Los…

Co sprawiło, że staliśmy się świadkami upadku mitu „drugiej armii świata”, który na dekady zamulił postrzeganie Rosji i jej militarnych możliwości? Jak narodziła się nowa opowieść – mimo usilnych rosyjskich prób dotąd niesfalsyfikowana – o niepokonanych Siłach Zbrojnych Ukrainy (ZSU)? Na te pytania – i kilka innych, pomocniczych – starłem się odpowiedzieć w tekście pt.: „Kulisy (nie)zwyciężania”. Skończyłem go wczoraj późnym wieczorem, dziś – po ponownej lekturze całości – posłałem do zamawiającego. Zrobione i zapomniane – do czasu aż ukaże się w druku.

 Ale mam potrzebę, by podzielić się z Wami ostatnim akapitem. Poprowadziłem narrację do miejsca, w którym zasadne stało się pytanie – co dalej? Jak potoczy się ta wojna, patrząc na możliwości obu armii. Dość precyzyjnie je zdefiniowałem, ale w ostatecznej konkluzji napisałem tak:

 „(…) Kończę ów artykuł dzień po zniszczeniu zapory w Nowej Kachowce, gdy media zalały już foto-relacje z terenów dotkniętych kataklizmem. Wiem, że na zniszczonym przez wodę obszarze mieszkało znacznie mniej osób niż w normalnych, przedwojennych czasach. Że powódź dotknęła ledwie ułamek ukraińskiego społeczeństwa. Ale przeglądając zdjęcia (co dla mnie szczególnie istotne, z miejsc, w których miałem okazję bywać), czułem przejmujący żal. 'Ile ten znękany naród jeszcze wytrzyma?’, zastanawiałem się, wywodząc z tego pytania inne refleksje. Na przykład taką, że w ostatecznym rozrachunku o przetrwaniu Ukrainy nie zadecydują kwestie militarne. Siła i jakość ukraińskich sił zbrojnych – jakkolwiek kluczowa – nie będzie tak ważna jak determinacja stojących za armią cywilów. Z perspektywy zasobnego Kijowa – dotkniętego i straumatyzowanego rosyjskimi atakami, ale w nieporównywalnie mniejszym stopniu narażonego na wojnę niż wschód kraju – sprawy mogą wyglądać inaczej. Nadzieje być większe. Upór silniejszy. Tylko co mają myśleć i robić mieszkańcy Chersońszczyzny – zubożali na długo przed inwazją, w jej trakcie napadnięci i brutalnie okupowani, wyzwoleni, ale wciąż żyjący w cieniu wojny, a potem 'dobici’ wielką falą? Czy cena, jaką płacą, nie okaże się nie do podźwignięcia? Czy za jakiś czas cena, jaką płaci cała ludność Ukrainy, nie okaże się zbyt wielka? Pękną, nie pękną? W odpowiedziach na te pytania kryje się los naszego sąsiada…”.

Tak myślę, a jeśli się mylę, proszę o rzeczowe argumenty.

A jutro zajmę się „kontrofensywą”, która w najbardziej spektakularnym wymiarze toczy się… we łbach ruskich propagandystów.

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Podtopiony Chersoń/fot. Центр стратегічних комунікацій та інформаційної безпеки

(Nie)bycie

Czy Zachód jest stroną rosyjsko-ukraińskiego konfliktu? I tak, i nie. Natowscy żołnierze nie walczą w Ukrainie, ale z drugiej strony, kraje Sojuszu ślą na wschód mnóstwo pomocy wojskowej, wspierają Kijów wywiadowczo i szkoleniowo, wywierają też potężną presję ekonomiczną i polityczną na Moskwę, znacząco podnosząc jej koszty udziału w wojnie. Trzeba docenić ukraińską determinację i bohaterstwo, ale po kilkunastu miesiącach zmagań oczywistym jest, że bez „zachodniej kroplówki” Ukraina byłaby stracona. Otwartym pozostaje pytanie, w jakim zakresie, lecz odpowiedź zasługuje na oddzielny i obszerny tekst. W tym momencie istotnym jest, byśmy dostrzegli, że Zachód również ma swoje oczekiwania, które da się umiejscowić na wykresie „porażka-sukces” i że są one kluczowe dla trwania ukraińskiego oporu.

