niewielkimi populacjami (10,3 i 5,5 mln), w przypadku Finlandii z mocno niekorzystnym układem granic – połowa z 2,6 tys. km przypada bowiem na Rosję. Finowie łożą na armię 2,15% PKB (5,7 mld dol. w 2021 r.), lecz dopiero od niedawna – wcześniej, przez wiele lat, wydatki militarne Helsinek nie przekraczały 1,3% PKB. Szwedzkie nadal pozostają na niskim poziomie 1,1% PKB (6,5 mld dol. w 2021 r.), co nie odpowiada standardom NATO. Dlatego pośród analityków wojskowych nie było zgody co do sensowności rozszerzenia Sojuszu o te kraje. W Polsce – gdzie zapanował w tej kwestii entuzjazm – głosów na „nie” właściwie nie zauważono, ale już za oceanem sporo mówiło się o kosztach i zagrożeniach. Podkreślano „zwiększoną ekspozycją wspólnoty na ataki Moskwy”. Obawy rodził fakt, że oba państwa dotąd rozwijały siły zbrojne uwzględniając wyłącznie specyfikę własnych terytoriów, tymczasem istotą NATO jest możliwość kolektywnej obrony. Najwięcej lęków rodził jednak scenariusz „jazdy na gapę” – skrycia się za potencjałem USA i ich parasola nuklearnego, przy jednoczesnym wydawaniu na obronność minimalnych środków. Niemcy Angeli Merkel pozostają tu żywym wspomnieniem.

Obawy związane z kwestiami finansowymi rozstrzygną się w ciągu najbliższych lat, ale już dziś warto zauważyć, że oba kraje słyną z ponadpartyjnych konsensusów dotyczących bezpieczeństwa państwa. Ich symbolem może być szwedzka Försvarsbeslut – przyjmowana co pięć lat nowa strategia obrony, realizowana później niezależnie od politycznych przetasowań. Ta z grudnia 2020 r. zakłada zwiększenie wydatków na wojsko do 1,5% PKB w 2025 r. A szwedzkie militarne przebudzenie wcale nie nastąpiło ledwie dwa lat wstecz – zaczęło się już w 2008 r., po wojnie w Gruzji i znacząco przyśpieszyło po 2014 r., kiedy doszło do pierwszej odsłony rosyjsko-ukraińskiego konfliktu.

Jego obecna faza każe ze spokojem patrzeć na ryzyko wynikłe z dodatkowych setek kilometrów granicy NATO z Rosją. Tak twierdzi szef agencji analiz wywiadowczych fińskich sił zbrojnych płk Esapekka Vehkaoja. „Trudno spodziewać się, aby w najbliższych latach Rosja zdołała znacząco wzmocnić swoje oddziały przy granicy z Finlandią”, oświadczył przed kilkoma tygodniami. Wynika to ze znaczących strat poniesionych przez wojska rosyjskie w Ukrainie (według brytyjskiego wywiadu, do połowy lipca zginęło i zostało rannych 50 tys. Rosjan). Dodajmy, że Kreml w pierwszych reakcjach na zapowiedzi Finlandii ogłosił utworzenie dodatkowych 10 brygad okołowojskowych, które miałby zostać wysłane na północ. Jak na razie Moskwa relokuje żołnierzy spod granicy fińskiej na ukraiński front.

