Archiwa tagu: uchodźcy

„Karbala”

Obawiałem się premiery „Karbali”, zwłaszcza po lekturze artykułów, w których twórcy opowiadali o kłopotach finansowych związanych z produkcją. „Zmarnują potencjał niczym ‘Misja Afganistan’” – myślałem o serialu, który okazał się tak durny w warstwie fabularnej, i tak kiepski w wymiarze scenograficznym, że zgrzytałem zębami oglądając każdy jego odcinek. „Karbalski City Hall na Żeraniu, zaledwie kilkanaście dni zdjęciowych na Bliskim Wschodzie!? – chyba szykuje się koszmarek” – przewidywałem. I na szczęście nie miałem racji.

W warstwie realizatorskiej otrzymujemy bowiem bardzo sprawnie nakręcony film. Nie ma w nim sztuczności i drętwoty, którą znamy z „Demonów wojny według Goi”. Jest dynamicznie, jest głośno, jest – co najważniejsze – realistycznie. Tak naprawdę, poza dwoma momentami, w których widać, że zabrakło pieniędzy na bardziej spektakularne ujęcia, w tym zakresie możemy porównywać „Karbalę” do „Helikoptera w ogniu”. Plan nie jest co prawda tak rozległy, nie ma efektownej katastrofy śmigłowca, ale w wąskich kadrach dzieje się naprawdę sporo. Śmigają kule, wybuchają granaty, słychać rozkazy i komunikaty wymieniane przez radio.

To nie jest (para)dokument

Ten realizm to duża zasługa aktorów – wyrazów ich twarzy, gestów, ruchów. Choć trzeba jasno powiedzieć – mimo znakomitej roli Bartłomieja Topy, w „Karbali” liczy się przede wszystkim bohater zbiorowy. Nieco łajzowaty wojskowy, wysłany w byle czym i z byle czym na misję stabilizacyjną, która okazała się prawdziwą wojną. Ten rozdźwięk między planami sztabowców, a realiami jest w filmie kilka razy świetnie rozgrywany. Na przykład doskonałą sekwencją, w której żołnierze na własną rękę dopancerzają samochody. I skoro o sprzęcie mowa – czapki z głów, panowie konsultanci. W „Karbali” naprawdę zadbano o detal. Nie tylko wozy, ale ekwipunek żołnierzy jest taki, jak przed 11 laty.

Dbałość tyczy się również scenografii – makieta City Hall’u rzeczywiście wygląda jak żywcem wyjęty fragment irackiego miasta. Twórcy „Karbali” uniknęli błędu swoich kolegów z „Misji Afganistan”, którzy korygując obraz filtrami, zafundowali widzom nienaturalną barwę otoczenia. Niektórych może drażnić powszechnie w filmie używany język angielski – w dodatku w nieco topornym wydaniu. Ale to język tej misji i tak właśnie posługiwali się nim (zresztą, wciąż się posługują), polscy żołnierze. Nieco więc paradoksalnie jest to element, który tylko urealnia fabułę.

Lecz warto mieć świadomość, że „Karbala” nie jest (para)dokumentem. Że nie ma w tym filmie relacji jeden do jednego. Historia sanitariusza oskarżonego o tchórzostwo owszem, miała miejsce, ale kiedy indziej. Z kolei porwanie polskich żołnierzy to wymysł scenarzystów. Ale trudno mieć im to za złe, gdyż te wątki nadają nerw akcji, malują też pełniejszy obraz tego, co działo się w Iraku. Reżyser i producenci wzięli na warsztat wydarzenie z początków misji – po bitwie o City Hall nasi żołnierze byli nad Eufratem i Tygrysem jeszcze ponad cztery lata.

Zło wykluło się już wtedy

Film, który właśnie dziś ma swoją premierę, ukazuje się w wyjątkowym okresie – gdy europejskie plaże szturmują setki tysięcy głównie arabskich uchodźców. „Karbala”, w której Polacy koncertowo rozprawiają się z islamskimi bojownikami, może zatem zostać wykorzystana w antymuzułmańskiej histerii, jaka ogarnęła część naszego społeczeństwa. W istocie będzie to jednak zabieg karkołomny. W filmie oglądamy scenę rozmowy dwóch oficerów – polskiego i bułgarskiego – którzy ze smutkiem przyznają, że ich oddziały są w Iraku na wezwanie Wielkiego Brata. Kolejnego Wielkiego Brata. I nie ma w tym innych powodów i większego sensu – może poza jednostkowymi motywacjami żołnierzy, dla których zagraniczna misja to sposób na nieco większe pieniądze.