O czym konkretnie mowa? Zachód, choć reprezentowany przede wszystkim przez NATO, nie jest bytem jednorodnym – to konglomerat kilkudziesięciu podmiotów, z których każdy ma nieco inny stosunek do rosji i Ukrainy. Jest on sumą wielu zmiennych, głównie potencjału militarnego i ekonomicznego (a więc skali partycypacji w geopolitycznych rozgrywkach) oraz położenia geograficznego względem federacji. Im dalej od rosyjskich granic, tym mniejszy niepokój wywoływany poczynaniami Moskwy, im więcej „twardej” siły, tym większe możliwości, a często i wola powściągnięcia rosji – tak to wygląda w sporym rzecz jasna uproszczeniu. Inaczej na sprawy patrzy Estonia, dla której federacja stanowi egzystencjalne zagrożenie, inaczej Francja, funkcjonująca bez obaw przed napaścią, za to z doświadczeniem intratnych interesów z rosją.

Mimo takich różnic wypracowano konsensus, lecz i on zmieniał się w czasie. Nim wojska putina wkroczyły do Ukrainy, plan sojuszników zakładał ekonomiczną ripostę w postaci sankcji i szerokie wsparcie dla partyzantki, która – jak zakładano – pojawi się na okupowanych terenach. Sukcesem byłyby wówczas słabsze wskaźniki rosyjskiej gospodarki oraz „podpalona” Ukraina. Twardy opór ZSU (ale i na przykład rosyjskie bestialstwo), zmieniły znaczenie „wygranej” w rozumieniu NATO. Stało się nim – cytując Jensa Stoltenberga, sekretarza generalnego Sojuszu – „pełne zwycięstwo”, czyli powrót do granic Ukrainy sprzed 2014 roku, czemu m-u-s-i towarzyszyć jak najtrwalsze osłabienie możliwości militarnych rosji.

Czy to możliwe? Tak, jeśli donatorom Ukrainy nie zabraknie determinacji w udzielaniu wsparcia. Sądząc po dotychczasowej dynamice pomocy – w ramach której Ukraińcy otrzymują coraz więcej, coraz cięższej i bardziej efektywnej broni – pozwoli ona na dalsze wzmacnianie potencjału armii ukraińskiej, niezależnie od ponoszonych strat osobowych i sprzętowych. ZSU w maju 2023 roku były znacznie silniejsze niż w lutym 2022 roku. Armia rosyjska z kolei po 16 miesiącach wojny wykazywała cechy solidnego poturbowania, a na odbudowę zdolności sprzed 24 lutego 2022 roku potrzebowała dekady. Tymczasem nieposiadanie tych zdolności to brak realnych szans na poważny sukces.

Oczywiście, rosjanie od początku inwazji trzymają w rękawie potencjalnego asa – jest nim taktyczna broń jądrowa. Użyta w Ukrainie, mogłaby z dnia na dzień w istotnym zakresie zmienić sytuację na polu bitwy. Z uwagi na ultimatum Stanów Zjednoczonych, które zagroziły Moskwie „adekwatnym” odwetem w razie sięgnięcia po „atom”, ten scenariusz wydaje się mało prawdopodobny. Cienka czerwona linia wyznaczona przez Waszyngton nie istnieje fizycznie, ale definiuje fizyczny zakres rosyjskich działań w Ukrainie. To kolejny wymiar (nie)bycia Zachodu w tej wojnie…

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Żołnierz ZSU podczas szkolenia. Broń ukraińska (postsowiecka), ale wyposażenie zachodnie…/fot. Sztab Generalny Sił Zbrojnych Ukrainy

„Dzikusy”

Kilkanaście godzin temu zakończyła się akcja poszukiwawcza na gruzach bloku w Humaniu, trafionego w piątek rosyjską rakietą. Strażacy i ratownicy wydobyli ciała 23 osób, w tym szóstki dzieci. Dwie kobiety uznano za zaginione.