Wkład do natowskiej puli

Te ruchy potwierdzają, że stawiane przez Kreml zarzuty dotyczące zagrożenia ze strony NATO, to w istocie retoryczny argument, uzasadniający politykę konfrontacji z Zachodem. Że nie stoi za tym realna obawa przed agresją na Rosję (a tego typu lęki są regularnie wzmacniane przez kremlowską propagandę skierowaną do własnych obywateli). Bo rzeczywiście, nie ma się czego bać. Szwedzi postawili sprawę jasno – nie chcą u siebie stałych sił natowskich oraz rozmieszczenia broni jądrowej (co jest opcją czysto teoretyczną). Finlandia nie sformułowała żadnych ograniczeń, ale w dyskusjach o przyszłych realiach członkostwa właściwie nie pojawia się wątek obecności obcych wojsk. Sztokholmowi i Helsinkom zależy wyłącznie na natowskich gwarancjach bezpieczeństwa. Ich własne armie pozostają nieliczne i mają defensywny charakter. W siłach zbrojnych Szwecji służy czynnie 24 tys. ludzi. Kolejne 11,5 tys. osób to wojskowi na niepełnym etacie (wkładający mundur na czas ćwiczeń i operacji militarnych). Szwecja ma też Hemvärnet – 20-tysięczną gwardię. W 2018 r. szwedzki rząd przywrócił pobór. Armia Finlandii liczy 31,5 tys. żołnierzy, ale dysponuje imponującymi rezerwami. Fińscy generałowie „na szybko” mogą zmobilizować 280 tys. świetnie wyszkolonych rezerwistów, cała dostępna populacja byłych żołnierzy w wieku mobilizacyjnym wynosi obecnie 900 tys. osób. W przypadku Finlandii to właśnie ona stanowi najwartościowszy wkład do natowskiej puli.

Szwedzkie wiano to przede wszystkim trzecia co do wielkości (po niemieckiej i rosyjskiej) marynarka wojenna na Bałtyku, wyposażona m.in. w trudno wykrywalne korwety Visby (pięć sztuk) oraz okręty podwodne A-19 Gotland (trzy sztuki; w budowie są dwaj następcy, jednostki typu A-26). Gotlandy, dzięki innowacyjnym rozwiązaniom napędowym, cieszą się renomą niezwykle cichych łowców. Jeden z nich w symulowanym starciu „zatopił” amerykański lotniskowiec – najsilniej broniony okręt na świecie. Szwedzkiego nieba strzeże niemal setka świetnych Gripenów, na lądzie siły zbrojne mają do dyspozycji m.in. 120 Leopardów i trzy i pół setki solidnych wozów bojowych z rodziny CV90. Niemieckimi Leopardami dysponuje też Finlandia – ma ich 240. Co ciekawe, obok setki szwedzkich CV90, Finowie eksploatują podobną liczbę rosyjskich BMP-2. To zresztą niejedyny rosyjski akcent w fińskiej armii, choć o jej sile stanowi przede wszystkim sprzęt zachodni. Na przykład 60 amerykańskich myśliwców F/A-18 – nadal niezłych, a już przewidzianych do nieodległej wymiany (w 2025 r.). Helsinki postanowiły zastąpić „osiemnastki” maszynami piątej generacji F-35A. Zamówienie o wartości 8,4 mld euro dotyczy zakupu 64 samolotów. Wraz z nimi do Finlandii trafią m.in. pociski manewrujące JASSM-ER, zdolne razić cele na odległość do 1000 km.

Ps. Na okoliczność orkowych kalkulacji (gdyby jednak przyszło im coś głupiego do łba) – z Helsinek do Moskwy w linii prostej jest około 900 km…

—–

Nz. Fińska artyleria podczas ćwiczeń/fot. Siły Obronne Finlandii

Tekst opublikowałem w Tygodniku Przegląd, 31/2022

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Bałtyk

Dziś będzie krótko, bom w podróży. A chciałbym zamknąć kwestię akcesu Szwecji i Finlandii do NATO. Co obecność tych krajów w Sojuszu oznacza dla Polski?

Rzeczpospolita przez dekady zaniedbywała kwestię bezpieczeństwa morskiego. W efekcie doszliśmy do punktu, w którym flota podwodna składa się z jednego remontowanego okrętu. A możliwości bojowe jednostek nawodnych są raczej symboliczne. Tymczasem Bałtyk stał się ostatnio niezwykle ważnym elementem w naszym energetycznym „być albo nie być”. Na skutek wojennych sankcji kopaliny w jeszcze większym stopniu docierają do nas morzem, nie lądem (ze wschodu). I ów trend będzie się tylko powiększał. Patrząc z tej perspektywy, wzmocnienie natowskich sił morskich przez niezwykle nowoczesną szwedzką flotę, wpływa pozytywnie na bezpieczeństwo RP. I daje nam czas na realizację planu rozbudowy marynarki wojennej.