Dziś wiemy już, że Amerykanie oszukali cały świat, wmawiając mu, jak wielkim zagrożeniem jest reżim Saddama Husajna. Mamy świadomość, że ta wojna nie była potrzeba. Warto być dumnym z naszych żołnierzy, ale to nie może przekreślić faktu, że polityczna decyzja o ich wysłaniu na Bliski Wschód była błędem. Błędem, który teraz mści się na całej Europie. Szyicka rewolta, której częścią były ataki na karbalski City Hall, została zdławiona. Lecz uruchomionych wówczas procesów nie dało się zatrzymać. Zachodni okupanci musieli zaakceptować dominację szyickiej większości nad sunnicką mniejszością. Aż w końcu ta druga stała się rozsadnikiem, w którym narodziło się Państwo Islamskie – zło, przed którym uciekają dziś mieszkańcy Iraku i Syrii.

—–

Polski patrol na ulicach Hamzy, Irak, jesień 2005/fot. Marcin Ogdowski

Manipulacja

Kilka dni temu pewien wojskowy przekonywał mnie, że za bezprecedensowy szturm imigrantów na europejskie plaże odpowiadają… Rosjanie.

Ta teza wydaje mi się równie absurdalna, jak oskarżenie rosyjskiego wywiadu o spowodowanie katastrofy w Smoleńsku. Rosyjskie spec-służby – niczym demiurg – sterujące wielkimi procesami?

Wolne żarty.

Ale z drugiej strony, Rosjanie doskonale wykorzystali Smoleńsk, by móc wpływać na nastroje społeczne w Polsce. I w efekcie przyczynili się do wewnętrznego konfliktu, który na lata podzielił nasze społeczeństwo. Agentura wpływu i użyteczni idioci mieli w ostatniej pięciolatce ręce pełne roboty.

Destabilizacja przeciwnika to zasadniczy cel, jeśli prowadzi się agresywną operację wywiadowczą – a taką wobec krajów Zachodu „od zawsze” prowadziła i KGB i jej następczyni FSB. Dlatego nie zdziwiłbym się, gdyby na jaw wyszło, że jakaś część gangów przemycających ludzi ma związki z rosyjskimi służbami. Nie byłoby dla mnie niczym nadzwyczajnym, gdyby za propagowanie idei ucieczki do Europy odpowiadały osoby opłacane przez Moskwę. Gdyby za działaniami reżimu Assada – zmuszającymi ludzi do emigracji – stali rosyjscy doradcy. Gdyby handlarze syryjskimi paszportami również – w jakiejś mierze – mieli moskiewskich zleceniodawców. Długofalowym celem Rosji jest destabilizacja Unii Europejskiej, byłoby więc dziwne, gdyby FSB zignorowała możliwości, jakie daje bliskowschodni konflikt i jego społeczne konsekwencje.

Ale co innego wykorzystać, a co innego sprowokować.

Smoleńsk przywołałem nie bez powodu. Otóż pamiętam doskonale, jak dobrze wykształceni, obyci i światli ludzie naigrywali się z głupoty „smoleńskiego ludu”. Wskazując na absurdy w jego zachowaniu. Dziś wielu z nich – także wśród moich znajomych – popada w identyczną histerię, tym razem antyimigrancką. Dając się zwieść wizjom muzułmańskiego motłochu, który lada moment zacznie gwałcić nasze kobiety i niszczyć nasze groby, a w łagodniejszym wydaniu – zmusi nas do przyjęcia skrajnej wersji islamu.

Moi drodzy, nie przyszło Wam do głowy, że obrazki dziczy demolującej Węgry, są niczym mgła w Smoleńsku? Fragmentem wyjętym z szerszego kontekstu, niemającym wpływu na całość wydarzeń? Nie macie świadomości, że owo wyjęcie jest dowodem medialnej manipulacji, której ulegacie niczym zwolennicy teorii dobijania na smoleńskim pogorzelisku?