Nie pierwsza to tego typu historia po 24 lutego ubiegłego roku – dość wspomnieć identyczne wydarzenie z Dnipro, z 14 stycznia, w którym zginęło 30 bogu ducha winnych cywilów. Jak wtedy, tak i po Humaniu w rosyjskim internecie trudno było nie zauważyć radości „z dobrze wykonanego zadania”. Ale w piątek pojawiło się coś jeszcze – coś, co można uznać za działania rosyjskich służb. Gdy w świat powędrowały już pierwsze przejmujące obrazki z Humania, wraz z doniesieniami o stale rosnącej liczbie ofiar, RIA Novosti wypuściła informację o ukraińskim ostrzale artyleryjskim Doniecka. Zginąć w nim miało siedem przypadkowych ofiar, w tym babcia z wnuczką w trafionym pociskiem autobusie.

RIA Novosti to nie jest normalna agencja prasowa, a tuba propagandowa Kremla, działająca na zlecenie i pod całkowitą kontrolą raszystowskich agencji wywiadowczych. Zatem wypuszczenie przez nią takiej informacji, w takim momencie, z miejsca winno rodzić wątpliwości. Nie mieli ich – a może mieli, ale działali z premedytacją – prorosyjscy aktywiści medialni, kolportujący news z Doniecka w polskiej przestrzeni informacyjnej. Po co? Szerzej patrząc, barbarzyństwo Ukraińców miało najpewniej przykryć kolejny przejaw rosyjskiego bestialstwa, bądź też (co wzajemnie się nie wyklucza), zbudować u odbiorcy wrażenie symetryczności działań. „Złe rzeczy robią rosjanie, źli są również Ukraińcy” – tak mieli skwitować sprawy zewnętrzni obserwatorzy konfliktu. Docelowo to droga do wywołania zobojętnienia, postrzeganego przez Moskwę jako pożądany stan zachodnich opinii publicznych. „Jeśli zwykli ludzie będą mieli Ukrainę gdzieś, nakłonią swoich polityków, by ci przestali jej pomagać” – kalkulują na Kremlu. A łatwo mieć gdzieś „dzikusów”…

Co istotne, wywołanie wrażenia symetryczności jest dla rosjan niezwykle ważnym celem w odniesieniu do Polaków. Kremliny dobrze wiedzą, że powszechna w Polsce rusofobia „na wejście” stawia moskali w gorszej sytuacji, że ów negatywny stosunek jest w zasadzie nieusuwalny i nie ma sensu próbować go zmieniać. „A skoro zawsze będziemy dla nich draniami, niech draniami zostaną też nasi wrogowie”. Na takim założeniu opiera się pozornie antywojenna, a de facto służąca rosji narracja o „nie-naszej wojnie”. „Niech się zabijają, co nas to obchodzi?” – brzmi najbardziej „bezstronny” i „pragmatyczny” argument „zatroskanych patriotów”, którzy nie chcą „uwikłanej Polski”.

Wróćmy do newsa. W wersji wideo składał się m.in. z kadrów wykonanych… wiosną zeszłego roku (panorama Doniecka ze słupami dymów po pożarach) oraz zapikselowanych zbliżeń na ciało jednej z ofiar. Mocno zapikselowanych, dodam. Jest fragment z leżącą na ziemi kobietą, przy której kuca dwóch mężczyzn. Wygląda, jakby słaniała się z bólu, ale nie widzimy żadnych obrażeń, a kamera zaraz ucieka dalej, by pokazać spalony autobus, przy wraku którego kręcą się strażacy. I w sumie tyle. Nad wyraz subtelny przekaz, jak na agencję, która zwykła epatować odbiorców dosłownymi obrazkami śmierci.