Lecz niesie także pewne zagrożenie. Skala wyzwań związanych z modernizacją całych sił zbrojnych, przed jaką stoi Rzeczpospolita, jest ogromna. Przykład Ukrainy nie pozostawia złudzeń, że powinniśmy rozbudować nasze możliwości w zakresie obrony przeciwlotniczej oraz wzmocnić najcięższe komponenty wojsk lądowych. A to kosztuje. Przy tej okazji ktoś może machnąć ręką na nowe okręty – „bo są ważniejsze wydatki, a na Bałtyku i tak inni chronią nam tyłki”. W historii NATO był już taki precedens w postaci Niemiec pod rządami Angeli Merkel. RFN, mimo posiadania jednej z największych gospodarek świata, łożyła na armię relatywnie niskie kwoty. Niemcy „jechały na gapę”, korzystając z amerykańskiego parasola ochronnego. Dziś, wybudzone przez Władimira Putina z letargu, potrzebują 100 mld euro na modernizację sił zbrojnych. Potrzebują „na wczoraj”.

A to Niemcy – bogatsze i bezpieczniejsze od nas, bo oddalone od Rosji i jej strefy wpływów. Ukraińcy wywalczyli nam czas; niezależnie od tego, jak skończy się ta wojna, Federacja Rosyjska przez co najmniej kilka lat nie będzie w stanie poprowadzić wojskowej operacji zaczepnej. W swoich ostrożnych szacunkach jestem zdania, że okres zawieszenia potrwa nawet kilkanaście lat. Ale później może być już różnie. Bardziej niż odbudowy rosyjskiej potęgi wojskowej, obawiam się kryzysu zachodniego systemu bezpieczeństwa. Niech idiota Trump wróci na stołek prezydenta USA – i później się potoczy. A to tylko jedno z wielu zagrożeń. Rosja w każdym razie – niezależnie od kondycji gospodarczej – nie ustanie w wysiłkach z zakresu wojny informacyjnej i będzie dalej dążyć do rozbicia zachodniej wspólnoty, infekując nasz medialny ekosystem swoimi „zarazkami”. Gdzieś tam na końcu będzie Polska, która na skutek błędnych decyzji może nie być przygotowana do odparcia agresji.

Trzymam zatem kciuki za „Mieczniki”, trzymam kciuki za „Orki”, za wszystko, co poprawi nasze bezpieczeństwo na morzu.

—–

Nz. Przyszły ORP Ślązak, jeszcze w budowie (zdjęcie z 2015 roku)/fot. Michał Piekarski

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Źródełka

W alarmistycznym tonie wypowiada się ostatnio indyjska prasa. Chodzi o jeden z podstawowych typów samolotów, używany przez tamtejsze lotnictwo (IAF) – Su-30MKI. Okazuje się, że dziś tylko 60 proc. floty Suchojów zdolna jest do przeprowadzenia misji bojowych. Indie mają tych maszyn około 270, zatem uziemionych pozostaje ponad setka. A będzie gorzej – Indusi spodziewają się niebawem spadku dostępności floty poniżej 50 proc. Dowództwo sił powietrznych przeprowadza właśnie generalny przegląd części zamiennych i materiałów eksploatacyjnych do Su-30MKI. Dysponuje się nimi w trybie zarządzania kryzysowego. Jak na razie – zapewnia dowództwo – sytuacja nie osiągnęła poziomu „ekstremalnych komplikacji”, lecz wysoce prawdopodobne jest, że skróceniu ulegną naloty maszyn, a część uziemionych egzemplarzy zostanie przeznaczona do kanibalizacji. Sytuacja wyklaruje się w ciągu najbliższych tygodni, przewidują Indusi, złorzeczący, że Rosja nie jest w stanie wywiązywać się z wieloletniej umowy na dostawy części zamiennych i świadczenie pomocy technicznej. Winna jest rzecz jasna wojna z Ukrainą i jej skutki – sankcje, które zatrzymały produkcję w rosyjskich fabrykach oraz konieczność wetowania strat przez Rosję zapasami wcześniej przeznaczonymi na eksport.