Mgła była, coś na dźwięk wystrzałów też dało się usłyszeć – ale czy to są dowody na zamach?

Poczytajcie relacje uczciwych dziennikarzy, którzy są i byli na Węgrzech. Jasno z nich wynika, że ekscesy – którymi tak podniecamy się w Polsce – to ledwie ułamek rzeczywistości. Nieliczne przypadki, które w żadnym razie nie powinny mieć wpływu na ocenę całości zjawiska. Nie da się z nich wywieść logicznego wniosku, że „tamci” idą tu po to, by nas zabić/zniewolić/stłamsić.

A teraz znów Rosjanie – pozornie bez związku, ale doczytajcie do końca.

Otóż dawni nasi wielcy bracia perfekcyjnie wykorzystują podatny grunt wciąż pielęgnowanej przez wielu Polaków niechęci do Ukraińców. Niechęci usprawiedliwianej faktami z historii – przede wszystkim rzezią wołyńską z 1943 roku. Nie tylko doskonale zagospodarowali potencjał użytecznych idiotów, tworzących niszowe, ale liczne strony internetowe. Rosyjscy trolle, przy pomocy nieświadomych manipulacji polskich internautów, zdominowali też fora dyskusyjne mediów głównego nurtu. Wystarczy zerknąć w komentarze pod dowolnym tekstem poświęconym Ukrainie. Zwykle jest to ściek – pełen inwektyw, niesprawiedliwych ocen i zwykłych wymysłów – jednak w jego oparciu wiele osób buduje sobie alternatywny obraz wydarzeń.

Z tym samym zjawiskiem mamy do czynienia w przypadku imigrantów. I owszem, sugeruję, że i tu maczają palce Rosjanie. Skłócenie społeczeństwa, konflikt na linii obywatele-politycy, podkręcanie postaw eurosceptycznych, a kto wie, może w przyszłości spirala tak się nakręci, że jak w Niemczech zaczniemy fizycznie atakować „szuszfoli” – oto skrócony katalog rosyjskich korzyści. Ale znów konieczne jest zastrzeżenie – byśmy nie przeceniali roli Rosji. Bo tak naprawdę duża część roboty „robi się sama”.

Szwadrony użytecznych idiotów mają dziś godła wszystkich polskich redakcji. Kto jeszcze nie zdołał się zorientować, tego informuję – misja umarła, współczesne polskie dziennikarstwo (poza nielicznymi wyjątkami), funkcjonuje w oparciu o credo: „Straszyć, śmieszyć, otumaniać”. Bo z jakiegoś powodu taka oferta najlepiej się sprzedaje.

A w tym konkretnym przypadku jest jeszcze jawna i powszechna islamofobia – niezależna od aktualnych wydarzeń. Ludzie mediów schlebiają jej nie tylko dla własnego interesu – często zwyczajnie ją podzielają.

—–

Zdjęcie ilustracyjne (okolice obozu uchodźców pod Falludżą w Iraku, jesień 2005)/fot. Krzysztof Żuczkowski

Obóz

– To przeklęta ziemia – mówi starsza kobieta, spotkana na Polskim Cmentarzu Wojennym w Charkowie. Masowe groby kryją tu szczątki ponad czterech tysięcy Polaków, jeńców ze Starobielska, rozstrzelanych w charkowskiej siedzibie NKWD. Których ciała przywożono nocą i grzebano w dołach, obok ukraińskich ofiar radzieckiego terroru, zamordowanych pod koniec lat trzydziestych. – Gdyby człowiek mógł widzieć więcej, zobaczyłby niespokojne duchy wszystkich tych biednych ludzi – dodaje staruszka.

Brzmi to złowieszczo, niepokojąco – zwłaszcza ze świadomością, że za płotem cmentarza działał obóz pionierski, drugi co do wielkości w całym ZSRR. W urokliwym lesie, w drewnianych domkach, mieszkało podczas jednego turnusu nawet tysiąc dwustu członków Komsomołu. Pionierzy z czerwonymi chustami przeżywali tu swoje dziecięce i młodzieńcze przygody, w sąsiedztwie sekretnej wówczas nekropolii. Makabra w iście sowieckim stylu.