Jeden z ancymonów, który pisał pełne oburzenia posty w sprawie „terrorystycznego ataku”, posłużył się m.in. zdjęciem spalonego autobusu, wykonanym w 2015 roku.

„Wrzutka”? Najpewniej, choć nie podejmę się oceny, w jakim zakresie zainscenizowana.

I nie, nie jest tak, że odrzucam hipotezę ukraińskiego ostrzału. ZSU regularnie niszczy cele wojskowe w Doniecku. Byłbym naiwny zakładając, że przy tej okazji nie ma przypadkowych ofiar. Ale strzelanie po osiedlach mieszkaniowych to specjalizacja rosjan. Po 24 lutego mamy na to masę niezbitych dowodów, których najzwyczajniej brakuje, gdy mowa o ukraińskich ostrzałach Doniecka, prowadzonych z zamiarem sterroryzowania mieszkańców miasta. A nawet jeśli jakieś dowody są, z założenia podchodzę do nich sceptycznie. Dlaczego? Wiosną 2015 roku widziałem jeden z takich ostrzałów, oglądałem też skutki drugiego. Długo nie mogłem zrozumieć, jakim cudem ukraińska artyleria grzmociła po mieście z głębi terytorium tzw. DRL. Ani jak pocisk z grada – który przecież nie ma właściwości manewrowych – uszkodził ścianę kościoła całkowicie niewidoczną/zasłoniętą, jeśli patrzeć z kierunku, na którym stały ukraińskie wojska. Tymczasem oba przypadki zostały w lokalnej prasie przedstawione jako kolejny wybryk „kijowskich faszystów”.

A na koniec coś bardziej optymistycznego, co mimo kontekstu nawet mnie rozbawiło. Facebook zablokował post jednego z prorosyjskich aktywistów, poświęcony piątkowemu ostrzałowi Doniecka. I rzeczony uderzył w najwyższe tony: że Matrix, że „terror jedynie słusznej informacji”, że wolność słowa, konstytucja itp. Wciąż zdumiewa mnie łatwość, z jaką rosjanie i ich miłośnicy sięgają po argumenty wolnościowe i obywatelskie, obce przecież na gruncie ruskiego miru. Są jak chłopcy skarżący się pani, że inni przedszkolacy nie pozwalają mi bawić się SWOIMI zabawkami.

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Uzupełnienia

To jeden z najpopularniejszych w ostatnich dniach memów w Ukrainie. „Szukam zdrowego chłopca, bez szkodliwych zwyczajów, najwyżej 27-letniego”, czytamy w kwestii przypisanej dziewczynie ze zdjęcia. „Ja też takiego szukam”, odpowiada gen. Walery Załużny, dowódca naczelny Ukraińskich Sił Zbrojnych (ZSU).

Kilka dni temu znajomy żołnierz, służący obecnie pod Bachmutem, napisał: „Nie mogę i nie chcę zrozumieć, dlaczego próbuje się wpychać do ZSU wszelkiego rodzaju śmieci, drani moralnych, gwałcicieli i resztę szumowin, poniżając w ten sposób armię. Armia to nie kolonia karna, nie miejsce zesłania. Z jakiegoś powodu gliniarze nie biorą takich drani do pracy, a w ZSU – proszę bardzo. Cholernie mnie to wszystko wkurza”.