„Rosyjskie narzędzia wojenne są tanie, dopóki nie są potrzebne”, zauważa jeden z indyjskich komentatorów. Nic dodać, nic ująć.

Tymczasem dowództwo IAF ma nadzieję, że wojna niebawem się skończy, zakładając przy tym, że wszystko wróci do normy. Czytaj: Zachód zniesie sankcje.

Rosja (i Chiny) to głowni dostawcy uzbrojenia dla biednych i mniej zamożnych krajów. Zwykle jest to sprzęt gorszej jakości, choć oba przemysły są w stanie produkować uzbrojenie względnie wysokiej klasy. Chinom nic złego w kontekście wojny na wschodzie się nie dzieje. W ich przypadku należy spodziewać się dalszego pościgu za zachodnią jakością i skutecznością systemów bojowych. A Rosji? Jeśli Zachód wytrwa w sankcjach, Rosja nie będzie w stanie sprzedać niczego. Bo niczego nie wyprodukuje. Ich najlepsze uzbrojenie – teraz widać to wyraźnie – bazuje na zachodniej elektronice. A dostępu do niej już nie ma. Własna elektronika to 2-3 generacje wstecz, czego Rosjanie nie potrafią przeskoczyć.

Kasa na ów przeskok nawet była, ale – posłużę się słowami przedstawiciela branży lotniczej z dobrymi kontaktami na wschodzie – „pod przykryciem restrukturyzacji przemysłu wojskowego, ujednoliceń i tworzenia holdingów, Wiertoliety Rossiji, OAK, ODK, OSK (nazwy firm – dop. MO) wprowadziły masowo technologie stealth. Ogromne ilości pieniędzy zniknęły bez śladu i żadnego widocznego efektu”.

Taki to stealth w rosyjskim wydaniu – sprzęt jest niewidzialny, bo go nie ma.

Ale mniejsza o „wsad” – skorupy samolotów, czołgów czy okrętów buduje się przy użyciu wysokiej klasy maszyn. A tych, własnych, u Rosjan jak na lekarstwo. 90 proc. obrabiarek wykorzystywanych przy produkcji czołgów ma zachodnie papiery. I… już nie działa. Technologiczny regres przemysłu – poza kłopotami z odbudową zdolności bojowej własnej armii – oznacza także katastrofę w wymiarze ekonomicznym. Eksport uzbrojenia był dotąd, obok kopalin, jednym z najważniejszych źródeł wpływów budżetowych.

Źródełko schnie, kasa topnieje – jak wylicza amerykański „Newsweek”, Moskwa wydaje na wojnę z Ukrainą 900 mln dol. dziennie. Mniej więcej tyle wpływa do kremlowskiego skarbca z handlu ropą, gazem i węglem, ale po pierwsze, tych pieniędzy za chwilę będzie znacznie mniej; po drugie, państwo to coś więcej niż armia. Nawet rosyjska armia to coś więcej niż siły inwazyjne w Ukrainie. Kołderka krótka, „gęb do wyżywienia” mnóstwo. A dla zachowania spójności systemu trzeba jeszcze zaspokoić żądania/oczekiwania złodziei-oligarchów.

Putin zatem finansuje wojnę z oszczędności. Dać małpie brzytwę, sama się pochlasta…

…ale krzywdy innym też narobi/fot. Центр стратегічних комунікацій та інформаційної безпеки

Postaw mi kawę na buycoffee.to