Zresztą i dziś „Romaszka” – jak nazwano ów obóz – jest świadkiem tragicznej historii, tym razem już nie Związku Radzieckiego, a powstałej po jego rozpadzie Ukrainy. Zdewastowany i od wielu lat nieremontowany obiekt przekazano bowiem wojennym uchodźcom z Donbasu.

Odpowiedzialność za wybory męża

A właściwie uchodźczyniom i ich dzieciom. W „Romaszce” trudno znaleźć mężczyzn, szczególnie tych w sile wieku. To zresztą po trosze temat tabu, którego uciekinierki starają się unikać. Zapytane wprost, mówią, że mężowie zostali, by pilnować domów i majątków przed szabrownikami. Lecz tajemnicą poliszynela jest, że w większości przypadków panowie po prostu wybrali wojaczkę. Jedni po jednej, drudzy po drugiej stronie.

Żony tych, którzy przystali do separatystów, są szczególnie ostrożne – milion trzysta tysięcy wewnętrznych uchodźców staje się coraz większym problemem ukraińskiego społeczeństwa. Przymusowi przyjezdni coraz częściej wywołują wrogość, a co najmniej niechęć u mieszkańców miejscowości, do których trafiają. Nie brakuje więc opinii, że „suki separów” nie powinny otrzymywać żadnej pomocy.

– A dlaczego ja, albo moje dzieci, mielibyśmy ponosić odpowiedzialność za wybory męża? – pyta jedna z uchodźczyń.

I tak lekko nie mają. 38-letnia Irina Filimonowa z Doniecka trafiła do „Romaszki” jesienią ubiegłego roku. Kobiecie z kilkuletnim synem przydzielono zatęchły pokoik ze zbutwiałą podłogą i pojedynczym oknem, pozbawionym szyb.

– Szła zima i mrozy, a nam do zabezpieczenia okna musiały wystarczyć folia i koce – wspomina kobieta. Dziś mieszka w odremontowanym baraku, w wydzielonym mieszkanku składającym się z dwóch pomieszczeń. – Woda jest, prąd jest. Mamy niezbędne meble. Udało się stworzyć namiastkę domu – na twarzy Iriny widać delikatny uśmiech.

Rodzin, takich jak jej, jest w „Romaszce” czterdzieści, choć był czas, że mieszkała ich tu ponad setka.

Integracja, a nie zamknięte enklawy

Znośne warunki to zasługa Polskiego Centrum Pomocy Międzynarodowej, USAID, ale przede wszystkim – mimo wewnętrznych napięć na linii uchodźcy-miejscowi – zwykłych charkowian oraz lokalnych firm. Strumień pieniędzy i towarów, głównie żywności, nie jest może wartki, ale pozwala na bieżące funkcjonowanie obozu.

Dla 25-letniej Olgi Rusakowej z obwodu ługańskiego, taki stan rzeczy to – jak sama mówi – dar niebios. Gdy ją spotykam, karmi właśnie ledwie dwutygodniowego noworodka.

– Regina – wymawia imię dziecka młoda nauczycielka nauczania początkowego. Obok kręci się czteroletni malec, pierwsze dziecko dziewczyny o azjatyckich rysach twarzy.

Obóz jest również azylem dla 43-letniej Ileny – inwalidki na wózku.

– Żyję dniem dzisiejszym, bez szansy na pracę, bez możliwości powrotu do domu. Bo tam wojna i ekonomiczna blokada – wyjaśnia, mając na myśli embargo na obrót pieniężny i towarowy, nałożone na separatystyczne republiki przez rząd w Kijowie.

– W przypadku konfliktów zbrojnych nie da się uniknąć organizowania obozów dla uchodźców, zwłaszcza zimą – mówi Rafał Farbisz, koordynator akcji PCPM na Ukrainie. – Ale trzeba dążyć do tego, by miały one charakter przejściowy. By uchodźcy integrowali się z resztą społeczeństwa, a nie żyli w zamkniętych enklawach. Przede wszystkim, by znajdowali pracę i własne mieszkania.