Ukraina zaczyna mieć problemy z rezerwami; te dwie sytuacje – popularność mema i złość zasłużonego żołnierza, że w szeregi trafiają pośledniej jakości rekruci – dobrze ilustrują stan rzeczy. Kilka dni temu rosjanie rozpowszechnili informacje, wedle której do tej pory zginęło ponad 150 tys. ukraińskich żołnierzy, a 230 tys. zostało rannych. Co ciekawe, jednym z pierwotnych źródeł tych sensacji był emerytowany pułkownik US Army Douglas McGregor – zidiociały trumpista o wybitnie skarpetkosceptycznych sympatiach, ulubieniec nadwiślańskich ukrainofobów. Ten sam, który jeszcze w lipcu ub.r. twierdził, że armia ukraińska straciła 80 proc. żołnierzy, że na froncie jest już tylko bezużyteczna rezerwa, a rosjanie wycofali 80 proc. swojej armii na odpoczynek, bo separatyści sami dają radę. No więc takie źródło wypluło z siebie wspomniane statystyki, dodając, że to nie wszystkie straty Kijowa, bo doliczyć do nich należy także „tysiące” ochotników z Zachodu.

W tym samym czasie w tureckich mediach „wypłynęła” informacja – rzekomo pochodząca od izraelskiego wywiadu – że straty rosyjskie to 18,5 tys. zabitych, czyli osiem razy mniej niż w przypadku Ukraińców.

I rajcują się teraz tymi sensacjami (pro)rosyjskie profile w społecznościówkach, co w połączeniu z coraz częstszymi świadectwami na temat ukraińskich kłopotów z uzupełnieniami, sprzyja niepewność wśród zwolenników wolnej Ukrainy.

Ale czy rzeczywiście są powody do zmartwień? Do zmartwień tak, do paniki – nie.

Pisałem wczoraj o tym, że rosjanie najprawdopodobniej nie mają innych planów niż zajęcie Donbasu. Lecz to nie oznacza końca wojny, a zapowiedź zamrożenia konfliktu; takie, moim zdaniem, byłyby w tym scenariuszu intencje Moskwy. Zainicjowanie symulowanego dialogu, nawet zwieńczonego jakimś porozumieniem pokojowym, pod płaszczykiem którego rosja przygotowałaby się do kolejnej rozgrywki – bez konieczności ponoszenia bieżących strat i obciążeń związanych z wojną. Jeśli jednak Kreml chce dalej wojować – mimo iż znów traci elitę swojego wojska w bojach o obwód doniecki – żadnego zamrożenia nie będzie. W percepcji rosyjskiego dowództwa wojna na wyniszczenie, bez spektakularnych zysków terytorialnych, też ma sens, towarzyszy jej bowiem przekonanie, że gdy Ukraińcy w końcu pękną, kraj stanie przed najeźdźcami otworem.

Ale czy pękną? Gdyby łączne ukraińskie straty rzeczywiście dochodziły do 380 tys., wojna niechybnie zmierzałaby ku (tragicznemu) końcowi. Realnie jednak są one znacznie niższe – amerykańskie służby szacują je na 120 tys. zabitych, rannych i wziętych do niewoli (wedle tych samych źródeł, straty rosyjskie do końca stycznia wynosiły 180 tys. wyeliminowanych z walki; w przypadku obu stron, zabici stanowią mniej więcej jedną trzecią ogólnych liczb). 120 tys. z 700 tys. osób służących w ZSU to dużo – 15 proc., pośród których znajduje się najwartościowszy „materiał ludzki”. Żołnierze z liniowych, zaprawionych w boju, nierzadko elitarnych formacji. Musimy jednak pamiętać, że większość rannych (wedle ukraińskich źródeł sześciu na dziesięciu) wraca do pełnego zdrowia i do służby. Cykl rekonwalescencji trwa zwykle od 3 do 6 miesięcy, co oznacza, że wielu weteranów rannych podczas późno-letnich i jesiennych operacji ofensywnych dopiero teraz wraca do szeregów.

Dziury jednak łatać trzeba na bieżąco – stąd praktyka sięgania po często problematycznego rekruta. Niejedyna zresztą. Ukraińskie dowództwo od jakiegoś czasu obsadza linię frontu jednostkami gorszej jakości (oddziałami obrony terytorialnej, brygadami w całości składającymi się z rezerwistów), wychodząc z założenia, że ich potencjał jest wystarczający dla prowadzenia operacji obronnych. Duża część lepszych oddziałów – z dużym doświadczeniem bojowym – jest obecnie w odwodzie, wielu weteranów szkoli się na zagranicznym sprzęcie – na zachodzie kraju i zagranicą. To „straż pożarna”, ale i ukraińską pięść, która uderzy, gdy będzie wystarczająco dobrze wyszkolona i wyposażona. Na co Ukraińcy wpływ mają ograniczony, bo zdolność do budowania tego potencjału zależy od szybkości i wielkości zachodniej pomocy wojskowej.

I oczywiście, byłoby lepiej, gdyby gen. Załużny nie był zmuszony do takiego „chomikowania” ludzi i sprzętu. Bo taka strategia niesie ryzyko, że ci „gorsi” nie wytrzymają rosyjskiej presji, a pomoc przyjdzie za późno. I nie mam na myśli katastroficznych wizji posypania się całego frontu i rosyjskich uderzeń w głąb Ukrainy; dla mnie to scenariusz o bardzo niskim prawdopodobieństwie. Chodzi mi raczej o regionalne zyski terytorialne putlerowców, które w dalszej perspektywie napsują Ukraińcom mnóstwa krwi. Nie sądzę bowiem, by rosjanie wycofali się skądkolwiek dobrowolnie – zwrot ziem nie stanie się przedmiotem rozmów pokojowych, a Ukraina będzie tam, gdzie dotrą jej wojska. Tymczasem konieczność odzyskiwania kolejnych rozleglejszych terenów przełoży się na dodatkowe straty – zawsze wyższe, gdy prowadzi się operacje ofensywne. Więc w którymś momencie może się okazać, że na rekonkwistę zabraknie ludzi.

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Magdalenie Kaczmarek, Pawłowi Ostojskiemu, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Maciejowi Szulcowi, Piotrowi Maćkowiakowi, Przemkowi Piotrowskiemu, Tomaszowi Frontczakowi, Andrzejowi Kardasiowi i Jakubowi Wojtakajtisowi. A także: Szymonowi Jończykowi, Tomaszowi Sosnowskiemu, Mateuszowi Jasinie, Remiemu Schleicherowi, Miko Kopczakowi, Grzegorzowi Dąbrowskiemu, Arturowi Żakowi, Bernardowi Afeltowiczowi, Justynie Miodowskiej, Maxowi Maksimovičowi, Michałowi Wielickiemu, Monice Rani, Jarosławowi Grabowskiemu, Bożenie Bolechale i Aleksandrowi Stępieniowi.

Podziękowania należą się również najhojniejszym „Kawoszom” z ostatnich ośmiu dni: Kamilowi Zemlakowi, Marcinowi W., Ewelinie Tkacz, Michałowi Skwarkowi i Pawłowi Jaczewskiemu.

Szanowni, to dzięki Wam – i licznemu gronu innych Donatorów – powstają moje materiały!

Nz. Ukraińscy żołnierze w Bachmucie, przy punkcie wydawania pomocy humanitarnej dla ludności/fot. Marcin Ogdowski

(Nie)normalność

Hrebenne zdumiewa zwyczajnością. Żadnych uchodźców, popłochu, rozdzierających serce scen, którymi karmiła się wyobraźnia Polaków jedenaście miesięcy temu. Ot, rutynowo działające przejście na polsko-ukraińskiej granicy. Świadomość, że tam na wschodzie toczy się brutalny konflikt, nie przystaje do widoku sunących w obie strony cywilnych ciężarówek. Wyładowane tiry będą mi towarzyszyć aż po sam Donbas, co z czasem – na skutek zmieniającego się przez wojnę otoczenia – nabierze iście surrealistycznego wymiaru.

– Z kraju wyjechało mnóstwo ludzi, ale dużo więcej zostało. Chcą jeść, pić, jakoś żyć – odparł z uśmiechem ukraiński pogranicznik, który przywykł już do wojennej (nie)normalności.