Pomoc

Ukraińscy górnicy zwykle umierają zanim zdążą się zestarzeć. Wielu z nich ginie w wypadkach, będących efektem katastrofalnego stanu kopalnianej infrastruktury. Wielu – tuż po przejściu na emeryturę – zabijają zawodowe choroby i podły stan opieki medycznej. Wiktor Jakowlinicz tymczasem – choć musi wspierać się drewnianą laską – wciąż ma w sobie sporo życiowej energii, a na koncie 82 lata. Byłby zatem prawdziwym szczęściarzem, gdyby nie fakt, że kilkanaście miesięcy temu na Ukrainie wybuchła wojna domowa, a on musiał uciekać z Doniecka do Charkowa.

– Na starość przyszło mi włóczyć się po świecie – mówi, dodając, że sam nie miałby na to odwagi. Samotny, starszy mężczyzna zapewne zostałby w ostrzeliwanym Doniecku, gdyby nie pomoc sąsiadów. – Uciekliśmy razem, a młodzi – emerytowany górnik spogląda na towarzyszącą mu trzydziestoparoletnią kobietę – … zajmują się mną jak ojcem.

– Ma pan własne dzieci? – pytam.

Twarz mężczyzny smutnieje.

– Mam – odpowiada. – Dwie córki. Zostały tam, po drugiej stronie, ze swoimi rodzinami. Nie chciały opuszczać Ługańska, mówiły, że to się zaraz skończy, że trzeba mieć nadzieję. A wojna trwa i trwa i końca nie widać… – Jakowlinicz zawiesza głos. – Strasznie się o nie martwię – przyznaje po chwili.

Człowiek jak żywy bankomat

Z Wiktorem Jakowliniczem spotykamy się na przedmieściach Charkowa, w punkcie pomocy humanitarnej prowadzonym przez Polskie Centrum Pomocy Międzynarodowej. Staruszek właśnie odebrał kartę bankomatową do rachunku, na który PCPM przez pół roku będzie przelewał 1200 hrywien miesięcznie.

– Niech wam bóg błogosławi – mężczyzna dziękuje dwóm młodym wolontariuszkom, odpowiedzialnym za wydawanie kart. A ja pytam Rafała Farbisza, koordynatora PCPM na Ukrainie, skąd w ogóle pomysł, by pomagać w taki sposób.

– Kiedyś – wspomina Farbisz, weteran akcji humanitarnych – …zdarzało się, że miałem przy sobie  nawet 60 tysięcy dolarów. Górę forsy, którą ktoś mógłby się zainteresować i potraktować mnie jako żywy bankomat. Karty łatwiej przewieźć, nie rzucają się w oczy, a nasi wolontariusze nie stają się celem dla rabusiów. Oczywiście, ten system dystrybucji pomocy nie wszędzie się sprawdzi – pracujemy w wielu miejscach na świecie, w niektórych zwyczajnie nie ma bankomatów. Tu na szczęście możemy sobie na to pozwolić.

– Sami uchodźcy wiedzą najlepiej, czego im trzeba – stąd w ogóle idea przekazywania pieniędzy, a nie konkretnych produktów czy przedmiotów – dodaje mój rozmówca.

– Po ucieczce do Charkowa wynajęliśmy z mężem dwupokojowe mieszkanie – doniecczanka Tatiana Osipenko również otrzymała kartę PCPM. – „Uchodźcy i dwa pokoje?” – dziwili się niektórzy. Tacy, co to pewnie widzieliby nas w ciasnej, małej norze. A my dzieci dwójkę mamy – kobieta trzyma na rękach kilkumiesięczne niemowlę. – Oprócz tego maleństwa jeszcze synek siedmioletni, sparaliżowany. Potrzebujemy więc trochę więcej przestrzeni. Na szczęście mąż znalazł pracę, mamy za co żyć, ale gdyby nie ta pomoc, mielibyśmy problem z opłaceniem czynszu.

Dom rozbity – wracać nie ma gdzie

Uchodźców takich jak Tatiana i jej rodzina jest w liczącym milion czterysta tysięcy mieszkańców Charkowie ponad sto tysięcy. Karty PCPM trafią w tym roku do 550 z nich.

– Z jednej strony, kropla w morzu potrzeb – przyznaje Farbisz. – Z drugiej jednak, to aż pół tysiąca rodzin, z których większość trafiła tu dosłownie z niczym. Ludzie tak jak stali, tak uciekli z objętych walkami rejonów.

35-letnia Oksana Morozowa z jednego z poddonieckich miasteczek przyjechała do Charkowa z 9-letnim synem Bogdanem.