Na trasie do Lwowa o wojnie przypominają przydrożne bilbordy opiewające bohaterstwo żołnierzy ZSU (sił zbrojnych Ukrainy). Co rusz przemykające wojskowe łaziki i busy nie są niczym nadzwyczajnym – w okolicy znajduje się spory poligon w Jaworowie. Dziwić może za to nadreprezentacja wieloosiowych lawet zmierzających ku Polsce. Wcześniej, jeszcze u nas, widziałem kilka takich pojazdów, załadowanych amerykańskimi terenówkami humvee. Na południowo-wschodniej granicy RP trwa największa operacja logistyczna od czasu zakończenia II wojny światowej. Każdej doby – głównie przy wykorzystaniu tymczasowych przejść – przerzuca się masę sprzętu niezbędnego do prowadzenia wojny z rosjanami. Wwózka do Ukrainy co bardziej pokaźnych „przesyłek” odbywa się nocą. Ryzyko ataku rosyjskiego lotnictwa jest znikome, ale istnieje. Dlatego trudno zobaczyć pełne lawety za dnia – puste, wracające na granicę, już dużo łatwiej.

I dopiero pod Kijowem wojna na dobre wdziera się w krajobraz. Prowadząca do miasta szosa E-40 pozostaje w pełni przejezdna i zarazem okaleczona. Gruz z pozarywanych estakad uprzątnięto, leje zaasfaltowano, wraki rosyjskich tanków – masowo niszczonych w lutym i marcu ub.r. na podejściu do stolicy – odholowano na składowiska złomu. Gdzieniegdzie jednak – po obu stronach drogi – wciąż straszą wypalone budynki.

– W tym miejscu rosjanie rozstawili działa – odezwał się w pewnej chwili nasz ukraiński przewodnik. – Wykończyły ich piony… – mężczyzna mówił o armatach strzelających amunicją o kalibrze 203 mm. Zaprojektowanych jeszcze w czasach radzieckich, także z zamysłem użycia pocisków jądrowych. Mijaliśmy właśnie jedno z bezkolizyjnych przejść dla pieszych – cokolwiek tam uderzyło, tylko pozbawione kładki podpory oraz ślady po zasypanych dziurach w pasie między jezdniami, stanowiły dowód dramatu.

Pojechałem do Ukrainy z konwojem humanitarnym, Kijów był jedynie przystankiem w drodze do Bachmutu. Zabrakło zatem okazji, by rozejrzeć się po mieście. Znam je trochę z wcześniejszych wyjazdów, gdy relacjonowałem konflikt w Donbasie i zwykle od Kijowa zaczynałem podróż. W tamtych czasach z trudem znajdowało się ślady mówiące o tym, że kraj był w stanie wojny. Dziś jest inaczej. W centrum handlowym pod Majdanem – zwykle nabitym ludźmi, bo to zarazem podziemne przejście do pobliskiej stacji metra – już wczesnym popołudniem hula wiatr. Większość sklepów zamknięto, w nielicznych snują się niczym duchy znudzone, pozbawione zajęcia sprzedawczynie. Hol tonie w półmroku, z powodu oszczędności wyłączono ruchome schody. Pamiętam takie widoki z początków pandemii w Polsce – i gdy to skojarzenie przyszło mi do głowy, pojawiła się inna refleksja. Ukraińcy płynnie weszli z kowidowych w wojenne restrykcje – i jakkolwiek brutalnie to zabrzmi, mieli czas, by przywyknąć.

Tylko ile można żyć w realiach stanu wyjątkowego?

Innym namacalnym dowodem wojny jest hotel Alfa w centrum metropolii – trafiony w sylwestrową noc przez drona-kamikadze. Jednego z szahidów-136, zakupionych przez rosję w Iranie (oficjalnie noszących nazwę Gerań-2 i będących rzekomo rosyjskiej produkcji; rosjanie wstydzą się, że muszą kupować broń od Irańczyków). Dron uderzył w róg budynku, obdzierając go z części fasady. Tyle dobrego, że nikt nie zginął, a obiekt nadaje się do odbudowy.