– A kursy języka polskiego prowadzicie? – pyta jedną z wolontariuszek. – Znam trochę polski – wyjaśnia mi nieco później. – Przez pół roku pracowałam w Przemyślu jako sprzątaczka i chciałabym tam wrócić.

– Wyjechać na zawsze czy tylko do pracy? – dopytuję.

Oksana wzdycha.

– Dom rozbity – wracać więc nie ma gdzie i po co. W Charkowie z robotą ciężko, zwłaszcza dla kobiety. Słowem, nic mnie tu nie trzyma. Ale realistką jestem, wiem, że w Polsce życie drogie. Że lepiej pojechać tam na jakiś czas, odłożyć trochę, i wrócić na Ukrainę. Synowi trochę lepszy start zapewnić.

Priorytety

Na wspomniany blok-post trafiliśmy cywilnym samochodem, prowadzonym przez mężczyznę, którego kompletnie nie pamiętam. Doskonale za to wryła mi się w pamięć siedząca obok niego, na oko pięćdziesięcioparoletnia, kobieta. W eleganckim futrze z pełnym makijażem na twarzy. Co było o tyle zdumiewające, że trzy godziny wcześniej, w pośpiechu, zebrała gromadę wnuków, i razem z towarzyszem wpakowała je do auta, by wywieźć z ostrzeliwanego Debalcewa.

Jednak jeszcze bardziej zdumiewające było to, że po odstawieniu dzieci para wracała do miasta, by… zamknąć drzwi od domu. Klucz, który nie zaryglował zamka, tkwił w ręku kobiety – nerwowo ściskany – a ja patrzyłem na tę dłoń, przez wiele sekund, nie mogąc wprost nadziwić się takim motywacjom.

– W mieszkaniu zostało wszystko, cały nasz dobytek – kobieta jakby miała świadomość szaleństwa swojego czynu i szukała dlań usprawiedliwienia. – W miasteczku szabrownicy, zbóje. Wejdą, wezmą co cenniejsze, resztę zniszczą. Musimy wracać, zamknąć drzwi.

„A drzwi nie wywalą?”. „Przecież jak przez dach wpadnie rakieta, to i tak wszystko na nic. Po co więc ryzykować?” – pytania sunęły mi się na usta, ale uznałem, że nie warto ich zadawać. Z czasem zaś dotarło do mnie, że zachowanie pary wcale nie było tak irracjonalne. Najpierw dzieci, potem majątek – porządek priorytetów został zachowany.

*         *         *

Dwa dni później w Krasnoarmiejsku – w tamtejszej szkole częściowo zamienionej w obóz dla uchodźców – spotkałem kobietę poważnie ranną w nogę. Rakieta wystrzelona z wyrzutni Grad trafiła w dom, a walący się strop przygniótł matkę 7-letniego chłopca.

– Na szczęście zdołałam nakryć dziecko własnym ciałem – uśmiech na twarzy mojej rozmówczyni był lekko wymuszony. Nie miałem wątpliwości, że walczy z bólem, co zresztą chwilę później potwierdziła para lekarzy, którzy przyszli odwiedzić uchodźców.

Jej sąsiadka z niewielkiej wioski Tonienko, Tatiana, stała obok przysłuchując się naszej rozmowie. Z córeczką na ręku, kiwała głową – w geście, który zdradzał psychiczne wyczerpanie.

– Trzy dni strzelali, a my siedzieliśmy w piwnicach – zaczęła swoją opowieść. – Zniszczyli większość domów.

– Kto strzelał? – spytałem.

– A kto to wie? – Tatiana zaśmiała się nerwowo. – Po trzech dniach, nocą, przyjechało ukraińskie wojsko. Spytali, czy chcemy się ewakuować, a my byliśmy tak otępiali od huku armat, że było nam wszystko jedno. Ale dzieci – kobieta mocniej ścisnęła córeczkę. – Dla dzieci trzeba było. Przecież to szaleństwo musi się kiedyś skończyć. Musi…

Dziś popołudniu w białoruskim Mińsku zaczynają się rozmowy pokojowe, przez niektórych określane mianem „rokowań ostatniej szansy”. Czy przyniosą jakieś wymierne efekty?

DSC00964

Fot. Marcin Ogdowski