Skutki eksplozji przywodzące na myśl katastrofę budowlaną mogą pomóc w podtrzymaniu iluzji, że wszystko jest „po staremu”. „Musimy się tak oszukiwać, żeby nie zwariować”, napisał mi w grudniu ub.r. kolega, mieszkaniec ukraińskiej stolicy. „Ta strategia sprawdza się jedynie za dnia”, dodał, a ja nie do końca wiedziałem, o co mu chodzi. Pełen sens tych słów pojąłem dopiero w drodze powrotnej z Donbasu – Kijów w środku nocy, zaciemniony, wygląda bowiem upiornie. Okazałe wieżowce pozbawione rozświetlonych okien obnażają swój nienaturalny charakter. Widać jedynie kontury czegoś wielkiego, jakby przyczajonego, co budzi atawistyczny niepokój. Cieszyłem się, gdy wreszcie wyjechaliśmy z miasta, w „zwykłą” ciemność.

A propos tej ciemności – pisałem o niej sporo w jednym z poprzednich postów, wrócę do tematu na chwilę. Ale najpierw garść nieco odleglejszych wspomnień. Gdy osiem lat temu po raz pierwszy pojechałem do Ukrainy, urzekła mnie jej przyroda. Gorzej z materialną tkanką pokrywającą kraj – im dalej jechałem na wschód, tym bardziej wydawała mi się brzydsza, koślawsza, zużyta i zniszczona. I wcale nie miało to związku z wojną. Infrastruktura miast i wiosek sprawiała wrażenie, jakby po 1991 roku – gdy upadł Związek Radziecki – pozostawiono ją samej sobie. Nie przejmując się zbytnio naturalnym procesem rozpadu.

Na tle tej szarej, przygnębiającej masy wyróżniały się, niczym wyspy nowoczesności i schludności, stacje benzynowe. Szczerze mówiąc, owe kolorowe, klockowate formy pasowały do ponurego ukraińskiego krajobrazu jak pięść do nosa. Ale były – w przypływie optymistycznych myśli przyszło mi do głowy, że stanowią zapowiedź lepszych czasów, które czekają Ukrainę.

Te czasy jeszcze nie nadeszły, a stacje, nocą, jeszcze bardziej odróżniają się od reszty zabudowy – są bowiem rozświetlone, widoczne z daleka („jak latarnie morskie”, uznałem w którymś momencie). I często obłożone workami z piaskiem – jak ta ze zdjęcia głównego.

– To jedyne miejsce w okolicy, gdzie można napić się kawy – tłumaczyła mi sprzedawczyni. – Ponieważ stacja to takie akwarium, trzeba było zrobić coś, żeby ludzie czuli się bezpieczniej.

Ot, wojenny pragmatyzm zaprzęgnięty do walki o klienta.

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Andrzejowi Kardasiowi, Jakubowi Wojtakajtisowi, Pawłowi Ostojskiemu, Magdalenie Kaczmarek, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Maciejowi Szulcowi, Piotrowi Maćkowiakowi i Przemkowi Piotrowskiemu. A także: Maxowi Maksimovičowi, Michałowi Wielickiemu, Monice Rani, Jarosławowi Grabowskiemu, Bożenie Bolechale, Aleksandrowi Stępieniowi, Szymonowi Jończykowi, Mateuszowi Jasinie, Remiemu Schleicherowi, Miko Kopczakowi, Grzegorzowi Dąbrowskiemu, Arturowi Żakowi, Bernardowi Afeltowiczowi i Justynie Miodowskiej.

Podziękowania należą się również najhojniejszym „Kawoszom” z ostatnich siedmiu dni: Maciejowi J., Magdalenie Płonce, Jackowi Moskwie, Michałowi Baszyńskiemu i Zbigniewowi Porawskiemu.

Szanowni, to dzięki Wam – i licznemu gronu innych Donatorów – powstają moje materiały!